I Włochów, i Austriaków muszę przeprosić. Wracało się ich autostradami więcej niż przyzwoicie. Osądzać je tylko po przyjeździe w sobotę, w pierwszym tygodniu września to niesprawiedliwość.

Moje poprzednie wyliczenia odnośnie średniej prędkości są zatem psu w dupę.

Aczkolwiek południowi Bawarczycy to i tak ździercy.


Zaraz za granicą między południową i północną Bawarią zatrzymaliśmy na kilka dni. Od środy wieczór do niedzieli rano.

Jeszcze nie bardzo wiem co z opowieścią o tych kilku dniach zrobić. Ze względu na jej sentymentalny dla mnie charakter.

Zatem albo ją opowiem tak na dłużej z rozbudowaną częścią reminiscencyjną, albo jej nie opowiem wcale. Zobaczę.


Teraz podsumowanie.


Z urlopu zostało nam zasadniczo tyle.


Na pierwszym planie w lewym dolnym rogu cantuccini, czyli słodkie sucharki z migdałami, specjał toskański. Za nimi, po lewej, oliwy. Trzy bez kartoników (jedna od Fadanellego, już testowana) i trzy z Verrazzano, w kartonikach (na prezenty). Za oliwami sekcja niemiecka, czyli owocowy sznaps na prezent, ze dwa piwa i kilka orzeźwiających radlerów, czyli miksu piwa z lemoniadą (jedyne piwo z domieszką słodkiego jakie toleruję) oraz dwa cydry (bo lubię). Na prawo od cantuccini w białych butelkach sekcja grappy, a między nią i sekcja niemiecką kilka butelek Vin Santo. Z tyłu winka. Luzem i w kartonach. Z Verrazano, z enoteki Vinci, z Monteriggioni. Po prawej, na kartonie z winami z Vinci toskański zestaw upominkowy w torebce: Vin Santo + cantuccini.

Wina z różowymi banderolami to chianti. Różowa banderola + czarny kogucik to chianti classico. Cholera wie, może kiedyś się komuś przyda ta wiedza?


To zwykłe wino, chociaż ze szczepu sangiovese (z winnicy Monteriggioni). Ale sam szczep nie wystarczy. Jeszcze gdzie rośnie ważne.



To chianti. Zwykłe chianti. Czyli przewaga szczepu sangiovese i region Chianti.



A to chianti classico. Szczep, region, zasady. Różowa etykieta tego z Vinci (trzy pierwsze z Verrazzano oczywiście) po drugiej stronie.


Co ciekawe zasady zostały zaostrzone całkiem niedawno, gdy się chianti spsiło.


Różnica jest i w cenie, i w smaku.


No nie. Mam jednak wrażenie, że to nie jest ciekawe. Kogo obchodzi chianti jakieś?


W każdym razie w niedzielę pierwsze siedemset kilometrów po niemieckich autostradach w deszczu. Non stop, tylko natężenie się zmieniało. Ale płynnie, bez przestojów, od Rosenheim do Görlitz. Od Zgorzelca do za Wrocławiem też super, bo autostrada i mają obwodnicę we Wrocku, i stadion, i taki most, że ja cię nie mogę.

Człowiek przez chwilę się czuje jakby w kraju cywilizowanych białych ludzi mieszkał. Czyli tak jak się czuł przez ostatnie dwa tygodnie w Niemczech, Południowej Bawarii i Italii.


Ale potem mu, kurwa, przechodzi.


Pierwsze 800 kilometrów w 8 godzin (z postojem na jedzenie). Drugie 350 kilometrów w 6 godzin. Tak powiedziałem w połowie tych 350-ciu do Lepszej Połowy: „A teraz sobie wyobraź kochanie, że mieszkasz w normalnym kraju i jedziesz autostradą i właśnie wchodzisz do domu.”. Ale ją… zezłościłem.


W sumie to było 73 godziny jazdy. I 4890 kilometrów. Lepsza Połowa orzekła, że od kierowania, to ona ma faceta, czyli męża, więc ja sam w tym deszczu i słońcu…


Na tę chwile powiem tyle, że w Bawarii też były wycieczki. I też piękna ta Bawaria.

Kilka widoczków z okolicy gdzie mieszkaliśmy.

Widok z balkonu naszej sypialni. Przed Państwem Alpy.



 

I na razie tyle. Może dojrzeję, to jeszcze pogawędzę.

 

Rymasz