Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z tagiem: luksemburg

Luksemburg to nie tylko starówka, wysokie mosty, pozostałości po fortyfikacjach oraz maklerzy w garniturach od projektanta preferującego po godzinach pracy towarzystwo mężczyzn, nie kobiet. Drugą twarz Luksemburga zobaczyć można w okolicach dworca.

 

Sam dworzec niczego sobie. Do Paryża z Teżewe (TGV)  w dwie godziny się smyknie.

 

Tory jak tory

 

Za torami nuda przedmieść.

Gdy robiłem tę fotografię kobieta w zielonym fartuchu, która stoi po lewej stronie, pół metra za kadrem, spytała mnie dlaczego fotografuję jej samochód (ZL 8760). Odparłem, że uliczkę sobie fotografuję. „Hmmm, to bardzo dziwne”, mruknęła pocierając kciukiem podbródek. Ano fakt. Jakby kosmici podbój planety rozpoczęli. Tudzież idiota z aparatem za torami w Luksemburgu. W sumie ma kobieta rację. Co ja tam fotografowałem?

 

Gdy z dworca się wyjdzie i śmiało do przodu ruszy, to okazuje się, że sporo emigrantów na ten dobrobyt zasuwa między wierszami. A emigranci integrują się tak sobie. Raczej w Europie tworzą enklawy niż się wtapiają w środowisko.

Co ja będę gadał.

Nie umiem robić zdjęć. Ale w tym wypadku uznaję, że lepiej gdy pokażę kilka obrazków, niż spróbuję to opowiedzieć.





 

Brzydkie stare kurwy, których nie ma na zdjęciach, ale narkomani i narkomanki, pijacy, bary z gołymi babami, pięcioletnie dzieci ze smoczkami w ustach już są.

 

A nad głową samoloty zasuwają, mało łba nie urwie.

 

Z Amsterdamu do Luksemburga leci się
45 minut. To jak krótka przejażdżka windą między przedsionkiem
do piekła, a nudnym czyśćcem.


Księstwo górzyste, lotnisko
niewielkie, kompaktowe takie. W porównaniu z amsterdamskim Schiphol
jak przydomowy kurnik przy przemysłowej fermie drobiarskiej.


Po 22:00, w czasie kiedy Amsterdamczycy
w mniejszych i większych grupach jarają trawę, chędożą dziwki i
kombinują jak wymyślić coś niemoralnego, czego jeszcze nie
praktykowali, Luksemburczycy grzecznie śpią z rączkami na
kołderkach, po zmówieniu modlitwy do dobrego Boga z prośbą o
jeszcze więcej pieniążków.

Nie ma życia nocnego w centrum
Luksemburga. O 22:00 zamykają restauracje, bar otwarty znaleźć
trudno, puste ulice. Powtarzam – w centrum.

Jak coś otwarte to ruskie. Poważnie.
Barmanka z Łotwy opowiada jak to po Europie się tułała w
poszukiwaniu właściwego kraju. A w ruskim barze pyszną soliankę
jedliśmy.

Bo ja w Luksemburgu służbowo z moim
kolegą z Finlandii byłem. Poznaliśmy się całkiem dobrze, bo po
przyjeździe z lotniska o 18:10 dowiedziałem się w hotelu, że moja
rezerwacja wygasła 10 minut temu. „Ale mój pokój nie zdążył
zniknąć w tym czasie, prawda?”, zapytałem uśmiechnięty. „Nie
zniknął, ale system przydzielił go pierwszej oczekującej osobie”,
odparła uśmiechnięta recepcjonistka.

Po upewnieniu się, że łóżka w
pokoju są dwa, rozdzielne, przygarnął mnie Petri, czyli Piotrek.

Dogadaliśmy się. W ciągu dnia
pracowaliśmy, a gdy nie pracowaliśmy szwędaliśmy się po
Luksmburgu.


Stolicę Wielkiego Księstwa
Luksemburg, przedstawia się jako miasto białych kołnierzyków i
centrum finansjery. Bezrobocia praktycznie nie ma, PKB na łeb
mieszkańca powyżej 80 tys. zielonych papierów (srebrny medal w
mistrzostwach świata). Kraj malutki, pół miliona obywateli nawet
nie ma, stolica mniejsza niż Słupsk, poniżej 100 tys. mieszkańców.


Pusto, czysto, schludnie. Starówka na
liście światowego dziedzictwa UNESCO. Urocza, choć w większości
wydaje się nie taka znowu stara, bo raczej modernistyczna. Miasto
rozpostarte w okolicach przepięknych dolin rzek Alzette i Petrusse.
Główna część miasta wysoko, strome ściany, kamienne mosty o
wysokaśnych filarach. To niegdyś jedna z potężniejszych twierdz w
Europie była. Pozostałości po fortyfikacjach robią wrażenie.


Jakieś europejskie biurwokratyczne
pasożyty się do tego miasta przyczepiły z trybunałem
sprawiedliwość UE na czele. Nie szanuję niestety Unii
Europejskiej, której jestem obywatelem, bo to państwo
socjalistyczne. Zatem życzę jej szybkiej śmierci, a Europie życzę,
by kiedyś zmądrzała i powróciła do korzeni, do podwalin, do
fundamentów, na których jej potęga wyrosła, czyli do monarchii
dziedzicznych. Takich jak w Wielkim Księstwie Luksemburga.



Na
placu d’Armes, centralnym miejscu starego miasta, platany, pełno
restauracji i scena pośrodku, na której orkiestry latem występują.
Fantastyczne zestawienie taka orkiestra i jagnięcina z
fasolką oraz szparagi z wędzoną szynką. Dawno nie jadłem takich
dobrych rzeczy w tak miłych okolicznościach.



Ale
opowiedzieć o Luksembu
rgu tyle właśnie, to opowiedzieć połowę
historii. Zatem druga połowa potem.

Teraz
kilka zdjęć ilustrujących to co do tej pory opowiedziane.


Widok
na dolinę.


A
tu w drugą stronę po ciemku.


Pozostałości
po twierdzy.


Chałupa
Księcia.


Ludna
i gwarna starówka.


Białe
kołnierzyki w garniturach od Armaniego i butach za tysiąc euro to
powszechny widok.


Fanfare
Royale Grand-Ducale Luxembourg, czyli Królewska Orkiestra Dęta
Wielkiego Księcia Luksemburga, rżnie marsza do kotleta.


A w
zasadzie to do jagnięcego udźca. To było w restauracji L’Academie.
Smakowało, więc polecam jakby co.

Ciąg dalszy powinien nastąpić.


  • RSS