Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z tagiem: praga

Zdjęcia częściowo robione komórką, bo się bakteria w aparacie wyłopotała. Ostrzegałem, że jak zwykle słabizna. Umiem pisać, nie zdjęcia robić.


Rynek starego miasta, pomnik Husa. Siedzą.


Rynek starego miasta. Siedzą.

Czy ktoś potrafi wytłumaczyć dlaczego przepiękną fasadę gotyckiego kościoła Panny Marii przed Tynem zasłonięto dwoma kamienicami, nieszczególnej urody (jak elewacje-dekoracje z dykty w westernie)!? Barbarzyństwo!

Słynny zegar Orloj na Ratuszu.


Nikt z tych ludzi nie wie co pokazuje ten zegar (ze mną włącznie, żeby nie było), ale ma 600 lat i o równej godzinie figurki Śmierci, Turka, Próżności, Chciwości i dwunastu Apostołów kiwają główkami i kończynami, a trębacz trąbi z góry, więc nie ma to tamto – trzeba zobaczyć. Dlatego tłum.


Praga, stare miasto. Piękne kamienice, mnóstwo ludzi chodzi po bruku.

A pan po lewej taaaką wielką rybę złapał. Pani oniemiała z zachwytu.
 


Podobnych pereł bezlik.


Uliczka, piękne elewacje, bruk, człowieki. Dużo człowieków.


Bywa i tak.


Bonus. Widok z dachu biurowca i dla koneserów drycoolery zraszane wodą. :-)


Podróże kształcą tylko wykształconych, a ponieważ jestem wybitnie wykształcony do przodu na brzuchu, to po każdej podróży dokształcam się jeszcze bardziej. Praga nie była wyjątkiem.


Czego nauczyła mnie trzydniowa wizyta w Pradze? Kilku rzeczy.


Okazało się, że znam kolejny obcy język. Podejrzewałem to od pewnego czasu, ale teraz się przekonałem. Trzy dni spędzone w Pradze i już to wiem na pewno.

Mówię po czesku.

Chociaż nie wyraziłem się zbyt precyzyjnie. Czeski nie jest językiem obcym. Polacy po prostu rozumieją czeski i wystarczy do tego odrobina dobrej woli i skupienia.

Kiedy czytam w czeskiej gazecie „Ruské letadlo zmizelo z radaru” to od razu wiem, że była katastrofa rosyjskiego samolotu, nieprawdaż?

Teatr to po czesku „divadlo”, ale w drugą stronę to nie działa i na coś dziwnego nie mówimy wcale teatr. Wystarczy zapamiętać tę zasadę i reszta jest z górki. Oglądać coś to „divat se”, ale oglądać to wcale nie znaczy „dziwić się”. Proste.


Pisałem już kiedyś o mojej miłości do czeskiej policji.


http://badziewiaki.blog.pl/reminiscencje-z-wakacji-w-chorwacji-odc-4,15064840,n

Pierwsze wrażenie robi się tylko raz, jak mawiali babilońscy mędrcy.

Na lotnisku, sympatyczny i uprzejmy funkcjonariusz lokalnego reżimu za pomocą nosa psa rasy cywil obwąchał moje krocze i teczkę z laptopem. Tak po prostu podszedł bez pytania i bezceremonialnie, kurwa, obwąchał. I tak po kolei wszystkich oczekujących na walizki przy taśmociągu. Uroczy doprawdy zwyczaj.

Jak to jest? Nie powinien najpierw grzecznie spytać, tudzież uprzejmie poinformować o swoich zamiarach? A nie, na chama podchodzi i wącha.


Po odebraniu bagażu wsiadłem do taksówki i zapytałem o możliwość płatności kartą.

No kard, no kard, kesz only” powiedział uprzejmy taksówkarz, będący bratem bliźniakiem znanej holyłudzkiej gwiazdy o przydomku Ron Dżeremy.

Nie mam gotówki, mam tylko kartę” odparłem zabierając się do wysiadania. „Ok, ok.” rzekł zrezygnowany taksówkarz i ruszył.

Byłem ciekawy jak to się rozwinie. Nie akceptuje kart płatniczych, a zgadza się na kurs bezgotówkowy. Wyższa logika.

Z praskiego lotniska w okolice hotelu na starym mieście jedzie się z pół godziny. Cwaniak miał antyradar, który ostrzegał go o suszarkach. Dojeżdżamy do hotelu. Wyciągam kartę w kierunku kierowcy, który wyciąga z podłokietnikowego schowka terminal i pyta ile napiwku ma doliczyć do rachunku.

Na pytanie dlaczego się do tego nie przyznał odparł, że musi potem czekać 10 dni na kasę, więc ma w dupie terminale.

W ogóle kartą w nielicznych miejscach można zapłacić i to nie dlatego, że oszukują jak taksówkarz, ale dlatego, że zwyczajnie terminali nie mają. Gotówka i już.

Ale kiedy wpadłem na idiotyczny jak się okazało pomysł wymiany złotówek na korony w kantorze, uprzejmy kasjer spytał czy jestem Polakiem. Gdy odparłem, że tak, z uśmiechem na twarzy dowalił do transakcji jakieś 20% „poplatku”. Może oni cały czas za anszlus Zaolzia się tak mszczą?

Za to przy wypłacie gotówki z bankomatu nie ma żadnego bandyckiego „poplatku”.


W hotelu za korzystanie z wifi dodatkowa opłata. Tak jest, należy trzymać standard! W końcu XXI wiek zobowiązuje.


Praga to taki Kraków zmiksowany z Wrocławiem. Tylko bardziej kosmopolityczna jest.

Sklepy z wódą, jak w Londynie, prowadzą ludzie o śniadej karnacji. Podczas spaceru przez rynek i okolice wieczorową porą byłem nagabywany przez piętnastu murzynów, by koniecznie odwiedzić „pussy palace”. Doprawdy wyglądało to jak w „Od zmierzchu do świtu”.

On mnie tam za darmo wpuści, a jak mi się nie spodoba to sobie pójdę. Nie chcesz cipek? To może maryśkę chcesz zajarać? Wszystko 20 metrów od stojącego na rynku radiowozu.


Turystów mrowie, czysto, elewacje odnowione, wszędzie elegancki bruk. Miasto ma ewidentnie duszę, w przeciwieństwie do takiej np. Kopenhagi, po której szwędałem się ze trzy tygodnie temu i która jest schludna, antyseptyczna i nic poza tym.


Czesi jedzą dużo mięsa, które podają z ciemnym sosem pieczeniowym, pyszną duszoną kapustą (modrą i białą) z kminkiem oraz całkowicie niestrawnymi knedliczkami. To plastry miękkiej, mokrej buły. Nie da się tych knedliczków jeść. Za to pieczoną szynkę, gulasz, wołowinę, paprykową kiełbasę, gęś, kaczkę już i owszem. Podobnie jak zasmażany ser. I zamiast tych knedlików już lepiej placki ziemniaczane wziąć. Albo sałatkę ziemniaczaną.

Piwo kochają i są święcie przekonani o tym, że mają najlepsze na świecie. Nie kłócę się. Smak ok, ale dla mnie piwo w woltażem w okolicach 4% jest lurowate. Grzecznie zatem, podczas jednego z obiadów w gospodzie, wytłumaczyłem moim kolegom (ja tam służbowo byłem, zwiedzanie po pracy, wieczorami), że wiele nacji tak samo twierdzi: Niemcy, Angole, Belgowie, Duńczycy… Raczej nie przyjęli tego do wiadomości. Czeskie piwo jest najlepsze, koniec rozmowy. Dlatego piją je non stop. Piwo w czasie lanczu to normalka. A w gospodzie obok białych kołnierzyków piwo piją budowlańcy w upapranych zaprawą kombinezonach.


Pytałem dlaczego się ze Słowakami rozdzielili? Podobno o kasę poszło. Czechów jest 10,5 mln., Słowaków 5,5 mln., ostatnim prezydentem Czechosłowacji był Słowak i on finanse państwa dzielił 50/50. Połowa dla Czech, polowa dla Słowacji. To się wkurzyli. Tak to wygląda w wersji moich czeskich kolegów. Jak wygląda w wersji Słowaków nie wiem, ale rad bym się dowiedzieć. I idę o zakład, że to jest inna historia.


Obserwacja krajobrazu zarówno przez okno samolotu jak i przez okno samochodu podczas podróży do Brna i z powrotem, uświadomiła mi, że pokaźną część zasiewów stanowi rzepak, zwany w tubylczym narzeczu, zdaniem moich kolegów, rzepką (pisze się to po czesku repka, tyle, że nad r jest odwrócony daszek i dlatego czyta się rzepka – mówię Wam, kilka prostych zasad i zasuwacie po czesku), chociaż internetowy słownik mi podpowiada, że to olejka.

Opłaca się, bo państwo do biodiesli dopłaca. Uwielbiam socjalizm. Nie sieją pszenicy tylko rzepak, bo tak chce państwo. A że potem mąka i chleb droższe? Oj tam, oj tam.


Komunikacja metrem jak najbardziej bezbolesna. Stacje niewypasione i ciut zaniedbane, ale trzy linie połączone z siecią tramwajową dają świetnie radę. Mapki logiczne i zrozumiałe.


Konkludując.

Piękne miasto – mnóstwo zabytków, kupa fajnego zwiedzania. Łatwo się po nim poruszać – przyjazne dla turystów. W harmonii z rzeką, po której można popływać promem. Smaczne piwo i treściwa, konkretna kuchnia (a hot dogi to parek w rohliku). Jeśli bilety z wyprzedzeniem zamówić to ze cztery stówy z Warszawy wychodzi, a sam lot krócej niż godzinę trwa. Ceny jak w Polsce, w knajpach nawet taniej.

Naprawdę świetne miejsce na kilkudniowy wypad. Na 100% taki z rodziną zaplanuję i odbędę.


Zdjęcia jakieś upaprałem. Może wrzucę, może nie.


Aha, w piątek poranną porą wracałem jednym samolotem z Adamem Michnikiem, który jest stary, gruby, brzydki i jara non stop swojego elektronicznego cygareta. Zatem jeszcze bardziej tego szkodnika nie lubię.


  • RSS