Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 6.2012

Siła robocza z importu tuż po
fajrancie:





Bogactwa naturalne Dubaju. Piasek,
dromadery, kozy, dzikie osły.


Gaj w hotelu.




Klimatyzowany przystanek.



Urządzenia klimatyzacyjne na dachu. Bo
tradycja. :-)



Gold Souk








Przystanki metra są takie same w całym
mieście i wyglądają jak cumujący zeppelin. Za kilka lat zamiast
tego piasku będą kwitły drapacze chmur. Chciałbym to zobaczyć i
to jest jedyny powód dla którego chciałbym kiedyś wrócić do
Dubaju.


Inne przystanki metra.




Budowy powoli z martwych wstają.






Salon samochodowy.

To pierwsze to Lambo. Za nim Rolls.

Na drugim zdjęciu po kolei od prawej:
Bugatti Veyron, Ferrari, Koennigsegg, Mercedes SLS. Bugatti i Veyrona
widziałem na własne oczy pierwszy raz w życiu.

Na ostatnim japońskie dziwadło, czyli
Mitsuoka za 92.700 $. W porównaniu z Bugatti czy Koennigseggiem,
tyle co nic.

To jeden z wielu salonów na kilku
hektarach salonów. Nie ma takiego samochodu na świecie, którego
nie można w tym zagłębiu kupić. Od Matiza, poprzez Tatę i
Hummera, po Maseratti.





Dobranoc.

To co mamy już odhaczone na liście
największych atrakcji Dubaju?

Najwyższy budynek świata – Burj
Khalifa. Niestety bez wjazdu na piętro z widokiem na miasto, bowiem
nie odczułem takiej potrzeby. Wzbudzam tym zdziwienie. Jak to? Ano
tak. Widziałem Dubaj z lotu ptaka przy lądowaniu i starcie.
Starczy.

Hotele z Burj al-Arab na czele.

Centra handlowe. W tym największy na
świecie Dubai Mall, pod Burj Khalifa oraz Mall of the Emirates z
najkrótszym stoczkiem narciarskim świata. Aha, no i lodowiska są w
każdym w zasadzie.

Wenecja Dubaju.

Skupiska drapaczy chmur.

Sztuczne wyspy.

Plażę.


Co jeszcze zostało poza drogimi
restauracjami?

Pustynia. A konkretnie wycieczka na
pustynię. Co jest ciekawego na pustyni? Nie za wiele, ale wycieczka
należy do kanonu, podobnie jak wyprawa na Gold Souk – targ złota.

Nie uwierzycie, ale mam tam mnóstwo
przyjaciół! Naprawdę. Sami przyjaciele.

„Maj frend, maj frend. Łot ju nid?
Ajpad, ajfon, łocz? Aj hew wery gud master kopy for ju. Best
kłality! Kom łid mi maj frend.”

Gdy z takim pójdziesz to wąskimi
przejściami i zaułkami wprowadzi cię na klatkę schodową, wwiezie
na wyższe piętro i zaprosi do „salonu” pełnego podróbek
torebek oraz zegarków i z dumą zaprezentuje swój towar. Najlepsze
podróbki na rynku, najlepsza jakość.

To jest właśnie główna specjalność
Gold Souk poza złotem. Podróby z Indii i Chin.

Jakieś lokalne specjały? Nie ma
lokalnych specjałów! W tej części świata produktami regionalnymi
są ropa, piasek, dzikie osły, dromadery i kozy. Koniec regionalnych
specjałów.

Breloczki, obrazki, koszulki, duperele
z symbolami Dubaju, czyli Burj Khalifa i Burj al-Arab made in China
przecież.


Obowiązkowa z Dubaju jest tez
wycieczka łodzią wzdłuż wybrzeża, czyli „Dhow Cruise”. Też
nie skorzystałem. Pływanie łodzią uważam za nudne i prowokujące
wymioty, a Dubaj od strony wody widziałem ze sztucznej wyspy.


Dużo ciekawszy wydał mi się stary
port, pełen poobijanych, drewnianych statków wyładowanych czym
popadnie (piramidy kartonów na pokładzie). Ale tylko przelotem, z
taksówki go widziałem. Te drewniane statki rozładowują wielkie
statki, które nie wpływają do portu.


Wspomniane restauracje wedle gustu i
uznania. Jakie tylko sobie stryjenka życzy. Ekskluzywne w hotelach i
na najwyższych piętrach wysokościowców, normalne na mieście
(sieciówki jak Madonald, Burgerking czy Sabłej też) i pełno
tanich barów z kuchnią z różnych stron świata, prowadzonych
przez imigrantów.


Zatem teraz, gdy niespotykane i
niewiarygodne atrakcje Dubaju mamy z grubsza za sobą przejdźmy do
realiów życia codziennego.


Tubylcy, jak już pisałem, w
mniejszości. Wyróżnia ich tradycyjny strój. Mężczyzn dodatkowo
pewna siebie postawa. Jestem tu szefem i chcę, żeby to było widać.

Tradycyjny strój to w przypadku
mężczyzn wykrochmalony, biały fartuch, czysta kuchenna ścierka na
głowie i klapki na bose stopy, a w przypadku kobiet czarny płaszcz
od stóp po czubek głowy ze szczeliną na oczy. Spacerujące po
mallu małżeństwo wygląda zatem jak laborant w asyście niskiego
wojownika nindża. Dzieci ubierane na modłę europejską i
rozpuszczone. Tu się dzieciom na wiele pozwala. A jak kiedyś
policja zatrzymywała drania, który zgwałcił dziecko, to
skurwysyna na miejscu zastrzelili. Bez konsekwencji służbowych
oczywiście.

Postawa maczo manifestuje się tym, że
kroczy się kiwając na boki i szeroko rozstawiając ramiona i stopy
oraz wypychając przed siebie brzuch. Pan i władca. Effendi.


Ja im się swoją drogą nie dziwię.
Prąd, woda, mieszkanie, szkoła dla dzieci, opieka medyczna dla
rodziny na najwyższym poziomie i kredyty na co najdzie ochota za
darmo. Zero podatków. Powtórzę. ZERO. Kasa od szejka na
rozkręcanie jakich tam się wymyśli interesów od ręki.

Jak tu nie być dumnym i zadowolonym z
siebie, zwłaszcza gdy jest się prostym wnukiem, tudzież synem
pasterza kóz?

Brytyjczycy opuścili ten kraj na
początku lat 70., a w Dubaju mieszkało wtedy jakieś 60 tysięcy
ludzi. Metropolia, co? Ropa płynęła coraz szerszą i gęstszą
strugą, ceny za nią rosły. Pieniędzy przybywało, przybywało,
przybywało, aż przestały się w kieszeniach mieścić. Pieniądze
przyciągały przybyszów, szejkowie zaczęli budować na potęgę. I
zbudowali oazę luksusu pośrodku pustyni. Pieniądze z ropy zaczęły
przyciągać pieniądze ze spekulacji i piękna bajka trwa. Pieniądz
przyciąga wydarzenia kulturalne, konferencje szczyty. Do bogatego
mecenasa zawsze kolejka petentów, nieprawdaż? Się kręci.


Przybysze za chlebem z Azji i Afryki
ciułają grosz do grosza. Służba najniższego szczebla zamieszkuje
tanie osiedla. Średni szczebel okupuje osiedla lepsze. Menadżerowie,
głównie Europejczycy, apartamenty i wille. Byłem w takim skupisku
willi. Czysto, schludnie, zielono, bezpiecznie za murem. Podatków
żadnych, a willa czy apartament przez firmę opłacane. Pracujesz i
wszystko odkładasz. Nie do wiary, co? Dziwi się ktoś, że tak tu
wszyscy ciągną? Raj.


Europejczycy ubierają się po
europejsku, nieeuropejska kadra szczebla średniego również, z
ewentualnym akcentem np. w postaci turbanu, jeśli jesteś Sikhem.
Jakkolwiek rasistowsko by to nie zabrzmiało, bycie białym
człowiekiem daje tutaj fory. Po prostu. Oczywiście o ile nie jesteś
Anglikiem. Anglicy mają przesrane, bo nikt ich nie rozumie. Językiem
oficjalnym w Dubaju jest w teorii arabski, a w praktyce oczywiście
angielski. Wszystkie napisy są po arabsku i angielsku, ale gada się
tylko po angielsku. To znaczy taką imigrancką wersją angielskiego.
Słownictwo ubogie, akcent egzotyczny, ale zrozumiały, o ile nie
jesteś z wysp. Jak jesteś z UK, to cię nikt nie rozumie. Zresztą
postawmy sprawę jasno – Szkota czy kokneja mówiącego po
angielsku zwyczajnie nie idzie zrozumieć.


Kadra szczebla niższego po pracy
ubiera się po swojemu. Po pakistańsku, somalijsku, arabsku i
egipsku, indonezyjsku i filipińsku. W pracy ubierają się w
uniformy lokajów albo w drelichy. Przepraszam, ale relacjonuję co
widziałem.


Miasto jest niewiarygodnie zróżnicowane
narodowościowo, rasowo i kulturowo. Totalny konglomerat,
zadziwiająca mieszanka. Kraj jest muzułmański, muzułmańskie są
prawa, ale to nie jest typowe arabskie miasto. Nie ma problemu z
dostępem do alkoholu, jest pełna tolerancja religijna, kobiety
rozgogolone po europejsku w tiszertach bez staników z poskakującymi
cyckami i tyłkiem na wierzchu. Naprawdę. Aha, no i jest czysto! I
bezpiecznie. O bezpieczeństwo dba szejk. Jak trzeba, to się łobuza
wywozi do Saudii i według szariatu sądzi.


Drogi, jako rzekłem szerokie i cały
czas nowe, estakady wysokie, metro nad ziemią i bez maszynistów,
przystanki autobusowe klimatyzowane (komunikacją miejską jeżdżą
robotnicy i służba. Dubaj to miasto dla posiadaczy samochodów,
chociaż na krótką metę wystarczą taksówki, które są tanie i
wszędzie). Wszystko klimatyzowane. Prąd za darmo, to się wszystko
chłodzi. Przystanki klimatyzowane miejscowo, małymi klimatyzorkami,
ale osiedla centralnie. Tak jak u nas są centralne kotłownie, tak
tam są centralne chłodnie i zimną wodę się na dzielnicę
rozprowadza rurociągami.

Ropa i gaz kosztują tyle co nic (na
stacji 1,70 zł za litr po podwyżce, wcześniej było 1,30 zł/l),
to i energia elektryczna kosztuje tyle co nic. A gdy energia
elektryczna kosztuje tyle co nic, to energochłonne odsalanie wody
morskiej kosztuje tyle co nic.


Co będzie gdy skończy się ropa i
tania energia? To wszystko zacznie kosztować.

Inwestycje staną, tak jak stanęły w
czasie światowego kryzysiku w 2008. Wtedy Dubaj opustoszał, bo
przybyszy przyciąga tu tylko praca i pieniądze.

Dubaj jest enklawą zbudowaną w
zabójczym klimacie. Przejście w dzień 300. metrów sprawia, że
spływasz potem i dyszysz. Spływasz w sensie dosłownym. Nikt na
świecie nie ma nudniejszej pracy niż meteorolog w lecie w Dubaju. I
są to jedyni meteorologowie na świecie, którzy naprawdę
przewidują trafnie pogodą, a nie tylko zgadują, jak ci u nas. Też
mógłbym tam fuchę dostać. Temperatura powyżej 40 st. C,
wilgotność powyżej 50%, słońce na maksa. Bingo!

Poza latem jest lepiej, podobno zimą
da się żyć poza klimatyzowanymi pomieszczeniami.


Pełno zieleni w mieście, w wolne dni
pikniki rodzinne z dziećmi w parkach i na skwerach.

Parki i skwery tylko tam gdzie się
podlewa. Gdy się nie podlewa jest tylko żółty pył, nie piasek
nawet.

I tak właśnie będzie wyglądało to
miasto, gdy się przestanie je podlewać.

Budynki już teraz puste stoją w dużej
części, w ramach bański inwestycyjnej buduje się na wyrost.
Reszta opustoszeje, gdy opuszczą je pracownicy i służba. Pieniądz
przestanie przyciągać pieniądz. Co z tego, że każdy interes w
spółce z tubylcem? Nie ma ludzi, nie ma interesu.

Luksus w Dubaju już teraz jest tylko
dla bogatych. Gdy skończy się darmowa energia, luksus będzie
dostępny tylko bardzo, bardzo bogatym.

Po finansowym, czyli spekulacyjnym
centrum zostaną puste biurowce, bo nagle wszyscy ci hochsztaplerzy
zrozumieją, że finansowe spekulacje oraz usługi nie istnieją bez
pieniądza pochodzącego z realnej gospodarki.

A bez ropy takiej w Emiratach nie ma.

A to właśnie finansowe spekulacje i
usługi mają być motorem napędowym gospodarki, gdy wychlapie się
ropa.


I to było na tyle. Jeszcze kilka zdjęć
dla zilustrowania powyższego, ale już nie dziś. Machnąłem tekst,
jak trafnie zdiagnozowała Alifa, pod natchnieniem, za jednym
wieczornym posiedzeniem, a wklejanie zdjęć to monotonne dłubanie.
Nie na dziś.

Tak sobie myślę, że jak za jakiś
czas wezmę tę nieskładną relację na warsztat, to na spokojnie
przyzwoity reportaż z niej wyciosam. Jak się pisze w zrywie to się
pomija sporo jednak. Ciekawe w sumie czy jest szansa, żeby mnie
naszło na takie dłubanie mozolne?

Dobra, koniec pisania, ale za czas
jakiś zapraszam na pozostałe zdjęcia.

Ze sztucznych wysp na dziś nie
ukończono żadnej. Palma Jumeirah jest prawie skończona, ale wiele
jeszcze na niej placów budów. Robi wrażenie wielkością i ilością
apartamentowców. Na wjeździe w hotelu Atlantis wielki park wodny.
Jak znam życie, to oczywiście największy na świecie – nie wiem,
nie byłem.

Palm nie pokończyli, bo kryzys 2008
przebił bańkę i zamroził wszystkie inwestycje. Wielu rzeczy nie
pokończyli przez kryzys.

Np. budynku wyższego od Burj Khalifa
nie zbudowali, bo kryzys przyszedł. Ale teren zdążyli przygotować,
wyburzyć co było do wyburzenia. Teraz stoi ogrodzone parę hektarów
niczego i czeka na lepsze czasy.

Ale inwestycji nie brakuje – kanały,
kolejne hotele, drogi, apartamenty, biurowce.


Burj Khalifa w kilku ujęciach.




Widok nocą na Jumeirah Palm Tower z
wyspy Jumeirah Palm.

 

Jumeirah Palm Tower i plaża. Jak ktoś
lubi moczyć się w słonej, gorącej zupie to jest to coś dla
niego.


cdn.

Symbolem
hotelowego luksusu jest oczywiście Burj al-Arab – Wieża Arabów,
hotel żagiel. W planach było otwarcie w hotelu kasyna, ale ponieważ
hazard jest na ziemiach Emiratów zakazany, to bystrzy inwestorzy
wymyślili, że zbudują hotel na sztucznej wyspie. Usypana wyspa to
nie Emiraty, trzask prask mamy kasyno (intratny interesik!). Ale rada
uczonych w Koranie zebrała się w te pędy i zadekretowała, że
sztuczna wyspa to też Emiraty. Zatem kasyna nie ma. Jest jeden z
najbardziej luksusowych hoteli na świecie, wysoki na ponad 300
metrów i pełen absurdalnego, kiczowatego przepychu. Za to właśnie
przybywający do Dubaju chcą płacić, to to dostają.

Cena
za noc w najlichszym apartamencie od 5 tys. złotych. Górna granica
wedle potrzeb i uznania. Pieniądze nie są przecież problemem,
ogranicza nas wyłącznie fantazja. Służby kilka razy więcej niż
gości, na których czekają przed hotelem samochody (powyżej
bodajże 5.000 $ w cenie apartamentu): Rollsy, Bentleje, Lambo,
Ferrari i takie tam.

Z
ulicy tam nie wpuszczą. Ze dwie kontrole po drodze, jak na granicy
Palestyny z Izraelem.


Miałem
okazję wypić najdroższego w życiu drinka w restauracji na górze
tylko dlatego, że kolega z poprzedniej fabryki, który nas po Dubaju
oprowadzał (od 5. lat tam rezyduje) pożyczył kartę klubowicza od
swojego kolegi z Australii.


I
to jest dopiero ciekawe. Alkohol jest Allahowi równie niemiły co
hazard, zatem skąd ten alkohol? Nie wiem, ale wiem, że z dostępem
do procentów nie ma w Dubaju problemu. Hotele mają koncesje,
restauracje i bary mają koncesje (co niektóre również na
wieprzowinę), chociaż ceny są absurdalnie wysokie. Możesz jednak
kupić alkohol w rozsądnych cenach na lotnisku, zaraz po przylocie
(w określonej ilości), a gdy jesteś ekspatem i się zarejestrujesz
jako pijak, dostajesz Liquor License i masz dostęp do
licencjonowanych sklepów z alkoholem w ramach ustalonego
miesięcznego limitu (30% haraczu doliczają – no, w końcu jakiś
podatek!). A jak się nie zarejestrujesz to zawsze możesz wsiąść
w samochód i pojechać do Barracudy w Umm Al-Kajwajn. Tam kupisz
wody ognistej ile chcesz. Wina świata ze wszystkich kontynentów,
piwo takie i owakie (kupiłem chińskie i chilijskie, bo jeszcze nie
próbowałem), wódka, ruda wóda na myszach, no czego dusza
zapragnie. Jest tylko jeden myk. Aby wrócić do Dubaju należy
przejechać przez Szarżę, a w tym Emiracie jest zero tolerancji dla
alkoholu, zatem nawet posiadanie jest niezgodne z prawem. Podobnie
zresztą jak w Dubaju, gdy nie jesteś licencjonowanym alkoholikiem.


Super
atrakcje oferuje nam Dubaj, nieprawdaż?

Wielkie
centra handlowe, najwyższy budynek świata, najkrótszy stok
narciarski świata, wypasione i pozłacane hotele oraz alkohol. A, no
i orgietki jak się w odpowiednie towarzystwo wkręcisz.

Tego
niestety nie próbowałem. Zresztą nigdy nie brałem udziału w
orgii. Boję się, że spotka mnie to samo, co tego gościa, który
piętnaście minut po zgaszeniu światła krzyknął:

-
Zmieniamy reguły. Robię drugiego loda z rzędu.


Widok
na Dubaj od strony lądu. Da się zauważyć jak Burj Khalifa się
wyróżnia. Po prawej stronie piramida Wafi, hotel i mall. Widzicie
strzałkę na dole pośrodku? To drogowskaz na Mekkę. Takie
oznaczenie jest w hotelu obowiązkowe.


Burj
al-Arab nocą od strony Wenecji Dubaju. Ogranicza nas tylko fantazja.

W
dzień owa Wenecja wygląda lepiej, ale nie byłem.


http://funfever.blogspot.com/2008/04/venice-in-dubai.html

W
nocy wygląda tak:


Dubaj
widziany z restauracji w Burj al-Arab, ponad 200 metrów nad ziemią.


Burj
al-Arab od środka.



 

 


Bycie obiektem zabiegów służby mnie osobiście krępuje. Nie jestem arystokratą, jestem prosty inżynier, wnuk krawca. Nie zwyczajnym do bycia obsługiwanym przez ludzi uległych, usłużnych, z przybranym na stałe „wyglądem lichym i durnowatym”. To całe „Hał are ju, ser?”, „Hew a wonderful dej, ser”, „Ewryting okej, ser?” to nie dla mnie. Dajcie mi święty spokój! Przestańcie za mną łazić! Podaj mi jedzenie na stolik i przestań przychodzić co dwie minuty i pytać czy mi smakuje i czy wszystko w porządku. To mnie wkurwia!!! Czego szukasz z tym mopem za moimi plecami!? Nie musisz sprzątać sekundę po tym, jak odszedłem od pisuaru. Co, śmierdzący ślad za sobą zostawiam???

Ale cóż, taki styl, taka maniera.

Bo tu np. nie ma być posprzątane, ale ma być sprzątane. Gdy w Europie zamawiasz sprzątanie biura, to umawiasz się na sprzątanie tyle i tyle razy w tygodniu, w takich to a takich godzinach i rozliczasz efekty. Gdy w Dubaju zamawiasz sprzątanie, to usługę wycenia się na ilość ludzi.

- Na tyle metrów kwadratowych to będzie stu ludzi.

- Ale ja nie chcę stu ludzi, ja chcę mieć posprzątane!

- Przecież mówię – stu ludzi.

I nie ma inaczej. Widok Pakistańczyka z mopem zasuwającego po błyszczącej posadzce to norma. Jak go widać, to znaczy, że jest sprzątane, proste?

Jest to możliwe dzięki temu, że siła robocza jest tania, bo pochodzi z Pakistanu, Indii, Indonezji, Filipin, Malezji czy Egiptu. To imigranci z Azji i Afryki pracują na budowach i jako służba (przepraszam, ale powtórzę – to nie obsługa). Za niewielkie pieniądze, ale dla nich olbrzymie, bo ze swoich zarobków utrzymują w krajach, z których pochodzą całe rodziny. Dla tych ludzi to nie są żarty – nie ma pieniędzy, rodzina głoduje. Jedynym, co ich trzyma w tym miejscu są tylko pieniądze. Dlatego, gdy nadszedł kryzys 2008, to to kosmopolityczne, multikulturowe miasto się wyludniło. Budowy stanęły, korki zniknęły, hotele i malle opustoszały.

Dziś miasto po kryzysie się podnosi. Pieniądze z ropy dalej płyną gęstą, szeroką strugą. Show must go on.

Mimo tego, że wiele z już wybudowanych budynków stoi pustych, zatrzymane budowy ruszają. Są pieniądze, to trzeba budować, a szejka naprawdę nie bardzo boli, gdy 10 budynków, w które wpakował miliard papierów pokrywa pył z pustyni. Jak kupicie wazonik, który sobie stoi na półce i z którego nie ma pożytku żadnego, tylko kurz trzeba ścierać, to nie cierpicie przez niego mąk egzystencjalnych, nieprawdaż? A to to samo przecież, tylko nam tylko wyobraźni nie starcza, by to zrozumieć.

Budowy ruszyły, bo boom jest dobry, bo hossa jest potrzebna.

Imigranci wrócili, hotele i malle tętnią życiem. Ropa jest tylko paliwem napędowym, potężna kasa płynie z turystyki, handlu, usług, giełdy i innych operacji finansowych. Tu jest pępek świata, tu jest finansowe centrum świata.


Intencje szejków są proste. Budujemy coś niewiarygodnego, zapierającego dech w piersiach, tworzymy finansowe imperium i gdy wychlapiemy całą ropę to żyjemy z turystyki, usług, handlu i spekulacji finansowych.

Brzmi jak plan, nieprawdaż?


Co zatem oferuje Dubaj turystom?

Na 2. miejscu listy 10. rzeczy, które koniecznie należy zrobić, będąc w Dubaju jest wizyta w „Shopping Malls”. No w mordę! Centra handlowe??? To tak, jakbyście powiedzieli obcokrajowcowi, który pyta was, co zobaczyć w Warszawie, że najlepiej zwiedzić Arkadię, Galerię Mokotów, a Złote Tarasy to już po prostu konieczność! No po prostu coś niesamowitego. Czujecie? W Krakowie to koniecznie Galerię Krakowską, w Katowicach Trzy Korony, w Poznaniu Stary Browar, w Łodzi Manufakturę, we Wrocławiu Arkady i Galerię Grunwaldzką, a w Ciechanowie Galerię Mrówka. Obowiązek.

Galerie w Dubaju tym się od tych wymienionych różnią, że bywają większe i są w Dubaju. I co z tego???

Byłem w czterech. W Dubai Mall, w Wafi Mall, w Dubai Outlet Mall i w Ibn Battuta Mall. Imponujące co? Jestem kimś.

Nie byłem w Mall of the Emirates, które słynie ze stoczku narciarskiego po dachem. W hotelu przy śniadaniu słyszałem jak jedna bogata turystka mówiła niedbale do drugiej: „Wiesz, chłopcy dziś postanowili pojeździć na nartach, to się wybierzemy, ekhem”. Nie no, niewiarygodna atrakcja – stok pod dachem o długości 400 metrów. Jak na narty, to tylko do Dubaju. Wszystko ma największe, ale akurat stok narciarski najkrótszy.


Bo już Dubai Mall jest, jako się rzekło, wielki. Największy. Ojej, klękam z zachwytu.

Wafi Mall jest pod hotelem w piramidzie. I Kerfura ma. No niesamowite. Kupiłem tam kolę i mirindę (ohydna).

Dubai Outlet Mall jest pełen outletów. Oniemiałem. Kupiłem tam buty, które w Polsce oddałem do szewca, bo pieprzone źle zszyte się okazały (musiałem je kupić, bo rano w dniu wyjazdu, gdy się pakowałem, to wypastowałem własne półbuty i postawiłem w przedpokoju, zamiast do walizki włożyć, kurza stopa!).

W Ibn Battuta Mall jest Go Sport. Kisiel w majtach z uciechy. I mall jest duży, i ma sekcje tematyczne. A to wielki słoń indyjski, a to chiński statek, a to arabski podróżnik Ibn Batutta. Niewiarygodne.


Ale oczywiście malle to nie wszystko. Są hotele, które robią wrażenie. Są całe klimatyzowane, ociekają luksusem, marmurami, alabastrami, złoceniami, gęsto od służby, która otworzy wam drzwi taksówki, zabierze i zaniesie walizkę, uśmiechnie się, spyta co jeszcze może dla was zrobić. Jak dla mnie to dać święty spokój, ale ja się po prostu nie znam.


No cóż, sporo jeszcze do opowiadania, wiele miejsc do opisania. W następnym odcinku będzie kilka zdjęć. Ile można tak gadać bez ilustracji?


cdn.

Jak zwykle.


Znaczy, bez zmian.

Dubaj to miraż,
fatamorgana, ułuda wyrysowana w piaskach pustyni palcem unurzanym w
ropie. Gdy skończy się ropa, miraż zniknie. Zostanie piasek.



To nie jest tak, że po spędzeniu
niecałych dwóch tygodni w Dubaju zrozumiałem to miasto.

Nie da się zrozumieć żadnego miasta
w tak krótkim czasie.

Ale da się wyrobić stanowczy pogląd
na jego temat, zwłaszcza, gdy nie ma się problemu z formułowaniem
stanowczych osądów, nawet gdy nie za wiele się wie.



Na
dzień dobry Dubaj obezwładnia skalą. Setki urozmaiconych
architektonicznie drapaczy chmur pogrupowanych w kilku miejscach,
zapierają dech w piersiach. Króluje oczywiście Burj Khalifa,
bezczelnie wbijający się w niebo na prawie kilometr, ale on jest
tylko po prostu najwyższy.

Marina,
JLT (Jumeirah Lake Towers), DMC (Dubai Media
Citi), DIC (Dubai Internet Citi) i tak dalej, i tak podobnie, to
skupiska wysokościowców mieszkalnych, biurowych i hoteli. Są ich
setki. Nie idzie tego tak po prostu na pierwszy rzut oka ogarnąć i
przejść z nimi do porządku dziennego. W Chinach takich na pęczki,
ale ja nie byłem jeszcze w Chinach. To była dla mnie nowość.
Spowszedniały mi pod koniec pobytu dopiero.

A
sam Burj Khalifa? No cóż, to po prostu najwyższy budynek świata,
pod którym znajduje się największy mall świat, w którym znajduje
się największe akwarium świata. Ale Burj Khalifa to nie tylko
wieża i centrum handlowe. To potężny kompleks budynków, nowe
ulice, hektary wody i spektakularne pokazy woda + światło co pół
godziny (takie jak na wrocławskiej Pergoli czy w warszawskim Parku
Fontann – szczerze, to wrocławskie mi się bardziej podobają,
chociaż właśnie prawdopodobnie bluźnię. W Dubaju przecież z
definicji wszystko jest większe i lepsze. O to w tym mieście
właśnie chodzi).



Inwestycje w budynki
nie pozostają osamotnione. Drogi, autostrady (tu i owdzie osiem
pasów w jedną stronę, a co!), estakady, metro 20 metrów nad
ziemią. To też się buduje. Szejkowie mają tyle pieniędzy, że
one im się w kieszeniach nie mieszczą. Budują zatem ten miraż,
usypują sztuczne wyspy, planują kolejne ekskluzywne hotele. Kto im
zabroni w warunkach, w których jedynym ograniczeniem jest fantazja?
Pieniądze w przypadku szejka naprawdę nie są problemem. To
przekracza niestety możliwości percepcyjne zwykłego śmiertelnika.
Nie każdy z nas urodził się szejkiem.



Nie
trzeba się zresztą urodzić szejkiem by móc nazywać się
szczęściarzem. Wystarczy urodzić się obywatelem Emiratów.
Podatków nie ma. Żadnych. Prąd i woda za
darmo. Czynsz też. Jak masz ochotę założyć jakiś biznes, to
szejk z przyjemnością go dofinansuje. Szejk dba o swoich
poddanych. Tu nie ma innych firm, niż firmy spółki, w których
udziałowcem jest przynajmniej jeden tubylec. Jesteś wielki koncern
światowy i chcesz u nas podziałać? Proszę bardzo, to jest Omar,
wnuk pasterza, założycie razem spółkę i sobie działaj. Nie,
naprawdę nie obchodzi mnie to, że jesteś Makdonalds, Ikea czy
Wielki Światowy Bank. To mój kraj, moja własność, moi poddani,
ja tu ustalam reguły. Cieszę się, że to rozumiesz.

A
jeśli poddany zapragnie kupić dom, to pójdzie do jednego z tych
banków, którego udziałowcem jest inny poddany i dostanie 1.000.000
dolarów na sto lat. Za krótko? Dobra, to niech będzie na 150.
Szejk gwarantem zapłaty.

Czego
się nie robi da własnych obywateli.



Ile
ich jest w Dubaju, metropolii zamieszkałej przez prawie 2,5 miliona
ludzi? Ze 300 tys.

A
reszta? A reszta to nie obywatele. To pracownicy z zagranicy. I żaden
z nich nigdy obywatelem Emiratów nie zostanie. Ale pracować może i
nie płacić podatków również.

Potrzebni
są wszyscy. Inżynierowie, menadżerowie, księgowi, finansiści,
technologowie, technicy, robotnicy. Doprawdy specjaliści mile
widziani.

Ale
ilościowo, en masse, to więcej jednak potrzeba służby.

Bo
tu się nie obsługuje. Tu się służy.



cdn.

Luksemburg to nie tylko starówka, wysokie mosty, pozostałości po fortyfikacjach oraz maklerzy w garniturach od projektanta preferującego po godzinach pracy towarzystwo mężczyzn, nie kobiet. Drugą twarz Luksemburga zobaczyć można w okolicach dworca.

 

Sam dworzec niczego sobie. Do Paryża z Teżewe (TGV)  w dwie godziny się smyknie.

 

Tory jak tory

 

Za torami nuda przedmieść.

Gdy robiłem tę fotografię kobieta w zielonym fartuchu, która stoi po lewej stronie, pół metra za kadrem, spytała mnie dlaczego fotografuję jej samochód (ZL 8760). Odparłem, że uliczkę sobie fotografuję. „Hmmm, to bardzo dziwne”, mruknęła pocierając kciukiem podbródek. Ano fakt. Jakby kosmici podbój planety rozpoczęli. Tudzież idiota z aparatem za torami w Luksemburgu. W sumie ma kobieta rację. Co ja tam fotografowałem?

 

Gdy z dworca się wyjdzie i śmiało do przodu ruszy, to okazuje się, że sporo emigrantów na ten dobrobyt zasuwa między wierszami. A emigranci integrują się tak sobie. Raczej w Europie tworzą enklawy niż się wtapiają w środowisko.

Co ja będę gadał.

Nie umiem robić zdjęć. Ale w tym wypadku uznaję, że lepiej gdy pokażę kilka obrazków, niż spróbuję to opowiedzieć.





 

Brzydkie stare kurwy, których nie ma na zdjęciach, ale narkomani i narkomanki, pijacy, bary z gołymi babami, pięcioletnie dzieci ze smoczkami w ustach już są.

 

A nad głową samoloty zasuwają, mało łba nie urwie.

 


  • RSS