Koleżanka ma
tatę, który bardzo lubi gotować. Uważa, że to męskie zajęcie,
sprawia mu ono frajdę i gotuje samodzielnie. Bez żadnej pomocy.
Jest przy tym miłośnikiem kuchni staropolskiej i każdą, nawet
włoską potrawę, gotuje wedle staropolskich receptur. W kuchni
staropolskiej zaś jego zdaniem każda receptura zaczyna się od
zdania „Weźmiesz trzy dziewki kuchenne…”. Kuchennymi dziewkami
są w tym konkretnym przypadku koleżanka z siostrą i mamą.



Wszyscy dyrektorzy w
korporacjach których znam są wyznawcami tej metody. Wszyscy.
Występują oni w dwóch podtypach:


1.

„Weźmiemy się i
zrobicie”

Ten najpierw
ogłasza, że MAMY (my mamy, wszyscy razem mamy z nim włącznie)
zrobić na wczoraj cztery kolejne nikomu niepotrzebne zestawienia,
osiem raportów i dwie tabelki z czterdziestoma sześcioma kolumnami
i dwoma tysiącami wierszy (pierwsze prawo tabelkowe głosi, że
każda tabelka ma tylko i wyłącznie tendencję do rozrastania się
i komplikowania. Tabelka, która godzinę po powstaniu wydawała się
praktycznym narzędziem, już po roku zmienia się w
niefunkcjonalnego molocha, którego jedynym sensem istnienia jest
marnotrawienie twojego czasu), po czym rzecze „No dobrze. To na
kiedy będziemy z tym gotowi Kochani Pracownicy?”. I mówi to
uśmiechając się, bo przecież najzupełniej oczywiste jest, kto to
gówno ma pozawijać w sreberka.

Jego rola sprawdza
się do poganiania i wysłania tego chłamu komu trzeba.


2.

„Dajcie mi
dziesięciu ludzi, a sam to zrobię”

Ten dla odmiany
głośno wrzeszczy „O kurwa, na wczoraj muszę zrobić cztery
zestawienia, osiem raportów i dwie tabelki!!! Nie mam czasu. Wacek,
za godzinę potrzebuję raporty. Zenek, za kwadrans proszę o
zestawiane. Ambroży, czy robisz już tabelki? Panowie, ja to na
wczoraj muszę zrobić, więc nie ma co czekać. Do roboty!”. Po
czym idzie zadzwonić do żony, że go znowu wkurwili i zajebali
robotą i on już nie daje rady, a następnie dzwoni do kochanki by
potwierdzić randkę na sushi dziś wieczorem.

Za kwadrans wraca i
pyta czy już wszystko gotowe.


W obu przypadkach
obowiązuje oczywiście uczciwa i oczywista zasada, że wszystkie
sukcesy są sukcesami naszych szefów, a wszystkie porażki są
naszymi porażkami.

Ale to przecież tak
oczywista oczywistość, że nie musiałem o tym pisać, nieprawdaż? :-)


Rymasz