Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 3.2011

Dobry
film to taki, w którym się ścigają, strzelają do siebie, są wybuchy,
goła baba, jest miłość, tragiczna klęska, a na końcu wygrywają nasi. To
najkrótszy przepis na holyłódzki hicior. Kandydaci na Szpilbergów i
Lukasów: wydrukować, przywiesić nad łóżkiem i wkuć na pamięć.

W „Młynie i krzyżu” z podanej powyżej receptury występuje przez kilka sekund jedna goła baba o fajnym tyłku. I nic więcej.

Zauroczył mnie ten film.


Młyn i krzyż” to ekranizacja obrazu Petera Bruegla. Tak, ekranizacja obrazu.

Reżyser,
Lech Majewski scenariusz napisał wspólnie ze znawcą malarstwa
flamandzkiego Michaelem F. Gibsonem. Scenariusz oparty na eseju będącym
analizą jednego obrazu Petera Bruegla Starszego „Droga na Kalwarię”.


Droga Krzyżowa


Film
jest oszałamiający wizualnie. Graficy komputerowi przez dwa lata z
pietyzmem i pod czujnym nadzorem Majewskiego (ma być jak na oryginale)
poskładali w spójną całość wiele elementów: brueglowskie krajobrazy,
zdjęcia kręcone w rozmaitych miejscach Polski (Jura
Krakowsko-Częstochowska, Wieliczka, Pieskowa Skała, Olsztyn i inne),
setki statystów sklejonych w jeden wielki „żywy obraz”, ujęcia z
gwiazdami (Rutger Hauer, Charlotte Rampling i Michael York) kręcone na
„blue boxie” (wedle Hauera większym niż podczas kręcenia „Batmana”),
elementy krajobrazu powstałe komputerowo, efekty specjalne oraz
brueglowskie, zachmurzone niebo, które odnaleziono i sfilmowano w
Nowej Zelandii. Wszystko poukładane na kolejnych planach (warstwach) jak
u Bruegla. Kadry są statyczne, a każdy jest „malarski”, każdy jest
odrębną kompozycją. Do tego świetna scenografia i kostiumy.

Dzięki temu wszystkiemu wchodzimy głęboko w obraz.


Ale to dopiero początek.

Bowiem
film jest też analizą dzieła na wielu płaszczyznach. Merytoryczna wiedza to
zasługa Gibsona, ale Majewski to zgrabnie artystycznie przetworzył.

Poznajemy
zatem kontekst historyczny epoki (Flandria pod rządami hiszpańskich
Habsburgów urządzających okrutne prześladowania protestantów), poznajemy
tajemnice kompozycji obrazu, znaczenie wielu symboli oraz filozofię
Bruegla, poznajemy „losy” dwunastu występujących na nim postaci (na
całym obrazie doliczyć się ich można 500). I zaczynamy rozumieć „Drogę na kalwarię”. Nie będę Wam tłumaczył co ja zrozumiałem. Marsz do kina, albo do księgarni po album „Młyn i krzyż”,
w którym znajdziecie esej Gibsona, od którego się zaczęło oraz historię
powstania filmu. Ja go jeszcze nie mam. Zwracam uwagę na „jeszcze”.


Taki
sposób prezentacji sztuki jak w filmie Majewskiego nie jest mi obcy.
Żadnemu miłośnikowi twórczości Waldemara Łysiaka nie jest. To Łysiak
nauczył mnie rozumieć malarstwo, sztukę. To on nauczył mnie nie tylko
patrzeć, ale też czuć obrazy. Rozumieć kompozycję, symbole, dostrzegać
malarskie sztuczki perspektywiczne, podziwiać technikę, grę światłem ale
przede wszystkim rozumieć i przeżyć opowiadaną przez obraz historię. To
„tu i teraz” obrazu, zatrzymane w jednym kadrze. Miałem szczęście jako
student warszawskiej polibudy, gościnnie, za zgodą doktora Łysiaka,
uczestniczyć w kilku wykładach z „Historii Kultury i Cywilizacji” na Wydziale
Architektury w roku akademickim 1991/1992. Oniemiałem na pierwszym, na
kolejnych chłonąłem wiedzę jak gąbka. A potem były książki „Muzeum Wyobraźni”, „Wyspy Bezludne” i przede wszystkim ośmiotomowe, monumentalne „Malarstwo Białego Człowieka”.
Nie jestem specjalistą, nie znam się tak naprawdę, ale to Łysiak
stworzył we mnie wrażliwość na malarstwo, na sztukę. To dzięki niemu
spędziłem przed obrazami starych mistrzów długie godziny w monachijskiej
Pinakotece, to dzięki niemu kupuję albumy i biografie malarzy, lezę na
każdą porządniejszą wystawę i do każdej znajdującej się w moim zasięgu
galerii z europejskim malarstwem sprzed XX-go wieku.


Ale
ponieważ jestem gruboskórnym cynikiem, to ta wrażliwość gdzieś zanikła w
natłoku codzienności, pchania taczek w fabryce. Patrzyłem i rozumiałem,
potrafiłem opowiadać i jakoś tam tłumaczyć, ale jakoś uczucia
przytępiały.


Majewski
je na nowo rozbudził. Ten sam sposób opowiadania o obrazie, ale inne
środki artystycznego wyrazu. Ta sama historia opowiedziana inaczej.
Wiele go z Łysiakiem łączy. Obaj muszą być „boskimi szaleńcami”, bo
każdy wybitny artysta musi być takim opętańcem z misją. Bez tego jest
rzemiosło a nie sztuka, choć obaj Panowie do perfekcji opanowali
rzemiosło swoich profesji. Obaj są perfekcjonistami i pedantami. Obaj
kochają na zabój stare europejskie malarstwo i gardzą tzw. sztuką
współczesną, która ze sztuką ma tyle wspólnego ile ja ze zdrowym trybem
życia. Wszechogarniający w naszej znajdującej się w agonii kulturze
relatywizm też jednakowo „szanują”. I obaj potrafią dotrzeć do mojego
serca.

Potrafią
zamienić bezrefleksyjny marsz w galerii sztuki od obrazu do obrazu w
wyprawę do mitycznej krainy. Potrafią „namówić” by przed obrazem stanąć i
próbować odkryć jego tajemnicę. Przed dziesiątkami obrazów tak stałem
dzięki Łysiakowi, przed kolejnym stanąłem w piątek w kinie Kultura
dzięki Majewskiemu. Poczułem się zachęcony by zrozumieć więcej, poznać
znaczenie każdego kadru, bo każdy kadr ma w tym filmie znaczenie i coś
na mówi o obrazie.

Niesamowite.


Dawno,
naprawdę dawno nie czułem czegoś podobnego po wyjściu z kina. Coś
nowego, budzącego tyle zapomnianych i zakurzonych uczuć.m

Jedyny
minus to muzyka, której jest za mało. Rozumiem, że Majewski chce
opowiadać przede wszystkim obrazem, ale kino to obraz i dźwięk.


Wiem,
to śmieszne gdy złośliwy i zgryźliwy czterdziestoletni technokrata
próbuje werbalizować nieporadnie swoje odczucia związane ze sztuką. Ale
doceńcie przynajmniej bezkompromisową szczerość i odwagę.

W życiu bym nie poszedł do kina na ten film, gdyby nie ten wątek mojego internetowo-realowego kumpla Gepparda.


I
Wy dajcie się namówić, i idźcie do kina. Wejdźcie w ten obraz,
zobaczcie niedostrzegalnego Jezusa w centrum obrazu, dźwigającego krzyż,
dowiedźcie się dlaczego trudno go zauważyć choć jest w samym środku, a
uwaga widza skupia się na zupełnie czym innym, zrozumcie czym jest młyn
na skale, co symbolizuje krąg w lewym, a co w prawym górnym rogu obrazu.
Dlaczego Bruegel tak a nie inaczej skomponował swój obraz. To piękna i
wciągająca opowieść, chociaż bez wybuchów, pościgów, dynamicznej kamery i
ciężko stwierdzić czy nasi na końcu wygrali czy przegrali. Za to łatwo
stwierdzić, że obcowało się z prawdziwą sztuką.


Rymasz

Do poważnego
antysemickiego ekscesu doszło w w Las Vegas. Polak, zajmujący się
biciem ludzi za pieniądze, ciężko pobił w miejscu publicznym Żyda wracającego do zdrowia po ciężkim
urazie kolana.


Szczególnie
oburzająca jest determinacja Polaka, którego ewidentnym celem było
zadanie jak największej liczby ciosów i jak najcięższe pobicie
Izraelczyka. Z ogromnym zapałem i trudną do pojęcia determinacją
Polak obijał coraz bardziej obolałego młodego mężczyznę.


Ten ponury incydent
wpisuje się niestety w długą historię antysemickich wybryków
Polaków.


http://sport.onet.pl/wiadomosci/las-vegas-pawel-wolak-pokonal-y-foremana,1,4208991,wiadomosc.html


Rymasz

Opowieść kuzyna Lepszej Połowy.

Zabawa w zwierzątka z czteroletnią Córką. Zabawa polega na zgadywaniu jakie to zwierzę, na podstawie krótkiego opisu. Tata pyta, córka odpowiada.

- Łapie myszki i miauczy?
- Kotek.
- Je trawę i daje mleko?
- Krowa.
- Mieszka w norce pod ziemią i robi kopce?
- Kretyn.

:-DDD

Rymasz

Niemiłościwie panująca nam świecka władza zaordynowała dla
naszego dobra spis powszechny. Od 1 kwietnia 2011 horda prawomocnie
umocowanych przez władzę domokrążców ruszy do przeprowadzenia
przesłuchań i skrupulatnego notowania zeznań niewinnych i o nic
nielegalnego niepodejrzewanych poddanych.

Za Bieruta i Cyrankiewicza sędzią można było zostać za dobre chęci i wierność. Stefanowi Michnikowi się udało na przykład.

Za Komorowskiego i Tuska śledczym można zostać gdy jest się pełnoletnim,
dyspozycyjnym absolwentem szkoły średniej. Najlepiej niepracującym na
pełny etat. Dobry śledczy powinien też być asertywny, umieć zachować
spokój, okazać przesłuchiwanym uprzejmość i cierpliwość podczas
prowadzenia z nimi rozmów, a także radzić sobie w sytuacjach
konfliktowych. A jak przystało na dobrego i lojalnego funkcjonariusza
reżimu śledczy-domokrążca powinien „być obowiązkowy, rzetelny i wykazywać się dobrą organizacja pracy”.

Władza śledczych wynagradza za trzy miesiące pracy pensją
„5
– 6 tys. zł. Ale rzeczywiste pensje mogą być znacznie wyższe. Jeśli
ankieter zdąży spisać wszystkich ze swojego okręgu, może zostać
przydzielony do pomocy gdzie indziej. Podczas spisu w 2002 r. niektórzy
zarobili 17 tys.”

Ustawodawca lojalnie informuje w stosownym akcie prawnym o
konsekwencjach niewpuszczenia domokrążcy do domu. Artykuł 23. ustawy o
narodowym spisie powszechnym ludności i mieszkań w 2011 r.:

„Kto:

1) wbrew obowiązkowi określonemu w art. 8 ust. 3 i 4 nie przekazuje posiadanych danych objętych spisem,
2) wbrew obowiązkowi określonemu w art. 9 ust. 1 odmawia udzielenia
ścisłych, wyczerpujących i zgodnych z prawdą odpowiedzi na pytania
dotyczące danych określonych w ustawie i załączniku do rozporządzenia nr
763/2008
- podlega karze grzywny.”

Na przesłuchaniu w komendzie policji czy w budynku sądu, podejrzanym
będąc o gwałt, mam prawo odmówić składania zeznań. Teraz, we własnym
domu, nie mam.

Okupant, który ten przymus pomysłowo zorganizował, wymyślił sobie alibi,
które daje mi, niewinnemu niewolnikowi tego paskudnego reżimu, mniej
praw niż gwałcicielowi dziesięciolatki, bo ja MUSZĘ zeznawać. On,
pedofil, nie musi.


Oto alibi:

„Podstawowe
cele Spisu powszechnego ludności i mieszkań w Polsce w 2011 roku, tj.
po naszym wejściu do struktur europejskich, są następujące:
1) Zaspokojenie potrzeb informacyjnych kraju, zwłaszcza zebranie informacji, których nie można uzyskać z innych źródeł;
2) Zebranie informacji niezbędnych do zabezpieczenia potrzeb UE oraz innych potrzeb międzynarodowych;
3) Dostarczenie informacji na poziomie podstawowych jednostek podziału administracyjnego kraju;
4) Poznanie zmian w procesach demograficznych i społecznych zachodzących w czasie, tj. w okresie 2002 – 2011;
5) Aktualizacja bazy do budowy ów losowania do badań na gospodarstwach domowych.”

Najbardziej interesujący jest pkt. 1-szy, bo taki pkt. 2-gi nie znaczy nic.

Zebranie informacji niezbędnych do zabezpieczenia potrzeb UE oraz innych potrzeb międzynarodowych.


Łał. To deklaracje Tajnego Współpracownika też przy okazji dają do
podpisania? Pomijając rzecz jasna, że Wspólnota Europejska, czyli
Związek Socjalistycznych Republik Europejskich to państwo, więc o jakich
innych potrzebach międzynarodowych mowa? Albo rybki (TW krajowy), albo
akwarium (TW na uchodźctwie).
Naprawdę 2, 3, 4 i 5 to zwykły bełkot niewarty refleksji.

Zajmijmy się zatem pkt. 1.

Zaspokojenie potrzeb informacyjnych kraju, zwłaszcza zebranie informacji, których nie można uzyskać z innych źródeł.
Jakie są potrzeby informacyjne reżimu, których władza nie potrafi zaspokoić z innych źródeł?

1) Stan i charakterystyka demograficzna ludności


urocze. Władza każe mi uwierzyć, że nie wie czy mam żonę i dzieci, ile
mam lat ja, moja żona i córka i czy moi dziadkowie jeszcze żyją. Nie, no
skąd, nigdy tego władzy nie zeznawałem. Przesłuchać!  

2) Charakterystyka społeczno-ekonomiczna ludności (źródła utrzymania, biorcyświadczeń społecznych)


4) Aktywność ekonomiczna ludności

– Władza radośnie wyznaje, że nie wie gdzie pracuję i ile zarabiam.
Jasne. PIT-y oddaję kosmitom, nie socjalistycznemu okupantowi. A renty i
emerytury wypłacają obywatelom Niebiosa, nie stosowne reżimowe urzędy:
Chwała im i Alleluja!

3) Osoby niepełnosprawne

– no tak. Władza zielonego
pojęcia nie ma, kto i jaką inwalidzką rentę pobiera. Dzieci we mgle.
Muszą ilu tylko wlezie przesłuchać, by to ustalić.

5) Dojazdy do pracy

– zupełnie nieznane są władzy statystyki
dotyczące porannych korków, liczby autobusów miejskich i
międzymiastowych, pociągów oraz helikopterów, którymi do pracy dolatują
Kulczyk i Solorz.

6) Stan i struktury gospodarstw domowych

7) Rodziny i ich charakterystyka

– moja kochana władza nie wie kto jest moją matką i ojcem, kto moją
żoną i jej matką i ojcem, a kto matką i ojcem naszego dziecka.
Nieboraki.

8) Gospodarstwa domowe powiązane z rolnictwem

– odkąd
władza okolczykowała całe bydło, za samowolne zabicie świni grożą
sankcje ciut mniejsze jedynie niż za za okupacji hitlerowskiej, a
dotacje ze Związku Socjalistycznych Republik Europejskich przyznawane są
na podstawie samokrytyk (nie uprawiam tylu hektarów tego i tego –
poroszę o nagrodę), to naprawdę dla tych zbójów wielką tajemnicą jest co
robi polski rolnik. Należy go na tę okoliczność przesłuchać.

9) Imigracja do Polski. Zasoby imigracyjne

– w stanie wojennym
władza też musiała koniecznie wiedzieć, kto województwo opuścił i
bezprawnie mieszka nie tam, gdzie mu władza pozwala. W ZSRE podróż z
autonomii holenderskiej do autonomii polskiej, to tak jak podróż z
województwa szczecińskiego do rzeszowskiego za PRL. Kraju nie
opuszczasz, ale władza musi wiedzieć! Nieobywatele ZSRE też rejestrują
się na granicach jak nieobywatele PRL za czasów PRL, więc dla reżimu
tajemnicy nie stanowią.

10) Emigracja Polaków za granicę (w tym emigracja zarobkowa)


– jw. + PIT. Ale najciekawsze jest to, jak władza zamierza przesłuchać
na terenie autonomii polskiej tych, którzy wyemigrowali za zarobkiem.
Cudotwórcy. Nie mogąc ich przesłuchać, władza dowie się, którzy oni za
kasą wybyli.

11) Migracje wewnętrzne ludności

– no tak. Słuszne
czasy reżimu Jaruzelskiego się skończyły i biedny okupant nie rejestruje
podróży między województwami i między autonomiami ZSRE. Należy to jakoś
naprawić.

12) Narodowość i język

– w paszporcie każdy z nas ma
nieznane, nieprawdaż? Ja tak mam. Narodowość – nie wiem. To kolejna
wielka tajemnica dla władzy. Nie wiadomo ilu Polaków mieszka w Polsce.
Dlatego należy ich pod przymusem przesłuchać na tę okoliczność. A może
to chodzi o to, by ustalić ilu niepolaków w autonomii polskiej mieszka?
Biedna władza nie wie ilu obcokrajowców tu wjechało i nie wyjechało.
Przypominam, że obywatele ZSRE się nie liczą.

13) Przynależność do kościołów i związków wyznaniowych


odpowiedź na to pytanie nie jest obowiązkowa i jej nieudzielenie,
tudzież zenanie nieprawdy, nie skutkuje grzywną. A zatem przesłuchiwanym
wolno nałgać. A zatem, skoro przesłuchiwany może legalnie zeznać
nieprawdę, to jaką wartość ma odpowiedź???

No cóż. W świetle powyższego dla każdego chyba jasnym jest, że
przymusowy Spis Powszechny jest dla naszego dobra, bo dzięki niemu nasi
pasterze dowiedzą się wszystkiego tego, czego o nas jeszcze nie wiedzą i
będą mogli nas lepiej i skuteczniej strzyc, nieprawdaż?

Welcome to the Matrix. 1984.

A ja sobie myślę, że rachmistrzowi-domokrążcy mogę legalnie nie
odpowiedzieć na żadne z pytań, albowiem wszystko czego chce się o mnie
dowiedzieć, jego pracodawca od dawna o mnie wie z innych źródeł, tudzież
bez trudu może taką wiedzę z innych źródeł uzyskać.

Rymasz

PS. Do popełnienia tego tekstu zainspirował mnie Profesor. Dzięki! :-)


  • RSS