Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 5.2012

Dziewczyny wysokie, populacja wygląda
na zdrową i dobrze odżywioną, a w pobliżu koffeshopów na dobrze
upaloną. Firanek i zasłonek nie używają. Knajpy i bary pełne.
Życie kwitnie, tętni, zaiwania. Architektura urzekająca. Stare,
piękne kamienice, setki mostów, mostków i mosteczków.

Kanały pełne barek, łódek i
pływających domów. Tu i tam na chodniku ktoś popija piwo. Dużo
palaczy.


Na żadne muzea nie było czasu, a
szkoda, bo i van Gogh, bo i Rijksmuseum, Muzeum Ajaxu, Heinekena, Dom
Rembrandta i jeszcze mnóstwo innych. Zatem tylko życie ulicy
chłonąłem.


A ono zaczyna się wieczorem. W
dzielnicy czerwonych latarni gęsto od oglądających. Puby pełne,
marihuanę czuć wszędzie, dziwki powystawiane w witrynach, czasem
się uśmiechają, czasem leżą rozwalone.

Jeszcze do niedawna byłem zdania, że
ładne zakonnice i dziwki można spotkać tylko w holyłudzkich
filmach. To bzdura. Niedawno w makdonaldzie na wylotówce na Gdańsk
w Warszawie spotkałem dwie absolutnie prześliczne zakonnice. Tym
bardziej śliczne, że przecież bez makijażu, z osłoniętymi
włosami. Śliczne, czyste i niewinne. Dajcie malarza, bo modelki na
Madonny już mamy.

Zupełne przeciwieństwo dziwek
wystawiających na sprzedaż swe wdzięki za szybami w małych
pokoikach z łóżkiem, stoliczkiem i krzesłem. One też ładne, ale
ubrane najczęściej śladowo, w sznurki i koronki. Gładkie, zgrabne
ciała, zadbane, zachęcające. I, pardon, jak dla mnie wszystkie
kurwy, jedna lepsza od drugiej. Bo kurwa to nie zawód, kurwa to
charakter. Zawód to prostytutka i one oczywiście wszystkie wykonują
ten zawód, ale ja już jestem duży chłopiec i słabo niestety
wierzę w te łzawe historie o niewinnych barmankach podle oszukanych
i zmuszanych do nierządu. Oczywiście, że takie przypadki się
zdarzają, podobnie jak idiotki, które wierzą w to, że za
rozlewanie drinków w barze będą zarabiać 100 euro za godzinę,
ale przy tym napływie chętnych do prostytuowania się młodych,
ładnych dziewczyn z całego świata nie bardzo jest chyba potrzeba,
by sobie alfonsi życie utrudniali. Z niewolnika nie ma pracownika,
zatem na pewno lepsza jest taka, która to chce i lubi robić.
Dlatego jestem przekonany, że zdecydowana większość tych
dziewczyn, obstawiam w ciemno 90%, to kurwy z wyboru, nie z
konieczności. Tak jest łatwiej, tak się zarabia dużą kasę, a w
ogóle to przecież bzykanie jest przyjemne i nieszczególnie
skomplikowane, więc o co całe halo?


Różni zwiedzają. Tacy starsi panowie
jak ja i mój fiński kolega, ale też pełno młodych chłopaków,
małżeństw. Chodzą i nadziwić się tym kurwom nie mogą. Co tu
dużo gadać, jeden wielki kurwidół, seks, narkotyki, piwo, wóda.
Zobaczyłem co miałem zobaczyć i ruszyłem na dworzec.


Jeszcze ekstra schłodzony Heineken w
barze w hotelu i lulu. Rano robota, po południu samolot do
Luksemburga.

A Luksemburg to zupełnie inna
historia.

Podróżowanie w nowe miejsca
samolotem ma jeszcze tę zaletę, że się od ogółu do szczegółu
płynnie przechodzi.

Najpierw masz kompleksowy punkt
widzenia na całość.

Jak się z tej perspektywy
prezentuje Holandia i okolice Amsterdamu? Imponująco.


Krajobraz w 100% stworzony przez
człowieka. Niezliczone kanały, na których statki, barki, żaglowce,
linie brzegowe równiutkie, wszystko zagospodarowane, autostrady,
drogi i dróżki, działki równo podzielone, w obejściach
schludnie, boiska piłkarskie, domy, osiedla, cywilizacja.

Pracowity naród, nie ma to tamto.
Widać setki lat systematycznej harówki (wydzierali ziemię morzu,
sami sobie kraj tworzyli!). Szklarnie tam hektary zajmują! Ziemie
ciągle nawodnione – nic dziwnego, że to mocarstwo rolnicze,
chociaż kraj mały. Wiatraki przepompowujące wodę (znaczna część
kraju znajduje się poniżej poziomu morza), zostały zastąpione
przez produkujące ekonomicznie niezasadnie drogą energię
elektryczną ekologistyczne maszynki do mielenia ptaków. To właśnie
Europa w XXI wieku. Kiedyś wiatraki stawiano w Holandii, bo były
potrzebne i pełniły ważną i niezbędną z punktu widzenia
społeczności rolę. Dziś wiatraki się stawia, bo obowiązującym
dogmatem wiary jest w UE hipoteza o globalnym ociepleniu pochodzenia
antropogenicznego. Na tym polega postęp, wyryczą zgodnie jednym
gardłem konsumenci jedynie słusznej papki medialnej. Jest tylko
polityka, sensu i użyteczności brak. Lemingi o sformatowanych
fałdach szarej substancji mózgowej płacą więcej i popierają, bo
taka jest dziejowa konieczność dziejów. Marks i socjalistyczna
logika inaczej górą.


Lotnisko Schiphol znajduje się ok. 20
km od miasta i samo w sobie jest oddzielnym tworem. Tu 80 tys. ludzi
dzień w dzień pracuje. Lotnisko potężne, jedno z większych na
świecie, w nim wielkie centrum handlowe, obok biurowce, pod
lotniskiem dworzec kolejowy i pociągi z wagonami dla uczulonych na
ludzką mowę, okolica gęsta od hoteli. Do każdego hotelu bez
dodatkowych opłat zasuwają wahadłowe busiki.


W niedzielę wylądowałem późno,
więc się nie napinałem, wypiłem piwo w barze w hotelu obok i
poszedłem spać.

Hotel Etap jest tani, ale projektowano
go jako więzienie i dopiero w ostatniej chwili zmieniono zdanie i
zamiast więźniów do środka wpuszczono jeszcze nie skazanych. Nie
ma kart do cel, jest wbijany z klawiatury PIN. Płatne z góry.
Śniadanie bez talerzy, na zadrukowanej kartce papieru bezpośrednio
na tacy, do wyboru dalece przetworzona wędlina mięsna, prawie że
żółty ser, jajko na twardo, podła kawa, sok, płatki, siakieś
pieczywo, jabłko i kiwi.

Tak wygląda cela. Plastikowy prysznic,
miniaturowy wychodek, brak szafy, piętrowa prycza.

Polscy robotnicy gwarnie konsumują
kupione w dyskoncie piwo na tarasie. Nie mam nic przeciwko. Im
taniej, tym lepiej i ja to, jako konsument, popieram.

Hotel obok to Ibis, tej samej sieci,
ale jakościowo półkę wyżej. Tam był bar i cywilizacja.


W Amsterdamie mistrzostwa Europy w
strzelaniu z łuku. W hotelu uwięzione zostały reprezentacje
Polski, Austrii, Litwy, Rosji, Ukrainy, Bułgarii. Tyle chyba
wyczaiłem. Rano przed wejściem polski reprezentant jarał szluga i
opowiadał koleżance i trenerowi jak to nie usnął w nocy, bo się,
cytuję, wysrać nie mógł. Miałem podjeść, zapytać, czy
upolowali jakiegoś królika, bo ich w okolicy Schiphol Amsterdam
Airport sporo kica, ale po takim dictum zrezygnowałem. Potem
chciałem pożyczyć od kogoś łuk, żeby powystrzelać takie
czarno-białe, skrzeczące pierzaste skurwysyny z czerwonymi dziobami
(nie bociany, mniejsze są i bez przerwy piskliwie szczekają), ale
ponieważ z natury jestem nieśmiały, to się nie odważyłem.


Od rana robota. Pedantyczni i
poukładani, uporządkowani, od do, wszystko na kancik. Robotę
trzeba zrobić dobrze i tyle. Takich oryginalnych Holendrów
poznałem.


Wieczorem Amsterdam.

Najpierw podwójnie cichobieżny
pociąg, a potem miasto.


Co ja mogę mieć do powiedzenia o
mieście, po których chodziłem ze trzy godziny, a godzinę
przesiedziałem przy stoliku w knajpie na Placu Rembrandta?

No nic mądrego, jak zresztą o każdym
innym mieście, w którym byłem przez chwilę. Zatem opowiem, ok?


W części miasta w okolicach dworca
centralnego i pierwszych kanałów jest ludno, gwarnie, chodniki
brudne, mnóstwo emigrantów.

Wszędzie, ale to naprawdę wszędzie
rowery.

cdn.

 

W młodości wiele podróżowałem
pociągami. Polskimi, bo ja jestem Polak z krwi i kości. Kiwanie w
rytm stuku tuk, to był dla mnie chleb codzienny. Gdy w wieku lat
dwudziestu po raz pierwszy przejechałem się pociągiem z szyldem
Deutsche Bundesbahn, nie posiadałem się ze zdumienia. Nie kiwało i
nie stukotukotało.


Potem jeszcze kilka razy jeździłem
pociągami w innych krajach. Hiszpańskie, szwedzkie, brytyjskie czy
włoskie też nie stukotukotają.

A od poniedziałku wiem, że
holenderskie nie robią tego podwójnie. Gnają z gracją i
bezszelestnie jak kot na kółkach.

Zatem wygląda na to, że technologia
jest w pełni opanowana. Biali ludzie wiedzą jak budować tory, po
których pociągi poruszają się z prędkością większą niż 40
km/h i przy tym z nich nie wypadają…

Niesamowite, prawda? Gdy jest się
Polakiem takie cuda trudno sobie nawet wyobrazić…


Ale dlaczego holenderskie pociągi są
wyciszone podwójnie, zapyta uważny czytelnik, który pamięta
jeszcze co napisałem kilka zdań temu?

A bo wsiadłem, niechcący jak sądzę,
do wagonu, który na każdej szybie miał wypisane „Stilte”. Co
znaczy w języku tubylców „Zamknij mordę”. Jak niechcący w
takim wagonie kichniesz, to współpasażerowie milcząco wyrzucą
cię do kanału na najbliższym zakręcie.

Po prostu nie do wiary. Trzydzieści
osób w wagonie i nikt nawet cichego bąka nie puści. I górą też.
Ani mru mru. Tadka hau hau. No nic. Cisza.

Myślę, że Holendrzy podróżujący
wagonami z napisem „Zamknij mordę” na oknach, podczas
przejażdżki doznają swego rodzaju przeżyć mistycznych. Skoro w
kolejowym wagonie zachowują się jak w kościele, to coś musi być
na rzeczy.

Może być też i tak, że na tej
właśnie trasie, w tym właśnie kierunku jest wielu medytujących.
Przed wizytą w przedsionku do piekła, niejeden zimnokrwisty łotr
rachunek sumienia zrobi.


Jaki to kierunek?

Amsterdam Centraal.


Ale zanim tam wrócimy, wróćmy do
początku. Mamy czas.

Że nie ma do czego wracać, bo nic
jeszcze o początku nie było? Bywa. Ale przecież zawsze musi być
jakiś początek, nieprawdaż?


Na początku był samolot.

Zbieg okoliczności (brak wolnych
miejsc) sprawił, że w klasie Europe Business, nie Economy, jak
zwykle. Trafiło się ślepej kurze ziarno. Wracałem już po ludzku,
ekonomiczną.


Zaczynam dostrzegać coraz więcej
zalet latania samolotem. A w zasadzie to dostrzegam jedną, ale za to
bezwzględnie rozstrzygającą jego korzyść.

Szybko jest. W try miga.

Ale na krótkiej trasie (takiej jak
Warszawa-Amsterdam z KLM) zalet płacenia dodatkowej kasy za klasę
Europe Business, w której, ekhem… (dyskretnie i z gracją
przysłaniam usta zwiniętą w luźną pięść dłonią), prawda,
zdarza mi się ostatnio podróżować, już nie dostrzegam. Może na
długich trasach jest inaczej i się to jakoś kalkuluje?

Co z tego, że jest osobna odprawa bez
tych kilku osób przed tobą, skoro samolot i tak będzie czekał na
ostatniego pasażera i wcześniej nie odleci? Wszyscy wylatujemy o
tej samej godzinie, niezależnie od klasy.

Co z tego, że siedzisz z przodu za
zasłoną? No co?

Że gazetę ci dali? Wielkie mi co!

Co to za ekstra dodatek w postaci
ciepłego, wilgotnego ręczniczka do przetarcia twarzy i dłoni? Ile
to warte? Dwa złote?

Co mi po ciepłym jedzeniu na
pokładzie, jeśli smakuje to jak w najpodlejszej chińskiej budzie
na bazarze, a wygląda jeszcze gorzej, na dodatek nie sposób tego
wygodnie zjeść, bo to nie restauracja tylko samolot. Po drugiej
stronie zasłonki rozdają kanapki i to jest właściwe jedzenie do
samolotu na krótkiej trasie.

Piwo i wino rozdają też w
ekonomicznej, jeśli podawanie alkoholu, a nie tylko wody, soczków i
koli ktoś uznałby za wyjątkowy przywilej.

Plusem byłby specjalnie i szybciej
traktowany bagaż, gdyby nie to, że moja oznakowana naklejką
„Priority” walizka wylądowała na taśmociągu razem z innymi,
które nie miały takich oznaczeń. Zresztą sam bagaż można nadać
jako „Priority” i nie trzeba płacić za resztę.

Mówię Wam, na krótkich trasach
absolutnie nie warto i nie ma za co dopłacać fortuny.


Swoją drogą im więcej patrzę na
stewardesy i stewardów tym bardziej im tej nudnej roboty
współczuję. Kelnerka, sprzątaczka, służąca i behapowiec w
jednym, codziennie to samo: przygotowanie do lotu, serwowanie napojów
i posiłków, sprzątnie, a potem spanie w tanim hotelu tuż koło
lotniska i od rana ta sama karuzela. Beznadziejna robota.


Starczy wstępów. Lądujmy.


cdn.

Zdjęcia częściowo robione komórką, bo się bakteria w aparacie wyłopotała. Ostrzegałem, że jak zwykle słabizna. Umiem pisać, nie zdjęcia robić.


Rynek starego miasta, pomnik Husa. Siedzą.


Rynek starego miasta. Siedzą.

Czy ktoś potrafi wytłumaczyć dlaczego przepiękną fasadę gotyckiego kościoła Panny Marii przed Tynem zasłonięto dwoma kamienicami, nieszczególnej urody (jak elewacje-dekoracje z dykty w westernie)!? Barbarzyństwo!

Słynny zegar Orloj na Ratuszu.


Nikt z tych ludzi nie wie co pokazuje ten zegar (ze mną włącznie, żeby nie było), ale ma 600 lat i o równej godzinie figurki Śmierci, Turka, Próżności, Chciwości i dwunastu Apostołów kiwają główkami i kończynami, a trębacz trąbi z góry, więc nie ma to tamto – trzeba zobaczyć. Dlatego tłum.


Praga, stare miasto. Piękne kamienice, mnóstwo ludzi chodzi po bruku.

A pan po lewej taaaką wielką rybę złapał. Pani oniemiała z zachwytu.
 


Podobnych pereł bezlik.


Uliczka, piękne elewacje, bruk, człowieki. Dużo człowieków.


Bywa i tak.


Bonus. Widok z dachu biurowca i dla koneserów drycoolery zraszane wodą. :-)


Podróże kształcą tylko wykształconych, a ponieważ jestem wybitnie wykształcony do przodu na brzuchu, to po każdej podróży dokształcam się jeszcze bardziej. Praga nie była wyjątkiem.


Czego nauczyła mnie trzydniowa wizyta w Pradze? Kilku rzeczy.


Okazało się, że znam kolejny obcy język. Podejrzewałem to od pewnego czasu, ale teraz się przekonałem. Trzy dni spędzone w Pradze i już to wiem na pewno.

Mówię po czesku.

Chociaż nie wyraziłem się zbyt precyzyjnie. Czeski nie jest językiem obcym. Polacy po prostu rozumieją czeski i wystarczy do tego odrobina dobrej woli i skupienia.

Kiedy czytam w czeskiej gazecie „Ruské letadlo zmizelo z radaru” to od razu wiem, że była katastrofa rosyjskiego samolotu, nieprawdaż?

Teatr to po czesku „divadlo”, ale w drugą stronę to nie działa i na coś dziwnego nie mówimy wcale teatr. Wystarczy zapamiętać tę zasadę i reszta jest z górki. Oglądać coś to „divat se”, ale oglądać to wcale nie znaczy „dziwić się”. Proste.


Pisałem już kiedyś o mojej miłości do czeskiej policji.


http://badziewiaki.blog.pl/reminiscencje-z-wakacji-w-chorwacji-odc-4,15064840,n

Pierwsze wrażenie robi się tylko raz, jak mawiali babilońscy mędrcy.

Na lotnisku, sympatyczny i uprzejmy funkcjonariusz lokalnego reżimu za pomocą nosa psa rasy cywil obwąchał moje krocze i teczkę z laptopem. Tak po prostu podszedł bez pytania i bezceremonialnie, kurwa, obwąchał. I tak po kolei wszystkich oczekujących na walizki przy taśmociągu. Uroczy doprawdy zwyczaj.

Jak to jest? Nie powinien najpierw grzecznie spytać, tudzież uprzejmie poinformować o swoich zamiarach? A nie, na chama podchodzi i wącha.


Po odebraniu bagażu wsiadłem do taksówki i zapytałem o możliwość płatności kartą.

No kard, no kard, kesz only” powiedział uprzejmy taksówkarz, będący bratem bliźniakiem znanej holyłudzkiej gwiazdy o przydomku Ron Dżeremy.

Nie mam gotówki, mam tylko kartę” odparłem zabierając się do wysiadania. „Ok, ok.” rzekł zrezygnowany taksówkarz i ruszył.

Byłem ciekawy jak to się rozwinie. Nie akceptuje kart płatniczych, a zgadza się na kurs bezgotówkowy. Wyższa logika.

Z praskiego lotniska w okolice hotelu na starym mieście jedzie się z pół godziny. Cwaniak miał antyradar, który ostrzegał go o suszarkach. Dojeżdżamy do hotelu. Wyciągam kartę w kierunku kierowcy, który wyciąga z podłokietnikowego schowka terminal i pyta ile napiwku ma doliczyć do rachunku.

Na pytanie dlaczego się do tego nie przyznał odparł, że musi potem czekać 10 dni na kasę, więc ma w dupie terminale.

W ogóle kartą w nielicznych miejscach można zapłacić i to nie dlatego, że oszukują jak taksówkarz, ale dlatego, że zwyczajnie terminali nie mają. Gotówka i już.

Ale kiedy wpadłem na idiotyczny jak się okazało pomysł wymiany złotówek na korony w kantorze, uprzejmy kasjer spytał czy jestem Polakiem. Gdy odparłem, że tak, z uśmiechem na twarzy dowalił do transakcji jakieś 20% „poplatku”. Może oni cały czas za anszlus Zaolzia się tak mszczą?

Za to przy wypłacie gotówki z bankomatu nie ma żadnego bandyckiego „poplatku”.


W hotelu za korzystanie z wifi dodatkowa opłata. Tak jest, należy trzymać standard! W końcu XXI wiek zobowiązuje.


Praga to taki Kraków zmiksowany z Wrocławiem. Tylko bardziej kosmopolityczna jest.

Sklepy z wódą, jak w Londynie, prowadzą ludzie o śniadej karnacji. Podczas spaceru przez rynek i okolice wieczorową porą byłem nagabywany przez piętnastu murzynów, by koniecznie odwiedzić „pussy palace”. Doprawdy wyglądało to jak w „Od zmierzchu do świtu”.

On mnie tam za darmo wpuści, a jak mi się nie spodoba to sobie pójdę. Nie chcesz cipek? To może maryśkę chcesz zajarać? Wszystko 20 metrów od stojącego na rynku radiowozu.


Turystów mrowie, czysto, elewacje odnowione, wszędzie elegancki bruk. Miasto ma ewidentnie duszę, w przeciwieństwie do takiej np. Kopenhagi, po której szwędałem się ze trzy tygodnie temu i która jest schludna, antyseptyczna i nic poza tym.


Czesi jedzą dużo mięsa, które podają z ciemnym sosem pieczeniowym, pyszną duszoną kapustą (modrą i białą) z kminkiem oraz całkowicie niestrawnymi knedliczkami. To plastry miękkiej, mokrej buły. Nie da się tych knedliczków jeść. Za to pieczoną szynkę, gulasz, wołowinę, paprykową kiełbasę, gęś, kaczkę już i owszem. Podobnie jak zasmażany ser. I zamiast tych knedlików już lepiej placki ziemniaczane wziąć. Albo sałatkę ziemniaczaną.

Piwo kochają i są święcie przekonani o tym, że mają najlepsze na świecie. Nie kłócę się. Smak ok, ale dla mnie piwo w woltażem w okolicach 4% jest lurowate. Grzecznie zatem, podczas jednego z obiadów w gospodzie, wytłumaczyłem moim kolegom (ja tam służbowo byłem, zwiedzanie po pracy, wieczorami), że wiele nacji tak samo twierdzi: Niemcy, Angole, Belgowie, Duńczycy… Raczej nie przyjęli tego do wiadomości. Czeskie piwo jest najlepsze, koniec rozmowy. Dlatego piją je non stop. Piwo w czasie lanczu to normalka. A w gospodzie obok białych kołnierzyków piwo piją budowlańcy w upapranych zaprawą kombinezonach.


Pytałem dlaczego się ze Słowakami rozdzielili? Podobno o kasę poszło. Czechów jest 10,5 mln., Słowaków 5,5 mln., ostatnim prezydentem Czechosłowacji był Słowak i on finanse państwa dzielił 50/50. Połowa dla Czech, polowa dla Słowacji. To się wkurzyli. Tak to wygląda w wersji moich czeskich kolegów. Jak wygląda w wersji Słowaków nie wiem, ale rad bym się dowiedzieć. I idę o zakład, że to jest inna historia.


Obserwacja krajobrazu zarówno przez okno samolotu jak i przez okno samochodu podczas podróży do Brna i z powrotem, uświadomiła mi, że pokaźną część zasiewów stanowi rzepak, zwany w tubylczym narzeczu, zdaniem moich kolegów, rzepką (pisze się to po czesku repka, tyle, że nad r jest odwrócony daszek i dlatego czyta się rzepka – mówię Wam, kilka prostych zasad i zasuwacie po czesku), chociaż internetowy słownik mi podpowiada, że to olejka.

Opłaca się, bo państwo do biodiesli dopłaca. Uwielbiam socjalizm. Nie sieją pszenicy tylko rzepak, bo tak chce państwo. A że potem mąka i chleb droższe? Oj tam, oj tam.


Komunikacja metrem jak najbardziej bezbolesna. Stacje niewypasione i ciut zaniedbane, ale trzy linie połączone z siecią tramwajową dają świetnie radę. Mapki logiczne i zrozumiałe.


Konkludując.

Piękne miasto – mnóstwo zabytków, kupa fajnego zwiedzania. Łatwo się po nim poruszać – przyjazne dla turystów. W harmonii z rzeką, po której można popływać promem. Smaczne piwo i treściwa, konkretna kuchnia (a hot dogi to parek w rohliku). Jeśli bilety z wyprzedzeniem zamówić to ze cztery stówy z Warszawy wychodzi, a sam lot krócej niż godzinę trwa. Ceny jak w Polsce, w knajpach nawet taniej.

Naprawdę świetne miejsce na kilkudniowy wypad. Na 100% taki z rodziną zaplanuję i odbędę.


Zdjęcia jakieś upaprałem. Może wrzucę, może nie.


Aha, w piątek poranną porą wracałem jednym samolotem z Adamem Michnikiem, który jest stary, gruby, brzydki i jara non stop swojego elektronicznego cygareta. Zatem jeszcze bardziej tego szkodnika nie lubię.


  • RSS