Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Lata temu, solidnie zmęczeni już zwiedzaniem Krakowa, postanowiliśmy pójść do kina. Udało mi się namówić Lepszą Połowę na seans „Gladiatora” w kinie tuż koło Rynku. Wytłumaczyłem jej, że jest to przede wszystkim wzruszająca historia miłosna, w tle której co i raz drobna potyczka się zdarzy. Lepsza Połowa lojalnie uwierzyła. Taaaa… No nie oszukujmy się, „Gladiator” to tak naprawdę hollywoodzka rąbanka zgrabnie podana z imperialnorzymskim sosem. Ja na punkcie starożytnego Rzymu mam solidnego pierdolca, więc mój podstęp jest w pewien sposób usprawiedliwiony: zależało mi, żeby zobaczyć „Gladiatora” w kinie. Ale od tej pory Lepsza Połowa ufa moim kinowym rekomendacjom w sposób, hmmm… powściągliwy. Podobnie jest niestety z knajpami.
Swego czasu pracowałem w okolicach Grzybowskiej w Warszawie. Jako ciekawostkę mogę podać, że w budynku, w którym pracowałem, pomieszkiwał w tym czasie pewien wychudły, drobnokościsty, wyglądający jak narkoman w czasie największego tripu życia szansonista, który powszechnie rozpoznawalny jest dzięki kiczowatym strojom, ślubom, rozwodom, rozprawom sądowym, dzieciom skrzywdzonym dziwnymi imionami, melodyjnym coverom niemieckich piosenek, a przede wszystkim ufarbowanym włosom… Ale nie o nim mowa.
Na Grzybowskiej, vis a vis Warsaw Trade Tower, mieścił się też w tym czasie bar Pana Kazia. Już się nie mieści, a szkoda, bo miał swój niezaprzeczalny urok. Moim subiektywny zdaniem oczywiście.
Bar Pana Kazia oferował wystrój żywcem przeniesiony z epoki późnego Gomułki oraz „domowe obiady” własnoręcznie przygotowywane przez Pana Kazia, który także był żywcem przeniesiony ze wspomnianej epoki. Pojęcia nie mam z jakiego powodu, ale mam przeogromną słabość do takich miejsc. Knajp o wątpliwej renomie, staroświeckich zakładów fotograficznych, szewskich czy fryzjerskich. Gotów jestem własnym imidżem zaryzykować, by w ozdobionym wypłowiałymi zdjęciami gwiazdorów z lat sześćdziesiątych minionego wieku „salonie”, dać się obciąć podstarzałemu fryzjerowi odzianemu w przybrudzony fartuch… Ha, Pan Kaziu wyglądał, wypisz wymaluj, jak taki fryzjer.
Lepsza Połowa pracowała w tym czasie tuż obok. Umawialiśmy się więc co i raz na wspólne lancze. Pewnego razu zaproponowałem bar Pana Kazia, obiecując małżowince niezapomniane wrażenia. Słowa dotrzymałem.
Właściciel, kelner, kasjer i kucharz w jednej osobie powitał nas siedząc na zewnątrz kamiennym progu i jarając szluga. Lepsza Polowa spojrzała na mnie pytająco. Uśmiechnąłem się zachęcająco. W środku Lepsza Połowa krytycznie zlustrowała pokrytą zużytym gumoleum podłogę, przykryte wytartą ceratą stoliki, umęczone krzesełka rodem z peerelowskiej świetlicy, niemiłosiernie wymęczone przyprawniki (Moja Ś.P. Babcia miała identyczne. Takie miniaturowe łyżeczki miały. No łza się w oku kręci normalnie.). Po czym spojrzała na mnie pytająco. Uśmiechnąłem się zachęcająco. Ja zamówiłem schabowego. Lepsza Połowa jakąś zupę. Uznała ją za najbezpieczniejszą. Pan Kazio przyjął zamówienia i udał się na zaplecze. Za chwilę usłyszeliśmy odgłos mięsa rozbijanego tłuczkiem. O tak, to był taki właśnie bar… Lepsza Polowa spojrzała na mnie pytająco. Uśmiechnąłem się zachęcająco… Ostatni raz…
Czy muszę dodawać, że zupa została niezjedzona? Nie muszę… Czy muszę tłumaczyć, że na lancz u Pana Kazia Lepsza Połowa nie dała się już nigdy więcej namówić? Nie muszę… Czy muszę dodawać, że od tej pory Lepsza Połowa do każdej mojej propozycji odwiedzenia jakiejś restauracji odnosi się wyjątkowo sceptycznie?
Wracamy do Barcelony, bo znów nawijam nie na temat.
cdn.
rymasz

Jest też i cudnie posępna, kamienna, szara Barri Gotic z potężną katedrą, którą to budowlę Lepsza Połowa zwiedzała, w czasie, gdy ja błąkałem się po okolicy podglądając wycieczki. Takie sobie były niestety.
Najlepsza wycieczka jaką widziałem w życiu, to była wycieczka Japończyków w Wilnie. Siedzieliśmy w katedrze silnie zafascynowani celebrowanymi właśnie zaślubinami. Rodzin państwa młodych jakoś nie było widać, ale i tak młodzi mieli silne wsparcie, bo wraz z nimi przy ołtarzu stało po pięcioro świadków z każdej strony. Łał, zwyczaj, którego wcale nie znaliśmy. Nagle do katedry wkroczyli Japończycy. Stanęli na środku. Po czym nagle zasiedli w ławkach. Po kilku sekundach wszyscy zadarli głowy i dłuższą chwilę podziwiali sufit, wtem, jednocześnie, spojrzeli w lewo, potem w prawo, potem do przodu, na ołtarz. W jednej sekundzie wstali całą gromadą i ruszyli na obchód naw. Cały czas bez jednego choćby słowa. Skąd ta bezbłędna koordynacja? Byli sterowani drogą radiową. Każdy z turystów miał w uchu słuchaweczkę, a przy boku odbiorniczek. Instrukcje, szeptem, zapodawał niepozorny przewodnik. Dzięki temu „zaliczenie” wileńskiej katedry zajęło im ze trzy minuty. Na wycieczce „10 europejskich stolic w 10 dni” nie ma zbyt dużo czasu na detale. Jeszcze chwilę popstrykali mikroskopijnymi aparacikami, po czym popędzili zaliczać kolejne atrakcje. Po to, żeby je sfotografować oczywiście. Japońscy turyści w czasie zwiedzania koncentrują się głównie na tym, by jak najkorzystniej zapozować na tle podziwianego obiektu. Po wykonaniu zdjęcia fotograf zmienia się rolą z modelem. Minimalna ilość wykonanych w jednej lokalizacji zdjęć wynosi 15.
Co ciekawe, oni tym hobby zarazili też resztę świata. Gdy tak się szwędaliśmy po pięknej, pięknej, pięknej, Barcelonie, to lekceważąco przyglądałem się głowom rodzin, w których na czas urlopu obudził się artysta. Po czym łapałem się na tym, że sam zachowuję się w ten sam sposób, z tą jedynie różnicą, że jakoś nie odczuwamy z Lepszą Połową ambicji, by włazić za każdym razem w kadr. Co nie zmienia faktu, że z Katalonii przywieźliśmy ze 400 fotek. Z zeszłorocznego urlopu w Bułgarii tyle samo.
To jest jeszcze pół biedy, narobić tonę zdjęć. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś odczuwa palącą potrzebę, by te zdjęcia pokazywać, pokazywać, pokazywać…
W podobny sposób co barcelońską katedrę, zwiedzaliśmy też Palau de la Musica Catalana z przepiękną halą koncertową, z niepowtarzalnym witrażowym sufitem. Znaczy to, że Lepsza Połowa zwiedzała pałac (zachwycona była, bo piękne wnętrza, koncert itd.), a ja przez dwie godziny łaziłem po okolicy. Nieźle było, bo okolica jest opanowano przez arabów, a więc raczej zaniedbana i pełna:
„Brudnych ulic gdzie jest mrok
Tu nie wolno głośno śmiać się
I za dobre mieć ubranie
Strzeż się
Tutaj ludzie złych profesji
Mają swoje oceany
śmierć im podpowiada przyszłość
I co noc, co noc z nich drwi
Strzeż się tych miejsc”
Do kilku zaułków naprawdę nie odważyłem się wejść. Knajpy kusiły mnie niemiłosiernie, ale czekałem z obiadem na Lepszą Połowę. Zjedliśmy w końcu w restauracyjce czystej i przytulnej, ze ścianami pełnymi obrazów autorstwa jakiegoś ambitnego malarza amatora. Obskurne bary pozostały, ku memu wielkiemu smutkowi, niezbadane… Lepsza Połowa niestety JUŻ nie daje się na nie namówić. Za dużo lat razem…
cdn.
rymasz

Są też w Barcelonie autobusy, z których nie korzystaliśmy, bo i po co, skoro wszędzie gdzie chcieliśmy się znaleźć można było dojechać metrem? Dla turystów wypichcono specjalne dwupiętrowe Tourist Busy, które wiozą turystę od atrakcji do atrakcji. Nie dla mnie taka zabawa, więc też nie używaliśmy.
Już po dwóch dniach byliśmy ekspertami od metra. Bo Barcelona jest przyjazna dla turystów, bo turystów są w niej nieprzebrane zastępy. W zasadzie wszystkie napisy, informacje, broszury są dostępne po angielsku. W środkach komunikacji miejskiej napisy są w trzech językach: po hiszpańsku, po katalońsku i po angielsku. Katalończycy to nacjonaliści. Katalonia jest autonomią, ma swój parlament, swoje władze, swoją policję nawet
(nie mam pojęcia na jakiej zasadzie współpracują z policją hiszpańską i jakie są jej kompetencje). Katalońskość podkreślają na każdym kroku. Barcelona jest kosmopolityczna, pełna Hiszpanów z innych części kraju, pełna emigrantów i turystów, ale na prowincji po hiszpańsku się podobno nie dogada. Tylko kataloński. A w Barcelonie po angielsku dogadać się można w każdym miejscu, które jest atrakcją turystyczną.
Turyści są z każdego kraju świata. Emigranci nie gorzej. Są: skośnoocy emigranci z Azji (na plaży snują się brzydkie, stare raszple i oferują masaż. Są tacy, którzy korzystają z ich usług!), śniadoskórzy Arabowie (mnóstwo!), Murzyni, Latynosi, Indianie, czy wreszcie obszczani, śmierdzący kloszardzi z Polski w okolicach Hospital de la Santa Creu. Kloszardzi i żebracy są oczywiście nie tylko z Polski. Są i lokalni. Za to w knajpach spotkać można ładne, zadbane Polki. Bardzo miłe i szczególnie pomocne, gdy z resztą personelu dogadać się można tylko za pomocą mowy ciała.
No to ruszamy w miasto! Metodą mieszaną. Trochę z przewodnikiem w ręku, trochę szwędająco, bez planu.
Kocham Barcelonę. Kocham jej szerokie aleje jak Diagonal z pięknymi kamienicami o dachach pełnych przeszklonych kopułek. Kocham ruchliwe deptaki Ramblas, pełne mimów i innych cudaków, pełne butików, kawiarni, w których można wypić kieliszek sangria de cava. Urzeka mnie ten kolorowy tłum: turyści, emigranci, beznadziejnie ubrane kobiety o wielkich tyłkach z papierowymi torbami z Zary w dłoniach, przystojniaki typu „macho” z radarem w oczach. Zakochałem się w zaarbizowanym Ravalu, jego wąskich, brudnych uliczkach, pełnych jatek z zarżniętymi jagniętami w witrynach, sklepów z telefonami wątpliwego pochodzenia oraz z wszelkim innym badziewiem, obskurnych knajpach (niestety na wizytę w żadnej z niech nie dała się namówić Lepsza Połowa, mimo moich usilnych zabiegów), czasem pełnych zużytych kurew, narkomanów i policji. Zakochałem się w bajecznie kolorowym ruchliwym bazarze Boqueria, pełnym straganów z wyglądającymi jak przybysze z innej planety mieszkańcami morza, bajecznie kolorowymi warzywami i owocami. Zakochałem się w Riberze, który władze miasta oddały we władanie bohemie, która naotwierała tam pracowni, galerii, barów.
cdn.
rymasz

Zwiedzając Barcelonę korzystaliśmy z komunikacji miejskiej, więc o niej słów kilka.
Każdą wycieczkę zaczynaliśmy od podróży tramwajem. Mieszkaliśmy na przedmieściach, więc jakoś musieliśmy dotrzeć do cywilizacji.
W Barcelonie są cztery linie tramwajowe, z czego trzy startują z tego samego miejsca w centrum miasta i mają, uwaga, 15 wspólnych przystanków. Tak to zabawnie wygląda: TRAMWAJE T1, T2, T3
Jakoś nieszczególnie praktyczne i rozsądne to się wydaje. Za to wyjątkowo rozsądne są same tramwaje. Klima, miękkie zawieszenie, przestronne, czyste, wygodne i wygadane. O, takie są śliczne: ŁADNE BARCELOŃSKIE TRAMWAJE
Szybkością za to nie urzekają. Toczą się sennie i majestatycznie, 30 na godzinę. Nas to ujęło od pierwszego dnia. Dzięki temu bowiem mogliśmy w spokoju podziwiać surową i niewyszukaną architekturę przedmieść, powoli przeradzającą się w smakowitą barcelońską secesję centrum miasta. Będzie o tym później, ale żeby sprawę od razu wyjaśnić: zakochaliśmy się w Barcelonie od pierwszego wejrzenia. Również w jej komunikacji.
Zatem tramwaje są nowoczesne, skomputeryzowane, a ich przystanki wypucowane i zbajerowane. Użyteczne są przede wszystkim dla turystów, którzy mogą dzięki nim kontemplować w spokoju uroki miasta (tłok w tramwaju spotkaliśmy raz i to umiarkowany, a jeździliśmy nimi codziennie). Dla barcelończyków są tylko dodatkiem do metra, dzięki któremu można przebyć ten krótki kawałek, od lub do najbliższej stacji. Bo to metro jest krwioobiegiem Barcelony. Jak na przyzwoitą metropolię w XXI wieku przystało.
W przeciwieństwie do tramwajów sieć metra w Barcelonie jest praktyczna. Jest wiele linii, stacje co chwila (choć nie rzucające się w oczy, ot dziury w chodnikach), jest połączone z sieciami pociągów podmiejskich, dojedziesz nim wszędzie, bez trudu przesiądziesz się w inny środek transportu. Jest też posępne, mroczne i dekadenckie. Niedoświetlone, brudnawe, ciasne, duszne. Kompletnie niedostępne dla niepełnosprawnych na wózkach: brak wind, pochylni, za to dużo schodów. To akurat nie jest zaleta, ale żadna z tych cech nic a nic mi nie przeszkadza, stanowi wręcz swoisty smaczek. Bo tym metro, które nie wygrałoby w konkursie piękności, dojedziesz wszędzie. Metro w Polsce jest piękne, stacje ma miłe dla oka, przestronne, wejścia do nich okazałe i widoczne z daleka. I składa się z jednej linii, zapchanej do granic możliwości. Jedna linia metra na 38 milionów mieszkańców. Trzeba być kompletnym debilem, by nie rozumieć, że dla Warszawy czy Wrocławia sprawna sieć metra to absolutny priorytet. Srał pies stadiony narodowe, tunele wzdłuż rzek, nowe ratusze, bezprzewodowe internety. To są rzeczy drugorzędne. Te dwa miasta bez metra się uduszą i zakiszą. Czy to trudne do pojęcia? Nie, wystarczy pojechać do jakiegokolwiek cywilizowanego miasta. Ech…
cdn.
rymasz

Mamy z Lepszą Połowa zupełnie różne strategie zwiedzania. Ja lubię się szwędać. Leźć przed siebie i trafiać w różne dziwne miejsca. Im dziwniejsze, tym lepiej. Lepsza Połowa do zwiedzania potrzebuje przewodnik, który precyzyjnie prowadzi ją ulica po ulicy, kamienica po kamienicy. Mieliśmy takich przewodników chyba trzy i ileś tam proponowanych w przewodnikach tras do obejścia.
Zarówno mój sposób, jak i sposób Lepszej Połowy, mają swoje wady i zalety. Lepsza Połowa dzięki swojej metodzie zalicza po kolei to, co autorzy przewodników uznali, opierając się słusznie zapewne na doświadczeniu tysięcy turystów, za warte obejrzenia. Jednocześnie szlak jej standardowy jest, przewidywalny i oczywisty jak nudności u ciężarnej kobiety oraz oryginalny jak twórczość Mandaryny. Tabuny turystów z przewodnikami w łapach przemaszerowały tą ścieżką, zatrzymując się dokładnie w tych samych miejscach i wpieprzając obiady w tych samych restauracjach. Moja metoda gwarantuje, że atrakcje przewodnikowe cię ominą, ale masz szansę znaleźć się w miejscach, o których przewodniki nie wspominają. Ja to lubię, choć nie ukrywam, że zwiedzanie atrakcji przewodnikowych też jest spoko. Dzięki latom praktyki i ciężkich wyrzeczeń wypracowaliśmy w tym temacie kompromis. Zwiedzamy metoda mieszaną. Wilk syty i owca cała, a konflikty rozwiązujemy na bieżąco.
Ja się Lepszej Połowie wcale nie dziwię, że jest umiarkowaną entuzjastką mojego sposobu poznawania świata. To kobieta jest, która lubi mieć wszystko ładnie poukładane, wytłumaczone. Poczucie bezpieczeństwa towarzyszy jej jak mi chaos. Bo metodą walki kobiet z chaosem wszechświata jest porządkowanie rzeczywistości wokół siebie. Im więcej rzeczy jest znanych, przewidywalnych, tym większa iluzja, że świat jest bezpieczny, a happy endy przytrafią się w życiu częściej niż zakończenia smutne. Stąd to ciągłe sprzątanie i nieustanne planowanie. Moja metoda zwiedzania ma tę dodatkową wadę, że raczej nie pytam o drogę. Idę. Nieszczególnie zależy mi, by wiedzieć dokąd konkretnie. Toż i tak gdzieś dojdę.
Awersja do pytania o drogę to w przypadku facetów jakiś głębiej zakorzeniony instynkt. Niezrozumiały jak dla mnie, bo niby z jakiego powodu ewolucja wykształciła w samcach Homines Sapientes tę cechę??? Ostatnio z przyjacielem Kędziorem, jego bratem i żoną brata przemierzaliśmy Mazury w celu dotarcia do Mamerek i śluz na Kanale Mazurskim. Słyszeliście kiedykolwiek o tych miejscach? Są warte osobnej opowieści. W każdym razie zabłądziliśmy w pewnym momencie na chwilę. Przemiła szwagierka kierowała, bo trzech chłopów piło oczywiście piwo. Dziewczyna jest anielsko cierpliwa, ale zgubienie drogi ją lekko zaniepokoiło. Zapytała: „Może spytamy kogoś o drogę?”. Kędzior Brothers odpowiedzieli w duecie, jednocześnie: „Po co?”. Popłakałem się ze śmiechu. Jak to kurwa po co? Żeby przestać czas tracić na błąkanie się! Ale co się czepiam, mam przecież dokładnie to samo.
No dobra. Po przyjeździe z Tossa de Mar zjedliśmy genialną kolację przygotowaną przez Gospodarzy. Były miejscowe wędliny, min. jamón serrano (szynka) i chorizo (kiełbasa paprykowa), kilka rodzajów oliwek, w tym nie do dostania w Polsce nadziewane anchois, sery, rewelacyjne małże w pomidorach. Pycha! Sił mieliśmy więc dużo, gdy rano wyruszyliśmy obejrzeć Barcelonę metodą mieszaną.
cdn.
P.S. W niedzielę w przypływie ułańskiej fantazji wypieprzyłem w kosmos całe archiwum Kącika. Teraz trochę mi głupio, ale stało się. Nie ma. Pusto.
rymasz

Nasi Gospodarze już na nas czekają na zewnątrz. Ona Polka, on Hiszpan, który w Polsce pracował kilka lat. Lepsza Połowa tyrała z Gospodynią w jednej fabryce kiedyś. Kocham ich! Bez kitu. To świetni ludzie są i ja bym się pokroić za nich dał.
Wyściskujemy się, wsiadamy do auta i jedziemy. Do Tossa de Mar, bo ten właśnie kurort zapragnęli nam Gospodarze pokazać pierwszego dnia. Po obu stronach drogi kurwy zasadzone gęstym szpalerem przez alfonsów. Jak w Polsce! Tylko krajobraz śródziemnomorski. Czerwona ziemia, oskalpowane korkowce, przepiękne hacjendy. Dojeżdżamy.
Idziemu na plażę, moczymy nogi w morzu, zwiedzamy przepiękną średniowieczną starówkę, robimy sobie zdjęcie przy rzeźbie Avy Gardner, która w 1951 roku kręciła w Tossie film „Pandora i Latający Holender”, wspinamy się na górujące nad miastem fortyfikacje. Jesteśmy z Lepszą Połową wniebowzięci. Temperaturą, rześkim morskim powietrzem, architekturą, towarzystwem Gospodarzy. Powoli robi się ciemno. Siadamy w przytulnej knajpce. Gospodyni zamawia dzbanek „sangria de cava”…
Lepsza Połowa słodkie lubi. Ja za słodyczami nie przepadam. Za słodkimi drinkami również. Natomiast sangria… Chmmm… No słabość mam.
Na pierwszych prywatkach, na których konsumowało się alkohol, byłem właśnie miłośnikiem sangrii. Oj, z tego czasu sentyment mi bynajmniej do sangrii nie został. Na przełomie 80’90 sangria made in Poland to był przesłodzony kompot. Ale ja wtedy nie tolerowałem innych alkoholi. Po piwie rzygałem, a po wódce jeszcze bardziej. Oj, to były dawne i ciężkie czasy, kiedy z powodu braku wytrenowania, aby nie pozostać odludkiem i dziwakiem, zmuszony byłem pić takie ulepki. Prawdziwą sangrię polubiłem dużo później. To taki lekki drink z młodego wina, którego cierpkość złamano sokiem. Do całości dodaje się kawałki owoców i kostki lodu. No lubię to w upały pić niemożebnie.
Kilka lat temu byliśmy z Lepszą Połową w podróży przedślubnej na Teneryfie. Jedną z atrakcji z jakiej skorzystaliśmy był rejs statkiem wzdłuż brzegu wyspy w celu pooglądania delfinów i waleni. I delfiny, i walenie pooglądaliśmy. Niektóre z delfinów w całości, bo fikały salta, aż miło. Z waleni widać było tylko zabawnie parskające nozdrza na czubku pleców. Walenie nie fikają spektakularnych koziołków. Nietowarzyskie lenie. W każdym razie w cenę wycieczki wliczony był bufet, składający się z kilku dzbanków sangrii. Nasi rodacy, których kilkoro było z nami, mimo sprzeciwu swoich żon, ochoczo ruszyli darmowe drinki spijać. I spili je wnet do dna. Ja czujnie spasowałem. Zajęliśmy miejsce na górnym, odkrytym pokładzie. Gdy odbijaliśmy od brzegu z dolnego pokładu dobiegały nas pełne animuszu, bojowe okrzyki wstawionych wilków morskich. „Ahoj przygodo! Cała naprzód senor Capitan!”. Ocean był raczej spokojny, co znaczy, że fale miały nie więcej niż 3-4 metry. W góóóóóóóoórę… iwdół. W góóóóóóórę… iwdół. Zzielenieliśmy z Lepszą Połową, ale po kwadransie błędnik się przyzwyczaił i było ok. Z wilkami morskimi rzecz się miała inaczej. Wygramolili się z dołu, rozpełzli po kątach i szybko stało się jasne, dlaczego cały pokład jest z inoxu i po co węże ogrodowe na pokładzie… Załoga szybko zrobiła z nich użytek. Taaa… Po odwiedzinach u morskich ssaków zaparkowaliśmy przy, zdaniem przewodnika, „najwyższych klifach w Europie” (skąd w Afryce Europa???) i co odważniejsi się pokąpali. Ja popijałem już wtedy nową sangrię i z satysfakcją spoglądałem na poszarzałe wilki morskie zwinięte w defensywne precelki. W drodze powrotnej były tańce i żony wilków mogły się zemścić, balując z przystojnymi marynarzami.
Oj, zagalopowałem się jak zwykle. Wracamy do „sangria de cava” w knajpie w Tossa de Mar. Cava to katalońskie musujące wino, a sangria z cavy to prawdziwe niebo w gębie… Jeżeli chodzi o napoje to był to numer jeden naszego urlopu. Druga była normalna kawa, którą robią tu genialną. Trzecia cytrynowa fanta. Dlaczego cytrynowa fanta? Nie wiem… Zajebista jest, nie?
cdn.
rymasz

Autobus wiezie nas do samolotu, wsiadamy, startujemy, lecimy, lądujemy w Gironie, czyli miejscowości położonej ok. 70 km na północny wschód od Barcelony. Tani przewoźnicy często dla jaj nazywają lotnisko w Gironie Barceloną. To powszechna na świecie tendencja. Lotnisko w Pyrzowicach pod Siewierzem nazywane jest np. Katowicami. Zatem hipoteczny lot z Pyrzowic do Girony jak nic w folderach reklamowych nazwany byłby lotem Katowice-Barcelona. Przeciwnika trzeba zmylać, a nie informować.
Jest piękny słoneczny dzień. Wrzesień w Polsce też był piękny, ale i tak nie umywa się do tego, co zastaliśmy w Katalonii. Tam we wrześniu było tak jak u nas w wyjątkowym tego roku lipcu.
Średnio mamy w Polsce około 40 pogodnych dni w roku. Słownie: czterdzieści.

http://astromax.astrowww.pl/zachm_pol.htm

Półtora miesiące niecałe. Jeden niesamowity lipiec tego nie zmieni.
Od października do końca kwietnia to ja się w tym kraju bawię tak samo jak górnik na przodku tyrający w nadgodzinach. Znaczy to zadaje się, że jestem meteoropatą. Bo bez słońca świruję. Zasnąć nie mogę, skupić się na niczym, myśleć nie mam siły. Meteoropaci już tak mają. Ciekawostką jest to, że niemeteoropaci odczuwają dokładnie te same objawy.
W zeszłym roku byliśmy z Lepszą Połową w Bułgarii. Trzy tygodnie. I przez te trzy tygodnie dni pogodnych było w Bułgarii tak z 18. Czyli zasadniczo tyle mniej więcej, ile u nas w ciągu 6 miesięcy… W tym roku byliśmy 10 dni w Barcelonie. Przez 9 świeciło słońce i nie padało. Było, zdaniem naszych gospodarzy, chłodnawo. W okolicach 26 st. C. W lipcu i sierpniu było po 40. I sucho. Z tego powodu Barcelona była zakurzona. Za to jak chlusnęło na koniec naszego pobytu to zmyło cały kurz i zalało ich konkretnie.
Ale póki co jest początek laby. W autobusie z samolotu na lotnisko rozmawia dwóch rodaków.
Dzieci, esteci, dziewice, poeci. Zatkajcie uszy. Będę cytował.
„Ja to ci k…. mówię, że z Girony to k…. najłatwiej stopa złapiesz. Bo tak to k…. ch… je…. się nie zatrzymają. Ja pie…. k…. nie chce mi się do tej roboty wracać…”
Czekamy na walizki przy taśmociągu. Szczęśliwcy, którzy odebrali swoje przed nami przystępują do przepakowywania. Walizki mają pełne konserw przywiezionych z Polski. Po kilku dniach przestałem się temu dziwić. Jedzenie w Hiszpanii jest kilkakrotnie droższe niż w Polsce. Ale co nas to! My tu przyjechaliśmy nie w pocie czoła pieniądze zarabiać, oszczędzając na czym się da, ale w pocie czoła zarobione i zaoszczędzone na czym się dało pieniądze wydać, żeby potem móc mówić na jakim to zajefajnym urlopie byliśmy!
;-)))
Wychodzimy z lotniska.
cdn.
rymasz

Czekamy. Sala odjazdów na dworcu PKS Etiuda jest całkiem znośna. Jestem inżynierem i piękno potrafię docenić. Widziałem w życiu wiele hal produkcyjnych ze stalowych kratownic obitych blachą falista. Tę lokowałbym w stanach średnich. No tak tuż powyżej średniej. W Polsce w ostatnich latach wybudowano dziesiątki hal produkcyjnych. W fabryce Gillette w Łodzi człowiekowi dech zapiera. Czy mam wymieniać inne fabryki? Jeśli ktoś nie widzi boomu inwestycyjnego w Polsce, to jest ślepcem. On jeszcze chwilę potrwa. Mam nadzieję dłuższą chwilę. Więc, od którego podobno nie zaczyna się zdania, hala produkcyjna na dworcu PKS Etiuda jest taka sobie. Znam lepsze, ale i w gorszych bywałem. Byłem np. kiedyś w warsztacie ślusarskim na Pradze Północ i ten był gorszy od PKS Etiuda, ale np. hala wybudowana przez pewnego producenta blach dachowych jest wiele ładniejsza. Zatem śrubki można by w Etiudzie produkować w całkiem przyzwoitych warunkach. Ale jeżeli chodzi o wyprawianie ludzi w podniebne podróże, to sala odlotów dworca PKS Etiuda, nijak się do tego nie nadaje. Gdyby zamiast ludzi wyprawiano z tej hali np. owce, to ani chybi przed halą na stałe zainstalowana byłaby grupa zawodowych protestantów z jakieś ekologicznej organizacji utrzymującej się z szantażu. Opinię publiczną epatowaliby drastycznym widokiem owiec wysyłanych w podróż w niezwierzęcych warunkach i w ten sposób kosiliby kasę w ilościach hurtowych, bo ludzka wrażliwość w temacie łamania praw zwierząt wielka jest niezmiernie. Ja jestem bezlitosnym sukinsynem, który losem zwierząt w rzeźni zacznie się przejmować, gdy nie będzie na świecie ludzi, którzy z chęcią by się z tuczonymi kabanami zamienili na miejsca, żeby choć raz w życiu się porządnie najeść. Im dłużej żyję na tym świecie, tym twardsze mam serce. Kiedyś przez prawie dwa lata nie jadłem mięsa z powodów etycznych. Bo cierpią zwierzątka, bo nie wolno zabijać świń, za to wolno marchewki, bo ludzie to urodzeni wegetarianie, którzy by utrzymać się przy życiu nie potrzebują wcinać wypatroszonych ciał innych istot. Naczytałem się książek, nasiąkłem ideologią i z mocą, i żarliwością przynależną każdemu neoficie głosiłem światu, że mięsożercy to chuje. A sam cierpiałem w skrytości ducha, bo ja lubię mięso. Żeby była jasność: nie zadaję cierpienia zwierzętom, nie męczę ich, nie ubijam (poza komarami i muchami). Ale z chęcią je zjadam i cieszę się, że żyję w świecie, w którym ktoś inny je dla mnie hoduje, zabija, przyprawia, poddaje obróbce nie tylko termicznej i wkłada w kolorowe opakowania z nadrukowanym uśmiechniętym od ucha do ucha ryjkiem prosiaczka. W rzeźni nie czułbym się dobrze i pewnie bym się porzygał. Ale trudno, co robić. Zdaje się, że ewidentnie przeginam z dygresjami. W końcu ja tu nie mam pieprzyć głupot, tylko o Barcelonie i Katalonii poopowiadać. No chyba, że mam robić jedno i drugie na raz. Sam już nie wiem. To może wrócę jednak na dworzec PKS Etiuda.
cdn.
rymasz


  • RSS