Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 1.2013

W poniedziałek od rana pracowałem. Przed fajrantem zapytałem mojego tutejszego kolegę, czy nie ma pomysłu, gdzie mógłbym kupić ikonę do kolekcji Lepszej Połowy. Miał pomysł i zaproponował, że ze mną w to miejsce nawet pojedzie.

Zamówiliśmy zatem taksówkę.

Taksówka to brzmi dumnie. To zwykły samochód osobowy z przyklejonym na magnesik żółtym kogucikiem, który znika schowany do środku tuż przed wyruszeniem w podróż. Brak w środku wszystkich tych taksówkarskich akcesoriów, radiostacji, piszczących komunikatorów oraz taksometru. W  Warszawie taksówkarz wśród tego sprzętu wygląda jak Han Solo w Sokole Milenium, w Kijowie to najzwyklejsze auto.

Daleko w każdym razie nie ujechaliśmy.

Ulica sama z siebie nie najszersza. Śnieg odgarnięty ze środka i zepchnięty na boki dodatkowo ją zawęża. Samochody zaparkowane na tym śniegu jeszcze i tak tę wąską przeprawę ściskają. Dwa samochody mijają się na styk, na obcierę dosłownie. Obok tych zaparkowanych w śniegu samochodów stają kolejne z włączonymi awaryjnymi, które niestety mimo najszczerszych intencji i dobrych chęci nie czynią ich niematerialnymi. Przeprawa zwęża się do szerokości jednego auta.

I to jest kłopot, bo tubylcy do rozwiązywania dylematu kto kogo przepuści podchodzą bojowo i stawiają na konfrontację.

Nasz szofer stał jako drugi za samochodem, który postanowił tych z naprzeciwka przepuścić. Całkiem przytomnie zresztą, bo jak oni przejadą, to możemy ruszać my. Ale w naszym szoferze wściekłość budzi się po piątym samochodzie, który przejeżdża z naprzeciwka obok niego, podczas gdy on bezproduktywnie stoi. „No jak to tak, to oni sobie jadą, a my co!?” krzyczy. I podejmuje stosowne działania mające ten niekorzystnym splot okoliczności zmienić. Zaczyna trąbić. W końcu nie wytrzymuje i gdy tylko spostrzega szansę wyrywa do przodu, by za chwilę stanąć w połowie tarasującego drogę samochodu przed samochodem z naprzeciwka.

I co teraz?

Jak to co? TRĄBIMY!!!

No jak dzieci po prostu. A potem się wycofują, pakują w te zaspy, składają lusterka, akrobacje wyprawiają. Wyjeżdżaliśmy z 15 minut z tej uliczki.

W Warszawie ostatnio miałem podobną przygodę. Wpakowałem się wieczorem na parking przed Teatrem Wielkim. Chciałem z dzieckiem na spacer się wybrać, choinkę przed Zamkiem pokazać, Krakowskim Przedmieściem pospacerować i iluminacje pooglądać, ale nie bardzo było gdzie zaparkować, to wymyśliłem ten parking przed teatrem. Tyle, że akurat jakaś premiera była i sami ważni ludzie przyjechali. Jeden, pewnie jakaś ważna persona w reżimie, zostawił swoją czarną limuzynę tuż przed wejściem, skutecznie utrudniając przejazd. Piekło tam się zrobiło. W końcu, po kwadransie go minąłem, a wtedy pani przede mną, zatrzymała swój samochód, wyłączyła i sobie poszła. Pobiegłem za nią.

Pięćdziesiąt plus i wypasione futro. Wiadomo, premiera.

- Pani raczy żartować?

- O co panu chodzi?

- Właśnie mnie pani zatarasowała. Nie wyjadę stąd przez panią, podobnie jak cała reszta.

- O co pan ma do mnie pretensję? Co, może ten korek przeze mnie?

- Teraz już tak, zatarasowała pani przejazd.

- Ale jak mam jechać, nie widzi pan, że nie da się przejechać?

- To proszę mi zostawić.

- Nie będzie się pan chyba bawił w kierującego ruchem, to żałosne!

Podszedłem do samochodów z naprzeciwka, podszedłem do tych z tyłu, temu kazałem się cofnąć, temu poczekać, temu jechać. Minuta i można było ruszać. Oczywiście niektórzy idioci nie rozumieli po ludzku, ale to taka sama sowiecka natura jak tych durni w Kijowie.

Obrażona na mnie kompletnie kobieta ruszyła, a ja za nią. Ona utknęła na następnych światłach, bo drogę o w oba kierunki zatarasował przegubowiec, który nie mógł się złamać, bo jakiś kolejny geniusz tak zaparkował, żeby nie było za łatwo. Ale to już jej problem, pies ją trącał wielką damę, ja pojechałem w bok i zajechałem na Krakowskie od Karowej, parkując przy Bristolu. Cisza, spokój i same wolne miejsca parkingowe.

Zaraz, zaraz, ale o czym ja tu… Aaaa, już, już.

Dojeżdżamy na miejsce przeznaczenia. Taksówkarz poproszony o rachunek robi kwadratowe oczy. „Ale to trzeba było przy zamówieniu powiedzieć, że rachunek ma być… Tak to ja nie mam przecież”. Takie tu zwyczaje. Fakt, że zanim tu przyjechałem zapytałem mojego kolegę ile kurs z lotniska powinien kosztować i jaką taksówkę brać, bo dla odmiany inny kolega z pracy, Węgier, tłumaczył mi, że taksówkarze w Kijowie to oszuści. Kolega z Kijowa potwierdził i taksówki nie rekomendował na lotnisku brać – czekała na mnie, wcześniej zamówiona. I nawet rachunek dostałem, o tak wygląda.

 

Wielkości znaczka pocztowego, ale jest! Trzeba się cieszyć, bo to w Kijowie trudna do zdobycia rzecz. Unikat. Dla nas to oczywistość, że taksówkarz wyda nam paragon, nawet nieproszony. A to nie jedyna rzecz, która nas rożni od postsowieckiej Ukrainy.

Ale znów odpływam…

Celem naszej podróży była Ławra Pieczerska i o niej, i nie tylko w następnym odcinku, jeśli go napiszę oczywiście.

Trochę za późno przyjechałem na lotnisko, ale wydawało mi się, że godzina i piętnaście minut to wystarczająca ilość czasu, żeby się odprawić i dotrzeć do gejta. Zdążyłem na styk.

LOT do obsługi pasażerów z klasy ekonomicznej wyznaczył dwa stanowiska, a personelem obsadził jedno. Dodatkowo w długiej i pozawijanej jak jelita kolejce co druga stała pięcioosobowa rodzina, która po raz pierwszy odwiedzała ciotkę w Ameryce i albo nie chciała oddać walizki, albo pytała gdzie ma zanieść bagaż podręczny, co niestety nie przyśpieszało odprawy. Po pół godzinie pojawiła się druga pani do obsługi. Gdy stałem już na żółtej linii, wyczaiłem, że zamiast czekać 40 minut na swoją kolej mogłem się odprawić sam w trzy minuty i wydrukować sobie kartę pokładową w stojącym obok automacie. Ponieważ miałem tylko bagaż podręczny, kończyło to moją odprawę i spokojnie po tej operacji mogłem się udać na kontrolę. A nawet gdybym i miał dużą walizkę, to LOT do nadawania bagażu osób z kartami pokładowymi wyznaczył cztery stanowiska i wszystkie obsadził, a na dodatek w kolejce stali inteligentniejsi (sami sobie kartę pokładową wydrukowali),  nie takie przygłupy jak ja i kolejeczka śmigała jak należy.

Na moją niekorzyść dodatkowo przemawia to, że samodzielna odprawa nie jest mi obca i tej sztuki już w życiu dokonywałem.

No cóż, jak to mawia w chwilach wzbudzenia emocjonalnego dwuipółletni syn mojego kumpla z pracy: „O kuwa, ja pedole”. Dzieci brzydkie słowo usłyszane raz zapamiętują doskonale, ale na to by zapamiętać jak się mówi „Dobranoc” po angielsku potrzebują już trzech lat i setki godzin z nejtiw spikerem po 60 zł każda.

Na kontroli bagażu też zabamuciłem, bo w kolejce, którą wybrałem stała oczywiście jedna z tych rodzin lecących do ciotki i kompletnie nie ogarniali Matrixa.

Na odprawie paszportowej z trzech stojących przede mną osób  jedna była blondynką i po długich negocjacjach z mundurowym z przepraszającym uśmiechem głoszącym światu „Ja to jednak naprawdę idiotka jestem” poszła sobie gdzie indziej, bo tu jej nie chcieli, druga była starszą panią, która nie potrafiła nawiązać logicznego kontaktu z obsługującym ją funkcjonariuszem służby granicznej, a trzeci był facet i obstawiałem w ciemno, że będzie poszukiwanym listem gończym bandytą i zaraz się zacznie prawdziwa rozróba. Nie zgadłem, ale dalej tak czy siak już galopowałem.

Kuwa, kuwa, kuwa.

W biegu wpadłem na gejt 18., który oczywiście jest na samym końcu terminala, 12 minut przed planowanym odlotem. „Ze względów bezpieczeństwa należy przybyć do gate najpóźniej 15 minut przed planowanym odlotem” poucza instrukcja (czy jakoś tak – o sens chodzi), ale na szczęście mnie wpuścili, bo sami się trochę opóźnili. Na lotniskach wszystko jest ze względów bezpieczeństwa: „Ze względów bezpieczeństwa zabraniamy wnieść własną wodę mineralną na pokład, ale polecamy zakup wody stołowej w cenie Periera”.

Przede mną (dostałem 4. rząd) w biznes klasie siedział Marek Siwiec i siedział cicho, ale za mną, w rzędzie piątym, jakiś urzędnik z Kijowskiej ambasady, na pół samolotu, nieznośnie pretensjonalnym tonem opowiadał jakiemuś facetowi swą przejmująca historię. „ Ja proszę pana moją przygodę z Aeroflotem zakończyłem dokładnie rok temu, po tym, gdy do Warszawy wylecieliśmy  z Kijowa z jedenastogodzinnym opóźnieniem. Aeroflot kłamał, że to problemy techniczne, ale to Ukraińcy nie chcieli ich wypuścić. Zresztą, proszę pana, wylecieliśmy tylko dzięki awanturze jaką z Włodkiem Piprztyckim zrobiliśmy w ukraińskim ministerstwie transportu. Od tej chwili przysiągłem sobie, że moja noga więcej w samolocie Aeorsmisa nie stanie!”. Tak powiedział, „na pokładzie Aerosmisa”.

Nie ma takiej możliwości, żeby trzech dorosłych facetów zmieściło się i normalnie usiadło w trzech sąsiadujących ze sobą fotelach Boinga 737. Oni je projektują dla anorektyczek, kuwa.

Dobra, to sobie ponarzekałem o podróży, teraz będzie o Kijowie.

Pierwsze wrażenie było złe, bo gdy się z lotniska Boryspil wjeżdża do miasta to jedzie się przez paskudne, naprawdę ohydne blokowiska w stylu i manierze Sowietskowo Sojuza. Takie paskudztwa widziałem jeszcze tylko w Kaliningradzie. Na szczęście w centrum jest lepiej. Niedaleko stadionu się hoteluję, to urządziłem sobie pieszą wycieczkę. Specjalnie dziś wcześniejszy lot wybrałem, żeby mieć te kilka godzin na szwędanie. Jutro robota od rana, we wtorek też robota i w okolicach 14:00 wylatuję, więc już się pewnie nie poszwędam.

 

W tle po prawej stadion

Dużo odnowionych secesyjnych kamienic, jakość wstawek niestety różna.

 

Dziewczyny śliczne. Czuję się tu prawie jak Niemiec czy Irlandczyk pierwszy raz w Polsce, gdy dowiaduje się, że kobiety wcale nie muszą wyglądać czołg marki Tygrys. Oczywiście zachowując proporcję, bo ja zdania na temat urody Polek nie zmieniam – mnóstwo pięknych kobiet mamy w Polsce, ale „en masse”, na pierwszy rzut oka, ślicznotek na Ukrainie jednak chyba więcej.

Zaraz przed Placem Niepodległości (Majdan Niezależności) miasteczko namiotowe wyznawców Julii Tymoszenko. Przesłanie z plakatów jest proste: Julia jest święta, Janukowicz to badyta i w mordę go, chama! Na Samym Majdanie wielki festyn, pełno straganów z rozmaitymi lokalnymi specjałami i wyrobami, gry i zabawy dla dzieciaków, kucyki oraz strusie. Pół Kijowa tam się zeszło.

 

Potem uroczą ulicą Sofijską doszedłem do Soboru Sofijskiego. Pozwiedzałem sobie. Bilet całkiem drogi, bo około 25 złotych, ale podobało mi się w środku. Co prawda przy Hagia Sophia to malutki on, ale znakomicie i z głową odrestaurowany.

 

Ten na koniu to Bohdan Chmielnicki, a w tle Monaster Św. Michała Archanioła i jego złote kopuły.

A potem jeszcze podszedłem do Złotej Bramy i sobie wróciłem, też nogami. Z 8 kilometrów zrobiłem dziś, a nie jest to wcale takie proste, bo chodniki w Kijowie odśnieża się dyskretnie i nienachlanie, tak by dyskomfort spowodowany brakiem śniegu na trotuarze był jak najmniejszy. Innymi słowy, można się wygrzmocić przy każdym kroku, a ja po tym jak się pośliznąłem na Krecie i skręciłem sobie łokieć, zrobiłem się mocno uprzedzony do upadania. Korzystanie zaś ze schodów w tych warunkach jest sportem ekstremalnym, a korzystać z nich podczas spaceru trzeba, bo co drugie przejście na druga stronę ulicy jest pod ziemią i trzeba schodami złazić, a potem wyłazić. W ogóle jakieś alternatywne miasto jest w tych lochach! Pełno tego, długie, rozbudowane, sklep koło sklepu, ogrzewane, pewnie cały Kijów można obejść, nie wychodząc na powierzchnię.

 

Zagrożenie czyha też na górze!

 

Zdjęcia Majdanu i soborów robione po ciemku telefonem, zatem jakość  mają wyśmienitą, jak robione tosterem, bo ja jestem wybitny zdjęcioróbca. Nowa idiotenkamera, która w Kijowie debiutuje, się rozładowała, bo nie sprawdziłem przed wyjazdem czy dobrze naładowana, a teraz aparat nie może już zasuwać na zwykłych paluszkach AA, tylko musi się ładować jak telefon, bo ma oryginalny i unikalny akumulatorek, kuwa, ja pedole.

A na koniec ukraiński sposób noszenia futra. Zakładamy na gołą skórę i siadamy na bosaka na podlogę. Gołe baby dźwignią handlu!

Dobra idę spać, bo późno, ale nauczony doświdczenie wolałem napisac i wkleić wpis na żywca. Jak nie napiszę od razu, to potem mi się przestaje chcieć.


  • RSS