Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle


http://rymasz.salon24.pl/597802,wyspa-na-prerii-wojciech-cejrowski

Plan

15 komentarzy

Niedziela – Neapol

Poniedziałek – Capri

Wtorek – gdzieś między Sorrento a Amalfi

Środa – Pompeje, Wezuwiusz, a jeśli starczy czasu to i Herkulanum

Czwartek – Poniedziałek – Rzym i Watykan (w tym jeden dzień w Ostii)

 

Taki jest plan na najbliższy tydzień.

I mnie to wygląda na bardzo dobry plan.

 

Relacja po powrocie. Jak Bóg da oczywiście.

Dziecko w dzień dziecka swoje prawa ma i zna, zatem wizyta w kinie była nieunikniona. Arcydzieło do oglądania to „Czarownica” Disneya.

 

Jest to historia tytułowej czarownicy, czyli w oryginale Maleficent, a po polsku Diaboliny, która rzuciła klątwę na Śpiąca Królewnę. I jest to zabawne, bo Diabolinę gra Angelina, czyli po polsku Anielina. Jolie. Gra przyzwoicie, a nawet bardzo przyzwoicie. Widać, że bawi się rolą i że sprawia jej to przyjemność. Gdy jest dobra, to czai się w jej oczach jakaś nuta drapieżności, a gdy jest zła, to widać, że tak raczej wbrew sobie, na zasadzie,  no trudno, jeśli tak właśnie trzeba, to wam pokażę, że w tym też jestem niezła. W zasadzie to po tym, co jej zrobili ludzie, to i tak powściągliwa jest w odpłacaniu pięknym za nadobne.

Scenografia i większość postaci stworzone w komputerze, ale to najwyższy hollyłudzki poziom.

Trochę straszno i siedmiolatka momentami się bała.

Ale spoko, przyjemnie się to nawet z dzieckiem oglądało, bo Angelina w roli Diaboliny naprawdę daje radę.

Z tym, że oczywiście każdy głupi wie, że nie jest to prawdziwa historia Śpiącej Królewny.

 

Bo przecież w prawdziwej historii, zaraz po pierwszym spotkaniu Śpiącej Królewny z Księciem, ten drugi wstał, zapiął rozporek i mruknął pod nosem zmierzając do drzwi: „A na buzi jeszcze chwilę poczekamy…”.  :-D

Na regale z książkami w sypialni stoją pudła z papierami rozmaitymi i nie tylko. Wśród tych papierów są bruliony, w których spisywałem przemyślenia swoje rozmaite. Córka ma siódme urodziny, rodzice biorą wolne by spędzić dzień z dzieckiem, wymyślają piknik, rakietki do badmintona leżą w pudle. Ściągam pudło, pudło spada, rozsypuje na łóżko zawartość, do której nie zaglądałem od kilku lat.

 

Urodziny nad wyraz udane. Spakowaliśmy koc, napoje, gry i zabawy, kupiliśmy pieczonego kurczaka, pojechaliśmy do Fortu Bema i się rozłożyliśmy i wzięliśmy się za kurczaka, grahamki i surówki. Pogoda piękna, miejsce urocze. Na plastikowym talerzu, plastikowymi sztućcami zaczynam konsumpcję swojej połówki brojlera. Z nasypu zbiega rudy pies, którego jebał pies. Ma cel, ale my jeszcze o tym nie wiemy. Jego nos wyczuł kurczaka. Jego oczy namierzyły kurczaka. Galopuje w naszą stronę, wpada na koc i, chuj jebany, łapie mojego kurczaka i spierdala ile sił w łapach, żeby zdobycz niedaleko kocyka zeżreć. Nawet nie zdążyłem „Ty chuju!” zakrzyknąć, zareagować jakoś z kopa, wpadł, zajumał, zwiał, futrzak, darmozjad pierdolony.

Lepsza Połowa dusi się ze śmiechu i później przepytana zeznaje, że moja mina bezcenna. Właściciel psa przeprasza i znika w dali.

Potem kometka i frizbi, plac zabaw, małpi gaj linowy, miły dzień, dziecko zadowolone ma co opowiadać wszystkim, którzy dzwonią z życzeniami. Urocza historia, pies zajumał tacie karmę.

 

Wieczorem trzeba to co się rozsypało posprzątać, sprzątam, chwytam brulion, czytam kilka stron.

 

Obrzydła już ta samotność, co nie chce się zabliźnić, bo wkoło tylko ludzie.

 

Miałem 20 kilka lat temu depresję głęboką, ale mówcie co chcecie, miałem również przebłyski. No smakowite zdanie. Ciekawe czy dalej też coś równie dobrego znajdę.

 

To jak szperanie na starym strychu!

Poszliśmy dzisiaj z familią po pracy do Łazienek Królewskich. Park przepiękny, okoliczności przyrody również choć popadywało kapichnę na początku, wiewiórki co orzeszki z ręki jedzą, pawie, z których jeden na drzewie zasiadł, pyszne naleśniki w kawiarni, milutko spędzamy czas.

Spacerujemy Chińską Aleją, z naprzeciwka podchodzi para. Ona drobna dosyć, on kulturysta w dresie, czub na głowie, na sznurku prowadzi gryzonia nieznanego gatunku (Lepsza Połowa upiera się, że to pies rasy york, ja konsekwentnie twierdzę i do śmierci twierdzić zamierzam, że zwierzę, które w całości mieści się mojej skarpetce nie może być psem). Gryzoń na łebku ma fioletową kokardę.
Muskularny młodzieniec zapytuje uprzejmie (bez żadnej ironii: grzecznie, po polsku, bez dynamizatorów).
- Przepraszam, nie wie pani w którą stronę do zamku trzeba iść?
- O tą alejką – uprzejmie odpowiada Lepsza Połowa – Tylko chyba nie do zamku, a do pałacu na wodzie.
- Ano tak – odpowiada najwyraźniej speszony miłośnik siłki.
A jego panna dostaje takiej głupawki, że słyszmy jej śmiech jeszcze z odległości kilkudziesięciu metrów. A jej chłopak, śmieje się (z siebie przecież!) razem z nią.
Pozory mylą, nieprawdaż?

Nie zmienia to faktu, że nie było siły, by nie przypomniała mi się inna historia, sprzed dwóch i pół roku, gdy na kempingu w Sienie zapoznaliśmy rodaków: on łysy i w dresie, ona bystra (z sensem się rozmawiało) dziewczyna, czytająca książki (60% Polaków nie czyta książek – czytający to elita).
I tak sobie gawędzimy, gdzie byli, co widzieli w tych Włoszech.
- Zaczęliśmy od Mediolanu – mówi ona.
- No, i tę „Ostatnia kolację” tego Leonarda żeśmy oglądali – dodaje on.
I w tym momencie się strasznie rozkasłałem, bo to niegrzecznie tak parskać śmiechem przy świeżo poznanych ludziach.
Ale na jakiej zasadzie człowieki łączą się w pary, to ja chyba już nie zrozumiem.


http://rymasz.salon24.pl/566306,jack-strong

http://rymasz.salon24.pl/565025,glupota-homines-sapientes-nabyta-czy-wrodzona

http://rymasz.salon24.pl/541639,grawitacja-wciaga


  • RSS