Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 9.2011

Jeśli ktoś ciekawy dlaczego, to zapraszam na mój blog na Salon24.

Rymasz

„Skoro autobus z Tuskiem nazywa się „tuskobus” – to jak powinien nazywać się autobus z Sikorskim?”


http://blog.rp.pl/gociek/2011/09/25/wielka-mucha-sikobus-oraz-kopacz/

Jak ja lubię, gdy mi dobrze humor podwyższyć.

I Włochów, i Austriaków muszę przeprosić. Wracało się ich autostradami więcej niż przyzwoicie. Osądzać je tylko po przyjeździe w sobotę, w pierwszym tygodniu września to niesprawiedliwość.

Moje poprzednie wyliczenia odnośnie średniej prędkości są zatem psu w dupę.

Aczkolwiek południowi Bawarczycy to i tak ździercy.


Zaraz za granicą między południową i północną Bawarią zatrzymaliśmy na kilka dni. Od środy wieczór do niedzieli rano.

Jeszcze nie bardzo wiem co z opowieścią o tych kilku dniach zrobić. Ze względu na jej sentymentalny dla mnie charakter.

Zatem albo ją opowiem tak na dłużej z rozbudowaną częścią reminiscencyjną, albo jej nie opowiem wcale. Zobaczę.


Teraz podsumowanie.


Z urlopu zostało nam zasadniczo tyle.


Na pierwszym planie w lewym dolnym rogu cantuccini, czyli słodkie sucharki z migdałami, specjał toskański. Za nimi, po lewej, oliwy. Trzy bez kartoników (jedna od Fadanellego, już testowana) i trzy z Verrazzano, w kartonikach (na prezenty). Za oliwami sekcja niemiecka, czyli owocowy sznaps na prezent, ze dwa piwa i kilka orzeźwiających radlerów, czyli miksu piwa z lemoniadą (jedyne piwo z domieszką słodkiego jakie toleruję) oraz dwa cydry (bo lubię). Na prawo od cantuccini w białych butelkach sekcja grappy, a między nią i sekcja niemiecką kilka butelek Vin Santo. Z tyłu winka. Luzem i w kartonach. Z Verrazano, z enoteki Vinci, z Monteriggioni. Po prawej, na kartonie z winami z Vinci toskański zestaw upominkowy w torebce: Vin Santo + cantuccini.

Wina z różowymi banderolami to chianti. Różowa banderola + czarny kogucik to chianti classico. Cholera wie, może kiedyś się komuś przyda ta wiedza?


To zwykłe wino, chociaż ze szczepu sangiovese (z winnicy Monteriggioni). Ale sam szczep nie wystarczy. Jeszcze gdzie rośnie ważne.



To chianti. Zwykłe chianti. Czyli przewaga szczepu sangiovese i region Chianti.



A to chianti classico. Szczep, region, zasady. Różowa etykieta tego z Vinci (trzy pierwsze z Verrazzano oczywiście) po drugiej stronie.


Co ciekawe zasady zostały zaostrzone całkiem niedawno, gdy się chianti spsiło.


Różnica jest i w cenie, i w smaku.


No nie. Mam jednak wrażenie, że to nie jest ciekawe. Kogo obchodzi chianti jakieś?


W każdym razie w niedzielę pierwsze siedemset kilometrów po niemieckich autostradach w deszczu. Non stop, tylko natężenie się zmieniało. Ale płynnie, bez przestojów, od Rosenheim do Görlitz. Od Zgorzelca do za Wrocławiem też super, bo autostrada i mają obwodnicę we Wrocku, i stadion, i taki most, że ja cię nie mogę.

Człowiek przez chwilę się czuje jakby w kraju cywilizowanych białych ludzi mieszkał. Czyli tak jak się czuł przez ostatnie dwa tygodnie w Niemczech, Południowej Bawarii i Italii.


Ale potem mu, kurwa, przechodzi.


Pierwsze 800 kilometrów w 8 godzin (z postojem na jedzenie). Drugie 350 kilometrów w 6 godzin. Tak powiedziałem w połowie tych 350-ciu do Lepszej Połowy: „A teraz sobie wyobraź kochanie, że mieszkasz w normalnym kraju i jedziesz autostradą i właśnie wchodzisz do domu.”. Ale ją… zezłościłem.


W sumie to było 73 godziny jazdy. I 4890 kilometrów. Lepsza Połowa orzekła, że od kierowania, to ona ma faceta, czyli męża, więc ja sam w tym deszczu i słońcu…


Na tę chwile powiem tyle, że w Bawarii też były wycieczki. I też piękna ta Bawaria.

Kilka widoczków z okolicy gdzie mieszkaliśmy.

Widok z balkonu naszej sypialni. Przed Państwem Alpy.



 

I na razie tyle. Może dojrzeję, to jeszcze pogawędzę.

 

Rymasz

Niespiesznie minął dzień.

30 na plusie, zero chmur, bezlitosny żar z nieba – na szczęście wiaterek powiewa. Basen, grillowanie zwłok i wytapianie smalcu ze schabów, lektura (kończę „Skrwawione ziemie”, „Perfekcyjna niedoskonałość” Dukaja skończona, ale jeszcze trawię – no odlot), gry i zabawy z nieletnią, wysyłanie pocztówek. Takie tam. No chociaż warto zaznaczyć, że córka zasadniczo już pływa bez wspomagania w postaci pasa wypornościowego. Jeszcze o tym nie wie, że już umie pływać, ale powoli ten fakt przyswaja. Półtora tygodnia basenu dzień w dzień i prawa załatwiona. Rewelacja.


Turnus się zmienił. W miejsce jednych niemieckich Wohnwagen przyjechały kolejne.

W sumie to zaczynam już to obczajać.
Pracujesz sumiennie na chwałę Rzeszy do samiutkiej emerytury, a po na nią przejściu zakupujesz swoja przyczepę kempingową (są kompakty dwa w jednym, czyli przyczepa na samochodzie oraz zestawy, czyli samochód + przyczepa) i udajesz się do Włoch, gdzie pod rozłożonym daszkiem pijesz swoje pyszne niemieckie piwo i rozwiązujesz niemieckie krzyżówki ciesząc się kempingowym spokojem. Po zastanowieniu stwierdzam, że to jednak fajne na emeryturze.

No i że, zestaw 1+1 lepszy, bo po odłączeniu od przyczepy masz normalny samochód do jazdy.


Próbowaliśmy wysłać kartki. Sprzedawca kartek po znaczki skierował nas na pocztę. Na poczcie, po pobraniu numerka i odczekaniu swojego w kolejce dowiedziałem się, że pani może mi ostemplować już wypisane kartki, ale znaczka mi nie sprzeda. We Włoszech znaczki pocztowe kupuje się tylko i wyłącznie w sklepach z papierosami. Ciekawe dlaczego? Jakaś zaszłość historyczna jak nic. Te ich tabbachi to takie nasze kioski i ja nawet rozumiem, że znaczki sprzedaje się w kioskach. Ale dlaczego nigdzie indziej, na poczcie przede wszystkim?



Przypomniało mi się jak w Collodi, czyli mieścinie, gdzie najgorsze muzeum świata dla dzieci się mieści (Pinokio), po zjedzeniu obiadu w barze w towarzystwie miejscowych żuli, odeszliśmy po zapłaceniu rachunku od stolika i poszliśmy w świat coś fajnego jeszcze zobaczyć. Nic fajnego nie zobaczyliśmy, ale gdy wracaliśmy przypomniałem sobie, że na stole została butelka wody mineralnej, za którą zapłaciliśmy. Grzech zostawić. Zatem, wracając, podszedłem do jeszcze nie uprzątniętego stolika (tu są takie standardy, że to i godzinę może trwać. Takie fleje z tych makaroniarzy, że nawet mnie mdli) i zwyczajnie wziąłem swoją wodę.

Koleżka ze stolika obok, którego nie było gdy odchodziliśmy, spojrzał z kompletnym niedowierzaniem na bezczelnego typka z ulicy, który po prostu ze stolika butelkę wody zajumał.

Tak się utrwala stereotyp że Polacy to złodzieje.


Dobra. Czas spać. Jutro w drogę.


Rymasz

Lepsza Połowa dobre wino wypić lubi. Ja też. Jej ulubione to chianti, czyli wino toskańskie. Ale nie byle jakie. Najbardziej lubi chianti classico z winnicy Verrazzano.

Chianti classico musi spełnić szereg wymagań, by mogło być chianti classico i dumnie obnosić się na butelce z emblematem czarnego koguta.


Na ten przykład nasz Gospodarz z pierwszego tygodnia pobytu, przemiły Michele Fadanelli produkuje własne chianti. Zwykłe chianti. Czyli wino z winogron wyrosłych w regionie chianti. I sprzedaje je po cztery euro za butelkę. Bez kogutka.


Chianti classico kosztuje nieco więcej, bo region chianti jest zawężony, bo 80% winogron to musi być szczep sangiovese, na jednym krzaku w odpowiedniej gęstości nasadzonych winorośli nie może być więcej niż 3 kiście winogron (pozostałe są obcinane) i nie mam mowy o gronach białych – tylko czerwone.


Skąd wiem to wszystko? Bo byliśmy dzisiaj w winnicy Verrazzano i odbyliśmy wycieczkę po winnicy i pobraliśmy stosowne nauki. Sama trasa ze Sieny do Greve in Chianti przepiękna. Kraina Chianti wzdłuż najbardziej charakterystycznej dla Chianti drogi SR222 ze Sieny do Florencji. Toskania najtoskanniejsza z toskańskich.

Wycieczka po winnicy to tak naprawdę taka pokazówka dla turystów, jak wioski dzikich w dalekich krajach, gdzie po zdjęciu tiszertów i zegarków tubylcy odgrywają dla Pana Turysty taniec kanibali w strojach ludowych, czyli na waleta z piórkiem w nosie. W kamiennych korytarzach kilka wystawek. Ale miła dla oka i ciekawa. Spytałem potem przewodnika, gdzie się odbywa prawdziwa produkcja. Pod wystawką jest normalny zakład. Ten wolałbym oczywiście zwiedzić, zbiorniki ze stali nierdzewnej, pompy, rurociągi, linie produkcyjne pooglądać, ale trudno – Lepsza Połowa się śmiała, że ona mnie inżyniera rozumie. Poza winem w zamku Verrazzano produkują oliwę oraz ocet balsamiczny.



Zamek średniowieczny, na wzgórzu, z wieżą. Najbardziej znany Verrazzano to średniowieczny odkrywca Giovanni, który w Ameryce wschodnie wybrzeże eksplorował i odkrywał. W Nowym Jorku jest most na jego cześć nazwany. A jego podobizna zdobi wina tu produkowane. Rodzina Verrazzano nie zarządza posiadłością od dawna, teraz to własność rodziny Ridolfi.


Po wycieczce nastąpiła konsumpcja, czyli smakowanie toskańskich specjałów oraz win Verrazzano. Ponieważ robiłem za kierowcę mogłem wypić tylko dwie butelki. Co za pech! Hmmm, prawda jest taka, że z dna każdego z czterech kieliszków posmakowałem tylko smaku wina (na szczęście ja je dobrze znam!).

Chianti classico jest aż gęste od smaku i aromatu. Żeby było jasne – nie znam się na winach, ale to chianti jest wyraziste i stanowcze, ma ciemny, głęboko rubinowy kolor i po prostu nam smakuje.

Podobnie jak pozostałe serwowane trunki, w tym Vin Santo z obowiązkowymi cantucchini (pamięta choć jeden uważny czytelnik?).


Siedzieliśmy przy stole z trzema parami Australijczyków tak ciut poza sześćdziesiątkę. Wycieczkę po Europie sobie robią. Emerytowani nauczyciele, sekretarka, fizjoterapeuta i stolarz. Żadni milionerzy – zwykli australijscy emeryci.

Miło się rozmawiało. Zrobiłem im wykład z ruskiej okupacji w Polsce. Nie mieściło im się w głowie, że jako dziecko pamiętam czołgi na ulicach. Pytali czy głód był. Głodu nie było, przynajmniej ja nie chodziłem głodny, rzekłem, ale zaraz potem opowiedziałem im na czym polegała ruska okupacja i jakimi metodami była tu zaprowadzana. I jaka to ruska barbaria te rządy zaprowadzała. I wytłumaczyłem im, że Gorbaczow, to nie dobry wujek, ale sowiecki skurwysyn, który reformy wprowadził nie z umiłowania wolności, ale dlatego, że go ekonomika zmusiła dzięki Reaganowi.

Chyba z trudem to przyswajali. Przecież wszyscy wiedzą, że mister Gorbachev to taki sympatyczny człowiek i dobrze chciał. Pytali, czy Rosjan nienawidzimy. No przecież, że nie. Wszyscy Rosjanie jakich znam, to ludzie, którzy serce przed tobą na oścież otwierają i gotowi są wlać w ciebie litr wódki, żebyś pojął szczerość i gorąc ich uczuć. Ale ruskim komuchom zbrodni i okupacji wybaczyć nie można. Podobnie jak polskim renegatom w rodzaju Jaruzela, Kiszczaka, Urbana, Kwacha, Cimoszewicza, Oleksego czy Millera. To zdrajcy przecież. Zaprzańcy. A Jaruzel i Kiszczak mają poza tym krew patriotów na rękach. Odpowiadają bezpośrednio za śmierć setek Polaków, bestialsko zamordowanych przez reżim, któremu dzielnie przewodzili.

No ale tego Australijczykom już nie mówiłem. Tak się teraz zapędzam, bo wieczór ciepły, ja po fajnej wycieczce, intensywnym pływaniu, opalaniu, leniuchowaniu, kolacji i w ogóle, w szczegóły wchodził nie będę, ale nie ukrywam, że kieliszek czerwonej cieczy na stoliku koło laptopa, stolik na werandzie, kemping poszedł spać zasadniczo, cisza, spokój, fajnie się pisze.


Degustowaliśmy wybór naprawdę smacznych wędlin (prosciutto, coppa, salami kilka rodzajów, salceson rozpływający się w ustach) i serów, najlepsze wina na świecie, grappę (ja nie), najprawdziwszy aceto balsamico, którego grzeszny słodki smak obezwładnia. Niestety na niego nie było nas stać, chociaż oczywiście win i oliw nakupowaliśmy za fortunę. A potem poprawiliśmy zakupami w zwykłym sklepie. Lepsza Połowa tłumaczy, że to zapasy na cały rok, więc niepotrzebnie się przejmuję…


Nasi sąsiedzi ze stolika pochwalili się jakich Polaków znają. Pierwszy był Waleza. Bohater, który cały naród za sobą pociągnął. Fakt, przyznałem, odważny człowiek, ale nie jest to niestety postać w Polsce tak jednoznaczna jak za granicą. Kolaborował z władzą i donosił na kolegów, potem z tym zerwał i wykazał się prawdziwą odwagą i sprytem, ale teraz straszliwie kłamie w sprawie swojej przeszłości. No i z komunistami się tak dogadał, że zachowali oni swoje wpływy, a nawet zyskali na całej transformacji potężną władzę ekonomiczną. Dla Australijczyków to dobrze, bo krew się nie lała. E tam, zdekomunizować to państwo można było całkowicie bez rozlewu krwi. Wałęsa zadbał o to, by nie było żadnej dekomunizacji i by renegaci i zdrajcy represjonujący własny naród nie ponieśli za swe czyny żadnej odpowiedzialności.

Drugim, którego znają był Jan Paweł II. Bardzo miły papież. A ten aktualny, to też przypadkiem nie Polak, zapytała emerytowana australijska nauczycielka siedząca obok mnie. Zdziwiła się niepomiernie, że to Niemiec.


W sumie dobrze, że nie jestem południowym Bawarczykiem. Ciekawe jak oni się muszą czuć, gdy za granicą w towarzystwie okazuje się, że jedynymi współczesnymi Austriakami znanymi innym nacjom są Hitler i Fritzl. Przesrane, nieprawdaż?


Naprawdę mili ludzie ci Australijczycy i bardzo się cieszę, że ich poznaliśmy i sobie z nimi pogawędziliśmy. Nie wiedzą wiele o Europie, zwłaszcza wschodniej, więc z zainteresowaniem słuchali i dopytywali. Zachęcali do kontynuowania, gdy chciałem kończyć. Konkluzja zaś do której wspólnie dotarliśmy była taka, że lepiej nam teraz bez ruskich z życia korzystać.

Tyrady na temat Związku Socjalistycznych Republich Europejskich nie wygłosiłem, slusznie gryząc się w język.

Pytanie o polskiego Benedykta XVI-go nic a nic mnie nie zdziwiło, nie oburzyło, nie obeszło. No skąd ma kobieta wiedzieć, skoro pewnie nie katoliczka?

W sobotę na kempingu poznaliśmy parę naprawdę sympatycznych Polaków. Pogadaliśmy sobie o tym i owym, a wieczorem, my chłopy u niego na notebooku oglądaliśmy w internecie niemiłosierny łomot jaki spuścił Adamkowi Kliczko. I sobie gadaliśmy.

Fajny, bezpretensjonalny, otwarty chłopak. No naprawdę. Opowiadał jak to w Bawarii zamek Disneya oglądali, a w Mediolanie im się na „Ostania kolację” udało załapać. Na moją nieśmiałą uwagę, że ten zamek to pewnie Neuschwanstein Ludwika II Bawarskiego, a ta kolacja to pewnie wieczerza Leonarda odparł, że on do języków talentu nie ma i na nazwy uwagi nie zwraca.


I ja go rozumiem.



Ale jak zwykle zbaczam z tematu.

W drodze powrotnej jeszcze przy etruskim grobowcu w Castellina in Chianti się zatrzymujemy i Igor gania rozradowany po czterech kamiennych korytarzach wewnątrz kopca zwieńczonego sosną i cyprysami.


A zanim zdjęcia, to przyznam, że fajnie mi się jednak tak na luzie pisze, nie starając się żadnej ważkiej myśli przekazywać, ot, opisując dzień. Ale to ćwiczenie ma jeszcze ten cel, że sam sobie udowadniam, że każdego dnia wieczorkiem mogę do komputera usiąść i kilka stron już na jakiś konkretniejszy temat w bardziej zorganizowany sposób popełnić. No co mi szkodzi? Na urlopie umiem, to niby dlaczego i nie po dniu pracy?

Toskańska Toskania.

 

Że niby winogrona na Vin Santo się suszą. Pokazówka.

 

Beki z winem.

 

Każda nacechowana.


Po opróżnieniu beki się skrobie i czyści. Przez ten niewielki otwór robotnik do środka włazi.



Pokazowe składziki.



I pokazowe specjały u sufitu.



Przed degustacją.



Jeden z czterech etruskich korytarzy, etruski kurhan, włoska sosna i cyprysy.

 

Jutro totalne leniuszkowanie, w środę w drogę jeszcze trochę świata pooglądać.

 

Rymasz

W drodze z Lamporrechio do Sieny wstąpiliśmy do San Gimignano oraz do Monteriggioni.


To pierwsze, zwane toskańskim Manhatannem, to doskonała egzemplifikacja pierdolca jakiego średniowieczni Toskańczycy mieli na punkcie budowania wież. Wszędzie je stawiali, w każdym miasteczku i w każdej wsi. Miało to swoje uzasadnienie w czasach gdy miasta toskańskie naparzały się między sobą. Dobrze jest zawczasu wypatrzeć wroga. Najwyższy punkt widokowy mile w tym celu widziany – wieża na najwyższym pagórku, obserwator i czuwamy. Ale w San Gimignano poszło to ciut dalej. Mieszkańcy zaczęli między sobą rywalizować. „Patrz Maryśka jaką sobie Malinowscy wieżę postawili! To chamy jedne bez szkół. Zobacz jaką ja postawię!”. Postawili 76 do dziś ocalało 14.



Z dala, na tle drzew oliwnych.



Na pierwszym planie Twin Towers, z tyłu trzy kolejne.



Zeżarliśmy tam pyszne kanapki z pieczoną świnią. Pannini con porchetta.

A w rynku rewelacyjne lody. Zasadniczo lody tu pierwszoligowe. Grycan by nie powojował. Jak bum cyk cyk, wioskowa gelateria w San Gimignano z jego produktami wygrywa jakością. To Włosi lody wymyślili.


Przypominam, w sieci pierdyliard lepszych zdjęć, jak kto ciekawy.


Monteriggioni to mała twierdza na pagórku. No naprawdę malutka taka. Ładnie z daleka wygląda. Ponieważ mi się nie udało stanąć w drodze do dobrego ujęcia podpieram się siecią.

 


Krótki spacer, kupiliśmy trzy wina. Smaczne skubane.

Trochę tego mieli.


A dziś Siena. Przesycony już jestem zwiedzaniem. Katedra prawdopodobniej najpiękniejsza jaką w życiu widziałem. Oszałamiająca i z zewnątrz, i od środka. Wielki plac ratuszowy i wieża jak sto pięćdziesiąt (a co!). Średniowiecze zakonserwowane, bo im Florencja łomot spuściła, a zaraza ich też nie oszczędzała, więc się w renesansie nie rozwijali i nie inwestowali. A ja zobojętniałem. A przecież wystawa piętnastowiecznych manuskryptów w katedrze niewiarygodna! A może po prostu przesilenie odpoczynkiem dziś takie dopadło? Głowa naprawdę odpoczywa.



Mało tych zdjęć i byle jakie zupełnie.


Za to dla młodej najważniejsze wydarzenie jest takie, że mamy większy basen do dyspozycji teraz.


W drodze do Sieny mnóstwo rowerzystów. Tu poważnie do tego sportu podchodzą. Zero ścieżek rowerowych, same kolarzówki, a i cykliści odziani jakby właśnie w Giro d’Italia startowali. Pełen szacun dla nich. Pagórków niemiłosiernie dużo, słońce pali, a ci zaiwaniają.


Dawno nie spałem w domku kempingowym. Spory całkiem, komfortowy, ale leżysz w łóżku, córka czteroletnia spaceruje, a chałupa się kiwa na boki. Taka plastikowa budka dla ludzi.

Tym bardziej nie rozumiem tych 120 niemieckich par z rodzinami często, które tu parkują swoimi karawanami. Z prędkością 50 km/h (w sumie to przez Australię,  ups, pardą, Południową Bawarię oraz Włochy taka średnia nawet Porsche nie wychodzi, więc im nie przeszkadza) jadą swoim „Wohnwagen” do Italii po to by na campingu rozłożyć daszek, wystawić stoliczek i krzesełka, i wcinając przywiezione z Niemiec wursty i popijając niemieckie piwko (przecież tą ciężarówką na zakupy nie pojadą), czytać książki i rozwiązywać krzyżówki, wieczorami przyświecając sobie ledami (duch czasu). A potem lulu do środka własnej, osobistej budki dla ludzi.

A rano wszyscy razem siku i pod wspólny prysznic campingowy (my w naszej budce mamy własny).

I tak przez dwa tygodnie.


Ja osobiście nie obczajam tej frajdy.

 

Rymasz

Florencja jest oszałamiająco, nieprawdopodobnie wręcz piękna. Medyceusze mieli plan pokazać całemu światu kto tu rządzi i ten plan im się powiódł.
Pokazali.


Place, pałace, fontanny, budynki mniejsze i większe, wieże, pomniki, kościoły, katedra, niewyobrażalne skumulowanie dzieł sztuki największych mistrzów.
To wszystko oszałamia.


Z Galerii Uffizi człowiek zaczadzony wychodzi. Stojąc pod Katedrą (Duomo) Santa Maria del Fiore słowa w gębie znaleźć nie może. Kontemplacja Porta del Paradiso (Drzwi Raju) do Baptysterium San Giovanni, które to drzwi Lorenzo Ghiberti ćwierć wieku cyzelował, na inny poziom duchowości by mogła unieść. Mogłaby…


Bo jednocześnie zwiedzanie Florencji w sezonie to jak bycie czterysta dwunastym „zawodnikiem” w zawodach bicia „seksualnego rekordu świata” (są takie konkursy, kiedyś nawet jakaś kurwa rodem z Polski stawce przewodziła, chodzi w tym o to ilu facetów naraz, jednym ciągiem, zdoła kurwa obsłużyć). I choćby to nie wiadomo jaka miss świata rekord biła, to ni cholery – żadna frajda. Dla mnie oczywiście – są tacy, którzy do „konkursów” się na ochotnika zgłaszają i są też pewnie tacy, którzy lubią zwiedzać Florencję w sezonie.

To pewnie te zdalnie sterowanie grupy Japończyków ze słuchaweczkami w uszach truchtające za swoim przywódcą. Tudzież Amerykanie zorganizowani na tę samą modłę i skupieni przed obrazem w galerii i udający, że wiedzą co to średniowiecze i czym się od renesansu różni.


„Święta Rodzina” Michała Anioła, mało się nie posikam ze szczęścia, że oryginał w końcu w Galerii Uffizi widzę. I dopchać się do niego nie mogę, bo masywna wycieczka made in USA stoi wysłuchując przewodnika i zastanawiając się skąd we włoskiej galerii obraz namalowany przez amerykańskiego żółwia nindża.


Kolejka po bilet do Uffizi na parę godzin stania. Przez internet zamówienie na bilet na konkretną godzinę konkretnego dnia z wyprzedzeniem minimum tygodnia trzeba składać. Zatem jak my tam w ogóle weszliśmy (przecież z nudzącym się czteroletnim dzieckiem nie będziemy stać)? Zamiast w kolejce do wejścia 2 stanąć, należy wejść bez kolejki do wejścia 2 (ten sam otwór drzwiowy, tylko drzwi inne) i z dopłatą 4 euro do sztuki kupuje się bilety w 5 minut i wędruje z nimi do wejścia 1, gdzie też bez kolejki się wchodzi bo to wejście dla tych co mają rezerwację. Prosty patent (w sieci wyczytałem o nim rzecz jasna, ale sprawdzony, działa), ale strażnicy wszystkich kierują do ogonka. Trzeba najpierw wiedzieć, żeby tak kupić bilet.



Do Galerii Akademii nawet nie startowaliśmy, by oryginał „Dawida” zobaczyć. Musiała wystarczyć kopia na Placu Della Signoria, nieopodal Uffizi. Mieliśmy dwa dni na Florencję, ale to wystarczyło tylko na zgrubne przemaszerowanie i zaliczenie po łebkach co smaczniejszych kąsków architektonicznych oraz na Uffizi. Dwa miesiące temu zwiedzałem National Gallery w Londynie i tam było pusto choć zbiory równie spektakularne. A wtedy wydawało mi się, że tłum.



Nie mam fajnych zdjęć z Florencji, ale są ich miliony w sieci.

Mam za to plan, by kiedyś, za kilka lat może, wrócić tu z Lepszą Połową w lutym, znaleźć akceptowalny cenowo nocleg na tydzień i spokojnie to wszystko zgłębić. Bo warto, bo bogactwo nieprzebrane, bo arcydzieło na arcydziele.

Ale nie w sezonie. I ten plan to też nie mojego autorstwa. Mądrzy ludzie, którzy znają Toskanię i nas do tego wyjazdu teoretycznie przygotowywali mówili nam to przed wyjazdem. Mieli rację.



Nie snobuję się, nie udaję, że sami jesteśmy czymś innym niż ten tłum turystów. No skąd, on się przecież z takich jak my składa. Ale mówię Wam, nie da rady. No nie.



Coś, bo samochód to to nie jest.



Nie patrzcie na Duomo. Popatrzcie co się dzieje pod Katedrą. Przed drzwiami do Katedry kolejka – 20 minut.



To kopia, ale te drzwi to arcydzieło.

Zdjęcie z kolejki do Duomo. Po prawej „Drzwi Raju”.



Kopia „Dawida”. Za „Herkulesem i Kakusem” Uffizi.

O tym jak oryginalne wybrałem ujęcie niech świadczy fotka, którą przed sekundą znalazłem w sieci (jak pisałem jest mnóstwo galerii, oglądałem je sobie).


http://voyager64.republika.pl/florencjagaleria/03975.jpg

:-D



A tak to wygląda z oddalenia.



Fajny ma tyłek ta laska na górze.



Streetart.


Na szczęście wróciliśmy dziś koło 17:00, było dalej 30 st. C, więc popływaliśmy, pofiglowaliśmy i pospacerowaliśmy. I odpoczęliśmy po Florencji.


Jutro się przeprowadzamy w okolice Sieny. Żegnaj Azienda Agrituristica Fadanelli.


http://www.english.aziendagrituristicafadanelli.it/

Alusia, w galerii „Products” (cantina) znajdziesz zdjęcie tej interesującej Cię tłoczni. Jest tam też zdjęcie winogron suszących się na Vin Santo. Miałem to miejsce przez tydzień nad głową. :-)

 

Rymasz

Dziś leniuszkowanie.


Oczywiście rano szkolenie umiejętności pływackich córki. Nie panuje zupełnie nad oddechem, ale spoko, każdego dnia jest lepiej.


Potem nieśpiesznie do Vinci – to tylko 5 km.

W Vinci pusto, kilkoro Niemców i Włochów. W muzeum Leonarda rekonstrukcje maszyn z jego szkiców. Modele niewielkie. Byłem kilka lat temu na takiej wystawie w Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. To samo, bo takich wystaw chyba kilka po świecie jeździ. Muzeum w dwóch miejscach, druga część w zamku z wieżą.

Bardzo ciekawe muzeum, przede wszystkim dlatego, że opisy 90% maszyn są wyłącznie po włosku, oraz dlatego, że pomimo tego, że część z nich ma korbki, to nie wolno nimi kręcić. Ależ opierdol dostałem od personelu za złamanie tego zakazu! Już mnie dwóch karabinierów wyprowadzało na dziedziniec rozstrzelać za naruszenie cielesności eksponatu, ale Lepsza Połowa ich ubłagała, tuląc zapłakane dziecko do piersi, więc jakoś mi darowali.

Mają na wieży fajny duży multidotykowy ekran jak w ajfonie. Można sobie mapy i szkice otwierać, powiększać, obracać i w ogóle, jak Tom Cruise w „Raporcie mniejszości”.

W pobliżu kościól z chrzcielnicą, w której chrzcili Leonardo.


A potem pod górę dwa kilometry do wioseczki Anchiano – miejsca urodzenia Leonarda. W budynku, w którym podobno się urodził 15 kwietnia 1542 jest remont do 2012. Koparka zasuwa. W sumie może to i żadna strata, bo ta chałupa weszła w posiadanie rodziny Leonarda dopiero w 1483, zatem to tylko legenda.

Tak czy siak to wszystko jak pielgrzymka śladami świętego.


Kolejne 2 kilometry pod górę do Faltognano do punktu widokowego pod spory dąb (il leccio) na tarasie koło kościoła z XIII wieku. To znaczy w XIII wieku w tym miejscu powstał kościół, a potem tyle razy go przebudowywali, że z tym oryginalnym nie ma już nic wspólnego.


Willę Medyceuszy w Cerretto Guidi z muzeum myślistwa już sobie odpuszczamy pełni zachwytu po muzeum Leonarda, za to nie odpuszczamy sobie sklepu z winami w Vinci (tuż koło sporego fabryczki wina zwanej, a jakże, oryginalnie Vinci). W sklepiku nie tylko produkcja własna. Zaszaleliśmy, ale wśród naszych zakupów między innymi pyszne Vin Santo się znalazło! A reszta to przyzwoite wina w naprawdę przyzwoitych cenach. W Polsce drożej, bo dochodzą marże. My dostaliśmy 30% zniżki (nawet od promocji) i jeszcze butelkę gratis. Ale nad poszczególnymi butelkami rozwodził się nie będę, bo się nie znam. Oczywiście, ponieważ jesteśmy w Toskanii, to przede wszystkim chianti. To z czarnym kogucikiem.


Wracamy, zjadamy penne z sosem bolońskim własnego autorstwa, uczymy się oddychać w wodzie, młoda bawi się z dziećmi innych letników kolejką, ja się szwędam po okolicy i zdjęcia pstrykam, przy okazji odkrywając, że wodę do podlewania upraw się gromadzi w zbiorniku w dolince, sennie, niespiesznie mija dzień. Właśnie wstałem po drzemce i sobie stukam przed snem właściwym.



Toskania. Winorośle, drzewa oliwne, cyprysy, sosny pinia, dęby, pagórki, kwadratowe domy.

Foltognański kotek i jego zabawka bez ogonka.

W tym po lewo mieszkamy. Na pierwszym planie winorośl, na drugim drzewa oliwne. Po prawo figowce, a pod nimi…

Tajny zbiornik na wodę i pompownia.

 

Rymasz


  • RSS