Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 4.2012

„Nietylkalni”. Film francuski i po francusku, ale nie tylko dla Francuzów. 




Bohaterów głównych jest dwóch. Nieprzyzwoicie bogaty i rdzennie francuski arystokrata, esteta, koneser sztuk pięknych, sparaliżowany od szyi w dół i cierpiący rozmaite katusze natury nie tylko egzystencjonalnej oraz senegalski emigrant, od dziecka we Francji, pomieszkujący na przedmieściach Paryża wśród licznej rodziny i kumpli od flaszki i skręta, drobny złodziejaszek i kryminalista, który uczciwą pracą jeszcze nie miał się okazji zająć. 

Utrzymaniem kaleki w jak najlepszej kondycji zajmuje się ekipa sowicie wynagradzanych fachowców (pielęgniarki, terapeuci, sekretarka, ogrodnik, służący, kucharz itd.), jest tylko wakat na kluczowym stanowisku osoby, która chorym opiekuje się cały czas, czuwa w nocy, karmi, przewija czy wozi tam gdzie sobie arystokratyczna dusza zażyczy. Robota na pełny etat, 24 h, 7 dni w tygodniu. 

I nasz senegalski emigrant tę robotę dostaje, mimo, że kwalifikacji nie posiada żadnych. O tym, że zdaniem samego zainteresowanego będzie się do pracy nadawał zdecydowała bezpośredniość, brak wymuszonego współczucia, którego niepełnosprawny ma zwyczajnie dość oraz wrodzona bystrość i krzepa. 




W tym momencie właśnie rozpoczyna się „romans” dwóch ludzi z dwóch innych światów. Dlaczego romans, choć nie ma w nim żadnego erotycznego podtekstu? Bo zaczyna się głęboka zażyłość dwóch ludzi, zaczyna się fascynacja i zadziwienie drugim człowiekiem, wzajemne poznawanie, zaskakiwanie, spory i dochodzenie do porozumienia, wzmacniane przy tym wymuszoną głęboką fizyczną zależnością (powtórzę, absolutnie bez żadnego kontekstu homoerotycznego – obaj panowie są zdeklarowanymi heteroseksualistami). I przeciwieństwa się naprawdę przyciągają. Chamowaty, ale prostolinijny i bezwarunkowo szczery chłopak z przedmieść kruszy stworzony wokół arystokraty konon i pozwala mu przemóc strach i pokonać własne ograniczenia. A drobny rzezimieszek uczy się odpowiedzialności, ciężkiej i uczciwej pracy, nabiera ogłady i poznaje inny świat, który pozwala mu uciec z przestępczego marginesu przedmieść. 




Czym mnie film urzekł? 

Fenomenalną i przekonującą grą obu głównych bohaterów. Zwłaszcza czarnoskórego Omara Sy, na którego talencie komediowym opiera się siła filmu i dzięki któremu film jest naprawdę zabawny, mimo, że niektóre żarty ocierają się o granicę dobrego smaku. 

Bezpośredniością i bezpretensjonalnością w opowiadaniu o zmaganiu się z własnymi ograniczeniami. I życie bogatego kaleki, i życie ubogich emigrantów, przedstawione są bez zbędnej ckliwości. 

A na dodatek film szydzi z koneserów tzw. sztuki współczesnej. No cymesik! 




Polecam.

W roli głównej Lenka, lat 5, córka Rymasza, filozofa samouka.
Leży na sofie w salonie i podśpiewuje pod nosem: „Taki mały, taki duży, może świętym być”.
Zamyśla się na chwilę. „Hmmm, ale co to znaczy być?”.


Nie dowiedziałem się niestety co to znaczy, bo byłem zajęty próbą niezakrztuszenia się popijaną herbatą. 5 lat. Słownie: pięć!
Będą z niej ludzie. :-)


*


Biegli powołani przez sąd socjalistycznej Norwegii zastanawiają się czy Anders Breivik jest poczytalny czy też może pierdolnięty, czyli niepoczytalny, wobec czego należy go traktować jak niekontrolującego emocji  idiotę, a nie jak świadomego popełnianego czynu mordercę.


Anders Breivik zbudował w pełnej konspiracji bombę, zainstalował ją w zaplanowanym miejscu, a po jej terminowej detonacji udał się na świadomie i z premedytacją wybraną wyspę pełną nieuzbrojonych dzieciaków i rozpoczął z całkowicie zimna krwią bezlitosną rzeź. Gdy wreszcie po dwóch tygodniach na wyspę udało się dopłynąć uzbrojonym funkcjonariuszom socjalistycznej Norwegii, Breivik grzecznie się poddał, podnosząc łapy i odrzucając broń.


Biegał w koło z siekierą belkocząc? Niekoniecznie.
Zamordował człwoieka w afekcie i zwiał? Nie bardzo.


Zaplanował rzeź od A do Z i doskonale się sprawił realizując zamiary.


Gdyby socjalistyczna Norwegia była normalnym państwem prawa w kręgu cywilizacji białego człowieka (nie ma już czegoś takiego niestety), tego skurwysyna na dzień dobry brutalnie i nie szczędząc mu bólu i cierpienia by przesłuchano, usiłując się dowiedzieć czy działał sam, czy też w szajce. Że niehumanitarne? Ta bezlitosna kanalia swoim czynem wykluczyła się z kręgu ludzi cywilizowanych, wobec czego nie wolno go jak cywilizowanego człowieka traktować. Należy traktować takie odpady jak wroga cywilizacji. Po uzyskaniu stosownych zeznań sąd na trwającym kwadrans posiedzeniu, skazałby bandytę na publiczną karę śmierci. Przeprowadzony przez Oslo boso i w kajdanach Breivik zostałby potem w normalnym kraju publicznie zelżony, upokorzony i powieszony, a transmisję na żywo miałby możliwość obejrzeć każdy chętny.


A norwescy biegli głowią się wciąż, czy bydlę, które z zimna krwią, realizując precyzyjnie rozpisany plan, zamordowalo 77. ludzi jest poczytalne czy nie nie jest.
Raz im wychodzi, że tak, drugi, że nie.
Chore.
Oczywiście, że był poczytalny i oczywiście, że jest pierdolnięty. Dlatego jedynym rozsądnym wyjściem jest skazać go na śmierć. Publiczną. Ale w „cywilizowanych” i „humanitarnych” europejskich krajach takie rzeczy nie przejdą, bo to niezbyt estetycznie traktować ludobójcę jak ludobójcę.


Telewizor mu do celi wstawcie i dostęp do internetu dajcie. I wypuśćcie na wolność za 25 lat.
Chora Europa.


*


10 kwietnia 2012.
Druga rocznica katastrofy rządowego Tupolewa.


Całe oficjalne obchody w pizdu, w mediach ostał się tylko PiS i Jarosław Kaczyński.


Pojechał po bandzie, nie? Oszołom jeden.
Tyle, że niestety ma rację.


Tak, przyjmowanie i potwierdzanie rosyjskich kłamstw było haniebne.
Tak, niepodejmowanie przez polskie władze najbardziej podstawowych obowiązków było haniebne.
Tak, to co zrobił Tusk i jego rząd w sprawie niewyjaśnienia przyczyn katastrofy rządowego samolotu w Smoleńsku to jest hańba i zdrada polskiej racji stanu.


Inaczej tego nazwać nie umiem i choć Jarosława Kaczyńskiego szanuję tak samo jak każdego polityka w tym kraju, to dziś jego słowom nie zaprzeczę.
Hańba.
„Coście skurwysyny uczyli z tą krainą?”

Dostałem dziś list z Włoch. Napisał go do mnie szef straży miejskiej z Pizy, doktor Massimo Bortoluzzi. Bardzo lubię dostawać listy i bardzo nie lubię straży miejskiej.


Straż miejska to taka quasipolicyjna formacja, której zadaniem jest zasilanie kasy miejskiej poprzez rozmaite represjonowanie ludności cywilnej przebywającej na terenie miasta. Nie zajmują się ściganiem bandytów. Zajmują się ściganiem cywilów korzystających z przestrzeni publicznej za pomocą prywatnych automobilów. Pracę mają przyjemną i niestresującą, jak to poborcy podatkowi. Wesołe jest życie urzędnika. Dnie spędzają na spacerach i na spisywaniu numerów samochodów, których kierowcy nie opłacili haraczu za użytkowanie miejskiego chodnika, tudzież ulicy. Ustawiają w rozmaitych miejscach dobrze zamaskowane fotoradary i wykonują fotografie, za które pobierają potem słone opłaty i takie tam. Hycle, tyle, że na ludzi. Weź i miej hycla w poważaniu.


Raz jeden, z 10 lat temu, miałem przyjemność porozmawiać ze strażnikiem miejskim przy pracy. Była to dokładnie strażnika (minister – ministra, strażnik – strażnika), która właśnie odchodziła od mojego samochodu, po uprzednim wsadzeniu karteczki za jego wycieraczkę. Zmiąłem karteczkę i w niewybrednych słowach ogłosiłem publiczności składającej się z żony i strażniki, jak ja to kurwa pierdolę takie mandaty i co ja kurwa z nimi robię, bo moim zdaniem w sobotę za parkowanie się nie płaci (myliłem się wtedy w Warszawie), po czym koszykarskim rzutem, z podręcznikowym zamknięciem nadgarstka (lata treningu), wyrzuciłem mandat do kosza. Żona zbaraniała, choć wiedziała przecież, że w podobnych chwilach emocjonalnego uniesienia polszczyzna ma niewybredna i kwiecista się staje, a ze światem komunikuję się głosem raczej podniesionym. Niewątpliwie wada, ale któż jest jest bez wad? Zaletą jest to, że emocje opadają zaraz i całą sprawę natychmiast zlewam. Chuj im w dupę faszystom, co ja mogę? Strażnika też zbaraniała. My zaś wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy w siną dal.

Najdziwniejsze jest to, że cała ta historia nie miała ciągu dalszego. Ani za parkowanie bez zapłaty za użytkowanie chodnika, ani za obrazę urzędniki wykonującej obowiązki służbowe.


Doktor Massimo Bortoluzzi raczył był do mnie napisać w związku z faktem iż dnia 5 września 2011 o godzinie 14:24 popełniłem przestępstwo polegające na „circolava nella zona a traffico limitato di autorizzazione”. Wjechałem na uliczkę bez zezwolenia. Nawet wiem w którą, chociaż póki co nie mogę wydłubać ze strony straży miejskiej w Pizie zdjęcia będącego dowodem w sprawie. Strona jest tylko po włosku, podobnie jak po włosku był napis informujący, że nie mam wstępu do „zona a trffico limitato”. Mimo braku zdjęcia wiem nawet jak popełniłem przestępstwo. GPS mnie poprowadził taką a nie inną trasą w drodze do Luki (Lucca). A ja bezmyślnie go posłuchałem. Maszyna mnie tam zaprowadziła, maszyna mnie namierzyła i zidentyfikowała („controllo elettronico degli accessi in zona a traffico limitato”). Matrix, kurwa. Terminator i Skynet.


To nie jest tak, że uważam, że można parkować w mieście na pasach albo na środku skrzyżowania. To jest tak, że uważam opłaty za korzystanie z jezdni i chodnika za kolejny haracz socjalistycznego okupanta. A jak nauczą maszyny rozpoznawać twarze, to straż miejska wprowadzi opłaty nie tylko za jeżdżenie i parkowanie, ale również za spacerowanie i siedzenie na ławce. Zobaczycie. Kwestia czasu.


A niewątpliwa przyjemność poruszania się jednokierunkowymi, ciasnymi uliczkami starego miasta w Pizie kosztować nas będzie 121 Euro. Po zniżce. Kurwa jego mać.


  • RSS