Przerabiamy „Gwiezdne Wojny”. W 1979 miałem 7 lat, gdy ten film mnie urzekł, oczarował, porwał, wciągnął. Na zimowiskach w Tatrach był seans, na prześcieradle, z terkotającego z tyłu uszu projektora. Teraz córkę zapoznaję z klasykiem popkultury. Z całością. Nawet z tą nowszą, która już mnie starego pryka nie urzeka.

I po „Ataku Klonów” owoc moich lędźwi pyta:

- Tato, a Anakin w tej sztucznej ręce miał moc?

- Miał – odpowiadam po dłuższym namyśle.

I żal mnie wielki dopada, że ja tak świeżo na rzeczywistość (jakąkolwiek, nawet tę bajkową) spojrzeć już nie potrafię.

I już nie będę potrafił. Ja umiem już tylko z doświadczenia korzystać. Co ma swoje oczywiste zalety, bo do minimum skraca np. proces podejmowania decyzji, ale znaczy również, że nic odkrywczego już nie wymyślę.