Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 8.2012

W sobotę byłem w Toruniu i odwiedziłem Dom Kopernika, czyli dom, w którym prawdopodobnie urodził się Mikołaj Kopernik.

I tam dokonano na mnie zamachu.


Usiłowano zabić mnie śmiechem. Na szczęście uszedłem z życiem, ale mało brakowało.

Na chwilę obecną główną atrakcją jakiś geniusz uczynił w Domu Kopernika wystawę pod tytułem „Kobiety w astronomii”. Jak powszechnie wiadomo Kopernik była kobietą, więc wystawa jest całkowicie na miejscu. Ciekawe czy tylko mnie to bawi?

 

To, że Nicolaus urodził się w tym właśnie domu to hipoteza jest, jedna z kilku, bo Kopernikowie jeszcze kilka innych chałup posiadali.

Z oryginałem ten dom ma wspólną część ścian zewnętrznych. Cała reszta to rekonstrukcja – trudno, żeby było inaczej w przypadku kilkusetletniego domu, który zmieniał właścicieli, był przebudowywany, odbudowywany, rekonstruowany. Teraz udaje, że tak właśnie wyglądał gdy się Mikołaj junior rodził.


 

Źródło: Wikipedia


Oprócz wspomnianej wystawy w środku zobaczyć można szafę, średniowieczną kuchnię, pokój średniowiecznego kupca, gabinet uczonego, kilka portretów, kopie dokumentów, książki i instrumenty astronomiczne. Za dodatkową opłatą można sobie upiec piernik.


Sam Toruń jest fajny. Nie za duża, ale ładna, zadbana starówka, przytulona do Wisły, gwarnie, jak to na starówce.

Ale w samym Domu Kopernika nuda aż krzyczy, mówię Wam.


*


Kilka tygodni temu byłem w Żelazowej Woli i odwiedziłem dom, w którym narodził się Fryderyk Szopen.


Muzeum w Żelazowej Woli zbudowano w zasadzie na nowo na szopenowski jubel w 2010 (200. rocznica narodzin kompozytora).

Ogarnęli park, dookoła którego pobudowali wielki kamienny mur i dwa pawilony z drewna i kamienia, w których są dwie restauracje, sala kinowa oraz bardzo dużo powietrza, czyli niczego. Ale wygląda to przyzwoicie, wstydzić się nie ma za co. 

Gdy byłem w Żelazowej Woli po raz pierwszy jako nieletnie pacholę z wycieczką szkolną, dowieziony na miejsce pojazdem zwanym osinobusem (kontener z siedzeniami nasadzony na Stara – tak wycieczki szkolne podróżowały co i raz w peerelu), to tak niesamowicie tam cuchnęło z Utraty, że wytrzymać się nie dało.

Dziś Utrata jest czysta i zapachowo neutralna, park ładniutki, zadbany, pielęgnowany, w krzakach pochowane głośniki, z których sączy się muzyka Szopena, mostki, pawiloniki, pomniki, popiersia, monumenty, wszystko na cześć, mucha nie siada.

W budynku, w którym narodził się Szopen znaleźć możemy ściany, podłogę oraz dach, stare fortepianino, które z Szopenem ma tyle wspólnego ile ja z kulturystyką (kiedyś grał na nim ktoś, kogo znajomy kiedyś był w Paryżu w domu, w którym mieszkał Szopen, czy jakoś tak podobnie) oraz kopie portretów familii Szopenów oraz Skarbków, która to familia była pracodawcą guwernera Szopena seniora oraz zapewniała wikt i opierunek ubogiej szlachciance Justynie de domo Krzyżanowskiej, mamie Frycka, która w zamian zajmowała się obejściem.

Bo Frycek urodził się w oficynie dworku, którego niezbyt zamożni właściciele zatrudniali oboje jego rodziców. Bynajmniej nie był to kwiecisty ogród ze strumykiem, japońskimi mostkami, przepełniony muzyką, pełen gwatemalskich jałowców i kanadyjskich limb, czy jakoś tak. Był to budynek pomocniczy tuż przy dworku zasadniczym. Oficyna. W gospodarstwie rolnym. Błoto, pługi, brony, widły, bosy personel, konie, trzoda, kury, kupy i w ogóle.


Frycek się w Żelazowej Woli narodził, rodzice się wyprowadzili do Warszawy i potem Frycek kilka razy Żelazową Wolę odwiedził.

Gdy naród polski wpadł na pomysł upamiętnienia miejsca narodzin Frycka, mało wiele już zostało z oryginału, bo oryginał spłonął i dawno temu został przez Skarbków sprzedany. Z oryginalnej oficyny, w której się prawdopodobnie Frycek narodził (nawet data nie jest pewna), to cztery zewnętrze ściany zasadniczo zostały. Więc je otynkowano, dobudowano ściany działowe i dach, a dookoła urządzono park z krzakami i drzewami z innych kontynentów i swojską muzyką. Co ma bułgarski cedr (czy jakoś tak) z pełną mazowieckich wierzb, nostalgiczną muzyka Szopena? Nie wiadomo, ale komuś się skojarzyło.

Co ma to muzeum wspólnego z Szopenem poza oficyną? Sklep. A w nim pełna dyskografia, książki, albumy, kubki, koszulki, długopisy. No full wypas.


Zwiedza się nowocześnie, z audioprzewodnikiem, który po wciśnięciu odpowiedniego numerku opowiada na co właśnie patrzymy. A patrzymy przeważnie na pomnik lub popiersie kompozytora i na japoński baobab, czy jakoś tak, bo tam poza oficyną są tylko podobizny Frycka i egzotyczne drzewa.

 

Nie podobało mi się ni w jednym, ni w drugim miejscu. Było nudno, bez życia. Takie miejsce to powinna być rekonstrukcja tego jak to miejsce wyglądało za życia upamiętnianej persony. Całkowicie zgadywana, ale co z tego? Zabawki Frycka i Mikołajka, spiżarnia, toaletka matki. Pewnie, że nie mamy zielonego pojęcia jak to naprawdę wyglądało, ale wiedzę historyczną mamy i wyobraźnię zwiedzającego można pobudzić jakoś. Byłem w domu Kopernika z pięcioletnią córką i dzieciakami w wieku 11, 15 i 17 lat. Ani ich nie poniosło, ani mnie nie ruszyło.

Chociaż z drugiej strony Ciotka z Ameryki, która Szopena kocha, była Żelazową Wolą zauroczona. Jej się to mauzoleum podobało.

A mnie nie, a restauracja naprzeciwko, należąca do tego okropnego wulgarnego babsztyla, który w telewizji krzyczy na ludzi prowadzących restauracje i podpowiada im co zrobić, żeby było smacznie, jest do niczego. Drogo i wybitnie tak sobie smakowo.

Igrzyska olimpijskie to taka
specyficzna impreza, na której zwycięstwo w zawodach w skakaniu
przez kozła jest warte tyle samo co zwycięstwo w biegu na 100 m czy
w turnieju siatkarskim.


Nie tylko przez to te igrzyska to jest bardzo dziwna impreza.
Dziwna i zabawna.

No bo czy to nie jest prawdziwe sto pociech patrzeć na pełnego
powagi i namaszczenia faceta, który skacze przez kozła? Dla mnie
oglądanie takiego występu to jak przypatrywanie się wyścigowi w
skokach w worku, która to dyscyplina była jak najbardziej
olimpijska, ale już nie jest, a szkoda, bo gwarantuję, że byłoby
na co popatrzeć i czym się poemocjonować.

Żeby było jasne, to obserwowanie pełnych powagi facetów
biegających na 100 metrów też jest zabawne, ale niestety mniej niż
tych od skoku przez kozła i wyścigów w workach.


Powodów dla których są igrzyska jest kilka.


Pierwszy i najważniejszy jest taki, że międzynarodowa federacja
olimpijska zarabia na tej imprezie kilka ciężarówek gotówki. MKOl
to kolejna po FIFA i UEFA organizacja, która wyspecjalizowała się
po mistrzowsku w tłuczeniu kapusty na pysze i próżności
polityków. Już od czasów starożytnych ambicją każdego polityka
jest, by rządzone przez niego terytorium stało się gospodarzem
ważnego wydarzenia sportowego i gotów jest się poświęcić i
zapłacić za to całą masę nieswoich, bo odebranych pod przymusem
Bogu ducha winnym podatnikom, pieniędzy. Jeśli wydaje się
komukolwiek, że ludzka natura i metody rządzenia zmieniły się
choć odrobinę w przeciągu ostatnich kilku tysięcy lat, to
najprawdopodobniej ma dopiero 13 lat i jeszcze sporo innych rzeczy mu
się wydaje. Gawiedź igrzysk potrzebuje, więc władza gawiedzi
igrzyska daje.


Drugi powód jest związany z pierwszym i schodzi szczebel niżej.

Igrzyska są jedynym sensem istnienia dotowanych przez państwa
federacji krajowych rozmaitych sportów, w tym federacji od skoków
przez kozła. Dzięki igrzyskom przeciętny człowiek raz na cztery
lata dowiaduje się, że jest spora grupka zapaleńców, którzy cały
wolny i niewolny czas poświęcają w doskonaleniu się w takich
porywających tłumy dyscyplinach jak machanie wstążką, judo,
wioślarstwo, rzut oszczepem oraz oczywiście skok przez kozła. Kogo
na litość boską poza działaczami, sędziami i zawodnikami
(federacja!!!!) może obchodzić rywalizacja w pływaniu kajakiem
górskim? A z powodu olimpiady zaczyna obchodzić całkiem wielu!
Nasz mało nie załapał się na pudło! Ojej, ale emocje. Nasze
wioślarki mają medal. No rewelacja! Medal mistrzostw świata w
skoku przez kozła to nie to samo co medal olimpijski, nieprawdaż?
Zwłaszcza, że za ten drugi w Polsce Bogu ducha winni podatnicy będą
się składać na dożywotnią rentę dla medalisty. To dlatego tym
nieszczęśnikom uprawiającym niszowe i nikogo nie interesujące
dyscypliny tak na tym medalu zależy!

Żeby federacje mogły sępić więcej kasy od państwa, czyli
rabować Bogu ducha winnych podatników, potrzebują wielu dyscyplin
i wielu zawodów. Im więcej, tym lepiej. Dlatego np. w sporcie
obowiązuje przebrzydły, apartheidowski, na wskroś seksistowski i
szowinistyczny podział ze względu na płeć. Jak kobiety muszą się
modlić w innej części meczetu niż faceci to to jest
dyskryminacja, ale jak kobiety muszą startować w innych zawodach
niż mężczyźni, to już jest ok i brzydkie feministki (tautologia)
nie dostają konwulsji. Wot i postępowa konsekwencja!

Jak już podzieliliśmy ludzi według płci, to teraz podzielmy
według wagi. I zamiast jednych zawodów w podnoszeniu ciężarów,
boksie czy wiosłowaniu (sic!) mamy już kilka zawodów. Albo
wymyślmy style – zamiast jednych zawodów w pływaniu (kto
szybszy), niech będzie całe mnóstwo. Wyobrażacie sobie zawody w
biegach z podziałem na kategorie wagowe i style biegu? Nie? To
dlaczego nie przeszkadza wam to samo w wymienionych dyscyplinach?
Dlaczego nie ma oddzielnej kategorii +90 kg dla skoku wzwyż? Toż
wiadomo, że chłop ma inne szanse i predyspozycje niż ten co waży
ledwie 70 kg.

Kolejne są sporty, które nie są sportami, ale są popisami
cyrkowymi. Wspominałem już w tym tekście coś o skoku przez kozła?
On do takich właśnie olimpijskich dyscyplin należy. Obok machania
wstążką czy kręcenia fikołków do wody. Każda dyscyplina, w
której jedynym kryterium oceny jest nota wystawiana przez sędziów
to nie sport, a rewia. Bo sport to nie jest kwestia gustu, ale
„szybciej, wyżej, mocniej”.


Wnioski z dwóch głównych powodów istnienia igrzysk są takie,
że skoro to politycy nam je fundują za pieniądze swoich podatników
i skoro to politycy opłacają pieniędzmi swoich podatników
federacje, które wysyłają sportowców na olimpiady, to politycy za
wszystko odpowiadają. No nie ma inaczej. Politycy płacą, MKOl
zarabia.


A zabawniejszy od dorosłego chłopa skaczącego na pełnej
powadze przez kozła może być tylko dorosły chłop skaczący na
pełnej powadze na nartach. A jak jeszcze do tego ma wąsy i jest
pociesznym chudym konusem, to już w ogóle wór facecji i żartów,
nieprawdaż? Ale o tem potem.


  • RSS