Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z tagiem: metallica

Najbardziej
zadziwia, że Litwini póki co nie zauważyli, że stare miasto
pełne jeżdżących i parkujących samochodów to zły pomysł.
Może kiedyś zmądrzeją.


Przeszwędaliśmy
się po tym starym mieście naprawdę uczciwe, wzdłuż, wszerz i po
skosie. Kilka godzin pełnego zapału łażenia.

Lista
Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości
UNESCO. Nie ma żartów. Gotyk, renesans, barok, późne
rokokoko, modernizm i ruska okupacja, która to wszystko do
poziomu własnej kultury i mentalności pragnęła sprowadzić,
zamieniając cerkwie na spichlerze (zdjęcia widzieliście) i
wstawiając o
hydne, prostackie socjalistyczne plomby we
frywolnie urozmaicone pierzeje. Jak wszędzie. Bezmyślne bydlęta z
nadania sowietów niszczące architekturę okupowanych przez
ruskich miast (Wilno, Warszawa, Wrocław, Łódź i setki
innych) powinny na miejskich latarniach przykładnie zawisnąć.
Podobnie jak reszta zdrajców, wysługujących się wrogowi.
Nie zrozumiem nigdy, jak to możliwe, że żyję w kraju, w którym
naczelny renegat Jaruzel i jego przyjaciel Kiszczak, bezpośrednio
odpowiedzialni za działania służb, które prześladowały i
ZABIJAŁY Polaków walczących o niepodległość okupowanej
przez ruską barbarię Ojczyzny, są po odzyskaniu owej
niepodległości uważani za patriotów. Obrzydliwej tego słowa
splugawić nie sposób.

Ale wracamy na stare
miasto czym prędzej, nim się do końca wkurwię i narrację
zakłócę.

Na koniec spaceru
nóg już nie czuliśmy, zatem pojechaliśmy do hotelu odpocząć
przed głównym wydarzeniem dnia i naszym powodem bytności tu.


Pomysł, żeby tu
przyjechać zrodził się spontanicznie raczej.

Gadaliśmy sobie
mailowo któregoś grudniowego dnia o koncercie Metalliki na
Bemowie w czerwcu. Ja stanowczo mówiłem nie, bo mi lotnisko
nie pasi i chcę do hali. Na co Kędzior nawija, że w Wilnie grają
w hali 20 kwietnia. Tyle, że biletów już nie było. I się
nagle okazało, że będzie drugi koncert w Wilnie. Bilety kupiliśmy
pierwszego dnia sprzedaży na jakiejś litewskiej stronie z biletami.
XXI wiek – bilety się teraz w domu drukuje. Kędzior hotel znalazł
i zabukował. Załatwione.


Chciałem do hali,
bo halowe koncerty Metalliki są inne niż na stadionach. Mieliśmy
wtedy na koncie trzy koncerty Metalliki na stadionach i jeden w
amfiteatrze. I ten w amfiteatrze w Berlinie był najlepszy.


Bilety w hali
Siemens Arena kupiliśmy najdroższe. A co! I tak niewiele więcej
kosztowały niż NAJNAŃSZE bilety na koncert Metalliki w Warszawie,
na Bemowie.

Jak to w życiu,
wszystko ma swoje zady i walety.


Odpoczęliśmy,
zbiórka, w drogę. Leszek bohatersko prowadzi, parkuje na
stacji Lukoil. Do Siemens Arena ze 200 metrów, nie więcej, po
drodze podziw budzące zjeżdżalnie parku wodnego mijamy (w
Druskiennikach podobno większe). Jeszcze na stacji Leszek przytomnie
pyta po polsku ekspedientkę, która jest oczywiście Litwinką
i po polsku wcale nie mówi, czy 24 h otwarci i okazuje się,
że co prawda i owszem, ale reżim na Litwie zabrania kupować piwa
po 23:00. Chwała Ci Leszku – kupujemy teraz.

Przy wejściu do
hali dowiedzieliśmy się, że z naszymi biletami wchodzimy wejściem
dla wybrańców, czyli członków BMW Klubas.

Tłoku nie ma,
miejsca numerowane, kilka barów z drinkami, świetny widok na
tak bliską scenę. To zalety.

Banda najebanych
nuworyszów, którzy zakupiwszy koszulki z logo Metalliki
na wielkie wydarzenie kulturalne się udali. W ich wydaniu polega to
na fotografowaniu się na tle sceny z nowo wyuczonym gestem mano
cornuta, kontynuowaniem najebki, choreografią w stylu „Ostania
niedziela” Mietka Frogga w rytm „Nothing Else Matters” (jeden
przed nami, ledwie stojąc, panią która obok niego siedziała
ładnie, z pocałowaniem w rączkę, zaprosił do tańca – harbuza
dostał, ale nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. W dalszym
ciągu usiłował za tyłek ją złapać.), wreszcie uśnięciu.
Pojęcia nie mieli co to za muzyka i po co tu wleźli, poza tym, że
wielka gwiazda występuje, a że im BMW Klubasom wstęp przysługuje,
tudzież zniżki mają, to przyszli.

W ogóle te
dwa koncerty Metalliki to w Wilnie wielki wydarzenie było, na cześć
którego w jedynej na Litwie sieci marketów Maxima
(innych dużych sklepów brak), na honorowym miejscu, zaraz za
wejściem ustawiono stoiska z płytami CD i DVD Metalliki. Widać
niewiele tam koncertów światowych gwiazd szołbiznesu.

A Metallica to jest
właśnie taka gwiazda. Jak U2, Rolling Stones, Madonna czy AC/DC. Ta
sama liga, ta sama skala tras koncertowych. Stety, albo niestety. Jak
kto woli. Ale to oni stadiony zapełniają, miliony płyt sprzedają
i zarabiają setki milionów zielonych.


Zdaję sobie sprawę
z tego, że dziś Metallica to przede wszystkim przynoszące
miliardowe obroty i zatrudniające tysiące osób
przedsiębiorstwo produkujące płyty, koncerty, gadżety, koszulki,
gry komputerowe, filmy, książki i kto wie co jeszcze, a nie
czterech chłopaków spontanicznie i szczerze produkujących
energetyczny hałas. Ci prawie pięćdziesięcioletni, posiadający
ogromne majątki przedsiębiorcy kolejne płyty wydają i trasy
koncertowe organizują, skupiając się przede wszystkim na
strategiach marketingowych, ale są przy tym tak profesjonalni, że
naprawdę nie wiem, czy ich sceniczny entuzjazm jest prawdziwy czy
jest zwykłą sceniczną grą zblazowanego rokendrolowca, który
wydymał bez szczególnych emocji kilka tysięcy wdzięcznie
podkładających się fanek, wyżłopał milion litrów wódy
i w końcu postanowił się ustatkować i za dobrze zakonserwowaną
ikonę rocka porobić, kolejne miliony na koncie księgując. I mam
to gdzieś.

Są na scenie
doskonale świadomi tego co mają robić i robią to najlepiej jak
potrafią. Na koncercie Metalliki dostajesz dokładnie to, za co
zapłaciłeś. Dwie godziny maksymalnego zaangażowania. Oni na te
dwie godziny są naprawdę tylko dla swojej publiczności. I
sprawiają wrażenie, że im to taką samą, a może i większą
nawet frajdę sprawia.

Bawię się na tych
koncertach doskonale, choć z grubsza zawsze wiem co i w jakiej
kolejności zgrają, co papa Hetfield będzie gadał i jak fałszował,
jak mnie ta latynoska małpa, którą zatrudnili do grania na
basie chyba tylko z powodów marketingowych, by słuchaczy z
Ameryki Południowej pozyskać, będzie irytować, jakie solówki
Hammet wybrzęczy i jak będę wzrokiem omijał Urlicha, którego
zwyczajnie nie lubię jako człowieka.

Drę mordę
śpiewając setki razy wysłuchane kawałki, skaczę, rękami i głową
macham. Dwie godziny zabawy i prawdziwej frajdy.

No lubię to, ale
jak mnie ktoś fanem Metalliki nazwie, to się pozwolę nie zgodzić.
Słucham ich muzyki, na koncertach bywam, ale w życiu na sobie
koszulki z ich logo nie miałem. A Urlich mnie naprawdę wkurwia,
choć jego dorobek muzyczny szanuję.


Oni dla tych kliku
tysięcy ludzi na drugim koncercie w Wilnie (niepełna hala była)
zagrali dokładnie z tym samy zaangażowaniem z jakim zagrali dla
osiemdziesięciu tysięcy w Warszawie, na Sonisphere Festival, kiedy
za supporty mieli Antrax, Megadeth i Slayer. I przestańcie mi tu
bajki o koncercie Wielkiej Czwórki opowiadać. Gwiazdą
wieczoru była Metallica i bez supportów spokojnie z 70
tysięcy by na koncert przyszło. Pozostałe trzy zespoły, jako
Wielka Trójka, góra trzydzieści tysięcy by zebrało,
choć podejrzewam, że wątpię. Ze dwadzieścia najwyżej.


Bo ja na ten koncert
na Bemowie poszedłem przecież w końcu, bo mi po Wilnie wróciła
chęć ich słuchania. Tak fajnie zgrali! Co prawda ostatniego dnia
się zdecydowałem, bilet u konika za ¾ ceny (choć można
było i za pół) kupiłem, ale jednak!


Bo z Siemens Areny
zadowoleni wychodziliśmy. Dudniło w uszach, glosy chrypiały, ale w
oczach ogniki błyskały!

Jeszcze tylko
tradycyjna zbiórka u mnie w pokoju, w celu konsumpcji płynów
oraz rozwiązywaniu najbardziej palących dla ludzkiej problemów
i tak upłynął poranek i wieczór – dzień drugi.


Różnice
między koncertem Metalliki w hali w Wilnie i na klepisku lotniska
Bemowo w Warszawie pozwolę sobie ująć w punktach:

  1. W hali jest
    doskonała jakość dźwięku oraz zapierające dech w piersiach
    efekty sceniczne i wizualne. Bemowo było co prawda dobrze
    nagłośnione, ale proszę was!

  2. W hali scenę
    masz tuż przed oczyma, z dobrej perspektywy. Na klepisku taki
    stary, schorowany człowiek jak ja na góra 150 metrów
    dolezie i wytrzyma do końca.

  3. W hali gdy
    zapragniesz siku lub drinka to wstajesz i za cztery minuty wracasz
    załatwiwszy pozytywnie sprawę. Na klepisku do piwopoju i tojtoja
    były kilometrowe kolejki. Zaciskałem zęby i wchłaniałem wilgoć
    z organizmu.

  4. Pod halę
    podjeżdżasz, parkujesz, a po koncercie odjeżdżasz. Do klepiska
    podjeżdżasz dwie godziny, potem dymasz na piechotę trzy
    kilometry, a po koncercie odjeżdżasz godzin dwie.

  5. W litewskiej
    hali publiczność niekoniecznie kuma co tu robi, na polskim
    klepisku stoisz wśród świadomych odbiorców łomotu.
    Wiedzą kiedy i co zaśpiewać gdy James zachęci. No to jest plus
    klepiska.


W każdym razie dnia
trzeciego wyprawy wstaliśmy, oporządziliśmy się, zjedliśmy
śniadanie, nabyliśmy w Maximie narodowych litewskich specjałów
w postaci chleba, kiełbas, piwa, rozmaitych serów, kwasu
chlebowego, chlebowych frytek i czego tam jeszcze, po czym wracaliśmy
godzin kilka do domów.

Moje zakupy
wyglądały z grubsza tak:

nasz widok na scenę
(zdjęcie z komórki) tak:


Zbyt długo trwała
moja opowieść, zbyt wiele na koniec skróciłem, by ją
wreszcie skończyć. Ale stało się. To tyle co miałem do
powiedzenia i do pokazania na temat wycieczki trzech podtatusiałych
melomanów na koncert czterech podtatusiałych rokendrolowców
w Wilnie.


Rymasz

Wilno jest czyste, wieleńskie stare miasto przepiękne, miejscowe specjały w knajpach pyszne i tanie, piwo dobre (choć nie każde), tubylcy uprzejmi i choć mówią po węgiersku, to idzie się z nimi porozumieć. Trzeba tylko znać sposób.
A Metallica zachwyciła nas dwiema godzinami entuzjastycznego hałasu.

Od nieistniejącego przejścia granicznego Ogrodniki-Lazdijaj do Wilna Litwa składa się z pustych, prostych dróg oraz ugorów upstrzonych przypadkowo poutykanymi pośrodku niczego pojedynczymi domostwami. Jako tako zorganizowane wsie i miasta pojawiają się tam z rzadka na zasadzie ewenementu.

W całej Litwie mieszka (dziękuję ciociu Wikipedio) 3,3 mln człowieków przy średniej zaludnienia 52 osób/km² (w Polsce 118 osób/km²).

Tubylcy porozumiewają się między sobą w niezrozumiałym języku. Podejrzewam, że to węgierski – wszystkie ciągi liter są identycznie jak w węgierskim nic nie mówiące i nie wzbudzające żadnych skojarzeń oraz nie pobudzające mojej wrodzonej intuicji lingwistycznej. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do Węgier, z większością mieszkańców Litwy można nawiązać logiczny kontakt i wdać się w konwersację. Metodą na Antka Niemowę.

Księdzu ktoś podkradał jabłka z sadu. Ksiądz zaczaił się w nocy. Usłyszał hałas, podszedł pod drzewo skąd dobiegał, ręka w górę i cap złodzieja za cojones.
- Kim jesteś!? – krzyknął.
Cisza. Ksiądz wzmocnił i podkręcił uścisk.
- Mów ktoś ty!!!
- Cisza. Uścisk się wzmógł się i jeszcze bardziej podkręcił.
- KTO!!!???
- Antek… – dobiegł z góry ciuchutki, piskliwy głosik.
- Jaki Antek?
- Antek Niemowa…

Zatem wystarczy konsekwentnie powtarzać swoją kwestię po polsku, do momentu gdy najbardziej oporny tubylec odpowie, że co prawda nie mówi po polsku, ale doskonała restauracja z litewskimi potrawami znajduje się za rogiem, a z litewskich serów najlepszy jest ten pieczony z ziołami. W najgorszym wypadku nie odpowie po polsku ale mieszaniną polskiego i rosyjskiego.
Naprawdę działało za każdym razem. Poza tym w Wilnie jest naprawdę dużo Polaków, chętnych by pomóc. Hostessa w barze w hotelu (oboje rodzice Polacy), kelnerka w knajpie (Beata – tata Polak), pani sprzątaczka w sklepie („Nie macie lita do wózka? Wania odkluczaj im tieleżku! No i się nie ruszy nawet. Sama wam otworzę.”), pan w autobusie oraz ten i ów przechodzień.
Rzuca się w oczy, że młodzi Litwini polskiego pochodzenia wstydzą się w jakiś sposób swojej polskości. Mówią o niej z niechęcią, z niechęcią używają polskiego. A młodzi Litwini bez polskich korzeni zagajeni na ulicy używają angielskiego. Myślę, że to kwestia czasu gdy ta łatwość nawiązywania rozmowy w Liwie po polsku zaniknie.

Cele wyprawy były trzy.
Pierwszy, to koncert Metallicy w hali 21 kwietnia. Mój i Kędziora piąty wspólny koncert Metallicy (Warszawa, Berlin i dwa razy Chorzów były wcześniej). Dla Leszka pierwszy.
Drugi, to turystyczne szwędanie się. Dlatego przyjechaliśmy uczciwie na 3 dni, a nie jeden z noclegiem.
Trzeci, męskie rozmowy o życiu i w ogóle.

Założenia udało się zrealizować perfekcyjnie i bez zakłóceń.

cdn.

Rymasz


  • RSS