Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Jak już dorosnę i będę duży, to zostanę milionerem i kupię sobie odrzutowiec, i będę latał z i na takie lotniska, na jakie mi się spodoba. Póki co nie dorosłem i są na to marne szanse, więc zasuwam jako proletariusz u kapytalysty i na urlop latam tanimi liniami, ponieważ są tanie, a zaoszczędzone na podróży pieniądze można potem przepić. Bywałem na różnych lotniskach. Również na tych mniejszych jak Luton, Nottingham, Teneryfa, Siewierz. Pałace może to nie były, ale w sumie spoko. Chociaż w Gironie na przykład dach cieknie. Ale jest normalny kibel, zajebiście droga „restauracja” z kanapkami za 3,50 i piwem 0,33 l za 4 Euro, parę sklepów z gorzałą i perfumami. Cywilizacja i kultura białych ludzi zasadniczo. Dlatego w pale mi się nie mieści, dlaczego w stolicy Polski samoloty tanich linii lotniczych lądują na i startują z dworca PKS w Pierdziszewie Górnym, który ktoś dla zmyłki nazwał terminalem Etiuda w Porcie Lotniczym im. F. Szopena.
To jest zasrany skandal i nie koniec erupcji przepełniającej mnie wściekłości.
Dworzec PKS w Pierdziszewie Górnym, dla zmyłki nazwany terminalem Etiuda w Porcie Lotniczym im. F. Szopena, to pieprzony barak. Pochodzę z Ciechanowa, który metropolią nie jest. I za piękny też nie. Ale jeżeli chodzi o dworzec PKS to z terminalem Etiuda w stolicy Polski śmiało może ten ciechanowski stawać w konkury.
Znam kilka brzydkich polskich miast. W zasadzie to żadne wydarzenie. Wiele polskich miast jest brzydkich jak pleśń na gównie i żadna ustawa kolejnej koalicji tego nie zmieni. Zmienią to kolejne pokolenia i ja trzymam za nie kciuki. Skurwysyny, którzy promowali socjalistyczną koncepcję urbanistyczną w polskich miastach oraz żelazną łapą za pysk trzymali polskich architektów, hurtem powinni powędrować pod sąd. Publiczny lincz to byłaby kara jak w sam raz dla tych łobuzów. Ja w ogóle uważam, że tzw. przestrzeganie praw człowieka w przypadku bandytów to wielki regres cywilizacyjny białych ludzi. Bandyta to łobuz, który złamał normy ustanowione przez Cywilizację Białych Ludzi i tym samym z tej Cywilizacji dobrowolnie wystąpił, więc nasze normy niniejszym przestają go obowiązywać. Chwasty się wyrywa, a nie pielęgnuje w specjalnych, zajebiście drogich i utrzymywanych z moich podatków ośrodkach. Nie wierzę w resocjalizację tak samo jak nie wierzę w życie po śmierci. W dupie mam jednostkowe przykłady łotrów, którzy się nawrócili w pierdlu. Dużo bardziej przemawiają do mojej wyobraźni skurwysyny, którzy po wyjściu z pierdla nabroili ponownie i skrzywdzili dobrych ludzi. Z troską pochylam się nad losem zagubionych duszyczek i z całego serca życzę im poprawy. Jak był dobry chrześcijanin i niechcący zbłądził, to wróci na ścieżkę cnoty, choćby i recydywa mu kłody pod nogi rzucała. Dlatego bandytów należy karać dotkliwie i spektakularnie. Ale ja nie o tym.
Brzydkie polskie miasta, które przez przypadek znam, są brzydkie nie tylko z powodu peerelowskich wielkopłytowych osiedli. Ciechanów, Mława, Mińsk Mazowiecki były brzydkie, bo pełno w nich było przedwojennych, drewnianych chałup, próchniejących w środku miasta. To jak teraz wypełnia się te ubytki to inna para kaloszy, a ja przecież nie o tym, tylko o Etiudzie, którą piszę z dużej litery jedynie dla jaj. Drewniane chałupy niniejszym zostawiam, choć wcześniej czy później po każdą z nich zgłoszą się mieszkający na bliskim wschodzie potomkowie właścicieli. A kolejna koalicja obieca, obieca, obieca…
cdn.
rymasz

Latanie samolotem pasażerskim jest nudne jak polskie filmy, których nikt nie chce oglądać, poza kolegami reżysera z branży. Nie, w zasadzie to pieprzę głupoty. Polskie filmy są nudniejsze. Nie ma takiej możliwości, żebym kiedyś zrozumiał, dlaczego ktoś z własnej nieprzymuszonej woli miałby wydać swoje ciężko zarobione pieniądze na to, by zakupić bilet i wysiedzieć półtorej godziny w kinie, oglądając polski film. Zdaje się, że nie ja jeden tak mam, a ponieważ polscy filmowcy mimo wszystko palcem robieni nie są, to też na to wpadli. Dlatego siedli w kupie i wymyślili, że polskie filmy to dzieła sztuki są, niezmiernie ważne dla duchowego życia Narodu. Bez polskich filmów Polacy stracą swą tożsamość i do końca pogrążą się w swoich zaściankowych, prowincjonalnych, chrześcijańskich światopoglądach. Degrengolada zeżre Naród. Dlatego polskie filmy należy kręcić, kręcić, kręcić. Ponieważ nikt przy zdrowych zmysłach nie da złamanego grosza na produkcję przygnębiającego gówna, na którym nikt przy zdrowych zmysłach nie wysiedzi do końca nawet za dopłatą, to produkcję polskich filmów należy wspierać środkami z budżetu państwa. Wspieranie działalności kogokolwiek środkami z budżetu państwa to, po przetłumaczeniu na polski z partyjnej nowomowy każdej koalicji rządzącej tym krajem od siedemnastu lat, nic innego jak okradanie jednych grup zawodowych kosztem innych. Jeśli chodzi o utrzymywanie z moich podatków policji i wojska to ja się zgadzam. Ale jeżeli chodzi o rolników, górników, filmowców, konduktorów PKP i innych to już niekoniecznie. Ja odkąd zacząłem pracę, to kapytalysta chce mnie zatrudniać jedynie dopóki zarabiam dla niego więcej pieniędzy, niż on mi potem płaci. Dlatego rządy to mnie okradają, a nie dla mnie kradną. Dobra, ten wykład zostawię na kiedy indziej.
Największym producentem polskich filmów jest telewizja publiczna, która jak wiadomo finansowana jest w znacznej mierze za pomocą pieniędzy pochodzących z podatku, który żartobliwie nazywano abonamentem. Nie rozumiem i nie planuję zrozumieć, dlaczego posiadanie radia i telewizora jest opodatkowane, a posiadanie odtwarzacza mp3 z radiem oraz komputera z dostępem do internetu, umożliwiającego słuchanie audycji radiowych i oglądanie programów TV, jeszcze nie. Niedopatrzenie ustawodawcy jak sadzę. Jednakowoż mam tu tyle do gadania ile polski patriota za hitlerowskiej i sowieckiej okupacji. Nikt mnie o zdanie nie pyta, tylko za pieniądze z moich podatków powołuje kolejne zajebiście ważne instytuty sztuki filmowej, oraz produkuje kolejne polskie filmy, które wszyscy mają w dupie. Wszyscy poza branżą, która organizuje sobie różne festiwale i przyznaje nawzajem różne Bardzo Ważne Nagrody i Wyróżnienia. W jury siedzą znajomi wszystkich biorących udział w konkursie, więc wcześniej czy później każdy jakąś nagrodę dostanie i będzie się potem mógł zrewanżować, gdy kolejnym razem to on będzie jurorem. Najważniejsze to mieć dobre samopoczucie i nie zwracać uwagi na rzeczywistość. Filmowcy mają w tym wprawę jak nikt inny przecież. Tyle o polskich filmach, bo przecież miało być o lataniu samolotami pasażerskimi.
Więc, od którego podobno nie zaczyna się zdania, jest ono nudne. Na początku zatyka uszy, rzuca, żołądek i błędnik się buntują, potem się uspokaja i jest jednostajnie hucząco, a na końcu jest to samo co na początku. Nic się nie dzieje i raczej nie wydarzy. Co nie zmienia faktu, że jednak miło jest człowiekowi, gdy w podróż udaje się ze schludnego, czystego, nowoczesnego lotniska i na takim samym ląduje. Ha!
cdn.
rymasz

Komplementy

5 komentarzy

Fabryka. Rozmowa w dziale. Udział biorą rymasz i Madzia.

Rymasz: Ty Madzia to jesteś taki fajny herbatnik, że ja normalnie mógłbym z tobą pójść na browar jak z kolegą. No mówię ci!
Madzia: Ty to umiesz komplementy prawić. To tak, jakbyś mi powiedział, że mam mocny łeb. A to najgorsze, co kobieta może usłyszeć od faceta.
Rymasz: No ale ja, tego…
Madzia: Ale w zasadzie to jak ty tak mówisz to spoko. Bo gdyby tak mi powiedział facet, który mi się podoba, to bym się chyba naprawdę przejęła…

Nokaut.

rymasz

Bój w hucie

8 komentarzy

Sobotę miałem intensywną. Najpierw clashtorny zlot po latach w irlandzkim pubie. Ubawiłem się setnie, bo poczucie humoru mamy wszyscy podobne, choć poglądy inne. Świetnie było.
Potem spotkanie na Polach Mokotowskich z kolegami z akademika i studiów. Koledzy z akademika i studiów to normalnie to samo co koledzy z wojska. Niektórych nie widziałem 9 lat. Oczywiście nikt nic się nie zmienił, oczywiście było tak, jakbyśmy ostatni raz widzieli się dwa dni temu. Jedwabiście było. Niestety fantazja nas poniosła, człowiekowi przypomniały się lata studenckie. Ale w moim wieku popijanie wódki piwem należy już do sportów ekstremalnych. Wyłopotałem się w okolicach 21. Trudno się mówi. W drogę powrotną udałem się tramwajem. Taaaak… Obudziłem się tuż przed pętlą obok huty. Sam się obudziłem, bez niczyjej pomocy, z czego jestem poniekąd dumny. Z wydarzeń, które miały miejsce potem już chyba dumny nie jestem. Z huty na Chomiczówkę daleko nie jest. Rozsądnie do sprawy podchodząc należało wrócić te 3 przystanki i pójść spać. Tudzież przejść ten kawałek (20 minut spaceru) chodnikiem, jak biały człowiek. No tak, ale to byłoby za proste, nieprawdaż? Ja postanowiłem wrócić na skróty. Obrałem azymut i ruszyłem do boju. Mimo tego, że azymut obrałem dobry, to wcale nie był to najlepszy pomysł. W tym miejscu rozpoczyna się Sobotnia Odyseja Rymasza.

Pierwszą napotkaną przeszkodą był płot zwieńczony drutem kolczastym. Powinno mi to dać do myślenia, prawda? Skoro ktoś mocuje drut kolczasty na płocie, to pewnie po to, żeby nikt tam nie właził. Ale nie! Kojarzenie faktów troszkę u mnie szwankowało tego wieczoru. Wędrując wzdłuż płotu doszedłem do bramy. Domyślacie się już co głupiego i beznadziejnego zrobiłem?

Przelazłem przez nią.

Bez wdzięku i gracji, ale przelazłem. Po co? Bo azymut. Iść trzeba. Czy zastanawiałem się, nad tym, że przełażąc przez bramę w betonowym płocie z koroną z drutu kolczastego, włażę niechybnie na teren ZAMKNIĘTY? Nie, nie zastanawiałem się. Azymut, iść, dom, spać. Plan był genialny w swej prostocie, czyż nie?
W stróżówce przy bramie nie było nikogo. W każdym razie ja nikogo nie zauważyłem i nikt nie spieszył mnie powstrzymać.
Idę. Raczej gorzej niż lepiej, ale idę. Przed siebie. Azymut. Bezrefleksyjnie prę do przodu.
Nagle się zatrzymuję. Z hali, którą mijam bije żar. I blask. I huk. Huk jak jasna cholera. Zerkam zaciekawiony. Jacyś ludzie w środku, poubierani w dziwne stroje, krzątają się wokół pieca i wytapiają jakiś metal. Masz ci los. Zerkam w głąb kolejnej hali. To samo. Powoli, powolutku, jakaś inna myśl przebija się do świadomości. O K…., JESTEM W HUCIE!!! Czy się zaniepokoiłem? Jeszcze nie. Ja się dopiero zaniepokoję. Idę dalej. Przed siebie. Drogą. Mijam kolejne budynki. I idącego z naprzeciwka hutnika w kasku. Mijamy się obojętnie jak przechodnie na Marszałkowskiej. Przypominam: jest sobotnia noc, huta w Warszawie.
Mijam buczącą groźnie transformatorownię. Przede mną wyglądający bardzo nowocześnie kompleks przemysłowy. Oświetlony i dudniący. Omijam go szerokim łukiem, tym samym wkraczając na ziemię niczyją. Ziemia niczyja to chaszcze. Trawa po pas. W trawie skryte są betonowe bloki, dziury, rowy. Spektakularnie wypieprzam się ze 3 razy. Zniechęcam się coraz bardziej. Miało być inaczej. Azymut, iść, dom spać. Gdy wreszcie natrafiam na tory nie posiadam się z radości. Bez pułapek, równo. Uffff… Idę.

Idę.

Idę.

K…., ile można tak iść??? Ja chcę do domu!!! Niech mnie zlokalizuje jakaś straż przemysłowa! Albo inna ochrona. Może na policję zadzwonię? „Halo. Jakiś nawalony facet błąka się po hucie. Przyjedźcie i go zwińcie.”

Idę.

Dochodzę wreszcie do miejsca, w którym torów kolejowych robi się całe mnóstwo. Po torach jeżdżą spalinowe lokomotywy i przestawiają pełne złomu wagony. Staję. No taki głupi nie jestem, żeby włazić pod pociąg. Chwiejnie, ale stoję. Maszynista zaś jedzie i spogląda na mnie obojętnie. Przejechał. No to idę. Przeciskam się przez wagony. Mur z grzywką z drutu kolczastego! Dobra nasza. Wspinam się. Kurka wodna, ogródki działkowe. Tam nie wlezę. Łał, własna błyskotliwość mnie zachwyca. Idę dalej. Wspinam się, przełażę.

URATOWANY!!!

Jeszcze tylko jakieś psy mnie obszczekały, jeszcze tylko krótki spacer najpierw lasem, potem wzdłuż ogródków z marchewkami i królikami… Asfalt, cywilizacja, latarnie. Łzy w oczach.

Lepsza Połowa przezornie wyjechała na weekend. Słomiany wdowiec byłem. Wlazłem do chałupy i padłem jak kawka, bo można mieć wiele zastrzeżeń co do mojego rozumowania podczas odysei, ale azymut obrałem właściwy!!!

Rankiem przeprowadziłem oględziny garderoby. Fajne buty miałem, lubiłem je. Niestety teraz wyglądały jak gumofilce upaprane błotem. Po zmyciu błota wyglądały jakby je ktoś drucianą szczotką polerował. Dżinsy do połowy nogawek upaćkane jak kombinezon mechanika samochodowego na fajrant. Koszula tak samo. Ha, przecież przeciskałem się między kolejowymi wagonami…

Dlaczego ja to opowiadam w ogóle??? Toż nie ma się czym chwalić, za to jest się za co wstydzić…
Bo jedno mnie zastanawia.
Jakim cudem nawalony koleś przez godzinę szwendał się po tej hucie, nie starając się specjalnie przed nikim ukrywać??? No jak???

No tak!!!
Bo azymut. Iść trzeba. ;-DDD

rymasz wędrowniczek


  • RSS