Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z tagiem: wilno

Najbardziej
zadziwia, że Litwini póki co nie zauważyli, że stare miasto
pełne jeżdżących i parkujących samochodów to zły pomysł.
Może kiedyś zmądrzeją.


Przeszwędaliśmy
się po tym starym mieście naprawdę uczciwe, wzdłuż, wszerz i po
skosie. Kilka godzin pełnego zapału łażenia.

Lista
Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości
UNESCO. Nie ma żartów. Gotyk, renesans, barok, późne
rokokoko, modernizm i ruska okupacja, która to wszystko do
poziomu własnej kultury i mentalności pragnęła sprowadzić,
zamieniając cerkwie na spichlerze (zdjęcia widzieliście) i
wstawiając o
hydne, prostackie socjalistyczne plomby we
frywolnie urozmaicone pierzeje. Jak wszędzie. Bezmyślne bydlęta z
nadania sowietów niszczące architekturę okupowanych przez
ruskich miast (Wilno, Warszawa, Wrocław, Łódź i setki
innych) powinny na miejskich latarniach przykładnie zawisnąć.
Podobnie jak reszta zdrajców, wysługujących się wrogowi.
Nie zrozumiem nigdy, jak to możliwe, że żyję w kraju, w którym
naczelny renegat Jaruzel i jego przyjaciel Kiszczak, bezpośrednio
odpowiedzialni za działania służb, które prześladowały i
ZABIJAŁY Polaków walczących o niepodległość okupowanej
przez ruską barbarię Ojczyzny, są po odzyskaniu owej
niepodległości uważani za patriotów. Obrzydliwej tego słowa
splugawić nie sposób.

Ale wracamy na stare
miasto czym prędzej, nim się do końca wkurwię i narrację
zakłócę.

Na koniec spaceru
nóg już nie czuliśmy, zatem pojechaliśmy do hotelu odpocząć
przed głównym wydarzeniem dnia i naszym powodem bytności tu.


Pomysł, żeby tu
przyjechać zrodził się spontanicznie raczej.

Gadaliśmy sobie
mailowo któregoś grudniowego dnia o koncercie Metalliki na
Bemowie w czerwcu. Ja stanowczo mówiłem nie, bo mi lotnisko
nie pasi i chcę do hali. Na co Kędzior nawija, że w Wilnie grają
w hali 20 kwietnia. Tyle, że biletów już nie było. I się
nagle okazało, że będzie drugi koncert w Wilnie. Bilety kupiliśmy
pierwszego dnia sprzedaży na jakiejś litewskiej stronie z biletami.
XXI wiek – bilety się teraz w domu drukuje. Kędzior hotel znalazł
i zabukował. Załatwione.


Chciałem do hali,
bo halowe koncerty Metalliki są inne niż na stadionach. Mieliśmy
wtedy na koncie trzy koncerty Metalliki na stadionach i jeden w
amfiteatrze. I ten w amfiteatrze w Berlinie był najlepszy.


Bilety w hali
Siemens Arena kupiliśmy najdroższe. A co! I tak niewiele więcej
kosztowały niż NAJNAŃSZE bilety na koncert Metalliki w Warszawie,
na Bemowie.

Jak to w życiu,
wszystko ma swoje zady i walety.


Odpoczęliśmy,
zbiórka, w drogę. Leszek bohatersko prowadzi, parkuje na
stacji Lukoil. Do Siemens Arena ze 200 metrów, nie więcej, po
drodze podziw budzące zjeżdżalnie parku wodnego mijamy (w
Druskiennikach podobno większe). Jeszcze na stacji Leszek przytomnie
pyta po polsku ekspedientkę, która jest oczywiście Litwinką
i po polsku wcale nie mówi, czy 24 h otwarci i okazuje się,
że co prawda i owszem, ale reżim na Litwie zabrania kupować piwa
po 23:00. Chwała Ci Leszku – kupujemy teraz.

Przy wejściu do
hali dowiedzieliśmy się, że z naszymi biletami wchodzimy wejściem
dla wybrańców, czyli członków BMW Klubas.

Tłoku nie ma,
miejsca numerowane, kilka barów z drinkami, świetny widok na
tak bliską scenę. To zalety.

Banda najebanych
nuworyszów, którzy zakupiwszy koszulki z logo Metalliki
na wielkie wydarzenie kulturalne się udali. W ich wydaniu polega to
na fotografowaniu się na tle sceny z nowo wyuczonym gestem mano
cornuta, kontynuowaniem najebki, choreografią w stylu „Ostania
niedziela” Mietka Frogga w rytm „Nothing Else Matters” (jeden
przed nami, ledwie stojąc, panią która obok niego siedziała
ładnie, z pocałowaniem w rączkę, zaprosił do tańca – harbuza
dostał, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. W dalszym
ciągu usiłował za tyłek ją złapać.), wreszcie uśnięciu.
Pojęcia nie mieli co to za muzyka i po co tu wleźli, poza tym, że
wielka gwiazda występuje, a że im BMW Klubasom wstęp przysługuje,
tudzież zniżki mają, to przyszli.

W ogóle te
dwa koncerty Metalliki to w Wilnie wielki wydarzenie było, na cześć
którego w jedynej na Litwie sieci marketów Maxima
(innych dużych sklepów brak), na honorowym miejscu, zaraz za
wejściem ustawiono stoiska z płytami CD i DVD Metalliki. Widać
niewiele tam koncertów światowych gwiazd szołbiznesu.

A Metallica to jest
właśnie taka gwiazda. Jak U2, Rolling Stones, Madonna czy AC/DC. Ta
sama liga, ta sama skala tras koncertowych. Stety, albo niestety. Jak
kto woli. Ale to oni stadiony zapełniają, miliony płyt sprzedają
i zarabiają setki milionów zielonych.


Zdaję sobie sprawę
z tego, że dziś Metallica to przede wszystkim przynoszące
miliardowe obroty i zatrudniające tysiące osób
przedsiębiorstwo produkujące płyty, koncerty, gadżety, koszulki,
gry komputerowe, filmy, książki i kto wie co jeszcze, a nie
czterech chłopaków spontanicznie i szczerze produkujących
energetyczny hałas. Ci prawie pięćdziesięcioletni, posiadający
ogromne majątki przedsiębiorcy kolejne płyty wydają i trasy
koncertowe organizują, skupiając się przede wszystkim na
strategiach marketingowych, ale są przy tym tak profesjonalni, że
naprawdę nie wiem, czy ich sceniczny entuzjazm jest prawdziwy czy
jest zwykłą sceniczną grą zblazowanego rokendrolowca, który
wydymał bez szczególnych emocji kilka tysięcy wdzięcznie
podkładających się fanek, wyżłopał milion litrów wódy
i w końcu postanowił się ustatkować i za dobrze zakonserwowaną
ikonę rocka porobić, kolejne miliony na koncie księgując. I mam
to gdzieś.

Są na scenie
doskonale świadomi tego co mają robić i robią to najlepiej jak
potrafią. Na koncercie Metalliki dostajesz dokładnie to, za co
zapłaciłeś. Dwie godziny maksymalnego zaangażowania. Oni na te
dwie godziny są naprawdę tylko dla swojej publiczności. I
sprawiają wrażenie, że im to taką samą, a może i większą
nawet frajdę sprawia.

Bawię się na tych
koncertach doskonale, choć z grubsza zawsze wiem co i w jakiej
kolejności zgrają, co papa Hetfield będzie gadał i jak fałszował,
jak mnie ta latynoska małpa, którą zatrudnili do grania na
basie chyba tylko z powodów marketingowych, by słuchaczy z
Ameryki Południowej pozyskać, będzie irytować, jakie solówki
Hammet wybrzęczy i jak będę wzrokiem omijał Urlicha, którego
zwyczajnie nie lubię jako człowieka.

Drę mordę
śpiewając setki razy wysłuchane kawałki, skaczę, rękami i głową
macham. Dwie godziny zabawy i prawdziwej frajdy.

No lubię to, ale
jak mnie ktoś fanem Metalliki nazwie, to się pozwolę nie zgodzić.
Słucham ich muzyki, na koncertach bywam, ale w życiu na sobie
koszulki z ich logo nie miałem. A Urlich mnie naprawdę wkurwia,
choć jego dorobek muzyczny szanuję.


Oni dla tych kliku
tysięcy ludzi na drugim koncercie w Wilnie (niepełna hala była)
zagrali dokładnie z tym samy zaangażowaniem z jakim zagrali dla
osiemdziesięciu tysięcy w Warszawie, na Sonisphere Festival, kiedy
za supporty mieli Antrax, Megadeth i Slayer. I przestańcie mi tu
bajki o koncercie Wielkiej Czwórki opowiadać. Gwiazdą
wieczoru była Metallica i bez supportów spokojnie z 70
tysięcy by na koncert przyszło. Pozostałe trzy zespoły, jako
Wielka Trójka, góra trzydzieści tysięcy by zebrało,
choć podejrzewam, że wątpię. Ze dwadzieścia najwyżej.


Bo ja na ten koncert
na Bemowie poszedłem przecież w końcu, bo mi po Wilnie wróciła
chęć ich słuchania. Tak fajnie zgrali! Co prawda ostatniego dnia
się zdecydowałem, bilet u konika za ¾ ceny (choć można
było i za pół) kupiłem, ale jednak!


Bo z Siemens Areny
zadowoleni wychodziliśmy. Dudniło w uszach, glosy chrypiały, ale w
oczach ogniki błyskały!

Jeszcze tylko
tradycyjna zbiórka u mnie w pokoju, w celu konsumpcji płynów
oraz rozwiązywaniu najbardziej palących dla ludzkiej problemów
i tak upłynął poranek i wieczór – dzień drugi.


Różnice
między koncertem Metalliki w hali w Wilnie i na klepisku lotniska
Bemowo w Warszawie pozwolę sobie ująć w punktach:

  1. W hali jest
    doskonała jakość dźwięku oraz zapierające dech w piersiach
    efekty sceniczne i wizualne. Bemowo było co prawda dobrze
    nagłośnione, ale proszę was!

  2. W hali scenę
    masz tuż przed oczyma, z dobrej perspektywy. Na klepisku taki
    stary, schorowany człowiek jak ja na góra 150 metrów
    dolezie i wytrzyma do końca.

  3. W hali gdy
    zapragniesz siku lub drinka to wstajesz i za cztery minuty wracasz
    załatwiwszy pozytywnie sprawę. Na klepisku do piwopoju i tojtoja
    były kilometrowe kolejki. Zaciskałem zęby i wchłaniałem wilgoć
    z organizmu.

  4. Pod halę
    podjeżdżasz, parkujesz, a po koncercie odjeżdżasz. Do klepiska
    podjeżdżasz dwie godziny, potem dymasz na piechotę trzy
    kilometry, a po koncercie odjeżdżasz godzin dwie.

  5. W litewskiej
    hali publiczność niekoniecznie kuma co tu robi, na polskim
    klepisku stoisz wśród świadomych odbiorców łomotu.
    Wiedzą kiedy i co zaśpiewać gdy James zachęci. No to jest plus
    klepiska.


W każdym razie dnia
trzeciego wyprawy wstaliśmy, oporządziliśmy się, zjedliśmy
śniadanie, nabyliśmy w Maximie narodowych litewskich specjałów
w postaci chleba, kiełbas, piwa, rozmaitych serów, kwasu
chlebowego, chlebowych frytek i czego tam jeszcze, po czym wracaliśmy
godzin kilka do domów.

Moje zakupy
wyglądały z grubsza tak:

nasz widok na scenę
(zdjęcie z komórki) tak:


Zbyt długo trwała
moja opowieść, zbyt wiele na koniec skróciłem, by ją
wreszcie skończyć. Ale stało się. To tyle co miałem do
powiedzenia i do pokazania na temat wycieczki trzech podtatusiałych
melomanów na koncert czterech podtatusiałych rokendrolowców
w Wilnie.


Rymasz

Rymasz

cdn.

 

cdn.

 

A potem ruszyliśmy w dół ulicami starego miasta.

Tuż przy Ostrej Bramie jakaś dziewczyna o brudnych paznokciach zwróciła mi uwagę, że mam plecak otwarty. Podziękowałem po polsku oczywiście. Ona odparła, po polsku oczywiście, że co prawda po polsku nie mówi wcale, ale byłoby jej miło, gdybym jej lita dał albo ze dwa. Niezły tupet!
W ogóle sporo tu żebraków.

W najbliższym biurze turystycznym w ratuszu pobraliśmy darmowe przewodniki. Jest kilka tras: żydowska, rosyjska, niemiecka, polska, litewska, śladem wzgórz, śladem pałaców i jeszcze jakieś. Jest i ogólny przewodnik po Wilnie, tylko akurat po polsku się wyłopotał.
Wszystko darmowe, wszystko w kilku językach. Brawo. Tak to powinno wyglądać.
Turysta gdy do obcego kraju (miasta) przyjeżdża ma być dopieszczony, w znanym mu języku doinformowany i najkrótszą drogą doprowadzony do miejsca, które chce pooglądać.
W Wilnie umieją, a w polskich miastach? Pokażcie mi jakieś…

My oczywiście ruszyliśmy na żywioł, podpierając się darmowym przewodnikiem „Polskie dziedzictwo w Wilnie”. Bo ja, przypominam, kaowiec, pamiętałem to miasto z poprzedniej wizyty. Bo to piękne miasto jest. Jedno z piękniejszych polskich miast jakie znam.

Bo Wilno to miasto polskie, tak samo jak np. Wrocław to miasto niemieckie. Sam nie wiem, które bardziej lubię. Oba są cudne.

Było kiedyś coś takiego jak Rzeczpospolita Obojga Narodów. Nazwa niesprawiedliwa, bo i inne narody tę Rzeczpospolitą zamieszkiwały. Wpływy kultury płynącej z zachodu, poprzez Polskę, są w Wilnie oczywiste. To miasto, przed ruską okupacją w większości Polacy i polskomówiący Żydzi zamieszkiwali (czyli tak samo w zasadzie tak samo jak całą wschodnią Polskę). Z 90% chyba razem. Litwinów było procent kilka. Ze dwa, czy trzy.
Ale to nieistotne, w innych miastach Rzeczypospolitej inne mieszanki narodowościowe mieszkały.
To właśnie tak wielokulturowość o sile Rzeczypospolitej stanowiła.

I o rozpieprzenie tego mam największą pretensje do Polaków, Litwinów, Ukraińców, Białorusinów. Do Żydów nie można mieć pretensji, bo ich kulturalni przedstawiciele narodu filozofów i poetów wyrugowali z tej części świata.
Mieszkańcom Rzeczypospolitej nie udało się stworzyć tego, co udało się zapijaczonym wyspiarzom. Oni, będąc jednakowym tyglem narodów i języków (Anglicy, Walijczycy, Szkoci i – to już na siłę – Irlandczycy), potrafili stworzyć „brytyjskość”. Stworzenie „rzeczypospolitości” zakończyło się fiaskiem i tym co jest teraz.
Litwini Polaków nie za bardzo lubią i to jest fakt niestety.
Obecnie w Wilnie obywateli litewskich polskiej narodowości ciut mniej niż 20% zostało. Za chwilę będzie 5%, a za drugą 2%. Zakład?

Kędzior i Leszek mieli ze mnie niezłą polewkę, bo znaczną część czasu poświęconego na szwędanie się po starym mieście, poświęciłem na obserwowanie włazów do studzienek kanalizacyjnych. 8 lat temu znalazłem jeden polskojęzyczny, z międzywojnia. Teraz mi się nie udało…
A stare miasto w Wilnie mnie porywa. Cerkwie, kościoły, synagogi, kamienice. Pięknie odnowione fasady i łuszczące się podwórza.
Kędzior fotografował te pierwsze, ja te drugie…

cdn.

Rymasz

Zakończyliśmy
spacer po Rossie i rozliczyliśmy się z cicerone. Opowiadał o
planowanej pierwszej wizycie w Polsce i cały czas chciał więcej. A
skąpi nie byliśmy. Niesmak pozostał.

Następna w
harmonogramie była kolacja. Na starymi mieście Leszek wziął na
spytki jakąś miłą tuziemkę i przepytał na okoliczność dobrej
knajpy ze specjałami kuchni regionalnej. Nie mówiąca po
polsku Litwinka, wytłumaczyła nam po polsku gdzie się taka w
pobliżu znajduje – Cili Kaimas. I chwała jej za to, bo tak nam
się spodobało, że wróciliśmy tam na obiad dnia następnego.
Było dobrze i tanio.

Przeczesaliśmy całą
kartę dań, zamawiając jak najróżniej i podjadając sobie z
talerzy. Oczywiście były tradycyjne przekąski czyli frytki z
litewskiego chleba, smażone w głębokim tłuszczu świńskie uszy,
wołowe ozory na zimno z majonezem, były cepeliny z różnymi
sosami na bazie śmietany, malutkie kibinai zapiekane z serem i
boczkiem, bliny, babka ziemniaczana (kugielis), kiszka ziemniaczana
(vederai) i jeszcze, i jeszcze. Wszystko popijane litewskim piwem,
które ma charakterystyczny, ale mi jak najbardziej pasujący
smak. Zdecydowanie jestem miłośnikiem litewskiej kuchni.


Napełniliśmy
żołądki i wróciliśmy do hotelu w celu realizacji
ostatniego punktu programu na pierwszy dzień, czyli zakrapianych
męskich rozmów o szalenie ważnych sprawach. Nabyliśmy
zakąski i napoje w jakimś sklepie po drodze, zasiedliśmy w moim
pokoju i radziliśmy długo i namiętnie. Rozwiązaliśmy przy okazji
kilka palących i kluczowych dla dalszego istnienia ludzkości
problemów.

I tak upłynął
poranek i wieczór – dzień pierwszy.


Niestety jednynym co z
naszych genialnych rozwiązań zostało nad ranem był ból
głowy i pragnienie bez efektu gaszone tuż po śniadaniu lokalnym
pszenicznym specjałem w hotelowym barze.

Plan na dzień drugi
był prosty:

1. Zwiedzanie na
maksa

2. Metallica


Wsiedliśmy zatem do
autobusu miejskiego i ruszyliśmy, z jedną przesiadką w stronę
centrum. Instrukcja obsługi biletu napisana również po
polsku, a kasownik taki starożytny, co dziurki robi.

Ale nie wszystko
wolno w Litewskim autobusie po polsku napisać:

http://www.znadwilii.lt/aktualnosci/20100511/kary-dla-przewoznikow-za-polskie-tabliczki

Jakiś Polak doradza
nam gdzie wysiąść. Ostra Brama.


Tak ona wygląda z
przodu, czyli z tyłu:

A tak od strony
właściwej, czyli od strony kapliczki na pięterku z ikoną, czyli z
tyłu, czyli z przodu.

Na jednym ze
straganów ustawionych pod bramą znajduję tę właściwą
ikonę (czyli kopię TEJ ikony oczywiście). Za 250 litów.

Pan Litewski Kupiec
rzecze przepięknie śliedzikowo zacjąganą polszczyzną: „Prawie
jak oryginalna. Blacha miedziana srebrem galwanizowana i na prasie
tłoczona. Deska prawdziwa. Blacha ćwieczkami do deski przybita.
Rzemieślnik litewski z żoną takie robi.”

Mam gdzieś niuanse,
bo bardzo podoba mi się ikona (i wierzę ze wszystkich sił, że to
naprawdę wyrób lokalny, a nie robota małych, chińskich
paluszków, jak w Zakopanem np. Ma to jednak dla mnie
znaczenie). Chociaż ikona nie dla mnie. Dla Lepszej Połowy
przecież. Ale lipy odwalał nie będę, prawda?

Nie daję nic po
sobie poznać i z ceny wywoławczej do 200 PLN zjeżdżamy („Kupuję
towar od Polaków, chociaż mi w złotówkach przyjmować
nie wolno. Ale jeszcze te pięć pocztówek dołączę. I
pudełko ładne”).

Koledzy prowadzą
swoje negocjacje (Leszek kupuje to samo co ja, ze tę samą cenę,
Kędzior to samo co ja 8 lat temu dla Teściowej. :-D ).

Po czym wędrujemy
święcić ikony w zakrystii kościoła Św. Teresy przy Ostrej
Bramie (to absolutnie znakomity pomysł moich kolegów
katolików – ja, ateista, nie miałem żadnej szansy, by coś
tak dobrego w tym kontekście wymyślić. Nie macie pojęcia jak się
Lepsza Połowa ucieszyła, że ikona na miejscu została poświęcona
przez lokalnego księdza, który Bułata Okudżawy lubi
słuchać).


Po święceniu
zwiedzamy kościół i przybytki. Po historię i ładne zdjęcia
proszę kliknąć tu.
http://www.radzima.org/pl/pub/5715_p/

Moje nieładne
zdjęcia poniżej. Kędzior usmarkał takie paproty, że nie ma co
gadać i wklejać. Ach, jak upaja to blogowanie. :-DDD


Potem zwiedzamy
kaplicę z ikoną..

Do kaplicy prowadzą
schody. Co bardziej zaangażowani pielgrzymi drogę do ikony pokonują
na klęczkach, na każdym stopniu odmawiając stosowną modlitwę. W
2002 roku, gdy byłem w tym miejscu po raz pierwszy, na stuletnich
kamiennych schodach było widać wgłębienia wyrzeźbione
modlitewnym dłutem tysięcy kolan.

Wtedy te schody
wyglądały tak (zdjęcia z sieci):


W lutym 2010 odbył
się remont. I teraz schody wyglądają tak (z sieci):


Rzepa pisała co
następuje

http://www.rp.pl/artykul/38,439471_Ostra_Brama_zagrozona.html

Przy okazji remontu
jakiś obwieś zajumał też kilka wotywnych serc.


http://www.polskiekresy.info/index.php?option=com_content&view=article&id=744:ostra-brama-wyrwane-polskie-serca&catid=127:litwa&Itemid=511

Remont wstrzymano.

Winni tak
skandalicznego przeprowadzenia remontu zostali przez litewskie władze
ukarani.


http://www.znadwilii.lt/aktualnosci/20100427/ukarano-specjalistow-ktorzy-dopuscili-sie-naruszen-podczas-remontu-ostrej-bramy


Tamte stuletnie
schody nie były piękne szczególnie, bo to jakiś słaby
jakościowo kamień był, nie wiem nawet czy granit, natomiast z
pewnością tamte schody miały duszę. To nowe coś z lastryka to
fuszerka straszliwa. Naprawdę…

Nie wiem jakim
tępym, tudzież wrednym fallusem trzeba być, żeby coś takiego w
takim miejscu usmarkać.

Są miejsca, w
których żałuję, że jestem tępym, złośliwym ateistą.
Kaplica tej ikony jest jednym z tych miejsc.


http://www.faustyna.eu/ostra-brama-wilno.htm


Tak to wygląda na
naszej ścianie dziś. To powyżej to ikona zakupiona w Pomorie w
Bułgarii.

Lepsza Polowa lubi
ikony.


cdn.

Rymasz

Urocze legendy opowiadane przez Polaków na cmentarzu na Rossie uroczymi legendami, proza życia, prozą życia.

Serce i Matka Syna spoczywają na niewielkim cmentarzu wojskowym, który przylega do Starej Rossy.

Serce Syna

Serce Syna


Ten przepiękny, rozpostarty na kilku hektarach pagórków, jeden z najstarszych w Europie cmentarz, umiera. Nie opiekuje się nim nikt poza grupkami spontanicznie organizujących się Polaków. Reżim RP, którykolwiek z kolejnych, ma to w dupie. Pewnie w imię zachowania poprawnych stosunków polsko-litewskich. O tak, polityka zagraniczna śp. Lecha Kaczyńskiego, jego rozliczne wizyty na Litwie, to jeden wielki sukces. Tu pierwszy z brzegu

A tu drugi

Rozwinę ten temat, gdy wyjdziemy już Rossy, oj tak.


Wejście na Starą Rossę prowadzi przez neogotycką bramę, którą odnowiono ze środków zgromadzonych na kwestach organizowanych przez Jerzego Waldorffa. Z tych środków odnowiono też kilka innych grobów i kapliczek.

Społeczny Komitet „Poznaniacy – Rossie” też pomógł kilka grobów odrestaurować.

Reszta się rozpada.


Litewskie władze cmentarzem nie zajmują się wcale. Postawmy sprawę jasno, to jednak polski cmentarz, choć zasłużonych i utytułowanych Litwinów na nim nie brakuje. Nasz polskomówiący cicerone z brudnymi włosami twierdził, iż cały czas na cmentarzu dokonuje się pochówków. 20.000 litów wystarczy (z PLN to 1:1 praktycznie, z maleńką przewaga na korzyść lita).

Podejrzewam, że wątpię. Jakieś legendy miejskie powtarzał. Niby jeden grób nam pokazał, ale po weryfikacji jego sensacyjnych doniesień na temat warty przy grobie Piłsudskiego rozstrzelanej przez ruskich w 1939 na spółę ze szwabami wyzwalających Polskę z niepodległości, to ja mam mało wiary w jego doniesienia.

Cmentarz po prostu umiera.

A jest naprawdę piękny. Nie umiem robić zdjęć. Kędzior niestety tym bardziej (to się nazywał wywoływać wilka z lasu to co zrobiłem przed chwilą). Znajdziecie w sieci tuziny stron z lepszymi fotkami. Na koniec podam kilka dobrych linków, dla kogoś, kto zapragnie się czegoś naprawdę dowiedzieć.

Ale kilka fotek wrzucę.

Rymasz, Ciccerone, Aniol Zycia

Adam Pilsudski

Anioł Życia

Anioł Śmierci

Rossa

Rossa

Rossa

Rossa

Rossa

Rossa

Rossa

Rossa

Adam Piłsudski spoczął tuż za „plecami” Matki i Serca Brata. Naprawdę. Dzieli ich tylko ogrodzenie. Adam też na raka, jak Józef umarł.

Żona Piłsudskiego.

Syrokomla, który jako jedyny patronem dwóch ulic w Warszawie jest: Władysława Syrokomli oraz Ludwika Kondratowicza.

Euzebiusz Słowacki, Ojciec Juliusza.

Lelewel.

I wielu, wielu innych Polaków.


Pomniki nagrobne Anioł Życia i Anioł Śmierci. Charakterystyczne nagrobki z uciętym pniem zamiast krzyża (kończy się życie, pada drzewo, zostaje pniak).

Popatrzcie, postarajcie się dostrzec na tych nieudolnych fotografiach duszę tego miejsca. Zerknijcie do linków, poguglajcie sami.

A ja obiecuję wkrótce dokończyć moją opowieść.



http://www.galileusz.pl/~kawon/6.htm


http://juragos.ovh.org/foto/004.rossa.html


http://poznan.naszemiasto.pl/inne/specjalna_artykul/21569.html


http://www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/cmentarz-na-rossie-niszczeje


Rymasz

cdn.

GPS nieomylnie prowadzi nas do celu, tylko ja jako pilot po drodze złe instrukcje Leszkowi przekazuję, więc ciut kręcimy, bo zawracać trzeba – i to jest przewaga człowieka nad bezduszną maszyną.
Celem jest hotel: instalujemy się, prysznic, krótki odsapunek po kilkugodzinnej podróży i ruszamy na Cmentarz na Rossie. Ja jestem kaowcem tej wycieczki, ja ustalam plan zwiedzania, bo ja już tu byłem – nie mam wyjścia, muszę to na ochotnika zrobić. Nie ma to tamto więc. Rossa. Tylko, że jest jeden mały problem lingwistyczny. Rossa to po polsku, a my jesteśmy na Litwie. Na szczęście udaje się nam po angielsku ustalić z młodą (dlatego po angielsku) litewską recepcjonistką jak jest cmentarz na Rossie po węgiersku. Rasų kapinės. Załapała dopiero gdy nazwisko Piłsudski padło.

Piłsudski to dla Litwinów taki socjalistyczny partyzant, który im niepodległość przemocą zabrał, chociaż zbrojne przegonienie sowieckiego okupanta równie trudno pozbawieniem niepodległości nazwać, co ruskie pogonienie kota szwabom w latach 1944-45, wyzwoleniem Polski.
Dla Polaków zaś Piłsudski to taki socjalistyczny partyzant, który im niepodległość odzyskał.
Spora różnica, co?
Tylko to, że był socjalistą, pozostaje poza dyskusją, a reszta to ocean interpretacji. Jak cała nasza wspólna historia. Do czego wrócę.

GPS nas doprowadza z grubsza, przypadkowa pani przechodzień doprecyzowuje wskazania.
Jesteśmy na miejscu.

Na cmentarzach żywi grzebią prochy umarłych, by móc oddawać im cześć. Wniosek z tego prosty, że cmentarze są dla żywych, nie umarłych, zatem to jakie są cmentarze świadczy o żywych, nie umarłych.
Być może żywi poprzez czczenie umarłych chcą dodać swemu życiu sensu i trwać w nadziei, że nasze żywota też ktoś kiedyś wspomni i zniczem zapalonym uczci? Może bez tej irracjonalnej wiary w sens grzebania zmarłych nasze człowieczeństwo byłoby niczym? Może potrzebujemy takich ceremonii, bo potrzebujemy nadać śmierci bliskich sens? Może potrzebujemy cmentarzy, podobnie jak potrzebujemy świątyń, czy też podobnie jak potrzebujemy się gromadzić wobec wspólnie wyznawanych wartości?
Nie wiem. Ja w ogóle mało wiem, poza tym, że nikt z nas nie wie tak naprawdę nic, a skoro tak, to we wszystko w zasadzie wierzymy, a skoro każda wiara jest irracjonalna, to każdy człowiek też taki jest.
Po co nam nasze rodziny, po to irracjonalnie robimy dzieci, trwamy przy małżonkach, podczas gdy tyle fajnych ciał do bzyknięcia dookoła? Toż to kompletnie irracjonalne!
Ale to jest bezsensowna pseudofilozoficzna wstawka, których powinienem unikać, bo z takim pseudopatosem mi nie od twarzy. Ja jestem szczery i prawdziwy, gdy kurwami i chujami rzucam, a nie pierdolę bzdury mętnie.
Warto zatem z tej wstawki zapamiętać tyle tylko, że to jakie są cmentarze świadczy o żywych, nie umarłych.

Nie mieliśmy książkowego przewodnika, zatem wynajęliśmy przewodnika lokalnego.
Młody litewski Polak (oczywiście z tym cudnym wschodnim akcentem to on był Poljak). Śpiewka taka, że na pierwszą wycieczkę do Polski zbiera (a po Polsku mówił naprawdę dobrze). O cmentarzu dużo czytał, mieszka w pobliżu od zawsze. Prosimy zatem chłopaka o oprowadzenie. Mimo tego, że wygląda jakby się ciutkę naćpał. Ja mam dobre doświadczenia jeśli chodzi o tego rodzaju samozwańczych przewodników. I nie tylko druga Dimę z Kaliningradu mam na myśli – naprawdę mam  tez inne dobre doświadczenia.

Zaczynamy od cmentarza wojaków. Wśród mogił żołnierzy wyróżnia się grób Marii z Billewiczów Piłsudskiej.
Jej szczątki przeniesiono tu z Sugint na Litwie. U jej stóp w 1936-tym złożono srebrną urnę z sercem jej syna Józefa.
Samego syna pochowano na Wawelu, mimo protestów kard. Sapiechy. Ale nie na raz. Najpierw była krypta św. Leonarda, w 1938-m trumnę przeniesiono do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów, którą to kryptę 99,9% współczesnych Polaków miało w centralnym zapomnieniu do połowy kwietnia 2010, gdy nagle ta lepsza Polaków część sobie o niej spontanicznie przypomniała i nagle i spontanicznie zaprotestowała przeciwko jej pokalaniu. Po to by łączyć, a nie dzielić. A jakże.

Grób na Rossie to sześcian z czarnego granitu. Napis „MATKA I SERCE SYNA”. Trzy sosny na trzech rogach. Ślady po kulach. Dokoła mogiły żołnierzy, z których trzy wyróżniają się metalowymi tablicami, podczas gdy reszta ryta w kamieniu.
Nasz przewodnik snuje wzruszającą opowieść. Poniżej ciut ubarwiam ją o historyczne niuanse.

17 września 1939 ruskie wypełniając kontrakt zawarty z Hitlerem i łamiąc traktaty zawarte z II RP, wkraczają na jej teren po raz kolejny w celu pozbawienia jej niepodległości. 18 września wkraczają do Wilna. I docierają do cmentarza na Rossie, na którym przy grobie Matki i Serca Syna stoi warta głucha na wezwanie do rzucenia broni, za co zostaje rozstrzelana na miejscu. Stąd ślady po kulach i jedna skoszona sosna, z czterech, które rosły w narożach sarkofagu. Salwiński, Sawicki, Stachirowicz, wymienia jednym tchem nasz przewodnik. Akurat warta na literę „S” wypadała. I dlatego dziś tylko trzy sosny pochlają się na grobem Matki i Serca Syna.

A co na to  „Mówią Wieki”?
„Po obu stronach mauzoleum serca Marszałka wznoszą się rzędy 164 nagrobków żołnierskich z szarego granitu. Leżą tu żołnierze Wojska Polskiego polegli w walkach o Wilno w latach 1919-1920 oraz 72 partyzantów Armii Krajowej, którzy zginęli podczas operacji „Ostra Brama” w 1944 roku.
Obok znajdują się mogiły trzech żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza: kaprala Wincentego Salwińskiego oraz szeregowych Wacława Sawickiego i Piotra Stachirowicza. Wileńska legenda głosi, że była to warta honorowa pełniąca straż przy grobie „Matki i Serca Syna”, zastrzelona na posterunku 18 września 1939 roku przez wkraczające wojska sowieckie. W środowiskach piłsudczykowskich zrodził się nawet pomysł, aby tym trzem żołnierzom ufundować tablicę pamiątkową w katedrze na Wawelu – w miejscu wiecznego spoczynku Komendanta.
Tezę, że byli to wartownicy spod mauzoleum Piłsudskiego, obalił niedawno dr Piotr Cichoracki z Instytutu Historii Uniwersytetu Wrocławskiego. W rzeczywistości ostatnia warta – pisze historyk – złożona z młodzieży Przysposobienia Wojskowego – została zdjęta rozkazem z posterunku tego dnia wieczorem [18 września 1939 roku - J. R.]. Faktem natomiast były starcia w okolicy cmentarza, w wyniku których poległo trzech polskich żołnierzy, uznanych następnie za ową bohaterską straż. Być może do uformowania tej legendy przyczyniło się pochowanie ich na Rossie w kwaterze żołnierzy z lat 1919-1920. Zapewne wilnianie skojarzyli trójkę poległych z wartownikami także dlatego, że wartę honorową przy grobowcu serca Marszałka pełnili podoficer i dwóch żołnierzy.”

http://www.mowiawieki.pl/artykul.html?id_artykul=1284

Rymasz

cdn.


PS. Zdjęcia pokoju obiecane wcześniej nie pasują mi do opowieści na tę chwilę. Ale za momencik z nich skorzystam. Myślałem, że Rossę zamknę jednym odcinkiem. Nie, nie zamknę. Chcę jeszcze trochę pogadać i zdjęć mam też trochę.

Do Wilna dotarłem trochę naokoło, ale taka konieczność dziejowa była. We wtorek o 5:00 wyjazd z Warszawy, w Ciechanowie dołącza Kędzior, za Szczytnem lądujemy u Leszka, kawa, przesiadamy się do jego Seata i zasuwamy bez zbędnych przystanków.
Na granicy telefony piszczą, że czas się zmienia i o godzinkę cofa. Dobra wiadomość.
Samo przejście graniczne kiedyś jakieś było, ja nawet kilka lat temu na nim odprawiany byłem, gdy jechałem do Wilna z żoną na wycieczkę. Takie było jak na granicy z NRD. Teraz nie ma przejścia. Straż graniczna tylko po jednej i po drugiej stronie stoi się przygląda.

To moja druga wycieczka do Wilna (pierwsza w 2002) i trzecia na wschód. Bo jeszcze wcześniej,  w 2000, byłem w Kaliningradzie też na trzy dni z Lepszą Połową i drugą zaprzyjaźnioną parą. To było coś! Przejście graniczne zwane zoną jak gułag jakiś, idiotyczne procedury skupione wokół tajemniczej, miniaturowej kartoczki, którą nam wręczono na początku, funkcjonariusze reżimu traktujący nas z pogardą, gajcziki z kałachami wymuszający łapówki na każdym zakręcie, cysterny z kwasem chlebowym, drogi składające się dziur (studzienki kanalizacyjne o głębokości kilku metrów z dziurą o średnicy 600 mm – podwędzony właz – to był standard), syf i brud, okna pozasłaniane gazetami, byle jakie knajpy z podłą paszą. Pierwszy maj, kobiety na ulicach w szpilkach i kreacjach balowych, pyski wysmarowane jak u Indian na wojennej ścieżce, włosy z kilogramem lakieru, a my w dżinsach i rozpiętych koszulach. Tubylec Dima którego oswoiliśmy w hotelu i który nam za przewodnika robił, to się nas wstydził, bo święto takie, a my ubrani jak żule. Sam się wbił w anzug o fasonie identycznym jak ten, w którym do pierwszej komunii pełen nabożnej powagi maszerowałem. A w knajpie obiad zamawiał „standartnyj” czyli „sosiski s kartoszkami” (parówki z rozmiękczonego papier-mâché z breją ziemniaczaną polane śmietaną – oni na wschodzie wszystko polewają śmietaną. Nawet śmietanę polewają śmietaną, żeby dało się ją zjeść), choć mógł zamówić wszystko, bo myśmy płacili. Uczciwa transakcja – on nas oprowadza, my płacimy rachunki.

Gdy  piliśmy w pokoju sowietskoje igrustoje to zabawne ruskie toasty wznosił: W Kazachstanie każdy ojciec, któremu rodzi się córka sadzi drzewo.  A gdy córka traci cnotę ojciec drzewo ścina. Wypijmy za bezkresne stepy Kazachstanu. A jak z kumplem wyszliśmy na chwilę, to obiecał naszym kobietom, że nas w try miga upije, a potem będzie już tylko do ich dyspozycji. No prawdziwy kozak był z dziurawymi, czarnymi zębami! Nawalił się zaraz i tyle było obiecanek.
Gdy wracaliśmy do Polski, to przed granicą na placu zwanym patelnią wylądowaliśmy, a ponieważ o tym obowiązku nie wiedzieliśmy i zawracaliśmy z granicy pouczeni przez tzw. mrówki, to gajcziki w nas na patelni z kałachów pocelowali, „Sztraf budziet” (mandat), a ponieważ rubli już nie mieliśmy, to u jakiegoś Ormianina w stojącym 1,5 metra obok gajczików czarnym BMW rozmienialiśmy dolary na ruble. Co jest w sumie dosyć zabawne, bo walutą obowiązującą w tamtym czasie w Kaliningradzie był dolar właśnie. Zarobki i wszystkie ceny towarów i usług wartych więcej niż pudełko zapałek każdy Rosjanin podawał w dolarach. Jak jest dziś nie wiem.

Na patelni przemytnicy ustawieni w kilku rzędach po kilkanaście samochodów, pracowicie rozmontowywali pojazdy (bez przerysowań – naprawdę demontowali karoserię) i upychali w zakamarkach gorzałę i fajki. 48 godzin stania, a na granicy drugie tyle. Dramat. Rano mieliśmy być w fabrykach.

Co logiczne przemycano to na co nasze socjalistyczne państwo ustanowiło monopol. ZAWSZE OPŁACA SIĘ PRZEMYCAĆ TO NA CZYM ŁAPĘ CHCE POŁOŻYĆ REŻIM!!! Wnioski oczywiste.

Wybawiły nas wizy w paszportach. Bo my służbowo w tej Rosji niby byliśmy i wizy służbowe mieliśmy załatwione. Ruskie nas w związku z tym puściły z patelni i na granicy od ręki.
Polscy celnicy za to chcieli nas na kanał wziąć i samochód rozebrać, bo mieliśmy na pokladzie tylko dwie butelki wódki, trzy paczki papierosów (jedną Biełomorkanałów – takie z kartonową tutką, jedną ze Stalinem i jedną z Leninem) oraz garstkę bursztynów kupioną za rubla czy pięć od jakiegoś umorusanego i usmarkanego ancymona w Jantarnyj. Odpuścili nam po dłuższej naradzie dopiero.
No egzotyka i trauma. Turystyka ekstremalna
Na szczęście Litwa to Europa nie Azja, choć niektóre detale szwankują. Jak w Polsce zresztą. Wiadomo – postkomuna, a na Litwie było gorzej niż u nas, bo oni republiką CCCP byli. Myśmy też radzieckich mieli na karku, ale jednak skala i bezkarność barbarzyńskich okupantów demoralizujących i niszczących nasze kraje na Litwie większa była.

Jak dziś Litwa wygląda z okien samochodu?

Droga na Litwie

Drogi puste jak murzyński bęben i proste jak światopogląd faszysty. Dookoła nic. Setki hektarów pokołchozowych ugorów zarastających czym popadnie. Gdzieniegdzie samotne chałupy. Drewniane najczęściej. Ruiny kołchozów jak w Polsce pegieerów. Ze dwie większe wsie po drodze i jedno miasto Alytus. Na stacji benzynowej kibla nie było. Minęliśmy też jeden Orlen – ten wyglądał na w pełni ucywilizowany.
GPS nas dzielnie prowadzi, Leszek bohatersko kieruje w obcym kraju. Zatrzymujemy się w Trokach (Trakai) na zwiedzanie atrapy zamku na wyspie i obiad. Na stercie kamieni, która pozostała ze starego oryginału, Litwini postawili jakieś coś co podobno zachwyca. Bo piękne miejsce, wyspa, dzika puszcza, jeziora, Karaimowie i w ogóle. Ja się jakoś szczególnie pobudzony estetycznie nie poczułem.
A i z tego powodu, ze pod koniec kwietnia wiosny na Litwie ni widu, ni słychu. Łyse drzewa, trawa zimowa.

W tle zamek na wyspie

Zamek blizej

Zamek w detalu

W samym zamku to już zupełne jasełka.
Aha, na końcu mostu dwa szkraby na fletach prostych melodie wygrywały. Zostaliśmy orałmi i sokołami przywitani. Dziękuję po polsku za monetę było.
Za to w restauracji na brzegu palce lizać. Barszcz pierwszej klasy i kibinai, pieczone pierożki z kruchego ciasta z mięsem. No bomba. A i piwo dobre było. Kelnerki gadają po polsku – Troki w granicach II RP były przecież, Polaków dużo.
Do Wilna rzut beretem został, ruszamy i dojeżdżamy więc.

Z jakiegoś powodu Kędzior i Leszek do dziś utrzymują, że mieliśmy fajny hotel i świetne pokoje. Ja zajmuję inne stanowisko. By naświetlić w pełni tę arcyważną kwestię i pozwolić PT Czytelnikowi na wypracowanie własnego zdania, kolejny odcinek zacznę od prezentacji fotografii wykonanych w moim pokoju, który okazał się być kwaterą główną Wyprawy.

Rymasz

cdn.


  • RSS