Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 9.2012

Wizyta w Heriaklos na drugi dzień skutecznie ugruntowała pierwsze wrażenie. Syf, hałdy śmieci na ulicach, brud, upaparane chodniki, elewacje, kible, wszystko, pardon, upierdolone jak stół Kamila Durczoka. Kreta jest brudna i zaniedbana! Kreteńczycy to flejtuchy. Życie w syfie im nie przeszkadza.


Na rondzie pierwszeństwo ma ten który wjeżdża, a nie ten, który jest na rondzie! Trąbić, trąbić, trąbić! To główna zasada. Samochód zostawiasz tam gdzie ci pasuje i masz w dupie innych. Myślałem, że Włosi są w tym sporcie mistrzami – myliłem się.


Kultura minojska kilka tysięcy lat temu naczynia rytualne tak wykwintne tworzyła, że człowiek zamiera przed nimi w niemym zachwycie przed gablotą wystawy tymczasowej w muzeum archeologicznym, które się remontuje od, uwaga, 2007. roku, a aktualna kultura kreteńska usilnie pracuje na upowszechnieniem kosza na śmieci i póki co spektakularnie tę walkę przegrywa.

Te świntuchy nie nadają się do życia w miastach, naprawdę.


Samo miasto zostało zburzone po raz ostatni w czasie II wojny światowej i architektonicznie, to nieciekawe jest. To miasto korzeniami tureckie i weneckie, z Grecją ma tyle wspólnego ile Lwów z Ukrainą, albo Wrocław z Polską. Ścisłe centrum, umowne „stare miasto” to kilka rodzynków (fontanna, loggia, kościół jeden czy dwa) w zakalcu z żelbetonu. Port ze szczelnie ogrodzoną twierdzą wenecką (kolejny permanentny remont), będącej pozostałością kupieckiej
siły za panowania Lannisterów, ups, pardą, Wenecjan. Lew nad bramą mnie zmylił na chwilę.


Miło spędzony czas, bez uprzedzeń, lazur morza, nadmorska miejscowość, w porcie
i na kamiennym molo przyjemna bryza chociaż samoloty czochrają grzywę, bo lotnisko obok. Ale spacer po mieście przyjemny, a obcowanie z liczącymi kilka tysięcy lat dziełami sztuki i zwykłymi przedmiotami przenosi w inny wymiar. Mam odlot w takich miejscach. Wymarłe starożytne cywilizacje to moje autentyczne hobby. Amatorskie, leszcz jestem, ale emocje szczere i prawdziwe.

Przy fontannie pyszna sałata kreteńska, ośmiornica a dla dzieciaków kurczak puls koktajle owocowe.

Było milutko, wakacje rozpoczęte.


Wracamy, ja z młodą brykam do basenu, a potem poskakać na falach w ciepłym morzu, bo zaczęło wiać i się morze wzburzyło, Lepsza Płowa z siostrzenicą autobusem wracają do Heraklionu na mszę, bo pierwszy piątek miesiąca, ja młodej robię wykład z fal, razem do tego eksperymentu rekwizyty tworzymy – świetna zabawa, a przy tym córka
zachwycona, że się czegoś nauczyła, dziewczyny wracają, odbieram je z autobusu i zabieram siostrzenicę małżowinki na skakanie po falach, bo skoro z własną skakałem, to jakże tak.

Poskakaliśmy, żyłka pedagoga drgnęła, będę nauczał. Port niewielki obok plaży, wytłumaczę pokazowo do czego służy w porcie betonowa pochylnia (do wpuszczania i wyciągania jachtów).

I jak nie gruchnę!
Koza poszła za mną i też wywinęła orła, ale ona waży połowę tego co ja.

Czuję, że w łokciu mi się coś poprzestawiało. Boli, ała, bardzo, bardzo boli. Nie mogę ruszać ręką. Gdy badałem tę pochylnię dzisiaj, to dowiedziałem się, że nie było szans się nie przewrócić. Co mi do łba wieczorem strzeliło? Wakacje chyba.


Dalej to była jazda bez trzymanki. Organizujemy dziewczynom spanie i prosimy właścicieli hotelu o pomoc. Człowiek wsiada z nami w samochód i zasuwany do najlepszego ortopedy w okolicy. Ten zawodowiec mnie dotykowo bada, zapodaje znieczulenie, bo mu zaczynam schodzić i wysyła na rentgena do szpitala. Dziękuję mu szczerze, bo to spokojny fachowiec, który opanował pierwsze skonfudowanie w obliczu skutecznego choć niespodziewanego samookaleczenia. Ubezpieczony jestem i prywatnie, i państwowo z racji bycia obywatelem Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Prywatny ubezpieczyciel tak się poczuwa, że każe mi z państwowego ubezpieczenia w państwowym szpitalu skorzystać. Miny mamy nietęgie, bo nie wiadomo co sobie dokładnie idiota Rymasz uszkodził i perspektywa krojenia łokcia jest całkiem realna.

Na ostrym dyżurze w szpitalu w Heraklios jest tak samo jak na ostrym dyżurze w Polsce,
tylko gorzej, głośniej i na chama, z rozdartą gębą, przepychanki, naparzanki, walka o ogień.

Starszy pan rzyga do miski, dwie starsze panie schodzą na łóżkach na kółkach, młody fircyk ma problem z łokciem jak ja, brodaty motocyklista ma to samo, matka z córką co nogę skręciła, panna z chłopakiem co kciuk połamał. Każdy ma swój osobisty problem i dramat, każdy się wpycha, lekarz odsyła do okienka na recepcji po trzy razy. Lepsza Połowa z właścicielem hotelu biegają to tu, to tam, ja staram się nie skamleć, bo boli. Jakiś nawalony koleś zaczyna szarpać się z personelem próbującym zapodać mu kroplówkę.

Wszystko po grecku, ale na szczęście na Krecie angielski jest drugim językiem i co i raz ktoś po angielsku gada, no i mamy opiekuna z hotelu, który dla odmiany angielski zna jak ja bułgarski, ale za to grecki to jego mocna strona.

W końcu trafiam na rentgen. Pani po angielsku nie gada, ale mowa ciała wystarcza.
Zdjęcie stawu łokciowego z profilu i en face wykonane. Lekarz o imieniu Adonis, bo kilku minutach próśb i nalegań w wykonaniu najlepszej żony na świecie i najlepszego właściciela hotelu, zwołuje z kolegą konsylium nad zdjęciem i stwierdza, że mam szczęście, nic nie połamane, mogę odbiec w podskokach. Co z radością czynię.

Nie mam pretensji do chłopa, że nawet mi nie wytłumaczył jak konkretnie udało mi się popsuć dość ważny dla mnie staw – okej, nie trzeba amputować i na dziś to mi wystarczy. W Polsce pójdę ze zdjęciem do jakiegoś łapiducha i podpytam, bo mi przedramię, łokieć i trochę ramienia ponad łokciem paskudnie spuchły i moja lewa ręka wygląda aktualnie jak boa, który się przeliczył i Grycankę opędzlował. Z motoryką też krucho. Adonis ma na ostrym dyżurze
tak przerąbane, że aż mi się zdało, że jestem zwykła pierdoła i maruda, skoro o nawale roboty i odpowiedzialności zdarza mi się wspomnieć czasem.


Wracamy do hotelu o pierwszej.

Wieczór był co najmniej tak samo ekscytujący jak oglądanie w full HD Billa Gryllsa popijającego własnym moczem robaki wydłubane ze zgniłych jąder warana z komodo.

Są tacy, którzy w podobnych przeżyciach gustują, ja jednak czas wolny od pracy lubię spędzać na mniejszej adrenalinie. Naprawdę.


Dziś pełna pięknych widoków wycieczka na płaskowyż Lassithi, poprzez klasztor Kremaston, z wizytą w jaskini Psychro (FENOMENALNA!) troszkę pozwoliła się po poprzednim dniu odstresować. Pyszny obiad w tawernie gdzieś po drodze też pomógł: sałata grecka (obowiązek, ja te pomidory wciągam na kilogramy, nie sztuki), musaka, pomidory faszerowane ryżem.


Lepsza Połowa prowadziła przez pierwsze dwa kilometry. Kocham tę kobietę, ale po tych dwóch kilometrach wygnałem ją na siedzenie pasażera. Niesprawny co prawda jestem, ale dał nam, kierowcom inwalidom po wypadkach, przykład Robert Kubica jak prowadzić mamy!

Lewa ręka była nie tyle nawet pomocnicza, co przeszkadzała, bolało jak cholera ale
i tak mniej niż wtedy, gdy prowadziła żona. Ona sobie na co dzień świetnie radę daje, ale inny samochód, inny kraj, stado greckich idiotów w samochodach dookoła. Za dużo, zwłaszcza, że wczoraj miała nieboraczka dwie traumy, bo zanim jej durny mąż postanowił
popróbować kaskaderskich sztuczek w porcie, to mało jej z autobusu za konsumowanie precelków nie wyrzucił kierowca, który jeździł na czerwonym, cały czas kłócąc się przez telefon z żoną, matką lub kochanką.


Drugie wrażenie Kreta robi lepsze. Góry piękne jak to góry, morze ciepłe i lazurowe, ludzie, gdy jesteś w potrzebie, pomogą. Za to w wioskach bieda aż piszczy. Nasze pegieery za pięćdziesiąt lat tak będą wyglądały.


W każdym razie żyję. Uszkodzony, ale w jednym kawałku.

Cały czas mam urlop i nie zawaham się go użyć.


Jutro na dwa dni się przeprowadzamy. Jak będzie okazja to coś napiszę. Chociaż
nie obiecuję. Wczoraj też coś miałem napisać… A poza tym, dziś
to już będzie ze 40 minut jak piszę.


Na żywo, bez redakcji.

Wrzucam ten tekst tuż po napisaniu.

Ciekawe co o nim sobie pomyślę, jak go kiedyś przeczytam. :-)



Dzień 2

wypożyczenie samochodu, Heriaklos: odbiór biletów na Santorini z portu, twierdza wenecka, zwiedzanie, obiad: ośmiornica, sałatka kreteńska, kurczak z frytkami, koktajle owocowe, Rymasz sam muzeum archeologiczne, powrót, basen, Lepsza
Połowa i Siostrzenica powrót autobusem do Heaklios i msza św., Lena i Rymasz kąpiel w morzu na falach i w basenie, LP i Ś. wracają z kościoła z szalonym kierowcą, R. i L. skaczą po falach, a potem w porcie R. się przewraca i razem z żoną i właścicielem hotelu spędza wieczór w szpitalu. Na szczęście poza głupotą nic poważnego mu nie dolega – łokieć lewej ręki chyba tylko skręcony i mocno zbity.



Dzień3

Wycieczka na płaskowyż Lassithi, klasztor Kremaston, ikony, piękne widoki, jaskinia Psychro, powrót, skakanie po wielkich falach. Sprzedawcy drewnianych łyżek nie udało się dziś spotkać, chociaż przewodnik obiecywał.


PS. Te przypiski mają być, bo ja chcę, żeby były.

Czy Grek może udawać Greka? No pewnie! I to jak!


Jak mawiali starożytni Grecy pierwsze wrażenie robi się tylko raz i Grecji, reprezentowanej przez Kretę, udało się je zrobić wyjątkowe po prostu.


Na lotnisku w Heraklionie oczy atakuje bałagan i brud. Lustra w kiblu kostropate, fugi czarne i
zagrzybione, wieloletni brud wżarty w płytki. Syf malaria. Jedziemy do hotelu i z przerażeniem patrzymy sobie w oczy – jakieś slamsy!
Okazało się, że hotel na terenie porzuconej lotniczej bazy amerykańskiej armii, ale wrażenie się liczy. Zresztą po wykonaniu dwóch całkiem długich spacerów, w tym jednego bulwarem, tuż obok szmaragdowego morza, wrażenie się niestety pogłębia. Wszystko byle jak i na odpierdol się. Brud, śmieci, smród co i raz. Bezpańskie psy, dziurawe, rozpadające się chodniki. Bułgaria przy tym pierdolniku wydaje się całkiem zadbana. Stambuł by pewnie wygrał, ale rzutem na taśmę. I chociaż sam hotel schludny i sympatyczny, apartament nasze oczekiwania nawet przerósł (celowaliśmy w tanią opcję i stosunek ceny do jakości naprawdę na plus zaskakuje), to niesmak pozostaje.


Zaś sami Kreteńczycy to bardzo mili, sympatyczni, przyjacielscy złodzieje. Dwa razy w ciągu niespełna dwóch godzin próbowali nas okraść przy wydawaniu reszty. I jak pięknie złapani na oszustwie tego wspomnianego przysłowiowego Greka potem rżnęli!

Przypadek? Nie wierzę.


Dużym wyzwaniem pozostaje też lot turystycznym czarterem pełnym kilkunastomiesięcznych człowieków, którzy podróż umilają współpasażerom permanentnym wyciem. Nie mam wcale pretensji do tych malców, że ryczą. Latanie samolotem jak tak zajebiście nudnym i frustrującym zajęciem, że skumulowana energia w młodych ludziach jakoś rozładować się musi. To wyją. Rodzice walczyć z tym nie są w stanie. A gówniarzy na pokładzie jest zatrzęsienie. Jaki dokładnie przyświeca cel ludziom, którzy tak małe dzieci wywożą samolotami w obce kraje? Nie wiem jaki, za to wiem, że na pewno nie jadą tam odpocząć.

 


Pierwszy dzień się kończy, pisałem powyższe minut piętnaście, bo córka właśnie zabiera mi
komputer, bo chce jakąś bajkę na dobranoc. Zdjęć w czasie wyjazdu wrzucał nie będę – napisać wieczorem coś w pół godziny mogę (chociaż niczego nie obiecuję), ale zapodawanie zdjęć to mordęga dla mnie. Tym bardziej, że dzisiaj nawet mojej idiotenkamery w ręce nie wziąłem. :-)


 

Dzień 1

Przylot nocą samolotem pełnym płaczących dzieci, przejazd autokarem do hotelu, położonego w opuszczonej amerykańskiej bazie wojskowej, obiad w hotelu: sałatka
grecka z soczystych, świeżych pomidorów, ogórków i cebuli, warzywa pieczone, musaka, spaghetti bolognese, kąpiel w basenie, leżakowanie, czytanie książek, drzemka na sjestę po nieprzespanej nocy, spacer na plażę i rezygnacja, zatem do CretAquarium i oglądanie rybek, spacer przez opuszczona bazę do przystanku i z
powrotem (autobus nie przyjechał), wspólna i własnoręcznie zrobiona kolacja, spacer po bulwarze, zakupy, pogawędki na tarasie, zatrzaśnięcie pokoju i dzień się kończy.


PS. Dopisywałem się po bajce dwa razygdy dziewczyny poszły spać. Wróciłem do nieskończonej „Ewolucji Boga” Roberta Wrighta. Gdy dochodzi do moteizmu i Boga Jahwe, to akcja zaczyna nabierać rumieńców!


  • RSS