Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z tagiem: mlyn-i-krzyz

Dobry
film to taki, w którym się ścigają, strzelają do siebie, są wybuchy,
goła baba, jest miłość, tragiczna klęska, a na końcu wygrywają nasi. To
najkrótszy przepis na holyłódzki hicior. Kandydaci na Szpilbergów i
Lukasów: wydrukować, przywiesić nad łóżkiem i wkuć na pamięć.

W „Młynie i krzyżu” z podanej powyżej receptury występuje przez kilka sekund jedna goła baba o fajnym tyłku. I nic więcej.

Zauroczył mnie ten film.


Młyn i krzyż” to ekranizacja obrazu Petera Bruegla. Tak, ekranizacja obrazu.

Reżyser,
Lech Majewski scenariusz napisał wspólnie ze znawcą malarstwa
flamandzkiego Michaelem F. Gibsonem. Scenariusz oparty na eseju będącym
analizą jednego obrazu Petera Bruegla Starszego „Droga na Kalwarię”.


Droga Krzyżowa


Film
jest oszałamiający wizualnie. Graficy komputerowi przez dwa lata z
pietyzmem i pod czujnym nadzorem Majewskiego (ma być jak na oryginale)
poskładali w spójną całość wiele elementów: brueglowskie krajobrazy,
zdjęcia kręcone w rozmaitych miejscach Polski (Jura
Krakowsko-Częstochowska, Wieliczka, Pieskowa Skała, Olsztyn i inne),
setki statystów sklejonych w jeden wielki „żywy obraz”, ujęcia z
gwiazdami (Rutger Hauer, Charlotte Rampling i Michael York) kręcone na
„blue boxie” (wedle Hauera większym niż podczas kręcenia „Batmana”),
elementy krajobrazu powstałe komputerowo, efekty specjalne oraz
brueglowskie, zachmurzone niebo, które odnaleziono i sfilmowano w
Nowej Zelandii. Wszystko poukładane na kolejnych planach (warstwach) jak
u Bruegla. Kadry są statyczne, a każdy jest „malarski”, każdy jest
odrębną kompozycją. Do tego świetna scenografia i kostiumy.

Dzięki temu wszystkiemu wchodzimy głęboko w obraz.


Ale to dopiero początek.

Bowiem
film jest też analizą dzieła na wielu płaszczyznach. Merytoryczna wiedza to
zasługa Gibsona, ale Majewski to zgrabnie artystycznie przetworzył.

Poznajemy
zatem kontekst historyczny epoki (Flandria pod rządami hiszpańskich
Habsburgów urządzających okrutne prześladowania protestantów), poznajemy
tajemnice kompozycji obrazu, znaczenie wielu symboli oraz filozofię
Bruegla, poznajemy „losy” dwunastu występujących na nim postaci (na
całym obrazie doliczyć się ich można 500). I zaczynamy rozumieć „Drogę na kalwarię”. Nie będę Wam tłumaczył co ja zrozumiałem. Marsz do kina, albo do księgarni po album „Młyn i krzyż”,
w którym znajdziecie esej Gibsona, od którego się zaczęło oraz historię
powstania filmu. Ja go jeszcze nie mam. Zwracam uwagę na „jeszcze”.


Taki
sposób prezentacji sztuki jak w filmie Majewskiego nie jest mi obcy.
Żadnemu miłośnikowi twórczości Waldemara Łysiaka nie jest. To Łysiak
nauczył mnie rozumieć malarstwo, sztukę. To on nauczył mnie nie tylko
patrzeć, ale też czuć obrazy. Rozumieć kompozycję, symbole, dostrzegać
malarskie sztuczki perspektywiczne, podziwiać technikę, grę światłem ale
przede wszystkim rozumieć i przeżyć opowiadaną przez obraz historię. To
„tu i teraz” obrazu, zatrzymane w jednym kadrze. Miałem szczęście jako
student warszawskiej polibudy, gościnnie, za zgodą doktora Łysiaka,
uczestniczyć w kilku wykładach z „Historii Kultury i Cywilizacji” na Wydziale
Architektury w roku akademickim 1991/1992. Oniemiałem na pierwszym, na
kolejnych chłonąłem wiedzę jak gąbka. A potem były książki „Muzeum Wyobraźni”, „Wyspy Bezludne” i przede wszystkim ośmiotomowe, monumentalne „Malarstwo Białego Człowieka”.
Nie jestem specjalistą, nie znam się tak naprawdę, ale to Łysiak
stworzył we mnie wrażliwość na malarstwo, na sztukę. To dzięki niemu
spędziłem przed obrazami starych mistrzów długie godziny w monachijskiej
Pinakotece, to dzięki niemu kupuję albumy i biografie malarzy, lezę na
każdą porządniejszą wystawę i do każdej znajdującej się w moim zasięgu
galerii z europejskim malarstwem sprzed XX-go wieku.


Ale
ponieważ jestem gruboskórnym cynikiem, to ta wrażliwość gdzieś zanikła w
natłoku codzienności, pchania taczek w fabryce. Patrzyłem i rozumiałem,
potrafiłem opowiadać i jakoś tam tłumaczyć, ale jakoś uczucia
przytępiały.


Majewski
je na nowo rozbudził. Ten sam sposób opowiadania o obrazie, ale inne
środki artystycznego wyrazu. Ta sama historia opowiedziana inaczej.
Wiele go z Łysiakiem łączy. Obaj muszą być „boskimi szaleńcami”, bo
każdy wybitny artysta musi być takim opętańcem z misją. Bez tego jest
rzemiosło a nie sztuka, choć obaj Panowie do perfekcji opanowali
rzemiosło swoich profesji. Obaj są perfekcjonistami i pedantami. Obaj
kochają na zabój stare europejskie malarstwo i gardzą tzw. sztuką
współczesną, która ze sztuką ma tyle wspólnego ile ja ze zdrowym trybem
życia. Wszechogarniający w naszej znajdującej się w agonii kulturze
relatywizm też jednakowo „szanują”. I obaj potrafią dotrzeć do mojego
serca.

Potrafią
zamienić bezrefleksyjny marsz w galerii sztuki od obrazu do obrazu w
wyprawę do mitycznej krainy. Potrafią „namówić” by przed obrazem stanąć i
próbować odkryć jego tajemnicę. Przed dziesiątkami obrazów tak stałem
dzięki Łysiakowi, przed kolejnym stanąłem w piątek w kinie Kultura
dzięki Majewskiemu. Poczułem się zachęcony by zrozumieć więcej, poznać
znaczenie każdego kadru, bo każdy kadr ma w tym filmie znaczenie i coś
na mówi o obrazie.

Niesamowite.


Dawno,
naprawdę dawno nie czułem czegoś podobnego po wyjściu z kina. Coś
nowego, budzącego tyle zapomnianych i zakurzonych uczuć.m

Jedyny
minus to muzyka, której jest za mało. Rozumiem, że Majewski chce
opowiadać przede wszystkim obrazem, ale kino to obraz i dźwięk.


Wiem,
to śmieszne gdy złośliwy i zgryźliwy czterdziestoletni technokrata
próbuje werbalizować nieporadnie swoje odczucia związane ze sztuką. Ale
doceńcie przynajmniej bezkompromisową szczerość i odwagę.

W życiu bym nie poszedł do kina na ten film, gdyby nie ten wątek mojego internetowo-realowego kumpla Gepparda.


I
Wy dajcie się namówić, i idźcie do kina. Wejdźcie w ten obraz,
zobaczcie niedostrzegalnego Jezusa w centrum obrazu, dźwigającego krzyż,
dowiedźcie się dlaczego trudno go zauważyć choć jest w samym środku, a
uwaga widza skupia się na zupełnie czym innym, zrozumcie czym jest młyn
na skale, co symbolizuje krąg w lewym, a co w prawym górnym rogu obrazu.
Dlaczego Bruegel tak a nie inaczej skomponował swój obraz. To piękna i
wciągająca opowieść, chociaż bez wybuchów, pościgów, dynamicznej kamery i
ciężko stwierdzić czy nasi na końcu wygrali czy przegrali. Za to łatwo
stwierdzić, że obcowało się z prawdziwą sztuką.


Rymasz


  • RSS