W poniedziałek od rana pracowałem. Przed fajrantem zapytałem mojego tutejszego kolegę, czy nie ma pomysłu, gdzie mógłbym kupić ikonę do kolekcji Lepszej Połowy. Miał pomysł i zaproponował, że ze mną w to miejsce nawet pojedzie.

Zamówiliśmy zatem taksówkę.

Taksówka to brzmi dumnie. To zwykły samochód osobowy z przyklejonym na magnesik żółtym kogucikiem, który znika schowany do środku tuż przed wyruszeniem w podróż. Brak w środku wszystkich tych taksówkarskich akcesoriów, radiostacji, piszczących komunikatorów oraz taksometru. W  Warszawie taksówkarz wśród tego sprzętu wygląda jak Han Solo w Sokole Milenium, w Kijowie to najzwyklejsze auto.

Daleko w każdym razie nie ujechaliśmy.

Ulica sama z siebie nie najszersza. Śnieg odgarnięty ze środka i zepchnięty na boki dodatkowo ją zawęża. Samochody zaparkowane na tym śniegu jeszcze i tak tę wąską przeprawę ściskają. Dwa samochody mijają się na styk, na obcierę dosłownie. Obok tych zaparkowanych w śniegu samochodów stają kolejne z włączonymi awaryjnymi, które niestety mimo najszczerszych intencji i dobrych chęci nie czynią ich niematerialnymi. Przeprawa zwęża się do szerokości jednego auta.

I to jest kłopot, bo tubylcy do rozwiązywania dylematu kto kogo przepuści podchodzą bojowo i stawiają na konfrontację.

Nasz szofer stał jako drugi za samochodem, który postanowił tych z naprzeciwka przepuścić. Całkiem przytomnie zresztą, bo jak oni przejadą, to możemy ruszać my. Ale w naszym szoferze wściekłość budzi się po piątym samochodzie, który przejeżdża z naprzeciwka obok niego, podczas gdy on bezproduktywnie stoi. „No jak to tak, to oni sobie jadą, a my co!?” krzyczy. I podejmuje stosowne działania mające ten niekorzystnym splot okoliczności zmienić. Zaczyna trąbić. W końcu nie wytrzymuje i gdy tylko spostrzega szansę wyrywa do przodu, by za chwilę stanąć w połowie tarasującego drogę samochodu przed samochodem z naprzeciwka.

I co teraz?

Jak to co? TRĄBIMY!!!

No jak dzieci po prostu. A potem się wycofują, pakują w te zaspy, składają lusterka, akrobacje wyprawiają. Wyjeżdżaliśmy z 15 minut z tej uliczki.

W Warszawie ostatnio miałem podobną przygodę. Wpakowałem się wieczorem na parking przed Teatrem Wielkim. Chciałem z dzieckiem na spacer się wybrać, choinkę przed Zamkiem pokazać, Krakowskim Przedmieściem pospacerować i iluminacje pooglądać, ale nie bardzo było gdzie zaparkować, to wymyśliłem ten parking przed teatrem. Tyle, że akurat jakaś premiera była i sami ważni ludzie przyjechali. Jeden, pewnie jakaś ważna persona w reżimie, zostawił swoją czarną limuzynę tuż przed wejściem, skutecznie utrudniając przejazd. Piekło tam się zrobiło. W końcu, po kwadransie go minąłem, a wtedy pani przede mną, zatrzymała swój samochód, wyłączyła i sobie poszła. Pobiegłem za nią.

Pięćdziesiąt plus i wypasione futro. Wiadomo, premiera.

- Pani raczy żartować?

- O co panu chodzi?

- Właśnie mnie pani zatarasowała. Nie wyjadę stąd przez panią, podobnie jak cała reszta.

- O co pan ma do mnie pretensję? Co, może ten korek przeze mnie?

- Teraz już tak, zatarasowała pani przejazd.

- Ale jak mam jechać, nie widzi pan, że nie da się przejechać?

- To proszę mi zostawić.

- Nie będzie się pan chyba bawił w kierującego ruchem, to żałosne!

Podszedłem do samochodów z naprzeciwka, podszedłem do tych z tyłu, temu kazałem się cofnąć, temu poczekać, temu jechać. Minuta i można było ruszać. Oczywiście niektórzy idioci nie rozumieli po ludzku, ale to taka sama sowiecka natura jak tych durni w Kijowie.

Obrażona na mnie kompletnie kobieta ruszyła, a ja za nią. Ona utknęła na następnych światłach, bo drogę o w oba kierunki zatarasował przegubowiec, który nie mógł się złamać, bo jakiś kolejny geniusz tak zaparkował, żeby nie było za łatwo. Ale to już jej problem, pies ją trącał wielką damę, ja pojechałem w bok i zajechałem na Krakowskie od Karowej, parkując przy Bristolu. Cisza, spokój i same wolne miejsca parkingowe.

Zaraz, zaraz, ale o czym ja tu… Aaaa, już, już.

Dojeżdżamy na miejsce przeznaczenia. Taksówkarz poproszony o rachunek robi kwadratowe oczy. „Ale to trzeba było przy zamówieniu powiedzieć, że rachunek ma być… Tak to ja nie mam przecież”. Takie tu zwyczaje. Fakt, że zanim tu przyjechałem zapytałem mojego kolegę ile kurs z lotniska powinien kosztować i jaką taksówkę brać, bo dla odmiany inny kolega z pracy, Węgier, tłumaczył mi, że taksówkarze w Kijowie to oszuści. Kolega z Kijowa potwierdził i taksówki nie rekomendował na lotnisku brać – czekała na mnie, wcześniej zamówiona. I nawet rachunek dostałem, o tak wygląda.

 

Wielkości znaczka pocztowego, ale jest! Trzeba się cieszyć, bo to w Kijowie trudna do zdobycia rzecz. Unikat. Dla nas to oczywistość, że taksówkarz wyda nam paragon, nawet nieproszony. A to nie jedyna rzecz, która nas rożni od postsowieckiej Ukrainy.

Ale znów odpływam…

Celem naszej podróży była Ławra Pieczerska i o niej, i nie tylko w następnym odcinku, jeśli go napiszę oczywiście.