Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z tagiem: barcelona

Jeśli kiedyś poczuję się samotny, bezradny, zagubiony we wszechświecie i spragniony jednoznacznych odpowiedzi na trapiące mnie egzystencjalne dylematy, to zamiast się umartwiać, cierpieć jak młody Werter i czekać w boleści na boską iluminację, zadzwonię po taksówkę. Taksówkarze wiedzą wszystko. Zawsze! Nie mają wątpliwości, mają za to gotowe recepty i bezwzględnie klarowne, i absolutnie niepodważalne poglądy, zwięzłe i klarowne odpowiedzi na każde pytanie. Swego czasu dużo jeździłem taksówkami, pracując w firmie, która zamiast w służbową brykę wolała wyposażyć mnie w vouchery jednej z warszawskich korporacji. Dzięki temu wiedziałem dokładnie, co myśleć o bieżącej sytuacji politycznej i gospodarczej w kraju i na świecie. Wiedziałem, którzy politycy to świnie i dlaczego, a którzy by się nadali, gdyby tylko im te świnie pozwoliły. Poznałem kilka niezawodnych recept na własny biznes (każdy taksówkarz jakiś ma w planach). Poznałem najlepsze warsztaty w mieście (za każdym razem inny). Dowiedziałem się, dlaczego dyrekcja korporacji to idioci, dlaczego bycie taksówkarzem w ogóle się nie opłaca, dlaczego ci z innych korporacji to najczęściej oszuści, za co należy nienawidzić policji i dlaczego trzeba wytłuc największych darmozjadów i szkodników, czyli strażników miejskich. Co do jednego! Dowiedziałem się wszystkiego o przewrotnej i podstępnej naturze kobiet. Kilkakrotnie poznałem prawdziwy sens życia. Oj, lubię jeździć taksówkami. Taksówkarze są niezawodni. No i wiedzą gdzie jest najbliższy nocny oraz burdel. Poza tym wszystkim, zawsze chcą sprzedać swój niezawodny samochód.
Gdy wysiedliśmy na dworcu PKS Etiuda podszedłem do stojących na postoju taksówek. Cena w każdej z nich wynosiła 3 PLN/km. Byłem świadkiem jak jedna pani spytała taksówkarza, czemu tak drogo. Odpowiedział w stylu „Bo tak”. Po czym skomentował coś do kolegów o głupiej cipie, gdy pani odeszła. Ja też odszedłem i zadzwoniłem po taksówkę z korporacji po 1,40 PLN/km. Chwilę poczekaliśmy, zapakowaliśmy się, po czym w te pędy zapytałem sympatycznego młodego taksówkarza, o co chodzi z tą mafią na lotnisku. Poniżej streszczam odpowiedź.
„A to pan musi spytać pana szefa policji na lotnisku. Jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo przecież o co chodzi, prawda? Kombinował, kombinował i tylko ta mafia może stać przy Etiudzie, a psy gonią każdą inną taksówkę, która na dłużej niż 15 sekund w okolicy stanie. (Fakt, potwierdzam. Gonią bez litości i sensu.) Jeżdżenie na lotnisko to ruska ruletka jest. Jak się pasażer spóźni chwilę to stanąć nie dadzą i trzeba w kółko zwijać, a wiedzą Państwo ile to kilometrów? A mandaty rąbią bez litości kutasy. Za wszystko. Pan wie ile koncesji, zezwoleń, badań, musi mieć taksówkarz przy sobie do okazania do kontroli? Trzydzieści. TRZYDZIEŚCI! A w dupę niech mnie pocałują. Tę kontrolkę na szybie też mam niezgodnie z przepisami, które chyba trzeci raz w ciągu dwóch lat się zmieniły. Ale najgorsze to te przewozy osobowe. Koncesji taki nie potrzebuje, egzaminu zdawać nie musi, korporacji nie płaci. Nie ma już prawdziwych taksówkarzy… Kilku dziadków zostało, którzy dla przyjemności jeżdżą, z przyzwyczajenia. Czy mam ochotę się napić, kiedy tylu nawalonych po nocy wiozę? Gdzie tam, wręcz przeciwnie! Zaczynam moją kobietę rozumieć, gdy narzeka, że śmierdzę. Jezu, jak oni wódą cuchną. Jak człowiek trzeźwy, to wytrzymać nie można. Ale jak rano koło szóstej do domu wracam, to zawsze pod dwa Królewskie do sklepu na osiedlu wstępuję. Pierwszy klient i od razu dwa browary. Jak ta kobitę zza na lady na mnie patrzy spode łba…”
Słuchając takiej właśnie uroczej opowieści dojechaliśmy do domu i zakończyliśmy urlop w Katalonii.
A na koniec powiem jeszcze tylko, że całą tę dykteryjkę popełniłem tylko po to, by ostatnie zdanie móc napisać. Bo wiecie, co się okazało dwa tygodnie po naszym powrocie? Że my na tym urlopie to we troje byliśmy. ;-)))
KONIEC
rymasz

Kolejny na gaudowskim szlaku był Parc Guell. W zamierzeniu pełne zieleni zbajerowane osiedle z wypasionymi domami dla bogaczy. Ale ten projekt nie doczekał się realizacji i teraz jest tu park miejski z kilkoma zakręconymi chałupkami projektu Gaudiego (w jednej jest jego muzeum), olbrzymią salą kolumnową, którą zwieńcza taras ze świetnym widokiem na miasto i najdłuższą ławką na świecie. Oczywiście całą pokręconą. Przed wejściem na taras jest kolorowa salamandra, której miniaturę kupicie na każdym straganie z badziewiem dla turystów. Park jest uroczy, choć oczywiście pełen turystów, ale naprawdę trzeba przespacerować się alejkami pod posklejanymi z kamieni pochyłymi kolumnami.
Do parku doszliśmy z Bazyliki piechotą po drodze „zaliczając” jeszcze Hospital de la Santa Pau, czyli szpital św. Pawła.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Szpital_%C5%9Bw._Paw%C5%82a_w_Barcelonie

I właśnie w tym momencie przestało mi się chcieć dalej pisać tę dykteryjkę.
Zatem nie napiszę już o wyprawie pociągiem do Figueres do surrealistycznego, ozdobionego małymi złotymi żółwikami i wielkimi jajami muzeum Dalego, też Katalończyka, o setkach jego obłędnych dzieł, które można tam podziwiać, o przesmacznych ślimakach, które wcinaliśmy tuż obok muzeum i o wszystkich innych knajpach, w których szamaliśmy smakołyki w czasie całego urlopu (tapas, czyli najrozmaitsze przekąski, paellę, przeróżne owoce morza, jagnięcinę na 1000 sposobów i jeszcze, i jeszcze. Szczególnie mi żal, że nie napiszę o przemiłej knajpie, w której piliśmy piwo, wsuwaliśmy prażone orzeszki i oglądaliśmy kwalifikacje Formuły 1 do Grand Prix Włoch. Długowłosy właściciel knajpy powtarzał „Kubika (czytać jak napisane) okey.”, ja mówiłem „Alonso okey.” i bardzo się polubiliśmy w związku z tym). Nie napiszę też o tym, jak wracałem szukać Lepszej Połowy, która zabałamuciła za długo w kolejnym sklepie z perfumami czy ciuchami. Lepsza Połowa jest zdrobniale Ola, toteż stanowczo wkraczałem do sklepu, w którym zaginęła i od progu wołałem wkurzonym głosem „Ola!”, na co zawsze odpowiadał mi chórek życzliwie uśmiechniętych tubylców, którzy pozdrawiają się za pomocą tego właśnie słowa (pisze się „Hola”, wymawia „Ola”) przy każdej okazji, zawsze i wszędzie. Nie napiszę także o Sant Ferran Castle, czyli największej podobno twierdzy w Europie, bo nie dość, że jej w końcu nie obejrzeliśmy, bo za długo było czekać na kierowcę, to ja się jeszcze zastanawiam ile tak naprawdę jest „Największych Twierdz” w Europie…
Nie napiszę o wycieczce na jaką wraz Gospodarzami wyprawiliśmy się w dniu narodowego święta Katalonii, czyli… 11 września. Nie napiszę o katalońskiej Jasnej Górze, czyli benedyktyńskim klasztorze Montserrat, przepięknie położonym w rzeźbionych wiatrem i deszczem górach, które niewątpliwie były jedną z wielu inspiracji Gaudiego. Nic się nie dowiedziecie o podniosłej i chwytającej za serce procesji kilkudziesięciu walących w bębny i dmących w kobzy muzykantów w czarnych albach, o świętej figurce Czarnej Madonny z Dzieciątkiem i złoty berłem, którego trzeba dotknąć, żeby farta w życiu wyhaczyć. Na dziedzińcu jest jeszcze podobno czakram, miejsce mocy, nieoficjalny tak jak wawelski. Tam na człowieka kosmiczna energia spływa. Raczej nie skleję, jak można w takie głupoty wierzyć. I w łaski z berła, i w moc z czakramu. Nie napiszę jak potem pojechaliśmy na plażę w Playa d’Aro i o tym, jak w rodzimej, charakterystycznej dla basenu Morza Śródziemnego roślinności wyróżniają się agawy, które znakomicie się tu czują. Pełno ich. Łabędzim śpiewem każdej agawy jest długi na kilka metrów pęd, którym przed jej śmiercią wyrasta na kilka metrów w górę. O pięknych rezydencjach o białych ścianach, tuż nad skalistym urwiskiem, z których jedną kupię sobie jak tylko dorosnę, też nie napiszę. I o paradzie z okazji święta, którą podziwialiśmy wieczorem na głównej ulicy Plaja d’Aro. O dzieciakach lajkonikach, kilkumetrowych tańcujących figurach króla i królowej, tłumie turystów… Słowem się o tym nie zająknę.
Będę milczał jak grób o wąskich uliczkach średniowiecznej starówki Girony, o kamiennej katedrze i o tym jak pobłądziliśmy w drodze do tych cudeniek, bo się uparłem, że sam dojdę i pytał nikogo nie będę. Ale była awantura! I o ulewach, które nawiedziły Katalonię tuż przed naszym odlotem, powodując mnóstwo lokalnych powodzi nie napiszę. O locie samolotem tym bardziej. Za to napiszę o taksówkach, bo właśnie mi się zachciało o nich napisać.
cdn.
rymasz

Symbolem Barcelony jest oczywiście niedokończona Temple Expiatori de la Sagrada Família, czyli Świątynia Pokutna Świętej Rodziny, czyli Bazylika La Sagrada Familia. Autorem projektu Bazyliki jest Antoni Gaudi i wycieczka szlakiem najbardziej znanych jego dzieł jest obowiązkiem każdego turysty zwiedzającego miasto.
Na początek odwiedziliśmy dwie kamienice w centrum, czyli Casa Mila i Casa Battlo. Tę pierwszą zwiedziliśmy nawet od środka, chociaż bilet za 8 Euro ciut drożyzną zalatuje. Ale warto. Wchodzi się tam jak do Pentagonu: rewizje, prześwietlanie bagaży, mnóstwo strażników. Na jednym z pięter pieczołowicie odtworzono wystrój apartamentu z początku XX wieku (tj. z czasów, gdy budynek powstał): jest sypialnia, gabinet, prasowalnia, kuchnia, pokój dziecięcy, ale mi i tak najbardziej podobała się łazienka z prysznicem podgrzewanym węglem. W każdym zwiedzanym pomieszczeniu znaleźć można na ścianie liczbę. Gdy ją wcisnąć na odtwarzaczu, który dają przy wejściu wraz ze słuchawkami, to lektor ładnie roztłumacza co to jest to na co patrzymy. W Casa Mila najważniejszy jest dach z kominami wyglądającymi jak przybysze z innej planety. I jak na innej planecie człowiek się na tym dachu czuje. Oj, miał pan Antoni wyobraźnię niewąską. Gdy człowiek patrzy na Casa Mila z zewnątrz, to ma wrażenie, że jest pijany, bo cały budynek faluje.

http://www.greatbuildings.com/buildings/Casa_Mila.html

Casa Battlo jest mniejszy, ale elewację ma pełną dziwacznych ornamentów, z groźnie spoglądającymi na przechodnia balkonami.

http://www.greatbuildings.com/buildings/Casa_Batllo.html

Ale te budynki to tylko preludium przed Bazyliką.
Dojechaliśmy do niej metrem. I z metra wyszliśmy wprost na fasadę Męki Pańskiej, która z Gaudim i jego ideą Bazyliki ma tyle wspólnego ile ja z kulturystyką. Gaudi do swojej śmierci w 1926, przez czterdzieści lat pracy nad dziełem swojego życia zdołał jedynie ukończyć apsydę i zacząć fasadę Bożego Narodzenia. Jego dzieło jest cały czas kontynuowane, ale efekty…
Fasadę Męki Pańskiej zdobią rzeźby Josepa Subiracha: toporne, pokraczne, zwyczajnie brzydkie. Może nadawałyby się na okładkę albumu jakiejś satanistycznej kapeli, ale w tym miejscu, wyglądają wyjątkowo nie na miejscu. Przewodniki piszą o nich: kontrowersyjne. Akurat. Szpetne jak jasna cholera! Zatem pierwsze wrażenie po wyjściu z metra było jak najgorsze. Wielka chałupa, ale poza rozmiarem wrażenia żadnego nie robi. Ale ja się nie zniechęciłem i uspokoiłem Lepszą Połowę. Czym prędzej ruszyliśmy do fasady Bożego Narodzenia, która została ukończona według zamysłu i planów Gaudiego. W chwili obecnej La Sagrada Familia to przeogromny plac budowy poobstawiany dźwigami. Dobrze, że zasuwają pełną parą, ale niedobrze, że robią to tak jak robią.
Przed fasadą Bożego Narodzenia autorstwa Antoniego Gaudiego należy stanąć w milczeniu i dać tej rzeźbie mówić samej za siebie. Tak, rzeźbie. Ogromnej rzeźbie. Teoretycznie niby to samo co w tej poprzedniej fasadzie: cztery wkręcające się w nieboskłon obłe kolumny bogato zdobione inscenizacjami z życia Jezusa. Ale porównać ich nie sposób. Postaci z rzeźb fasady Bożego Narodzenia zwracają się bezpośrednio do widza. Tak, widza. Bo przed nami w kamiennej ciszy rozgrywa się spektakl. Elewacja żyje, niczym potężny zamek z piasku budowany na plaży. Piasek jest w ciągłym ruchu, łagodną, pełną gracji lawiną, zsypuje się w dół. Naprawdę tak to właśnie wygląda. Filigranowo wręcz. A przecież to setki ton precyzyjnie obrobionych kamiennych bloków. Wieże mają po 100 metrów! Każdy detal coś symbolizuje, każdy jest potrzebny, każdy umieszczony we właściwym miejscu. Pełna harmonia i spójność. Gdyby cała Bazylika była zbudowana w ten sposób to Bóg musiałby być nieskończenie obojętny na los stworzonego przez siebie świata, by osobiście nie odprawiać w niej mszy co tydzień. No dobra, poniosło mnie, bo ja w Boga nie wierzę, ale w tym bez wątpienia świętym miejscu zacząłem mieć poważne wątpliwości. Ale prędko przestałem. To co tak intensywnie dobudowywują to bezduszna, żelbetonowa skorupa, z rzadka zdobiona prostym geometrycznym i kompletnie nic nie znaczącym ornamentem.
Tu możecie zobaczyć jak dziś wygląda La Sagrada Familia. Bez detali, ogólny zarys jedynie, ale sprytnie zrobione.

http://www.sagradafamilia.org/eng/

Najpierw klikacie na „Wha you can see” po lewej stronie, a potem na „Virtual tour” pośrodku na samej górze.
cdn.
rymasz

TYLKO DLA DOROSŁYCH!!!
W czasach mojej młodości gołe kobiety to był towar deficytowy. Jak wszystko zresztą poza milicjantami i ormowcami. Tych było dostatek.
Gołych bab brak było i w realu, i poza nim. Raz w tygodniu, na ostatniej stronie w rubryce „Osobno” tygodnik „Razem” zamieszczał zdjęcie babki z cyckami na wierzchu. Czasem był też goły tyłek, rzadziej bóbr. W tych czasach bobry były jeszcze mocno kudłate. W telewizji raz w tygodniu leciał odcinek „07 zgłoś się” i tam też goła kobieta występowała. To była nawet jakaś społecznie pożyteczna misja dla tych aktorek. Dzięki nim młodzież płci męskiej w całym PRL-u mogła się dowiedzieć jak goła baba wygląda.
Ja aktorów jakoś nie darzę szczególnym szacunkiem. Za dużo nadętych bufonów, którym się wydaje, że Bóg wie jacy to z nich artyści. O kabotyńskich występach Daniela O. z szablą w dłoni wspominać się nawet nie chce. No nijak nie widzę powodu, by komediantów za ich występy nagradzać i szanować dłużej niż trwają brawa po spektaklu. Bo ja lubię dobry film czy przedstawienie obejrzeć i potem zaklaskać. Ale nic więcej.
Wracając do gołych babek, to tzw. świerszczyki były nielegalnie przemycane z „Zachodu” i kolportowane na czarnym rynku. Każdy jakiś tam miał, wyświechtany do białości. Rewolucja nadeszła wraz z „widełem”. Teresa Orlowsky w ekspresowym tempie nauczyła rodaków co to jest rżnięcie i czym różni się od seksu. Potem była lawina. Komuna zdechła i każdym kiosku poczesne miejsce zajęły gazety, w których faceci wsadzają swoje instrumenty chyba we wszystko poza kozami. Tę lukę wypełnił szybko Internet. Tu już nie ma tabu i cenzury. Teraz bez wysiłku zobaczyć można każdą perwersję, w tym i taką, której istnienia człowiek się nawet nie domyślał, w dowolnej konfiguracji.
Po co ja o tym piszę, nie na temat przewodni zresztą? Bo mnie to niepokoi… Odczuwam taki wewnętrzny dyskomfort, że tak nagle to wszystko do góry nogami stanęło i coś, co było w naszej kulturze tabu, jest teraz wielkim, dochodowym, powszechnym biznesem.
A przecież kurestwo to kurestwo!
I wcale nie chodzi mi o fałszywą pruderię komuny, z której niespodziewanie trafiliśmy do wielkiego burdelu „zgniłego zachodu”. Komuna to nie była nasza kultura, tylko bandycki reżym, który tyle lat tu przetrwał jedynie dzięki ruskim czołgom i zdrajcom, którzy okupantom służyli. Nasza kultura i cywilizacja to chrześcijaństwo, które zdaje się przez 20 setek lat chucie wiernych nieustannie temperowało. Były oczywiście w historii różne kultury, które z dużo większym luzem traktowały fiki miki. Ale nie chrześcijaństwo!
Dlatego nie przestaje mnie zadziwiać, że byle aktoreczka i piosenkareczka zachowuje się jak zwykła dziwka, a za szczytowe osiągnięcie swojej kariery uznaje pokazanie gołej dupy w magazynie dla panów. I jest z tego niezmiernie dumna! Szmaty, nie artystki i to mydlenie oczy rzekomym „artyzmem” żałosne jest po prostu. I dlatego nie przestaje mnie zadziwiać, że na plaży w Barcelonie grillują się setki bezwstydnych gołych kobiet. Nikt mi nie wmówi, że kobieta, której jedynym odzieniem jest cienki sznurek między pośladkami i tasiemka na broszce, jest w jakikolwiek sposób ubrana. Ona jest goła i już! No ale… W przypadku szpetnych, starych raszpli, które najchętniej prezentują światu swoje przywiędłe wdzięki, to jestem za tym, by im tego z całą bezwzględnością zabronić, ale aż taki wielki przeciwnik tej mody nie jestem, by w przypadku zgrabnych dziewczyn, czegokolwiek zbraniać… No… Ech… Facet jestem, nie? No, jak zdrowy facet może nie lubić na ładne, rozebrane kobiety popatrzeć? No jak???
Spaprałem ten temat, i nijak nie wiem jak go ugryźć. Nie wyszło mi. Muszę do niego przy innej okazji wrócić.
Na koniec powiem tylko, że każdy facet, choćby nie wiem jaki atrakcyjny Kazimierz był, choćby nie wiem jakie ciasteczko czy torcik, choćby nie wiem jak opalony, gładki, umięśniony, z twardym brzuszkiem jak kaloryfer, z szerokimi barkami i półdupkami jak orzeszki, wygląda jak ostatni kretyn, gdy paraduje w stringach. Każdy!
PS. Obiecuję już skończyć z tym pseudomoralizowaniem. Sorry, jakoś mnie tak poniosło.
cdn, ale już naprawdę o Barcelonie
rymasz

Barcelonettę i jej knajpy mieliśmy stosunkowo dobrze rozpracowane, bo to po drodze na plażę jest, a po kilku godzinach zwiedzania i wielkomiejskiego szumu, szum morza to było to, czego nam było potrzeba, więc popołudniami regularnie zasuwaliśmy na plażę.
Jeszcze dwadzieścia lat temu w miejscu gdzie teraz jest plaża znajdowało się w Barcelonie betonowe, portowe nabrzeże. Z okazji olimpiady w 1992 skuto beton, nawieziono sto miliardów taczek żółtego piasku, wybudowano wzdłuż nowo stworzonej plaży bulwar i postawiono wielką rybę z metalu. Po co ta ryba to nie za bardzo wiem, ale plaża się przydaje jak najbardziej. Zdania są jak zwykle podzielone i wielu malkontentów marudzi, że plaża i woda brudne, bo port blisko, że klimatu nie ma i tym podobne. No to wio do jakiegoś pobliskiego kąpieliska jak się nie podoba! Jest np. Sitges specjalizujący się w obsłudze pedałów. Podobno mają wydzielone strefy, ale jakoś nie pałałem entuzjazmem do odwiedzin, bo zdaje się, że granica jest nie za silnie przestrzegana i migdalące się chłopy rozpełzają się po całym kurorcie. Nieszczególnie żałuję, że tam nie dotarliśmy, bo mi się na widok wkładających sobie języki do ust i dłonie do majtek facetów robi niedobrze. No tak mam i nie planuję z tym walczyć. Jeżeli ktoś ma zamiar nazwać mnie „homofobem”, to wypad na bambus. Ja się homików wcale nie boję. Ja mam opory natury czysto estetycznej. Niestety Hiszpania dołączyła do tych krajów, w których dwa chłopy obściskujące i całujące się na ulicy to dosyć powszechny widok. Ich wcale nie ma więcej niż w Polsce. Oni się po prostu nic a nic nie krępują.
Niestety jestem wyjątkowo niesprawiedliwy, bo na widok migdalących się pań natychmiast staję się wzorowym chrześcijaninem przepełnionym samarytańskim miłosierdziem i chęcią niesienia pomocy… To było wężykiem. ;-)
W naszej kulturze homoseksualizm to zboczenie i nie za bardzo rozumiem z jakiego powodu należy to zmienić, to znaczy przestać to zachowanie za odstępstwo od normy uznawać. Nic a nic mnie nie obchodzi, co kto robi w swojej sypialni: czy on tam śpi sam, z żoną, z kochanką, z kochankiem, czy gumową lalką? Wali mnie to. Ale niech on to robi w sypialni, a nie na ulicy! A już przyznawanie parom homoseksualnym szczególnych praw i nazywanie takich związków „rodziną” to autentyczne świętokradztwo. Takie samo jak nazywanie pisuaru rzeźbą, a obrzydliwych wyczynów (takich jak wkładanie sobie lalki Barbie w cipę) jakiejś pierdolniętej ekshibicjonistki sztuką. Rodzina to zawarty pod przysięgą związek mężczyzny z kobietą + dzieci, rzeźba to „Pieta” Michała Anioła, a sztuka to „narodziny Wenus” Botticellego.
Konkubinat to też nie rodzina, choćby i pięcioro dzieci z tego było. Brak społecznego kontekstu, czyli deklaracji lojalności złożonej pod przysięgą w obecności świadków. Konkubinat to prywatna sprawa dwojga ludzi, podobnie jak homoseksualizm.
W Polsce pedałów jest zapewne proporcjonalnie tyle samo ilu w Hiszpanii. Nie zauważałem ich dopóki nie spędziliśmy z Lepszą Połową całego dnia spacerując po Warszawie z parą znajomych homików. I oni nas uświadomili, którzy to pederaści są. Oni mają taki dodatkowy zmysł i się w największym tłumie dostrzegają. Sprawdzone podobno wielokrotnie i zawsze działa.
Polskie homiki gromadzą się w swoich zamkniętych lokalach i zdecydowanej większości z nich ani w głowie się ze swoją orientacją ostentacyjnie obnosić. Tylko popaprani ekstremiści to robią. Niestety z powodu tych pojebów w Polsce wcześniej czy później zacznie być tak samo jak teraz jest w Hiszpanii czy Niemczech… Hiszpania też jeszcze niedawno była mocno katolicka i tradycyjna.
W Polsce homiki na ulicach wyróżniają się nie wyuzdaniem, a schludnością. Są dokładniej niż przeciętny chłop ogoleni, mają staranniej ułożone włosy, gustowniej dobrane ciuchy, pachną droższymi kosmetykami. Jak to baby…
Mi pedałów trochę szkoda jeszcze z tego powodu, że w tym środowisku przeciętny romans trwa coś koło 12 godzin. Tzn. tyle ile potrzeba, by kogoś zapoznać, poderwać, przelecieć, po czym rano wyjść bez słowa i przestać zauważać. Towar zaliczony uważa się za niewarty dalszego zainteresowania. U homoseksualistów to niestety norma. Długodystansowe, monogamiczne związki to wybryk. Romantyczne pedały mają ostro pod górkę. Hmmm, tak się zastanawiam, czy przypadkiem nie jest tak, że coraz częściej takie zachowanie to standard również w przypadku związków heteroseksualnych.
Zdaje się, że ja jakaś pruderyjna dewotka jestem. Katolicy tak już podobno mają, a ja jestem katolik, chociaż niewierzący. No ale wychowany w takiej, a nie innej moralności, z wdrukowanym podprogowo takim, a nie innym systemem wartości. No i na tej plaży to też się człowiek skrępowany co i raz czuje…
cdn.
rymasz

Lepsza Polowa uparła się, żeby koniecznie zwiedzić Poble Espanyol. Z okazji Wystawy Światowej w 1929 roku budowano Hiszpanię w miniaturze. Postawiono tu budowle charakterystyczne dla każdego regionu: Kraju Basków, Andaluzji, Kastylii, Walencji, itd. Pootwierano knajp, warsztacików, sklepów dla turystów z badziewiem w absurdalnych cenach. Dla mnie tania zagrywka pod publiczkę. Sztuczne toto, bez klimatu. Lepszej Połowie się podobało, chociaż zniechęcałem ją jak tylko mogłem.
Poble Espanyol nie jest na szczęście jedyną atrakcją Montjuic. Jest jeszcze Stadion Olimpijski, niestety nieczynny z powodu remontu. Jest też wielgaśny Plac Hiszpański (Placa de Espanya). W ogóle dużo jest w Barcelonie przestronnych placów. Dlatego między innymi tak urzeka to miasto. Miasto bez placów i parków, które do każdej aglomeracji wpuszczają przestrzeń i powiew świeżości, to więzienie. Każde dobre miasto musi mieć jak najwięcej przestrzeni wspólnej, publicznej. Ulice nie wystarczą. Dupa jestem nie architekt, nic a nic się nie znam, ale taka jest moja koncepcja i jej będę się trzymał!
Plac Hiszpański wcale nie jest najfajniejszy na Montjuic. Zwłaszcza, że w miejscu areny do corridy hotel tam teraz stawiają. Skandal! Hiszpańskie miasto bez areny do corridy?! Najlepsza na Montjuic jest Magiczna Fontanna, a w zasadzie show, jaki ku uciesze gawiedzi odbywa się wieczorami z jej udziałem. Fontanna znajduje się u podnóża Narodowego Muzeum Katalonii, które w nocy jest rewelacyjnie oświetlone. Całość została zaprojektowana na wystawę światową. Sama fontanna wygląda niepozornie, ale gdy tylko zaczyna się show… Strugi wody w coraz to innym kolorze tryskają w górę (do 50 metrów!) w rytm operowej arii w wykonaniu Placigo Domingo, czy innego tenora. Feeria barw, ta fontanna żyje!, woda to wznosi się to opada, a wszystko idealnie skoordynowane z muzyką. Tak się promuje miasto! Tak się tworzy atrakcje! Tak się ludzi przyciąga! W sezonie tłum co wieczór, poza sezonem dwa razy w tygodniu bodajże. I każdy wniebowzięty, bo wrażenia są nieziemskie.
Pozytywnych wrażeń dostarczyła też wizyta w przyportowej Barcelonettcie. Jak przyportowa, to najpierw zwiedza się port, który zaczyna się zaraz za Kolumną Kolumba. Pięknych jachtów całe mrowie. Jak już będę duży, to też sobie jeden taki kupię. A sama Barcelonetta to dzielnica pełna podniszczonych domów, wybudowanych dla rybaków w XVIII wieku. Najpierw domy były jednopiętrowe, potem je podwyższono. Idealnie równa siatka ulic, mnóstwo restauracji, sklepów, w których można kupić np. nalewane z beczki do plastikowej butelki wino po 1,10 Euro/l.
cdn.
ps. Czy ktoś wie jak wkleić z powrotem archiwum, które wysłałem w niebyt? Mam je całe ściągnięte, a Pszeor się niestety poddał. Informatyku, hateemlowcu, Kącik w potrzebie!
rymasz

Wjechaliśmy też na Tibidabo, czyli na najwyższy pagórek w mieście. Najpierw starannie wyremontowanym stuletnim niebieskim tramwajem, podziwiając rezydencje najbogatszych barcelończyków. Zasadniczo, to każdy mieszkaniec tego miasta posiadający własne mieszkanie, to bogaty człowiek. Dziwimy się astronomicznym cenom nieruchomości w Warszawie i tym, że ceny w całej Polsce rosną i najwyraźniej nie zamierzają przestać. I nie przestaną, tak prorokuję. Tak było w Dublinie, gdy Irlandia z biednego pasterskiego kraiku na końcu mapy zaczęła stawać się gospodarczym mocarzem, tak było w Barcelonie, gdy Hiszpania zaczęła się bogacić. Po wejściu do Wspólnoty Europejskiej ceny gwałtownie wzrosły, po czym zaczęły gwałtownie rosnąć, by na końcu wzrosnąć gwałtownie. Słowo. Wszyscy czekali, kiedy po pierwszym wzroście nastąpi stabilizacja rynku. Nie nastąpiła. Ceny rosną nieustannie i wszyscy zastanawiają się, czy jest jakakolwiek górna granica. Najwyraźniej nie ma. 6.000 – 7.000 PLN/m2 to aktualna, przeciętna cena mieszkania w Warszawie. Z czapy wzięta i absurdalna, nie? A co powiecie na to, by zastąpić PLN symbolem €? Bo w Barcelonie możecie kupić sobie mieszkanko właśnie za 6.000 Euro/m2. I to nie lokal w ekskluzywnym apartamentowcu. Mieszkanie w przeciętnej kamienicy jakich wiele. Zatem, jeżeli ktoś ma kupę kasy, z którą nie wie co zrobić, to niech zainwestuje ją w nieruchomości. Żaden bank ani fundusz inwestycyjny nie zapewni takiego procentu.
Tramwaj dowozi do połowy Tibidabo. Potem jest kolejka, taka sama jak na Gubałówkę, tylko dużo starsza i cała wysmarowana graffiti. A na górze to już lipa po całości. Średnio wypasione wesołe miasteczko (jedyna śmieszna zabawka to samolot na kręcącym się w kółko ramieniu). Odpuściłem, bo nie było odjazdowych zabawek. Ja tam uwielbiam przejechać się spektakularnym roller coasterem, zakręconą na maksa karuzelą. Czy inną zabawką, która rzuca człowiekiem we wszystkie strony, odwraca do góry nogami, zapieprza nieprzedywidywalnie we wszystkich kierunkach. No lubię się takim sprzętem powozić i powrzeszczeć ile tchu w płucach! Ale tu nie było niczego, co by mnie zachęciło.
Na czubku Tibidabo sterczy kościół zwieńczony miniaturą słynnej rzeźby z Rio de Janeiro, czyli Chrystusem o rozłożonych rękach. Taka. Tandeta, taka sama jak cały kościół (korzystając z cytatu Łysiaka: nie udało się sprawić, by zamieszkał w nim Bóg).
Ale widok klawy, bo Barcelona z góry jak na dłoni. Piękne miasto, mówię wam. Czy ja się przypadkiem nie powtarzam?
cdn.
rymasz

Lata temu, solidnie zmęczeni już zwiedzaniem Krakowa, postanowiliśmy pójść do kina. Udało mi się namówić Lepszą Połowę na seans „Gladiatora” w kinie tuż koło Rynku. Wytłumaczyłem jej, że jest to przede wszystkim wzruszająca historia miłosna, w tle której co i raz drobna potyczka się zdarzy. Lepsza Połowa lojalnie uwierzyła. Taaaa… No nie oszukujmy się, „Gladiator” to tak naprawdę hollywoodzka rąbanka zgrabnie podana z imperialnorzymskim sosem. Ja na punkcie starożytnego Rzymu mam solidnego pierdolca, więc mój podstęp jest w pewien sposób usprawiedliwiony: zależało mi, żeby zobaczyć „Gladiatora” w kinie. Ale od tej pory Lepsza Połowa ufa moim kinowym rekomendacjom w sposób, hmmm… powściągliwy. Podobnie jest niestety z knajpami.
Swego czasu pracowałem w okolicach Grzybowskiej w Warszawie. Jako ciekawostkę mogę podać, że w budynku, w którym pracowałem, pomieszkiwał w tym czasie pewien wychudły, drobnokościsty, wyglądający jak narkoman w czasie największego tripu życia szansonista, który powszechnie rozpoznawalny jest dzięki kiczowatym strojom, ślubom, rozwodom, rozprawom sądowym, dzieciom skrzywdzonym dziwnymi imionami, melodyjnym coverom niemieckich piosenek, a przede wszystkim ufarbowanym włosom… Ale nie o nim mowa.
Na Grzybowskiej, vis a vis Warsaw Trade Tower, mieścił się też w tym czasie bar Pana Kazia. Już się nie mieści, a szkoda, bo miał swój niezaprzeczalny urok. Moim subiektywny zdaniem oczywiście.
Bar Pana Kazia oferował wystrój żywcem przeniesiony z epoki późnego Gomułki oraz „domowe obiady” własnoręcznie przygotowywane przez Pana Kazia, który także był żywcem przeniesiony ze wspomnianej epoki. Pojęcia nie mam z jakiego powodu, ale mam przeogromną słabość do takich miejsc. Knajp o wątpliwej renomie, staroświeckich zakładów fotograficznych, szewskich czy fryzjerskich. Gotów jestem własnym imidżem zaryzykować, by w ozdobionym wypłowiałymi zdjęciami gwiazdorów z lat sześćdziesiątych minionego wieku „salonie”, dać się obciąć podstarzałemu fryzjerowi odzianemu w przybrudzony fartuch… Ha, Pan Kaziu wyglądał, wypisz wymaluj, jak taki fryzjer.
Lepsza Połowa pracowała w tym czasie tuż obok. Umawialiśmy się więc co i raz na wspólne lancze. Pewnego razu zaproponowałem bar Pana Kazia, obiecując małżowince niezapomniane wrażenia. Słowa dotrzymałem.
Właściciel, kelner, kasjer i kucharz w jednej osobie powitał nas siedząc na zewnątrz kamiennym progu i jarając szluga. Lepsza Polowa spojrzała na mnie pytająco. Uśmiechnąłem się zachęcająco. W środku Lepsza Połowa krytycznie zlustrowała pokrytą zużytym gumoleum podłogę, przykryte wytartą ceratą stoliki, umęczone krzesełka rodem z peerelowskiej świetlicy, niemiłosiernie wymęczone przyprawniki (Moja Ś.P. Babcia miała identyczne. Takie miniaturowe łyżeczki miały. No łza się w oku kręci normalnie.). Po czym spojrzała na mnie pytająco. Uśmiechnąłem się zachęcająco. Ja zamówiłem schabowego. Lepsza Połowa jakąś zupę. Uznała ją za najbezpieczniejszą. Pan Kazio przyjął zamówienia i udał się na zaplecze. Za chwilę usłyszeliśmy odgłos mięsa rozbijanego tłuczkiem. O tak, to był taki właśnie bar… Lepsza Polowa spojrzała na mnie pytająco. Uśmiechnąłem się zachęcająco… Ostatni raz…
Czy muszę dodawać, że zupa została niezjedzona? Nie muszę… Czy muszę tłumaczyć, że na lancz u Pana Kazia Lepsza Połowa nie dała się już nigdy więcej namówić? Nie muszę… Czy muszę dodawać, że od tej pory Lepsza Połowa do każdej mojej propozycji odwiedzenia jakiejś restauracji odnosi się wyjątkowo sceptycznie?
Wracamy do Barcelony, bo znów nawijam nie na temat.
cdn.
rymasz


  • RSS