Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z tagiem: dowod-na-istnienie-boga

Nie jestem nagą
małpą, bo nie jestem małpą. Jako byt i fizyczny i ontologiczny
Igor jest człowiekiem. W zupełnie zdumiewający dla siebie samego
sposób kaskadowo uświadamiającym sobie ostatnimi czasy swoje
człowieczeństwo.


Coś we mnie pękło
w zeszłym roku. Jakiś powróz pętający mój rozum.


Jeszcze niedawno
skupiałem się na podkreślaniu podobieństw ludzi do zwierząt.
Zwierzętom jest „smutno” po stracie dzieci, ludziom też, już
bez cudzysłowu.

Zwierzęta się
„zakochują” i łączą w pary na całe życie, ludzie też,
tyle, że bez cudzysłowu.

Zwierzęta robią
kupę. Ludzie też.

Co z tego wynika?

Niestety nie za
wiele, ale na podkreślaniu takich właśnie analogii upłynęło mi
pół życia.

Ma ktoś pistolet?


Teraz skupiam się
raczej na tym co nas dzieli, a nie łączy.

Bo dzieli nas
wszystko, a łączy, pozornie łączy, kilka drobiazgów dla istoty
człowieczeństwa drugorzędnych.

Zwierzęta walczą o
władzę i mają życie społeczne. Zupełnie jak ludzie, choć w
mniej wyrafinowany sposób. Sporo sztuczek jest im nieznanych i
zwyczajnie niedostępnych, bo nie są ludźmi przecież.

Co z tego, że też
walczą?

Nie za wiele.

Co z tego, że
ludzie walczą na zupełnie innym, niemożliwym dla zwierząt
poziomie abstrakcji?

O, już wiele.
Bardzo wiele. Zasadniczo wszystko.

Dobra, oddaję tego
gnata.


Między ludźmi a
zwierzętami jest przepaść.

Jeszcze większa
przepaść jest między ludźmi a materią.


Niewiarygodne, że
jeszcze niedawno bez problemu redukowałem człowieczeństwo do
poziomu materii, bo niestety ateizm nie jest niczym więcej.
Konsekwentnie pojmowany determinizm bezdusznych praw natury redukuje
Igora do kilkudziesięciu kilogramów materii.

Cztery godziny temu
odmawiałem „Aniele boży” z moim zasypiającym dzieckiem i
usypiającą je żoną.

Nasza rodzina to
jednak coś więcej niż ta materia, z której zbudowane są nasze
ciała.

Jeśli ktoś myśli
o swojej rodzinie jedynie jako o kilogramach materii to zapraszam do
psychiatry.

Jeżeli myśli
inaczej i jednocześnie nazywa się ateistą to jeszcze sporo
niespodzianek do odkrycia przed nim.

Proponuję konsekwencję na
dobry początek.



Z bogiem filozofów
się już zasadniczo zaprzyjaźniłem.

To jest dla mnie
absolutnie nie do wiary.



Luźne myśli,
których nie próbuję w tym tekście skrystalizować nawet.

One się
krystalizują w innym miejscu. Ale warto je tu choć zasygnalizować.


Prawie 20 lat
umacniania się w niewierze i coś pękło. Raczej nie nagle. To była
erozja.

Z tym, że jak tama
powoli eroduje to kiedyś musi nastąpić ten moment, że wali się w
gruzy, a wydarzenia nabierają dynamiki w sposób raczej gwałtowny.


Trochę na tym
stracił mój bezkompromisowy cynizm i zadziwiająca bezczelność,
ale spokojnie. One wrócą.

Mam nadzieję.

Podobnie jak inne
właściwości, które utraciłem dużo, dużo dawniej.

Rymasz

Judycki w swojej książce próbuje wykazać, że Bóg jest (w zasadzie to musi być) Bogiem katolików. A co na to deista Flew?

Chociaż Flew chrześcijaninem nie był, to chrześcijaństwo uważał za najlepszą religię, w przeciwieństwie do islamu, przed którym ostrzegał, podobnie jak inna znana ateistka Oriana Fallaci. Na podobne „dowody” co Judycki nie wpadł, ale w dodatkach do swojej książki zamieścił laurkę chrześcijaństwa (najsilniejszy argument na rzecz prawdziwości wierzeń chrześcijaństwa, z jakim się zetknąłem) anglikańskiego biskupa Nicolasa Thomasa Wrighta.

Deista Flew zostawiał sobie furtkę: Odkrycie zjawisk takich jak prawa przyrody (…) skłania naukowców, filozofów i innych ludzi do uznania istnienia nieskończenie inteligentnego Umysłu. Niektórzy twierdzą, że nawiązali z nim kontakt. Ja jeszcze nie. Ale kto wie, co przyniesie przyszłość? Być może i ja usłyszę Głos, który zapyta: „Słyszysz mnie teraz?”.

Czy usłyszał nie wiadomo. Antony Flew zmarł w kwietniu 2010.


Dowody Flew opierające się na zasadzie antropicznej i istnieniu życia (nieszczęsny Inteligentny Projekt) w ogóle, nic a nic, mnie nie przekonują. I te ateiści łatwo obalają. Np. tu:
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5119/q,Bledna.nauka.Flewa
Ale z jednym sobie dać rady i wpadają
jego sidła jak muchy w sieci pająka. Stenger pisze na zakończenie swojej krytyki: nasz stosunkowo złożony wszechświat mógł powstać z bytu, który jest najprostszy i najbardziej bezmyślny ze wszystkiego ― z próżni.

Czym jest próżnia w rozumieniu Stengera? A cholera wie, najprawdopodobniej przestrzenią i czasem. Stenger nie rozumie raczej, że nicość to jest nic, a nie próżnia.

Powtórzę. Wszystko jedno czy powstanie czegoś z niczego postuluje teista czy ateista. To jest w dalszym ciągu to samo.

Kreacja.

Stworzenie.


Szczerze mówiąc to moim zdaniem postulowanie bytu wszechmogącego, wiecznego i nie potrzebującego wobec tego żadnej przyczyny powstania, bo będącego źródłem wszelkich przyczyn, brzmi lepiej niż powstanie czegoś z niczego sauté, choćby to tabuny fizyków anomalią nicości tłumaczyły. Dużo lepiej. Jak nie ma niczego, to nie mowy o żadnej anomalii

Tyle właśnie (aż tyle i tylko tyle) wyniosłem z lektury obu książek.


Zrozumiałem też, że czysty materializm pozbawiony transcendentalnej refleksji jest nic nie wart. Nie daje odpowiedzi na żadne z fundamentalnych pytań, na które wcześniej czy później próbuje odpowiedzieć myślący człowiek. I żeby było jasne – czystą transcendencję, wypieranie się wiedzy o świecie, której w wielkiej obfitości przybywa dzień w dzień uważam również za kompletną bzdurę.

Ideałem jest, gdy oba punkty widzenia na świat się uzupełniają, zamiast zwalczać. Fundamentalizm materialistyczny jest równie niebezpieczny i bezsensowny co religijny.

Pojąłem i to (to już rozmyślając po lekturze), co znaczy, że Bóg w którego nie wierzę, ale w którego wierzą teiści, jest wszechmocny. To znaczy tyle, że potrafi stworzyć kamień, którego nie potrafi podnieść, a potem bez problemu ten kamień podnosi. I nie ma tu żadnej sprzeczności, bo Bóg jest wszechmocny, a to, że ludzie tego nie mogą zrozumieć świadczy o tym jedynie, że ludzie na wszechmoc zadatków nawet nie mają. Kiedyś tego nie rozumiałem i nabijałem się z teologów-samouków, którzy też tego nie rozumieli, ale usiłowali po swojemu wytłumaczyć.
http://badziewiaki.blog.pl/najwikszy-obiekt-we-wszechwiecie,12338052,n


Przede wszystkim zaś uświadomiłem sobie, że wszechświat musi mieć jakąś przyczynę, która nie posiada konieczności powstania, czyli konieczności posiadania przyczyny, czyli taką, która jest ponad czasem i przestrzenią.

Czy zostałem deistą jak Flew? Nie wiem, bo etykietki jak zwykle nie mają dla mnie znaczenia.

Jestem ateistą, bo nie wierzę w żadnego Boga i wali mnie to, czy to przypadkiem nie agnostycyzm, bo przecież uczciwie przyznaję, że NIE WIEM czy istnieje Bóg.

Ale zacząłem się też zastanawiać, czy to dobrze, że etykietki mnie nie obchodzą. Bo może lepiej niż ateista pasowałoby do mnie określenie „katolik przechodzący poważny kryzys wiary”. Na tyle poważny, że w Boga nie wierzy, ale brzmi inaczej i trochę inne niesie skojarzenia, nieprawdaż?

Bo uświadomiwszy sobie intelektualną nędzę ateizmu, jego fatalny i rujnujący wpływ na naszą cywilizację, jego beznadziejność jako filozofii życiowej (smażę o tym dość zjadliwą rozprawkę – może kiedyś uda się ją skończyć), uświadomiwszy sobie powszechność wiary w Boga, którą da się rozsądnie wytłumaczyć tylko KONIECZNOŚCIĄ człowieczej wiary w transcendencję dającą nadzieję (tę konieczność rozumiem jako immanentną cechę świadomości), WIEM jedno. Nawet gdy się nie wierzy w Boga, to warto żyć tak, jakby się wierzyło, a dla kogoś żyjącego w kręgu cywilizacji białego człowieka, najsensowniejszym pomysłem jest chrześcijaństwo.


Amen. Starczy tych wywodów filozofa-samouka.


Rymasz

Nie uwierzyłem w
Boga po poznaniu argumentacji Judyckiego i Flew. Ale uczciwie
spojrzawszy sobie w oczy musiałem powiedzieć: Igor, masz do
czynienia z Tajemnicą. Co z tym zrobisz, to Twoja sprawa, ale
niestety wygląda na to, że twój Kumpel miał rację, gdy wkładał
ci to łba przez tyle lat, a tyś rękami i nogami się przed tym
zapierał, bo twój materialistyczny, niemożebnie uproszczony pogląd
na świat ci wystarczał. Ateisto tępy ty.


Książce Judyckiego
nie dałem rady do końca, bo zaraz po przedstawieniu swojego causa
totalis
autor zaczął
„udowadniać” jaki jest Bóg. Wyszło mu, że jest dobry. Skąd
to wiadomo? Bo stworzył wszechświat. A skąd wiadomo, że to Bóg
stworzył wszechświat? Bo wszechświat jest. Zatem, ponieważ
istnieje wszechświat, to musi istnieć Bóg, który go stworzył, a
ponieważ to Bóg stworzył wszechświat, to Bóg jest dobry.

Logiczne,
nie?


Ja
jestem inżynierem od uzdatniania wody i oczyszczania ścieków,
zwykłym szambonurkiem z wykształcenia, no spójrzmy prawdzie w
oczy, trochę się znam z racji obecnie wykonywanego zawodu na
obsłudze technicznej budynków, w żadnym zaś wypadku nie znam się
na filozofii tak jak zna się na niej profesor filozofii Stanisław
Judycki. Gdzie mi tam do niego. Zatem to prawdopodobnie niedostatki
filozoficznej wiedzy sprawiają, że powyższy wywód uważam za
funta kłaków warty. Innymi słowy, wedle mojego prostackiego
zdania, to jest wąż żrący własny ogon.


Profesor
Judycki na „udowodnieniu” nieskończonej dobroci Boga bynajmniej
się nie zatrzymuje i gna dalej i „udowadnia”, że Bóg musiał
się wcielić (w osobie Jezusa z Nazaretu), musiał zbawić ludzkość,
Szatan jest zły, a ludzie żyją wiecznie.

Gdyby
Bóg nie był dobry, to nie stworzyłby wszechświata. Skąd to
wiadomo? Stąd, że wszechświat jest, a zatem to dobry Bóg stworzył
wszechświat.

Przepraszam,
że się powtarzam (jak Judycki zresztą), ale zaczynacie łapać,
jak ten facet błądzi?

Ja
załapałem.


Niestety
nie podołałem tym mądrościom i odpadłem od lektury. Przerosła
mnie, filozofa-samouka. Problem polega na tym, że tak samo jak
Judycki, ja potrafię „udowodnić” że Bóg sadysta stworzył
świat, aby ile wlezie znęcać się nad materią, którą
wyprodukował. Bo niby czemu nie?

Ot,
po prostu ruszę do walki korzystając z innego niż Judycki
pradygmatu i naprawdę GWARANTUJĘ, wszystko mi tak samo
jednoznacznie, czarno na białym wyjdzie. Bóg jest zły i jest
sadystą. Toż to gołym okiem widać.


Nie
mam szczególnej pretensji do Judyckiego, za to, że wierzy w Boga
katolików i ta wiara wpływa na jego ogląd świata. Zastanawia mnie
tylko kto mu za to fantazjowanie i bycie profesorem filozofii pensję
płaci. Jeśli Kościół katolicki (jest pracownikiem KUL), to mam
to gdzieś, jeśli aktualny socjalistyczny reżim, który na ten cel
ograbił mnie na sam przód z ponad 80% uczciwie zarobionych przeze
mnie pieniędzy, to jednak mnie to wkurwia z lekka.

Jak
każda inna bezsensowna aktywność tego okupanta zresztą.


Problem
istnienia zła na świecie Judycki zbywa (przynajmniej do momentu, w
którym odpadłem) tak:
wola szatańska jest wolą
samozagłady i dąży do nicości. Istnieje więc raczej coś niż
nic, gdyż podstawą istnienia i podstawą świata jest dobry Bóg.
Gdyby było inaczej, nic by nie istniało.


To logiczne
przecież, że nieskończenie dobry Bóg, stworzył Szatana w ten
sposób, że obdarzył go wolą samozagłady i dążenia do nicości.
Oczywiście wedle teologów katolickich, to nieskończenie dobry Bóg
Szatana jedynie wolną wolą obdarzył. Taa… Wrócę do tego.


Antony Flew tak
zgrabnie problemu zła nie ignoruje.

W żadnym razie
nie wolno zapominać o istnieniu zła i cierpienia. Jednak z
filozoficznego punktu widzenia jest to problem odrębny od kwestii
istnienia Boga.


I z tego powodu to
Flew jest moim zdaniem prawdziwym teologiem naturalnym, a Judycki go
tylko udaje. Jak się chłopie decydujesz TYLKO na rozum, to bądź
do końca konsekwentny. Judycki nie jest, bo atrybuty Boga, o których
wiemy z racji Objawienia, „udowadnia” filozoficznie.

Nie da rady Panie
Profesorze. Paradygmat, z którego Pan udaje, że korzysta, na takie
sztuczki nie pozwala.


Chociaż w zasadzie
niezręcznie się człowieka czepiać, bo fizycy na temat powstania
wszechświata z nicości, tak samo jak Judycki, niby cały czas
pozostając w obrębie paradygmatu materialistycznego, fantazjują
też ile wlezie.


Judycki ich
ignoruje, Flew trzepie ich na odlew w potylicę.

Multiplikacja
wszechświatów nie jest fizycznym wyjaśnieniem początku
wszechświata.

Fizycy fantazjują,
że z niczego powstało coś. A potem czują dyskomfort. I fantazjują
na temat wiecznego wszechświata, który to się rozszerza, to kurczy
do punktu i znów eksploduje (kosmiczna inflacja wszystko nam
zgrabnie tłumaczy). I tak w kółko Macieju. A potem znów o
strunach piszą, o dziesięciu wymiarach + czas. I o tym, że jak
struny na siebie niechcący wpadną, to powstaje czas, przestrzeń i
energia. Ot tak.

Ale w jaki sposób
przy tym fantazjowaniu dyskomfort poznawczy znika, to ja dalej nie
pojmuję.


Jeśli ktoś nie
widzi, że to jest tłumaczenie praw rządzących wszechświatem,
prawami rządzącymi wszechświatem, to niech da znać. Napnę się i
dokładnej wytłumaczę.


Jeśli, fizyku,
jakieś prawo przyrody traktujesz jako wieczne i niezmienne, to
dowiedz się fizyku, żeś temu prawu nadał atrybuty jakie teiści
swojemu Bogu nadają. I jeśli w dalszym ciągu wydaje Ci się, że
Ty jesteś naukowiec, a oni to otumaniona religijnie tłuszcza
bezrozumnych fanatyków, to jesteś głupi co najmniej tak samo jak
Richard Dawkins, który jest znakomitym ewolucjonistą i
niewiarygodnie fatalnym filozofem. Szkoda tylko, że pisząc o
ewolucji filozuje ile wlezie.


Jak zwykle mnie
poniosło, ale obiecuję, że do Tajemnicy wrócę. Dokąd dokładnie
trafię na końcu nie wiem, ale coraz lepiej się bawię. :-)


cdn.

Rymasz

Będę za chwilę
filozował. Ostrzegam lojalnie. Jestem inżynierem i do filozofowania
kwalifikacji nie posiadam, bowiem, jako się rzekło, jestem tylko
filozofem samoukiem. Nie mam warsztatu, nie mam stosownego
wykształcenia, nie mam nawet talentu (talent mam do opowiadania
historii, a czyste filozofowanie to jednakowoż coś zupełnie
innego). Zatem będę filozował.

Ostrzegałem,
prawda? Dalej czytasz na własną odpowiedzialność.


„Bóg i inne
osoby” Stanisława Judyckiego jest książką trudną dla mnie
filozofa samouka, ale pierwsze cztery rozdziały strawiłem
bezboleśnie i z przyjemnością. Najwyraźniej byłem przesycony
ateistyczną propagandą, a to spojrzenie na rzeczywistość niosło
powiew świeżości.


Na początku Judycki
bardzo zgrabnie rekapituluje dwie przeciwne postawy: teizm i ateizm.

Potem zapodaje swój
koronny i ostateczny dowód, zwany przez niego causa totalis,
na istnienie Boga: ponieważ istnieje świat, musi istnieć Bóg. To
oczywiście jest dowód filozoficzny, czyli tak naprawdę żaden
dowód, ale przyznaję, że to rozumowanie w jakiś sposób mnie
intelektualnie zapłodniło i za to jestem Judyckiemu wdzięczny.


Jak rozumuje
Judycki? Jak katolicki teolog. Nie ukrywa tego, lojalnie informując,
że zamierza udowodnić Boga o określonych atrybutach i są to
atrybuty Boga katolików.

Jeśli kto równie
ambitny co ja, to interpretację dowodu ontologicznego Judyckiego
znajdzie tu:
http://usfiles.us.szc.pl/pliki/plik_1119641594.pdf


W książce
rozumowanie, które dowodzi w sposób apodyktyczny istnienia Boga
jako bytu najwyższego,
wygląda tak mniej więcej (cytaty w
punktach):

1. Skoro coś
istnieje, to istnienie tego musi być możliwe.

2. Wszystko co
istnieje jest różne od nicości i ma granice w nicości.

3. Warunkiem
możliwości istnienia czegokolwiek musi być byt, w którego
przypadku nie występuje problem posiadania granic w nicości.

4. Jeżeli istnieje
coś, to istnieje Bóg jako nieskończona pełnia własności. Tylko
taki byt może być całkowitą przyczyną wszystkich przedmiotów i
wszystkich własności.


Bardzo ważne dla
tego rozumowania jest poprawne zrozumienie pojęcia nicości. Judycki
to zgrabnie wykłada: Nicość jest tym, co nie istnieje, a nie
qusi-istniejącą otchłanią, z której mogą wyłaniać się
przedmioty. (…) nie da się stwierdzić, iż nic nie istnieje: gdy
ktoś próbuje twierdzić, że nic nie istnieje, to uznaje, że
istnieje przynajmniej to właśnie zdanie, to znaczy zdanie
stwierdzające, ze nic nie istnieje.


I na razie w tym
właśnie miejscu zostawmy Judyckiego, a zajrzyjmy do „Bóg
istnieje” Antonego Flew, który katolikiem bynajmniej nie był. Był
filozofem, który przez większość swego życia w każdej kolejnej
publikacji dowodził, że Boga nie ma. Na rozmaite sposoby. I o tym
traktuje pierwsza połowa jego ostatniej przed śmiercią książki.

Druga połowa jest o
tym, co doprowadziło autora do odkrycia Boga na drodze czysto
naturalnej, bez odwoływania się do jakichkolwiek zjawisk
nadprzyrodzonych.
Flew dokładnie precyzuje, że odkrycie to było
owocem dociekań, które tradycyjnie nazywano teologią naturalną.
W ogóle nie wiąże się z żadną z religii objawionych. (…)
Krótko mówiąc, moje odkrycie Boga wynikło z pielgrzymki rozumu, a
nie wiary.


Co zatem zamieniło
ateistę w deistę?


Po pierwsze,
refleksja nad prawami przyrody. Naukowe odkrycia wskazują na to, że
natura wszechświata jest logiczna i uporządkowana. Prawa
przyrody są matematycznie ścisłe, ogólne i wzajemnie związane.
A na pytanie co jest źródłem takiego porządku w naturze jest
jedna odpowiedź: Umysł Boga. I jest to wniosek wielu
wybitnych naukowców badających naturę wszechświata.


Po drugie,
wszechświat jest precyzyjnie dostrojony. I to w taki sposób,
który umożliwia powstanie życia. To zasada antropiczna. Wszystkie
prawa natury wszechświata są tak „dobrane”, że umożliwiają
powstanie życia i inteligencji. I jest ich naprawdę, bardzo, bardzo
dużo. Jedynym zadawalającym wyjaśnieniem pochodzenia
„wewnętrznie celowego i rozmnażającego się życia”, jakie
istnieje na Ziemi, jest nieskończenie inteligentny Umysł.


Po trzecie, nie może
powstać coś z niczego. Judyckim to pachnie, nieprawdaż? Tyle, że
Flew znów podpiera się nauką, kosmologią dokładniej.

Gdy Flew tworzył
filozoficzne podstawy ateizmu, wszechświat traktował jako nie
mający końca i początku, a zatem jego istnienie było faktem
ostatecznym. Ale potem pojawił się Big Bang i okazało się, że
wszechświat ma początek. A skoro tak, to trzeba zapytać, na
czym polegał ów początek.

Skoro z niczego
powstało coś, to musi być jakieś źródło tego czegoś.


I tu zostawmy też
na tę chwilę Flew.


Czy uważam powyższe
wywody obu Panów za ostateczny dowód na istnienie Boga?

Nie.

Czy powyższe wywody
przemodelowały moje rozumowanie na temat Boga?

Tak.


Co zatem wydaje mi
się, że wiem dzisiaj?


Argumentu z
pierwszej przyczyny nie traktuję jako dowodu, choć daje mi do
myślenia.


Mamy:

1. Albo bezrozumne
prawa natury, które nie wiadomo skąd się wzięły, ale które
doprowadziły niechcący do powstania ludzi.

2. Albo Absolut,
który stworzył wszechświat z ludźmi na pokładzie.


Oba te twierdzenia
są jednakowo nie do udowodnienia, a to, które wybieramy, jest tylko
i wyłącznie kwestią wiary. Niczym więcej i niczym mniej.

Mamy TYLKO wiarę do
rozstrzygania takich wyborów. Nie mamy narzędzi, którymi możemy
badać co było przed powstaniem wszechświata. I nie będziemy mieć.
Zwyczajnie nie ma takiej możliwości, byśmy mogli zacząć umieć
naukowo badać coś ponad czasem, przestrzenią i energią, której
popularną emanacją jest materia między innymi.


Nic. Nie ma niczego.
Nie w tym rozumieniu, że niczym jest na przykład pustka między
cząstkami elementarnymi. Ta pustka jest czasem i przestrzenią,
częścią wszechświata.

Nic to nieistnienie
czasu i przestrzeni. Jeśli nie ma niczego, to nie ma też
konstatacji faktu nieistnienia. Nie ma „potencjału przestrzeni”,
bo nie ma przestrzeni. Nie ma przyczyny, nie ma skutku. Z niczego nie
wynika nic, tudzież wynika nic (polski język z podwójnymi
zaprzeczeniami jest zbyt skomplikowany nawet dla mojej językowej
intuicji).

A tu bęc! i z
niczego jest coś! Nie ma czasu, przestrzeni, praw natury, bęc! jest
to wszystko. Z niczego. Coś z niczego. Co to jest?

Stworzenie.


Ateiści nie mają
żadnego wyjaśnienia faktu tej kreacji.

Ostatnio nagłośnione
stwierdzenie Stephena Hawkinga, że istnienie wszechświata doskonale
tłumaczy się z prawa grawitacji jest idiotyczne.

Grawitacja to
atrybut naszego wszechświata, zatem Hawking tyle „wytłumaczył”,
że grawitacja wzięła się z grawitacji.

To ma sens tylko
wtedy, gdy przyjmiemy, że grawitacja jest wieczna i ponad
wszechświatem.

Ale czy to nie są
przypadkiem atrybuty Boga teistów?


Tyle się jeszcze
dowiedziałem dzięki lekturze obu książek, że ateistyczna buta w
pewności co do nieistnienia Boga, to jedynie wyraz braku głębszej
refleksji nad istotą tego łez padołu, a ateistyczni guru z tą
niepohamowaną pewnością biorący się za bary z filozofią teizmu
(Dawkins, Dennet, Hitchens – tych czytałem) raczej się
kompromitują.


Ale te wszystkie
plusy nie przesłaniają mi minusów.


O czym między
innymi w kolejnej części moich rozważań.

 

PS. Tym słabiej
rozumiejącym słowo pisane i niespecjalnie obdarzonym poczuciem
humoru i dystansu, którzy jednak mimo wszystko dotrwali przy
lekturze do tego momentu, zwracam uwagę, że stwierdzenie „ateiści
z wielką pewnością biorący się za bary z filozofią teizmu
raczej się kompromitują” jest autoironicznym podsumowaniem
jakości moich wywodów, a nie wywyższaniem się i zadufaniem.


cdn.

Rymasz

Jestem filozofem samoukiem. Na
samym końcu. No początku jestem Igorem, potem jestem ojcem i mężem,
potem zaś inżynierem od wody i ścieków, który na masło na
chlebie zarabia nie zajmując się wodą i ściekami, ale zasadniczo
jako inżynier jednakowoż.

Cieszę się, że w
przeciwieństwie do humanistów i innych ignorantów odebrałem
techniczne wykształcenie i miałem przez te kilka lat kontakt z
nauką.

Oni nie mieli.

Tylko współczuć.


Filozofem samoukiem
jestem, bo każdy jest filozofem samoukiem, bo każdy, największy
tępak, jakiś sens życia musi mieć, a ponieważ uniwersalnego się
póki co nie udało wynaleźć, to trzeba sobie jakiś wymyślić. To
znaczy jest jeden uniwersalny dla dziewięćdziesięciu kilku procent
populacji sens życia.

Wiara w Boga lub w
bogów. Nie sposób tego nie spostrzec, choć niektórym co bardziej
zaczadzonym ateistom się udaje.


Przeciwieństwem
filozofa samouka jest filozof nauk, czyli filozof akademicki. Filozof
akademicki to taki, który zajmuje się czymś, co świetnie swego
czasu scharakteryzował Stanisław Michalkiewicz: Filozofia,
zwłaszcza dzisiaj, nie jest żadną syntezą nauk, tylko desperacką
próbą znalezienia wytrycha, dającego dyletantom poczucie
„zrozumienia świata”, w rezultacie oscylując na pograniczu
między królestwem nauki i królestwem psychiatrii.

Bogusław
Wolniewicz dodał, iż prawdziwa filozofia nie zajmuje się sobą i
nie jest nauką
.

I
uzupełnił, że filozofia zajmuje się światem i naszym życiem w
tym świecie. A na dodatek jest pewnym szczególnym przejawem naszego
człowieczeństwa.

Otóż
to. Prawdziwa filozofia nie jest współczesną filozofią akademicką
i dlatego taki filozoficzny samouk jak ja śmiało będzie o
filozofii pisał, filozofom naukom mówiąc stanowcze „E tam!”.


Filozofię
akademicką mam zatem głęboko w dupie, ale samej filozofii jako
takiej już nie. Chociaż jeszcze niedawno ją ignorowałem. Ale
wszystko płynie jak mawiał Pan Tarej. Nie jestem żadnym
specjalistą, nie znam prac Sedesa z Bakelitu, nie rozróżniam
Talesa z Minaretu od Demokrata z Abwehry, ale jak się zawezmę to
dam nawet radę książkę filozoficzna przeczytać.

I nie tylko
filozoficzną.

O teologii mam
zdanie jeszcze gorsze co o filozofii akademickiej. Zgadywanie jaki
jest byt, o którym nie wiadomo nawet czy istnieje to doprawdy
wyjątkowa bezczelność. Tak sądziłem jeszcze niedawno, bo cała
teologia to była dla mnie teologia objawienia, czyli dywagowanie na
temat tego co w świętych księgach objawił wyznawcom Bóg. Nie
wygląda to na fascynującą intelektualną przygodę dla ateisty,
nieprawdaż?


Ale nie jest też
tak, że „olewam” Boga. Człowiek uczciwy intelektualnie i
ciekawy świata, czyli wypisz wymaluj ja (mam naprawdę sporo zalet,
choć skromności do nich zaliczyć nie sposób), nie może ignorować
tej oczywistości, o której już pisałem. Dla większości ludzi,
dla porażającej większości, wiara w Boga jest tym, co nadaje ich
życiu sens.

A co nadaje sens
życia ateistom? No, to jest bardzo dobre pytanie, jakby zdrajca
Maleszka powiedział.

Moim zdaniem, a
wymyśliłem to po latach bycia ateistą, bez odwołania do Absolutu
nic nie jest w stanie nadać życiu sensu ateisty. Amen. To, że ja
sobie jakiś sens wymyślam (np. miłość do dziecka i troska o jego
dobro) to zwykłe intelektualne oszustwo i taki tam erzatz sensu.
Dostojewski to już dawno temu w genialnym bon mocie zwerbalizował:
Skoro Boga nie ma, to wszystko wolno. Dodam więcej, skoro
Boga nie ma, skoro życie ma tylko materialny wymiar, skoro jesteśmy
tu tylko przez chwilę, skoro Ziemia wcześniej czy później spadnie
na Słońce, a na podróże kosmiczne nie ma niestety co liczyć, to
na co to wszystko? To jak motywować się do czegokolwiek? Hedonizm,
to jedyna sensowna filozofia dla ateisty. Bo szkoda życia na co
innego. Chociaż w zasadzie i hedonizm jest bez sensu.

Powtarzam, ateizm
jest beznadziejną filozofią życiową, bo nie daje człowiekowi
absolutnie żadnej nadziei.


Kolejną z bezliku
moich zalet jest to, że nie jestem szczególnie przywiązany do
wyznawanego aktualnie światopoglądu. Tyle razy zmieniałem już
zdanie w tak wielu sprawach, że doprawdy aktualnie wyznawane poglądy
traktuję jako przejściowe. Jestem wciąż ciekawy świata, głodny
wiedzy, zainteresowany poznawaniem oglądu świata innych ludzi,
wciąż dowiaduję się czegoś nowego. Ta nowa wiedza, umiejętność
spojrzenia na dane rzeczy z innego kąta, zmieniają moje poglądy.
Naprawdę, tym razem na poważnie, tę cechę u siebie wyjątkowo
cenię. Jeśli dostrzegę błąd we własnym rozumowaniu, to bez żalu
porzucam swoje dotychczasowe poglądy i zastępuję je tymi, w
których błędu póki co nie widzę. Co ciekawe nauczyłem się to
cenić gdy podczas lektury książki Antonego Flew „Bóg istnieje”,
dostrzegłem tę cechę u autora. Zaimponowała mi bez mała, a potem
zdałem sobie sprawę, że sam mam podobnie. Może nie aż tak jak
Antony Flew, ale nie mam oporu przed wyciąganiem wniosków, nawet
gdy druzgoczą mój dotychczasowy punkt widzenia. Co więcej, mnie to
nawet rajcuje, bo przynajmniej coś się dzieje. Najgorszy jest
bezruch.


Lektura książki
Flew była logiczną niejako koniecznością po lekturze „Bóg i
inne osoby” Stanisława Judyckiego. Tę zaś rozprawę z zakresu
teologii naturalnej, tak ją przynajmniej autor opisuje – moim
zdaniem nie do końca słusznie, ale o tym potem, przysłał mi
pewien zakonnik, z którym sobie mailowo gawędzę.

Nie dałem rady
przeczytać jej całej, ale dałem radę do połowy, zaraz napiszę
dlaczego, ale dobrze, że ją przeczytałem. Naprawdę się cieszę,
bo dała mi bardzo dużo do myślenia i na tyle zainteresowała
teologią naturalną, że chciałem czegoś więcej i znalazłem „Bóg
istnieje” Flew, czołowego ateistycznego filozofa XX wieku, który
tak naprawdę stworzył filozoficzne podwaliny ateizmu, po czym na
koniec życia został deistą i uwierzył w Boga. Bez żadnego
objawienia – do końca życia wyrażał nadzieję, że nie ma życia
po śmierci. Na drodze czysto rozumowej, pozostając wiernym
zasadzie, że za danym rozumowaniem należy iść dokądkolwiek
prowadzi, stwierdził, że Bóg musi istnieć. To dla mnie prawdziwy
teolog naturalny. Nie miesza teologii objawienia z teologią rozumu
(naturalną), jak moim zdaniem robi Judycki.


cdn.

Rymasz


  • RSS