Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z tagiem: studia

AA potem wyobraziłem sobie ukończony
kanał. I U-Boota dopływającego do działającej śluzy. Kapitan
wyciągniętą ręką wita szefa zmiany. Ten odpowiada w ten sam
sposób. Okręt wpływa do środka, wrota śluzy zamykają się z
przeciągłym wizgiem napinanych stalowych lin. Napływająca woda
wypiera U-Boota 14 metrów w górę.

Na końcu kanału ostatni posterunek
żołnierzy z Mauerwald i U-Boot wpływa na Mauersee.


O ile ten pierwszy obrazek polskich
niewolników popędzanych przez gestapowca jeszcze od biedy ma jakiś
sens, o tyle ten drugi to zupełna fantazja. Tak być nigdy nie
mogło, nawet gdyby Szwaby wygrały tę wojnę i ukończyły kanał.


Kanał zaczęto budować w 1911 roku.
Prace przerwał wybuch I WŚ. Wznowiono je w 1934 i definitywnie
przerwano w 1942.

Nie wiem, kto był wykonawcą prac, ale
podejrzewam, że w hitlerowskiej Rzeszy mogła to być Organisation
Todt, ta sama, która wybudowała pobliską Kwaterę Mauerwald.
Organizacja powstała w 1938 i tworzyły ją prywatne i państwowe
firmy budowlane, które podczas wojny nader ochoczo korzystało z
pracy niewolników z podbitych krajów. Zatem w końcówce mogli
podczas budowy kanału przymusowo pracować Polacy. Ale czy ich prace
mógł nadzorować gestapowiec? Nie sadzę… Przedstawiciel Tajnej
Policji jako cieć na budowie? E tam…

A pływający po kanale U-Boot to już
kompletna bajka. Gdy kanał projektowano w XIX wieku nikt nie słyszał
o U-Bootach. Zatem nie te gabaryty. Gdzieżby do śluzy zmieścił
się okręt o długości ponad 70-ciu metrów? Gdzieżby do kanału o
głębokości 2 m wpłynął okręt o zanurzeniu 5 m? Kanał miał
przeznaczenie cywilne, mimo, że w czasach III Rzeszy był tajny.

Nie będę robił wypisów z tego ile
miał mieć długości (51 km), ile śluz (10), jaka miała być
różnica poziomów (111 m). Wpiszcie w google „Kanał mazurski”.
I „Mamerki” wpiszcie. Znajdziecie historię, zdjęcia, mapy,
ciekawostki. Dużo dobrych i ciekawych stron.

Dla leniuchów kilka linków:

Kanał:

1 
2 
3 
4 
5 

Mamerki: 
1 
2 

Ja dokończę moją historię.

W błogim przekonaniu, że to co
poopowiadał mi Misiek to prawda żyłem przez kolejne lata. 10 lat
temu nie było internetu, googli i 642 tys. stron na których coś o
kanale wspomniano. Kilka razy odwiedzałem Mamerki i kanał. Zawsze
od wody, zawsze tą sama trasą. Aż w końcu wyciągnąłem na
wycieczkę Kędziora. Pokazałem mu co było do pokazania, Kędzior
oniemiał, po czym, po powrocie, z wrodzoną sobie pedantycznością,
zaczął szukać materiałów źródłowych. Gdy jechaliśmy na
wycieczkę w kolejnym roku był już solidnie obryty. I, jak zwykle,
wszystko miał zaplanowane.

I co się okazało. Te kilka bunkrów w
Mamerkach, które zwiedzaliśmy, to drobna część całości. Cały
kompleks jest dużo większy, wystarczyło na druga stronę drogi
przejść. Warto. Mówię wam, jeśli będziecie w okolicach
Węgorzewa, nie wahajcie się ani chwili. Tam jest teraz parking, za
który was skasują. Pożyczą wam latarkę (za kasę) i jeszcze będą
chcieli sprzedać bilet. I tu jest myk. Otóż bunkry znajdują się
na terenach Lasów Państwowych. Zatem nikt nie ma prawa żądać
opłaty za wstęp do nich. Póki co, wstęp do Lasów Państwowych
jest w Polsce bezpłatny. Za co zatem ten bilet? Ano za wizytę na
wieży widokowej, którą postawili na największym bunkrze. Można
nie płacić, gdy zadeklaruje się brak chęci na wejście na wieżę.
Niech spadają.


Ale to nie koniec tego, co wygrzebał
Kędzior. Bo poza śluzą w Leśniewie, o której pisałem i zupełnie
nieukończonej drugiej śluzie tuż obok, są i inne śluzy. My
pojechaliśmy na śluzę w Guji. Jest to śluza o identycznej
konstrukcji co ta w Leśniewie, z tym, że ta jest ukończona i
jedyna działająca. Za 10 zł śluzowy wpuścił nas na teren.
Fantastyczna wycieczka była.

Jeśli komuś mało zdjęć z
zalinkowanych stron, to ja mogę fotoreportaż zamieścić. Jeśli
KILKA przynajmniej osób wyrazi ochotę, to to zrobię. Dla dwóch
czy trzech chętnych nie robię. Pierdolę…


Zmierzając do końca. Kto nie był,
niech jedzie. Warto.

 

Niezaeżnie od tego jak naiwne i
niekompatybilne z rzeczywistością były moje młodzieńcze
wyobrażenia na temat przeszłości i alternatywnej historii tych
obiektów, to fascynacja pozostała. Nie tylko bunkrami i śluzami.


cdn.


PS. Wszystkie dane na temat Mamerek,
Kanału, organizacji Todt i U–Bootów z Wikipedii i stron
tematycznych zerżnąłem żywcem prawie. Wyjątkowo twórcze zajęcie
i jakiego mądralę można poudawać… ;-)))

Rymasz

Śluza

6 komentarzy

Siedzimy na nasypie, młoda wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach.
 

Od lewej: Rymasz, Dżonny, Genek i kolega, który jeszcze w mojej dykteryjce nie występował, więc nie będziemy mnożyć bytów. ;-)))

Rymasz

Z góry ujrzałem sporą polanę i
jakieś potężne bryły. Szybko zgadłem, że stałem właśnie na Z
góry ujrzałem sporą polanę i jakieś potężne bryły. Szybko
zgadłem, że stałem właśnie na dachu im podobnej. Słabo było
widać w ciemnościach.
- Co to jest? – zapytałem.
- A
bunkry. Niezłe, nie?
- No czad!
Siedliśmy i zaczęliśmy
gadać.

O czym się gada z kumplami w taką noc, gdy nad
głowami rozpościera się płachta bezkresnego wszechświata, przez
dziurki w której podgląda nas Bóg? Gdy nieskończoność i
wieczność są na wyciągnięcie dłoni? Gdy ma się tylko
dwadzieścia jeden lat i powoli do świadomości zaczyna docierać to
wszechogarniające poczucie absurdu własnej egzystencji? Gdy
jednocześnie czuje się tę jedność ze światem oraz bliskość
bratnich dusz?

No różnie. My gadaliśmy o dupach i o tym
jaką zajebistą przygodę dziś mieliśmy z ratowaniem
rozbitków.
Niebo gwiaździste nad nami, cierpko-słodkie pryty w
nas.
A potem zleźliśmy i poszliśmy spać.

Rankiem
wróciliśmy na polanę. I dopiero wtedy mnie zamurowało.
Te
bunkry były wielkie jak kompleksy nastolatka. W doskonałym stanie.
Przyświecając sobie latarkami wleźliśmy do środka jednego z nich
mocząc po kostki nogi. Miejsca nie było za dużo (wąski korytarz i
dwa niewielkie pokoje), ale i tak mi się podobało. Poszwędaliśmy
się dookoła. Było jeszcze kilka mniejszych bunkrów, budynek
transformatorni i generatorów. Ogólnie niewiarygodnie zajebiście.
Byłem wniebowzięty!!! W Gierłoży w Wilczym Szańcu są ruiny, a
tu wszystko było nienaruszone. Nóweczka normalnie. Ściąć krzaki,
pozamiatać, wstawić meble i można nową wojnę wywoływać! Bo w
Mamerkach była kiedyś Kwatera Główna Niemieckich Wojsk Lądowych.
Szczegóły będą na końcu, chwilowo nas nie interesują.
A
potem ruszyliśmy na spacer. Długi. Wzdłuż Kanału Mazurskiego.
Kanał raz w wykopie, raz między potężnymi nasypami. Po drodze
jazy, mosty, przejazd kolejowy do Węgorzewa (wtedy jeszcze
działający) i pełno śladów działalności bobrów. Droga zajęła
mi dwa piwa, bo to z 5 kilometrów było. Gdy kanał się nagle
skończył, trzeba było zejść. I wtedy naszym oczom ukazała się
ogromna bryła żelbetu. Potężna, wysoka na 15 metrów, długa na
30. Śluza. Nieukończona, abstrakcyjnie stercząca samotnie pośród
pól i lasów. Na froncie miejsce na szeroką na kilka metrów
hitlerowską gapę. Siadamy i kontemplujemy. Chłopaki opowiadają
jak to Kanałem Mazurskim miały pływać U-Booty do tajnego portu na
Mamrach. Łykam tę bajkę jak młody pelikan rybkę.

Bunkry,
kanał, potężna śluza z gapą. U-Booty pasują do tej
układanki.

Siedzimy na nasypie, młoda wyobraźnia pracuje na
najwyższych obrotach.

Dookoła szkieletu śluzy krzątają
się tłumy sponiewieranych niewolników w drelichach. Pchają
taczki, kopią ziemię, ustawiają szalunki, mieszają beton, wiążą
stalowe pręty w zbrojenia.

- Schneller ihr polnische Schweine!!!
Los, los, los!!! – popędza ich gestapowiec ze szpicrutą w ręce…


Rymasz

O tym, że żeglarstwo to jednak jest
igranie z siłami natury przypomniało ostatnio biały szkwał na
Mazurach. Po konsultacjach z Genkiem, który jest dla mnie żeglarskim
guru, podejrzewam, że powywalać i potopić dali się samobójcy i,
przepraszam pogrążone w bólu rodziny, idioci. Było co najmniej
pół godziny, by zwiać na silniku do brzegu. Każdy cokolwiek
doświadczony i rozsądny żeglarz tak właśnie zrobił. I dlatego
tak mało było potopionych łódek i potopionych żeglarzy!
Pomyślcie ile ich wtedy TYSIĘCY pływało po wielkich jeziorach. Na
wodzie zostali nieliczni kretyni.

Gdy my pływaliśmy Orgazmussem, to
byliśmy wśród nielicznych. Mazury były puste jak wypowiedzi Dody
Elektrody.


Mazury, Szlak Wielkich Jezior, to dziś
zupełnie inne Mazury, niż te, które ja Wam opisuję. Ich już nie
ma. W Sztynorcie zniknął nie tylko sklep „U Marii”. Zęza nie
mieści się już w budynku, z którego spadł Grześ. Tam jest teraz
droga restauracja. Zęzę przenieśli do baraku obok. Wyburzono
popegieerowskie chałupki. Wykostkowano bulwary. Otwarto nowy port.
Pootwierano duże sklepy. Tylko pałac dalej umiera, ale też do
czasu. Za kilka lat będzie w nim ekskluzywny hotel dla niemieckich
emerytów odwiedzających Prusy, tymczasowo demolowane przez Polaków.


Płyniemy zatem. Wśród nielicznych.

Na środku jeziora kołysze się łódka
z położonym masztem. Poważna sprawa. Pamiętajcie, jest 1993. Nie
ma silniczka ze śrubą na każdej łódce. Sterczą nieboraki na
środku jeziora i nie mają pomysłu na nic lepszego. My im
postanawiamy pomóc. Weźmiemy ich na hol! Przepływamy raz tuż koło
nich. I drugi. Ustalamy gryplan. Bierzemy się do jego realizacji.


I nagle z bandy nieudaczników stajemy
się jednostką ratunkową! Kapitan wydaje nam precyzyjne komendy,
używając cały czas tego pojebanego żeglarskiego slangu, my je
posłusznie realizujemy. Zwrot, nawrót, podpływamy, próbujemy
przechwycić ich cumę. Nie przechwytujemy, ich maszt wpada między
nasze relingi. Kilka zrywa, tylko dzięki przytomności Michała,
który wypchnął ten maszt, wyplątujemy się z tej kałabały bez
większych strat. Dwa zerwane relingi, porwany żagiel. Nie wyszło
nam, trudno, tamta załoga musiała sobie popagajować zdrowo, ale w
tej właśnie chwili zrozumiałem, że zabawa zabawą, ale gdy
sytuacja staje się poważna dyscyplina i precyzja pojęć są
zwyczajnie niezbędne.


Dobra, mamy dość na dzisiaj.
Dopływamy do brzegu. Zakładamy obozowisko, pijemy napoje. Powoli
się ściemnia.

- To co Genek, nie czekamy dłużej?
Pokażemy im? – mówi Michał.

- Dawaj – odpowiada Genek.

- Chłopaki, ruchy. Krótka wycieczka.

Idziemy. Ja popijam sobie prytę. Albo
piwo. Ja naprawdę miałem wtedy jeden cel podczas tego rejsu. I
kilku następnych. Zapada zmierzch. Nagle stajemy pod wysoką na
kilka metrów potężną ścianą z betonu. Oż kurwa, kopary nam
opadają. Michał wskazuje nam rząd stalowych pałąków. Wchodzimy
na górę…


Rymasz

Następnego dnia rano żartom z Igora
nie było końca. Tak, tak. Kowal zawinił cygana powiesili. Przecież
to Dżony w pijackim zwidzie te kurwy w Sztynorcie zobaczył! No ale
trudno, co robić.


Wreszcie kupiliśmy chleb!!! Ile
wlazło.

A po odjeździe Grzesia z Tatą i
bratem ruszyliśmy na jezioro pożeglować.


Na czym polega to żeglowanie? Na
rozmowach zasadniczo, bo do roboty to nie ma za dużo.


Pływanie żaglówką jest fajne. Przez
pierwsze dwie godziny. Potem to już ni chuja. Nuda. Zwłaszcza,
jeśli nie dają ci się nawalić. Żeby była jasność. Opisuję
zabawnie pewne zdarzenia sprzed wielu lat. Ja wtedy bardzo młody
człowiek byłem. I bardzo głupi. Picie na łódce to idiotyzm w
czystej postaci. Dziś rozumiem Michała, którego wtedy tak moje
szczeniackie zachowanie wkurwiało. Oczywiście nie znaczy to, że
podczas rejsów w kolejnych latach zachowywałem się rozsądnie i
racjonalnie. Bynajmniej. Nie znaczy to również, że teraz tak się
zachowuję. Po prostu chciałbym żebyście wiedzieli, że moim
zdaniem upijanie się na żaglówce to słaby pomysł. Ale wtedy
czułem się wręcz szykanowany.

W związku z tym przypomniałem sobie,
że znam jeszcze szantę „Żołnierz fortuny” zespołu Turbo. O,
to ta szanta. Warto popatrzeć. Wokalista ma włosy jak Radek Majdan.


 

 

Zmieniałem przy śpiewie odrobinę
słowa.

„Sernik wypadł za burtę, wicher
zawył z triumfem”


W pływaniu żaglówką na Mazurach
najfajniejsze nie jest wcale samo pływanie. No bo? Woda i wiatr, a w
maju na dodatek zimno jak skurwysyn. Poopalać się nie można, ani
popluskać. Płyniesz, zwrot, płyniesz, zwrot, płyniesz… I tak do
zanudzenia. Trochę mi dali posiedzieć za sterem pod nadzorem. To
był mój drugi raz. Debiut miałem błyskotliwy.

 

W wieku lat siedemnastu udałem się na
obóz wędrowny po Roztoczu. Piękny kawałek Polski. W ogóle Polska
to piękny kraj jest. Dzień w dzień maszerowaliśmy z jednej
miejscowości do drugiej tak po 15 km dziennie. W jednej z tych
miejscowości, nie pamiętam już niestety w której, pobyczyliśmy
się na plaży nad niewielkim akwenem. Jeden z kolegów wypożyczył
malutką żaglóweczkę, Maczka, i zabrał mnie na przejażdżkę.
Gdy byliśmy na środku jeziorka mocniej zawiało, łódeczka
przyśpieszyła i siedzący za sterkiem kolega machnął gołymi
piętami i fiknął mi za rufkę. Jak w „Nożu w wodzie”
zakrzyknął do mnie „Stań w łopocie!!!”, czy coś podobnego w
sensie. I tak nie zrozumiałem. Łódeczka gnała w stronę brzegu.
Chwyciłem za rumpelek sterka. Od brzegu dzieliło mnie już tylko
kilka metrów. I wtedy wykonałem pewną sekwencję ruchów, w skład
której wchodziły manipulacje sterkiem oraz szocikiem od żagielka,
która to sekwencja spowodowała, że łódeczka się obróciła i
zaczęła płynąć w drugą stronę. Kolega z wody w końcu
wykrzyczał zrozumiale, bym wszystko zostawił w cholerę, to
łódeczka sama stanie. I stanęła. Kolega dopłynął i wdrapał
się na pokład.

- Mówiłeś, ze nigdy nie żeglowałeś.

- Święta prawda.

- No to skąd wiedziałeś jak zrobić
zwrot przez rufę?

- Ja nie wiem co to jest zwrot przez
rufę.

- To ten manewr, który wykonałeś
przed brzegiem.

- Hmmm… tak szczerze mówiąc, to nie
jestem pewien, że byłbym w stanie go powtórzyć…

Ha, być może mam nieujawniony talent
do sterowania???

 

W każdym razie, gdy siedziałem za
sterem Orgazmussa to poznałem trochę teorii, wykonałem kilka
zwrotów w praktyce i się znudziłem. No fajny wiatr był, szybko
sunęliśmy, były duże przechyły, nie dali się pobyczyć, bo cały
czas jakieś balastowanie było albo trzymanie lub puszczanie
jakiegoś sznurka. No ale ile można? Nie jest to na tyle
ekscytujące, by robić to cały dzień. Na Mazurach najlepsze jest
pieprzenie o głupotach, szwędanie się po miejscach w których się
obozuje, siedzenie przy ognisku, wygłupy z kumplami, wpieprzanie
pieczonych w ognisku ziemniaków i upijanie się. Samo pływanie
stanowi zasdniczo pretekst do tego, by to wszystko robić i powoduje,
że przemieszczasz się z jednego miejsca do drugiego ekologicznie z
pomocą sił natury.

A podczas samego żeglowania roboty nie
ma za dużo. Leżysz czy siedzisz i tyle.

- Igor, podaj mi nóż z jaskółki –
rzekł Genek.

- A weź spierdalaj! Jak powiesz, żebym
ci podał ten nóż z półeczki, to podam. A tak to cię nie
rozumiem.

- Głupek – stwierdził Genek i sam
sobie podał nóż.

I miał rację z tym głupkiem. Trochę
się tu wyzłoślawiałem nad specyficznym żeglarskim słownictwem.
Hmmm, ale wcale nie mam racji z tą złośliwością. Bo to ma jednak
sens.

Rymasz

Otarłem usta rękawem i z uśmiechem
spojrzałem na jezioro. Ładne było. Ktoś tam coś robił przy
łódce. Jakiś samobójca mył klejnoty w lodowatej wodzie. Misiek
wykonywał ćwiczenia gimnastyczne polegające na wymachiwaniu
ramionami. Lewe zataczało kółko o zdecydowanie mniejszym obwodzie
niż prawe. „Zwichnienie barka lewe”.


Przede mną sfalowana połać jeziora i
dwumasztowa łajba, piękna jak piersi… oj, kurwa, coś się
zagalopowałem… piękna jak… no właśnie, jak co? Piękna jak…

Wiecie, jaka piękna była ta
dwumasztowa żaglówka? Ona była piękna jak Mazury. Które były i
przede mną, i obok mnie, i tuż za mną. Spojrzałem zatem w jeden
bok. Pięknie. Spojrzałem w drugi bok. Też uroczo. Obejrzałem się
do tyłu. I przywitało mnie zbulwersowane spojrzenie Piotrka
abstynenta.

- To nie jest najlepszy pomysł –
rzekł Piotrek, oskarżycielsko spoglądając na mózgojeba w moich
dłoniach.

No pewnie, że nie był. Trzeba być
wariatem, żeby stwierdzić, że picie taniego wina na czczo z samego
rana to świetna idea. Ale akurat w tamtym właśnie momencie nie
miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Miałem wtedy inne
priorytety niż dbanie o zdrowie, na które cały czas uskarżał się
Piotrek. Serce mu nawalało straszliwie. Ledwo żył chłop podobno.

- To co panowie – rzekł Misiek. –
Idziemy po chleb, a potem stawiamy żagle i płyniemy?

- Ale po co nam te żagle? Przecież
wiosła mamy… – zauważył Piotrek, który, przypominam,
wyjątkowo słabego zdrowia był i dzień wcześniej wiosło złamał.
Przywitało go zbulwersowane spojrzenie wszystkich.


Wytypowaliśmy przedstawicieli
ekspedycji do wsi Sztynort. Lądem to było ze 20 minut. Mieli kupić
chleb i powrócić. Wrócili za godzinę. Bez chleba. No był rano,
ale został przez tubylców wykupiony. Nasi przedstawiciele zamówili
w związku z tym kilka bochenków chleba na jutro. Czekała nas zatem
kolejna noc w oczekiwaniu na chleb w okolicach Sztynortu.


- Igor, kurwa, jak chcesz z nami
płynąć, to zostaw tę prytę!!! – rozkazał Michał.

- No dobra, dobra – odparłem,
odszedłem na bok i szybko ją dopiłem – Już zostawiam przecież.


Wypłynęliśmy. Nieźle wiało.
Absolutnie niewiarygodne było dla mnie to, jak mocno potrafi
wychylić się żaglówka i powrócić do pionu. Powoli zaczynałem
się wciągać. Okazało się jednak, że wieje za mocno i musimy
zmniejszyć trochę powierzchnię żagli. Czyli ciut je zwinąć. No
właśnie, „zwinąć żagle” powiedziałaby każda lądowa
melepeta, taka jak ja. W tajemnym slangu żeglarzy zwrot ten brzmi
„zrefować szmaty”. To jest taka sama sekta jak informatycy.
Mówię wam. Ponazywali wszystko na opak i udają mądrych. Silnik –
kataryna. Półeczka – jaskółka. Okienko – bulaj. Okazało się,
że nawet te nieszczęsne maszty to wcale maszty nie są. To pały
były!


Fajnie byliśmy poubierani na tej
naszej łajbie. W grube podkoszulki, swetry, sztormiaki, czapki,
rękawiczki. Niby maj, ale nie dajmy się oszukać. W nocy
przymrozki, a na wodzie wieje.


No to pływamy na tych zrefowanych
szmatach. Szybko jest, przechyły są. Nagle jak coś nie
pierdolnie!!! Aż podskoczyła ta nasza łódka. Ale podskoczyła i
płynie dalej. Czyli wszystko w porządku. Popływaliśmy sobie
jeszcze trochę i wróciliśmy na nasz cypel. Przypominam, to nie był
głęboki port. Myśmy w krzaczorach nocowali, a łajbę wciągali na
brzeg ile dało rady.


Dopływamy do brzegu. „Wciągać
miecz” komenderuje Misiek. Ktoś kręci korbą, łódka staje kilka
metrów od brzegu na mieczu, który nie daje się wciągnąć. Linka
się urwała. Oj, przepraszam. Oczywiście nie linka, tylko fał się
urwał. Trzeba reperować. Spychamy się wiosłami do jeziora i
dopływamy do portu. Piotrek jest wniebowzięty.


W porcie w Sztynorcie w doku
położyliśmy łódkę na boku i Misiek z Genkiem ją reperowali.
Część załogi wróciła do obozowiska, część rozlazła się po
wsi. Atrakcji szczególnych nie było, to sami zaczęli je
wynajdować. Koło ruiny pałacu stoją w Sztynorcie stare
zabudowania gospodarcze. Solidne budynki o grubych ścianach z
granitowych kamieni posklejanych zaprawą. W jednym z takich budynków
mieści się klub żeglarski „Zęza”. Oczywiście wtedy był
jeszcze nieczynny, bo przed sezonem było. Ale sam budynek kusił. Te
kamienie konkretnie. Mieliśmy w załodze małego Grzesia, który
uprawiał wspinaczkę. Gdy zobaczył całkiem wysoka ścianę,
postanowił w te pędy zaprezentować kolegom swą małpią
zręczność. Wlazł na tę ścianę i tak z wysokości trzech metrów
spieprzył się na glebę. Spadł na nogi, obalił się i zaczął
uskarżać na bóle. Koledzy trochę się przestraszyli, ale szybko
uznali, że gdy wmówią Grzesiowi, że nie jest tak źle, chrzęstu
łamanych kości nie było słychać i pewnie tylko odrobinkę się
potłukł, to on będzie normalnie chodził. I mieli rację! Grzesiu
im uwierzył, wstał i normalnie poszedł. Przeszedł kilka metrów
po czym zemdlał z bólu. Koledzy uznali więc, że sprawa jest na
tyle poważna, że należy zanieść go do obozu i tam poczekać aż
mu przejdzie. Jeden wziął Grzesia za nogi, drugi pod pachy i go
sobie nieśli, dowcipkując przy tym z jego niezręczności. Tak się
zaśmiewali, że im po drodze ze dwa razy wypadł.

W tym czasie Misiek z Genkiem, z
ogromnym poświęceniem brodzący w lodowatej bez mała wodzie,
przymocowali urwany fał do miecza. Gdy wróciliśmy żaglówką do
obozu, Grześ i jego kompani humory mieli jakby gorsze, bo Grzesiowi
za cholerę nie chciało przejść. Uznaliśmy, że należy zawieźć
Grzesia do szpitala. Wiezienie Grzesia łódką do Giżycka nie
wchodziło w grę, bo to ze cztery godziny by wyszły. Jako eskorta
Grzesia oddelegowany zostałem ja z Miśkiem, bowiem mieliśmy już
pewne doświadczenie w sprawach szukania pierwszej pomocy dla
rannych. Wróciliśmy więc z Miśkiem do portu w Sztynorcie i
poprosiliśmy dwie miłe dziewczyny z jednej z trzech cumujących tam
żaglówek, by swoim samochodem zawiozły naszego poturbowanego
kolegę do szpitala. Bez problemu się zgodziły. Podjechaliśmy
zatem po Grzesia i udaliśmy się w pięcioro do Giżycka. W szpitalu
usadzili Grzesia na wózku inwalidzkim i kazali czekać. Siedzieliśmy
vis a vis dyżurki. I podsłuchiwaliśmy rozmowy operatorki z
petentami.

- Rozumiem. A czym sobie ten palec
uciął? Krajzegą? A macie go? To w lód wsadźcie. Jaka karetka?
Palec sobie przecież uciął, nie nogę – może chodzić!

Po piętnastu minutach do szpital
przyjechał bladziutki chłopaczek, lat na oko z piętnaście, w
asyście rodziców. Tata niósł zawinięty w ręcznik palec.
Przyszyli go chłopakowi, z którym Grześ leżał potem w jednej
sali. Bo po prześwietleniu okazało się, że Grześ ma pęknięte
dwie pięty. Gips panie i zero wspinaczek przez kilka tygodni.
Zadzwoniliśmy z aparatu w szpitalu do taty Grzesia i
poinformowaliśmy go o stanie syna. Następnego dnia rano tata
przyjechał po Grzesia. Wpadli do nas na łódkę na chwilę zabrać
jego rzeczy. Grześ się po kilku tygodniach wykurował, a za
pieniądze jakie dostał za wypadek z ubezpieczalni kupił sobie
wypasione, profesjonalne buty do wspinaczki, o których zawsze
marzył.

Ale wybiegłem w przyszłość, a to
wcale nie koniec nieszczęść.


Rymasz

Port w Sztynorcie był cichy i pusty.
To może dziwić młodych żeglarzy, ale naprawdę 15 lat temu w
długi majowy weekend Mazury nie były zatłoczone. Były spokojne.
Podobnie jak sam Sztynort.

Znacie taki kawał?


Trzech facetów rozmawia o tym, jakie
cipki mają ich żony. Porównują je do różnych miejscowości.
Pierwszy mówi, że jego żona ma jak Paryż. Dlatego, że taka jest
wspaniała, tętniąca życiem. Drugi mówi, że jak Londyn. Zawsze
taka mokra, troszkę tajemnicza. A trzeci, że jego żony jest jak…
Sztynort!
- Dlaczego? – pytają tamci.

A on na to:
- Dziura… po prostu
dziura


Taka popegieerowska Arizona. PGR padł,
roboty nie ma, przyjechał jakiś Austriak, obiecał cuda na kiju, że
pałac wyremontuje, hotel zbuduje i co tam jeszcze, ale gówno z tego
wyszło. Bida z nędzą panie… Na turystach zarabiał tylko port i
jedyny we wsi sklep Marii. Tak miał na dachu napisane. Sklep
prowadziła Pani Maria. Nie spodziewaliście się tego, nieprawdaż?
Miejscowym sprzedawała na zeszyt, turystom za gotówkę. Udaliśmy
się tam w celu nabycia napojów regeneracyjnych oraz chleba. Bowiem
mieliśmy na łajbie wszelkie produkty spożywcze poza chlebem.
Mieliśmy konserwy, ziemniaki, cebulę, pomidory, musztardę,
kiełbasę, dżemy, sery i co tam jeszcze dusza zapragnie. Brakowało
nam tylko chleba, bo nie mieli w Giżycku w tym sklepie, w którym
kupowaliśmy. Długi weekend, początek lat ’90-tych XX wieku.
Sklepów nie za wiele i w zasadzie pozamykane na amen w czasie
wolnego. A jak jakiś otwarty, to wszystko powykupowane z chlebem
włącznie. Nie inaczej było u Pani Marii. Przecież nie dość, że
1 maja, to jeszcze niedziela. Dowiedzieliśmy się, że chleb może
będzie jutro. No dobra. Poczekamy przecież.

Odpłynęliśmy z portu w Sztynorcie
bez chleba, ale za to ze sporym zapasem tanich win. Zaparkowaliśmy
tuż obok na cyplu, który się chyba Czarci czy Diabli nazywał.
Trochę suchego było od brzegu, a zaraz dalej same bagna.

Wyładowaliśmy namioty i część
załogi zaczęła ja rozbijać. Wielkimi młotkami na małe
kawałeczki. Hyhyhy… Co to za powiedzenie „rozbić namiot”? No
złożyli je tak, by można było w nich spać. W tym czasie
pozostała część załogi zapaliła gaz na maszynce, postawiła na
niej gar i zaczęła gotować coś, co nazwała zupą cebulową.
Polegało to na tym, ze wrzucili do środka cebulę, ziemniaki,
marchewki, mięso z kilku konserw, żółty ser i gotowali. Potem
gotowaliśmy jeszcze inne różne rzeczy i od tamtej pory wiem, że
prawdziwe żeglarskie żarcie musi charakteryzować się dwiema
cechami: powinno posiadać smak, którego nie da się określić za
pomocą mniej niż 15 słów oraz mieć kolor brunatny. Każde
przygotowane na łódce jedzenie, które jadłem na Mazurach, miało
kolor brunatny, niezależnie od tego czy był to rosół, zupa
pomidorowa, czy ryba w śmietanie. Każde, powiadam wam. Jeśli
przygotowujesz na Mazurach szpinak i on ci niechcący wyjdzie
zielony, to albo go natychmiast wywalasz, albo doprawiasz tak, żeby
się brunatny zrobił. Sorry, ale takie właśnie są reguły.

Ja w tym czasie obserwowałem obie
grupy popijając pierwsze tanie wino.

Muszę przyznać, że zupa była
gorąca, smaczna i sycąca. Jedliśmy z menażek. Tak po harcersku.


Potem rozpaliliśmy ognisko, siedliśmy
wokół niego i piekliśmy w nim ziemniaki, a nad nim kiełbaski. I
snuliśmy takie tam sobie różne opowieści. Między innymi o
kobietach. Ktoś stwierdził, ze Sharon Stone nie dość, że jest
piękną kobietą, to na dodatek piekielnie inteligentną. „Jak
taka mądra to niech piwo po 2 tysiące (20 groszy po denominacji)
wymyśli” podsumował Janek.


Miło było, choć noc chłodna, to my
na cebulkę poubierani, ciepełko biło od ogniska.

Otworzyłem drugie wino.


Genek w tym czasie wyjął fajkę z
drzewa wiśniowego, mieszek z jakąś przypominającą majeranek
przyprawą, nabił i zapalił. Dym miał zapach tlącego się
sznurka. Po Genku pociągnął kolejny załogant, dwóch kolejnych
ominęło, fajka trafiła w moje dłonie. Nie miałem pomysłu co z
nią zrobić.


- Pociągnij Igor – zachęcał Jasiu.
– Zobaczysz, jak to jest.

- Igor, nie rób tego – stanowczym
głosem wszedł mu w słowo Piotrek wioślarz, nieprzyzwoicie
trzeźwy. Był 100% abstynentem. – Możesz sobie w ten sposób
krzywdę zrobić. Serce ci stanie. Albo wątroba wysiądzie.

Jasiu uśmiechnął się przyjacielsko.

No to wciągnąłem ten dym głęboko w
płuca. Zamknąłem oczy.


Gdy je otworzyłem zminiaturyzowany
Jasiu siedział mi na ramieniu i mówił:

- No widzisz, mówiłem, że
zobaczysz… Widzisz? – na głowie miał małe różki, w ręku
trzymał trójząb, z tyłka wyrastał mu zakończony kitką ogonek.

- Ale co widzę? Bo strasznie dużo
widzę. I kolorowe to wszystko.

- Mówiłem, żebyś tego nie robił –
powiedział głośno Piotrek. Jego głos dobiegał z góry. Uniosłem
głowę. Ubrany w białe szaty unosił się nad moją głową,
machając skrzydłami. Nad głową miał aureolę.

- Fantastyczne – powiedziałem
zachwycony – Ja też tak chcę. Genek, nie wiem jak ty, ale ja
lecę.

- Dokąd lecisz? – zapytał Genek,
który leżał pod sosną, tuż obok mnie.

- No nie wiem, na początek polatam
sobie nad drzewami – rzekłem i poleciałem. Ależ to było
przyjemne!

- Poczekaj na mnie – zawołał z dołu
Genek i szybko do mnie doleciał. Ruszyliśmy razem ostro w górę.

- Hihihi… Diabełek z aniołkiem nas
nie dogonią. Nie mają szans. – ucieszyłem się.

- To co, lecimy na księżyc? –
zaproponował Genek.

Polecieliśmy. Oblecieliśmy księżyc
ze dwa razy dookoła. Gdy wróciliśmy, poczułem zimno, więc
wleciałem do ogniska na chwilę się ogrzać. A potem usiadłem
wpatrzony w płomienie i zacząłem mówić. A gdy już wszystko
opowiedziałem postanowiłem to zapisać. Jak zawsze miałem
przygotowany pod ręką zeszyt i długopis. Nigdzie bez nich nie
wyjeżdżam. Zawód moich marzeń to przecież pisarz. Nie potrafię
wytłumaczyć, dlaczego nim cały czas nie jestem.


Gdy obudziłem się rano w namiocie,
przywitało mnie zbulwersowane spojrzenie Piotrka abstynenta. Koło
mojej głowy leżał zeszyt zapisany pismem klinowym. Jakoś udało
mi się je odszyfrować.

Oto co przeczytałem:


Czarny kot o diamentowych oczach
i karmazynowych ustach mieszka po drugiej stronie księżyca. Nocami
schodzi po smukłych drzewach do naszych dusz i chłepce gorące sny.
Gdy budzisz się rano pamiętasz tylko delikatne muśnięcia wąsów
i wilgotnego nosa. I tylko jego pazurki rozorały twoją duszę”

Tym korytarzem dojdziesz prosto
do zimnego wnętrza księżyca. Otoczony spękaną skorupą i nocą
jesteś sam na sam ze swoimi oczyma. Dotknij swej duszy, falującej
jak ogromna płachta na wietrze. Owiń księżyc całunem swej duszy.
On wie wszystko o nocnych cierpieniach uczłowieczonych robaków.
Objęci odlecicie do słodkich zakamarków nieskończoności.”

W namiocie z płomienia mieszka
brudny wąż o twarzy boga i rozwidlonym językiem zlizuje ciepło z
wilgotnych warg rozpustnych kobiet. Owinięty szalem z lubieżnie
rozłożonych nóg
wędruje od duszy do duszy. Spójrz na swoją
kobietę, wędrowiec stoi już u wrót.”


W mieście stalowych konstrukcji
mieszkają maski o kamiennych spojrzeniach i zmarzniętych duszach.
Ciepło słońca wypędzili baldachimem utkanym z cywilizacji. Wrót
miasta strzeże smutny diabeł i odpędza namolne komary
miłosierdzia. Jezus Chrystus umarł podczas zarazy i został
pochowany w zbiorowym grobie. Jego Ojciec w szorstkiej koszuli krąży
po drogach wokół miasta i prosi o litość i jałmużnę modlitwy,
kupców handlujących grzechem. Miasto tuli się wokół nas jak
kupiona kochanka. Zapłaciliśmy za nią duszą.”


Łeb mnie rozbolał od tego czytania.
Wyszedłem przed namiot. Koło mojej sosny stało nowiutki, otwarte,
ale całkiem pełne wino. Ha, otworzyć miałem siłę, wypić już
nie zdążyłem. Cóż było robić? Wziąłem głęboki łyk…


cdn.
Rymasz

Żeglarzem w naszej trójce był
Michał. Sam nawet w garażu ojca żaglówki całkiem udatne budował.
I jeszcze Genek był, mój kolega z grupy, z którym za następne 5
lat razem pracę magisterską napisaliśmy i obroniliśmy. Ale póki
co jesteśmy na roku pierwszym. Genek z Miśkiem zorganizowali w
długi majowy weekend krypę i popłynęli z całą bandą. Ja
zostałem, bo dziewczyna mnie odwiedzała w akademiku. Kilka godzin
sprzątałem nasz pokój, pucując na błysk wszystko po kolei, po to
tylko, by pierwszymi słowami, które usłyszałem po jej wejściu
było: „Ojej, tu zawsze tak brudno?”.


Chłopaki wrócili rozanieleni z
wyprawy, więc w następnym roku dałem się namówić bez trudu, tym
bardziej, że nie miałem już dziewczyny, która mogłaby mnie
odwiedzić. Janek już nie studiował z nami, Misiek się wyprowadził
z akademika, aleśmy się zebrali bez trudu.

To był rok 1993. Słowo komórka
kojarzyło się wszystkim tylko i wyłącznie z niewielkim
pomieszczeniem na węgiel. Umawianie się na żaglówkę wyglądało
tak mniej więcej, że zdzwanialiśmy na stacjonarne na koniec marca
i ustalaliśmy „Słuchajcie, zbiórka w Olsztynie w sobotę 30
kwietnia, na dworcu PKP przy kasie numer 1. Pociąg do Giżycka mamy
o 1:00”. To wystarczało. Wszyscy docierali na czas i bez
problemów. Dziś jak się z kimś umawiam na piwo, za godzinę w
barze, to jeszcze w ciągu tej godziny 12 telefonów musimy wykonać
i 4 smsy wysłać, żeby się szczęśliwie spotkać.


No to się spotkaliśmy w dziesięciu
chłopa. No to dojechaliśmy do Giżycka.


„I’m a passenger” mógłbym
zaśpiewać wtedy, bo pojęcia nie miałem o stronie organizacyjnej
przedsięwzięcia. Misiek z Genkiem wszystko pozałatwiali, dla mnie
nawet sztormiak wzięli, bo ja dalibóg nie miałem pojęcia co to
jest. Łajba czekała w porcie. Była to wielka jak Dar Młodzieży
dezeta o nazwie Orgazmuss. No naprawdę jej wielkość zrobiła na
mnie wrażenie. Chłopcy pobrali do niej żagle i wszystko co tam
potrzebne, żeby żaglówka pływała i zaczęli ją zbroić do
rejsu. Podobało mi się to. Lubię patrzeć na prawdziwych fachowców
profesjonalnie wykonujących swoją pracę. Zwłaszcza leżąc przy
tym na nabrzeżu i pijąc browara.

Trochę czasu im praca zajęła, ale
wreszcie mogliśmy wypłynąć.


Przez pierwsze kilometry wyprawy
robiliśmy za galerę albo łódź Wikingów podczas flauty. Żeby
wypłynąć z tego Giżycka na bezmiar wód Wielkich Jezior
Mazurskich, trzeba przepłynąć przez 675 kilometrów kanałów i
małych jeziorek, na których nie opłaca się stawiać żagli. Zatem
na zmianę albo wiosłowaliśmy, albo burłaczyliśmy. To było jedno
z kolejnych nowych słów, których się nauczyłem od początku
wyprawy. W języku żeglarzy zamiast „ciągnąć łódkę na
sznurku” mówi się „burłaczyć”. I nie na sznurku, ale na
cumie. Dosyć szybko pojąłem, że żeby zostać żeglarzem należy
się bardzo wielu trudnych słów nauczyć. Deprymujące było to, że
każda linka nazywa się inaczej. Były wanty, cumy, relingi, szoty,
fały… O matko łeb puchł. Generalnie poza masztem nie potrafiłem
poprawnie nazwać żadnej rzeczy, która znajdowała się na łódce.
Tak mnie to zdołowało, że postanowiłem się napić. Michał,
który był kapitanem odnosił się do tego z wielką dezaprobatą i
już na samym początku kazał mi założyć kapok. W zasadzie nie
zdjąłem go już do końca.


Okazało się też, że są wśród
złogi tak wielcy entuzjaści wiosłowania, że kwestionowali
potrzebę zakładania żagli. Jeden taki był na szczęście tylko.
To wiosłowanie było dosyć męczące jak dla mnie. Wiosła były
długie, ciężkie i oburęczne. Po cztery na każdej burcie, więc
można się było poobijać i wiosłować, ustawiając wiosło w
wodzie wzdłuż tym cienkim. I tak cała robotę wykonywał
entuzjasta wiosłowania, Piotrek. Dodatkowo cały czas mobilizował
nas do podkręcenia tempa. Tak machał tym wiosłem, że mu w końcu
pękło z trzaskiem. Mało się nie poryczał, więc szybko oddałem
mu swoje i miałem spokój.


W końcu wypłynęliśmy na jezioro, na
którym można było postawić żagle. Postawiliśmy je więc i tak
zaczęliśmy zapieprzać, że serce mi ze strachu do gardła
podeszło. Szybko musiałem się czegoś napić, żeby uspokoić
skołatane nerwy. Na dodatek Michał kazał nam bez przerwy wykonywać
różne czynności. Było to o tyle trudne, że raczej nie rozumiałem
tego co do mnie mówił. „Lewy foka szot luzuj” np. A skąd ja
niby miałem wiedzieć, że to znaczy, „Odwiąż tę linkę koło
twojego kolana”? Zresztą ona nie była zawiązana, tylko
zaknagowana. Kompletnie mi się wszystko zaczęło plątać, więc
pociągnąłem kilka łyków piwa dla rozjaśnienia umysłu. W końcu
za którymś razem, gdy zamiast odbezpieczyć przedni kabestan grota
z fału na maszcie, zacumowałem rumpel na takielunku w dziobowej
zęzie, chłopaki wkurwili się na tyle, że przestali wydawać mi
jakiekolwiek inne polecenia poza „Igor, zamknij w końcu mordę”.
Bo humor zaczął mi dopisywać niebywały, więc postanowiłem
umilić chłopcom rejs śpiewając im wszystkie znane mi szanty.
Szczerze mówiąc znałem wtedy tylko jedną. Brzmiała ona tak:

Jesienny wiatr spierdolił
majstra z dachu,

Po chuj tam wlazł narobił se
obiachu”

No w zasadzie to nie jestem teraz nawet
pewien, że to szanta, ale ten wiatr mnie zmylił.


Jezioro było puste jak murzyński
bęben, ale czasami mijaliśmy jakąś łódkę. Jeśli były na niej
jakieś kobiety krzyczałem do nich: „Ahoj przygodo! Cześć
dziewczyny, jestem znanym reżyserem i zapraszam was na casting.
Jeśli się zgodzicie, obiecuję was lansować. Całą noc albo i
dłużej. Hehehe…”. Hmmm, wydawało mi się to wtedy niezmiernie
dowcipne. Byłem osamotniony w tym osądzie. Po pewnym czasie inni
członkowie załogi zaczęli proponować innym łódkom oddanie mnie
wraz z niewielką dopłatą. Nawet jakąś zrzutę zrobili.


Tak sobie pływaliśmy to tu to tam,
czas mijał uroczo, aż w końcu zrobiliśmy się głodni. W celu
zaspokojenia głodu popłynęliśmy do Sztynortu…


cdn.
Rymasz

  • RSS