Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 3.2012

Umiejętność powstrzymania się od
mówienia rzeczy, których lepiej nie mówić, to sztuka, której nie
opanowałem. A skoro nie opanowałem jej do tej pory, to nie opanuję
jej już nigdy.

A szkoda.


Najbardziej boleśnie odczułem tę
swoją wadę gdy po powrocie z fabryki opowiedziałem Lepszej Połowie
w ósmym miesiącu ciąży, historię usłyszaną kilka godzin
wcześniej od koleżanki. Koleżanka skarżyła się jak bezmyślny
jest personel szpitalny, bo po porodzie położyli ją i jej zdrowe
dziecko na sali z kobietą, której dziecko urodziło się niewidome
i z poważną wadą serca. Mama chorego maluszka cierpiała podwójnie
obserwując niczym niezakłócone szczęście mamy maluszka zdrowego.
„No wyobraź sobie tylko!”, zakończyłem relację, ale odzewu
nie było. Lepsza Połowa łkała. Przerażona roniła łzy,
powtarzając: „A co, jak nasze dziecko urodzi się tak chore…”.

Powiedzieć, że poczułem się jak
skończony idiota, to powiedzieć zdecydowanie za mało. Nie
opowiada się kobietom w zaawansowanej ciąży takich historii!!! Nie
i już. Ja co prawda opowiadałem z myślą i akcentem położonym na
zupełnie co innego, ale było przewidzieć, co przykuje uwagę żony.
Dureń z atrofią empatii, o tak, dokładnie to o sobie pomyślałem.

Było się najpierw zastanowić i
pomilczeć, oj było.


Potwierdziło się to, gdy kiedyś
podczas firmowego spędu wysłuchiwaliśmy pełnej przejęcia i
dobrych chęci prelegentki, która opowiadał, jak w naszej fabryce
dbamy o dobre traktowanie pracowników i walczymy z molestowaniem i
dyskryminacją. Jest specjalny numer telefonu, pod który każdy taki
przypadek pracownik może zgłosić. Idea słuszna, ale ja znów
musiałem dodać coś od siebie. Podniosłem rękę. „Tak słucham”
życzliwie zagadnęła prowadząca. „A gdy mamy taki przypadek, że
przełożony ma pięć pracownic i cztery cały czas molestuje, a
jednej ani razu, to co powinienem zgłosić? Molestowanie czy
dyskryminację?” zapytałem, zachowując śmiertelną powagę.
Kumple zarechotali. Prowadząca zachowała kamienną twarz i
kontynuowała wykład. Przechlapałem sobie na stałe nie tylko u
niej.

A przecież wystarczyło się
powstrzymać.


Dzieci to czyste kartki, które
zapisujemy sobą. Wcześniej czy później każdy się o tym
przekona.

Dziś rano moja pięcioletnia córka
zapytana przez mnie po śniadaniu czemu nie idzie myć zębów skoro
już zjadła i na co jeszcze czeka, odparła niewinnie: „Na
oklaski”. Od kogo ona się tego nauczyła? U kogo to podsłuchała?
U własnego ojca, tak, tak.

Ech…

Feministka Kazimiera Szczuka rozprawiła się z zawodami w piłce kopanej. „To jest samczy, infantylny i idiotyczny kult igrzysk, które nie mają żadnego celu poza tym, żeby mężczyźni mieli frajdę” – wypowiedziała swą opinię na temat Euro 2012 i trudno się z panią Kazimierą nie zgodzić, co jest o tyle niezwykłe, że nikomu rozsądnemu i przyzwoitemu nie zdarza się zbyt często.

Tak jest, mistrzostwa Europy w kopaniu nadmuchanego pęcherza organizuje się dlatego, że niezrozumiale wielu mężczyzn znajduje niezrozumiałą przyjemność w obserwowaniu 22. facetów uganiających się za niewielką, plastikową sferą po zielonym boisku. Co więcej, ci mężczyźni płacą kupę szmalu, aby mecze na żywo oglądać. A jeszcze więcej samców pod pojęciem czynnego uprawiania sportu rozumie nie bieganie, jazdę na rowerze, grę w tenisa czy machanie hantlami, ale zasiadanie przed telewizorem z baterią piw i wiadrem tuczących przekąsek pod ręką, by występy kopaczy podziwiać, w związku z czym największe światowe korporacje kupę forsy pakują w reklamy nadawane podczas transmisji. Na tyle dużo, że po zsumowaniu piłkarskie rozgrywki to intratny interes, do którego nie dość, że się nie dokłada, to jeszcze się na nim kupę kasy zarabia. Piłkarze, trenerzy i masażyści zarabiają, kluby zarabiają, narodowe federacje piłkarskie zarabiają, FIFA i UEFA zarabiają, telewizje zarabiają, producenci i sprzedawcy sprzętu i gadżetów zarabiają, korporacje zarabiają. Piłka nożna to potężny, dochodowy biznes, zbudowany na infantylnej samczej frajdzie oglądania igrzysk. Tak jest. Potwierdzam. To zupełnie jak cały przemysł kosmetyczny i odzieżowy, który zbudowano na samiczym infantylnym i idiotycznym kulcie wyglądu. Samce homo sapiens mają frajdę oglądając mecze piłki kopanej, tak samo jak samice mają frajdę wyglądając tak, by każdy samiec, który na nie spojrzy poczuł napływ gorącej krwi nie tylko do lic. I jedni, i drugie wydają na swoje hobby majątek, chociaż kobiety nie byłyby sobą, gdyby każdego faceta, gapiącego się w ich przypudrowany i wyeksponowany szczątkowym topem dekolt, tudzież oblepiony cienką, przezroczystą tkaniną tyłek ze sznurkiem schowanym między pośladkami, nie nazwały świnią. Wot, logika. Wypnij i pokaż, a potem zrób focha, bo spojrzał. Ale odbiegam od tematu.

Kazimiera Szczuka też wie, że piłka kopana to biznes i słusznie dodaje, że wydane przez państwo polskie na organizację Euro 2012 „pieniądze są wyrzucone poza społeczne cele”, „nie utrzymamy tych wszystkich obiektów” i „wydaliśmy kupę pieniędzy po nic”. I ja znów się zgadzam! Nie do końca, bo nie wydaliśmy tych pieniędzy po nic, tylko po to, by zorganizować imprezę, na której zarobią po kolei wszyscy, których wymieniłem powyżej, no może poza klubami, chociaż niekoniecznie, bo jakieś gwiazdy na turnieju się wykreują i ten, i ów klub na tym zyska. Ale co zyska państwo polskie? Nierentowne obiekty, na które wydało fortunę. I masę kłopotów oraz pozostałe koszty organizacji. I już, bo infrastrukturę w Polsce trzeba budować i twierdzenie, że tylko dzięki Euro 2012 mamy drogi, których rząd i tak nie skończy na czas, kompromituje to państwo. To co, jak nie byłoby mistrzostw, to budowlańcy mieliby wolne, bo po co budować dobre drogi w Polsce, gdy nie ma ważnych zawodów?

Polska dopłaci do tej imprezy fortunę. Infrastruktury, jako rzekłem, do bilansu nie należy liczyć, bo ta jest potrzebna Polsce jak człowiekowi tętnice, ale stadiony już i owszem liczyć należy. Państwo polskie je z ochotą pobudowało i za chwilę wszyscy się będą zastanawiać co tym fantem zrobić. Być może w przypadku Stadionu Narodowego rzeczywiście jest tak, że sprawdzi się koncepcja centrum biznesowo-usługowego z wielkim atrium pośrodku, na którym można organizować masowe imprezy i czasem pikę pokopać. Koszty inwestycji nie zwrócą się oczywiście nigdy (to jest różnica między inwestorem publicznym (socjalistą), a inwestorem prywatnym (kapitalistą), który musi policzyć te koszty, gdy inwestycję panuje), ale być może jest szansa, że ten obiekt na siebie zarobi. Zobaczymy. Na pewno za to nie zarobią na siebie pozostałe stadiony. Nie ma w Polsce szans na organizowanie takiej ilości imprez wszelkiego rodzaju, by to się mogło udać. Zapłaciliśmy raz szmalu kupę, będziemy dopłacać przez lata.

Nie mam najlepszego zdania o feministkach, ale gdy prawią słusznie, to ja się zgadzam. Taka moja zaleta. Pani Kazimiera trafnie zdiagnozowała, co leży u podstaw komercyjnego sukcesu wymienionych beneficjentów zawodów w piłce kopanej (samczy instynkt) i kto na Euro 2012 poza kibicami wyłoży niebagatelną kwotę, by beneficjenci mogli zarobić (obywatele państwa polskiego). Oczywiście kibice zostawią trochę pieniędzy, więcej zarobią w czerwcu należące do międzynarodowych korporacji hotele, knajpy, browary (wzrośnie też przychód reżimu z podatków) oraz nasze (i importowane) dziwki i nasi alfonsi, i taksówkarze, ale i tak Polska tylko dołoży do biznesu, jaki na imprezie ukręci UEFA. Nawet polska telewizja reżimowa dołoży do transmisji, chociaż licytowała do krwi ostatniej, by prawa do transmisji nabyć, motywując to tym, że prawo do oglądania meczów w niepłatnym kanale jest zapisane w karcie praw podstawowych każdej męskiej szowinistycznej świni.

Ktoś płaci, by zarobić mógł ktoś…


  • RSS