Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 11.2010

Kawał roku

8 komentarzy

Dziś poznany. Nic go raczej nie przebije.

- Otwierać! Policja!

- Nie zamawialiśmy policji, tylko dziwki!

- Ale to sąsiedzi nas wzywali!

- Sąsiedzi wzywali, to niech sąsiedzi bzykają
.

Po powrocie z fabryki próbowałem wczoraj otworzyć drzwi do mieszkania pilotem do samochodu. Poważnie. No załamka. I na dodatek nie pamiętam jak się nazywa ten Niemiec, który mi wszystko chowa. W związku z tym lepiej skończę to co mam do napisania o Sztokholmie i Szwedach jak najszybciej, bo za dwa tygodnie zapomnę, że tam byłem. No i byłaby to ewidentna wtopa po nie skończonej opowieści o urlopie w Chorwacji.

 

Spędziłem w Sztokholmie 48 godzin. Postawmy sprawę jasno – na Szwecji znam się jeszcze gorzej niż na jedzeniu szpinaku. Co oczywiście w żaden sposób nie powstrzyma mnie przed formułowaniem stanowczych i jednoznacznych opinii na temat tego kraju i jego mieszkańców. :-)

 

To bardzo bogaty kraj. To widać. Zamożność rzuca się w oczy. Samochody jak w Polsce, tylko te lepsze. Ludzie ubrani jak w Polsce, w stonowane czernie i szarości, a nie jak Niemcy w pstrokate Bóg wi co, tylko tak lepiej. Ni jednej odrapanej i kostropatej elewacji. Ni jednej posiekanej i zaniedbanej drogi. Gęsto od stacji metra, choć są dyskretne i nie rzucające się w oczy. Wejście ukryte w budynku, winda po drugiej stronie ulicy, dwa nienachalne znaczki, wszystko . W Warszawie jest odwrotnie. Stacje spektakularne, z pasażami handlowymi, ośmioma wejściami. I jedna linia. Polska ze względu na tysiące takich zaniedbań nie jest dobrym krajem do mieszkania. Przynajmniej klimat mają Szwedzi gorszy.

Aha, no i pod pozorem ekologizmu totalitaryzm pełzająco wprowadzają.

 

Szwecja to państwo socjalne i socjalistyczne, bo reżim wpierdala się obywatelom do wszystkiego i ustawowo reguluje wszystko, w celu zorganizowania raz na zawsze tego nowego, lepszego świata.

Wychowaniem dzieci zajmuje się państwo, które rano pobiera dzieci od rodziców, karmi śniadaniem, naucza, karmi obiadem, odrabia z dzieckiem lekcje w świetlicy, po czym na wieczór wydaje rodzicom do wymycia i przenocowania. Do szkoły bez tornistra się chodzi. W związku w tym osiemnastoletni Szwedzi wyprowadzają się z domu w siną dal. Po czym zmarłą mamusię oddają do spalarni, nie czując potrzeby uczestniczenia ni w spalaniu, ni odebrania urny z prochami (polecam zalinkowany przez Krzysztofa filmik Frondy).

Za to związek dwóch chłopów to zdaniem szwedzkiego reżimu rodzina, a nazwanie homoseksualizmu zboczeniem to przestępstwo.

 

W weekendy chleją na umór, w tygodniu chodzą trzeźwi.

 

Mało kto pracuje, zasiłki dostaje wielu.

 

Uparłem się, żeby skosztować ich lokalnego specjału, zapiekanki ziemniaczanej ze śmietaną i anszua, zwanej pokusą Janssona – Janssonsfrestelse. Niestety okazało się to niemożliwe, bo to specjał świąteczny, a menu świąteczne wprowadzali w poniedziałek 22.11. W niedzielę opuszczaliśmy ten kraj.

Te święta to dla nich ważna rzecz. Główne ulice już przystrojone, świetliste, czerwone dywany nawet, witryny w sklepach też świąteczne.

W niedzielę załapaliśmy się na odsłonięcie świątecznych wystaw w sklepie NK na Hamngatan.

To jakieś wielkie wydarzenie jest z paradą włącznie. Tłumy były, chociaż nic specjalnego do oglądania. Za to w wiadomościach o tym wieczorem mówili (na lotnisku widziałem).

 

Szwedzi nie obchodzą Bożego Narodzenia tylko święto jul, czyli święto Wielkiego Czerwonego Brzuchatego Krasnala, elfów i reniferów. Bo to ateiści. Szmaty, którymi ateiści zapychają potężne dziury w sacrum, którymi wpada do duszy lodowaty powiew braku jakiejkolwiek nadziei, są rozmaite. Udawanie, że Boże Narodzenie polega na kupowaniu rozmaitych rzeczy jest jedną z nich.

I Szwedzi w to wierzą.
 

18.11.2010
W Sztokholmie rozwieszane już są świąteczne dekoracje. Ulica Hamngatan w centrum Sztokholmu jest już obwieszona lampkami. Przyozdobiono 40 drzew, 80-metrowym sznurem z lampkami każde – za jedyne 150 000 koron. W niedzielę, 21 listopada sztokholmskie sklepy zaprezentują swoje świąteczne dekoracje. I jak tu myśleć o pracy w takiej atmosferze?! 
 

 

Ale śluby biorą w swoim szwedzkim protestanckim kościele, a szwedzki kościół jest odpowiedzialny za organizowanie pogrzebów. Dlatego z podatków jest utrzymywany.

Lepsza Polowa lubi na mszę w obcym języku się wbić. Szwedzki jest jak najbardziej obcy, bo takie trochę wygładzone gęganie przypomina.

Wyszła po kwadransie. Księdzem była kobieta, a msza polegała na gęganiu psalmów. A w Chorwacji bawiła się świetnie, ale to był znany i bliski jej katolicki rytuał. Tu jest obco.

Księżmi są nie tylko kobiety, ale i afiszujący się ze swymi łóżkowymi wyczynami homoseksualiści. A kościół związki jednopłciowe błogosławi. A Biblia nie jest zbyt świętą księgą (po raz kolejny, jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił, marsz do linku Krzysztofa). Taki to chrześcijański kościół.

 

Mało jeszcze? No to o tym wpełzającym w życie Szwedów totalitaryzmie pogadajmy.


http://www.rp.pl/artykul/567927_Dzielnica-tylko-dla-ekologow-.html

 

Obowiązkowo proszę powyższy artykuł przeczytać.


W sztokholmskiej Norra Djurgarden mieszkańcy mają prowadzić wzorcowe życie zgodne z wytycznymi lokalnych władz

Sortowanie śmieci, racjonalne odżywianie, kupowanie produktów z certyfikatami ekologicznymi i wynajmowanie samochodów zamiast ich posiadania. To obowiązki mieszkańców dzielnicy Norra Djurgarden. Powinni oni też uprawiać sporty i spotykać się z sąsiadami w przeznaczonych do tego celu lokalach.

Ci Szwedzi, którzy w 2012 roku wprowadzą się do 10 tysięcy ekskluzywnych mieszkań komunalnych, mają żyć zgodnie z założeniami szwedzkiej polityki klimatycznej. Nie wolno im będzie na przykład korzystać z kopalnych źródeł energii. Ich gospodarstwa domowe mają też wytwarzać jak najmniej odpadów. 


Podejrzewam, że Szwedom się to spodoba. Spustoszenie, jakiego dokonała ekologistyczna propaganda w mózgach prostych ludzi zaczyna przynosić plony.

 

Brzmi to wszystko strasznie bez mała, co?

I rodzi jedno pytanie. Jaki oni zajebisty musieli mieć kapitalizm, skoro teraz stać ich na taki socjalizm???

 

Jest ich mało na wielkiej powierzchni i mają dużo bogactw naturalnych, które eksportują. Drewno, rudy metali (żelaza przede wszystkim). IKEA, Volvo (sprzedane Chińczykom), Saab (sprzedany Holendrom), Scania (sprzedana Niemcom), Electrolux, Skanska, H&M.

Do tego Nobel ze swoją nagrodą, Bjorn Borg, Ingmar Bergman, Greta Garbo, Astrid Lindgren, Stieg Larsson i ABBA.

 

Mało? Tak czy siak musieli być wielcy, skoro dziś tak im odwaliło.

A nasze odczucia?

 

Wszędzie dogadasz się po angielsku. W sklepie, małym nawet, w windzie ze skacowanym pięćdziesięciolatkiem, na ulicy gdy staniesz zagubiony z mapą, to w maksimum 30 sekund podejdzie ktoś i nienagannym angielskim uprzejmie spyta, czy pomocy nie potrzebujesz.

 

Czysto, a wszystkie butelki PET i puszki sprzedawane z kaucją do maszyny w markecie oddajesz i kaucję odbierasz.

 

W 48 godzin nie udało mi się zrozumieć tego kraju.

 

PS. W 1968 w ciągu jednego dnia zmienili ruch z lewo na prawostronny
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ruch_lewostronny

 

PS  II. Neuros, dzięki. Połowę mi podpowiedział wczoraj przez telefon. Ja tylko spisałem. :-)

 

PS III. Jeden polski akcent był podczas wycieczki. „Piastowska Cafe” na Tagnergatan. Ale była zamknięta w niedzielę.

Rymasz

Gdy się spaceruje
po ulicach własnego miasta, to jest to czynność prozaiczna. Gdy to
samo robi się w obcym mieście, to jest to heroizm Kolumba
ruszającego w nieznane.

Nieważne, że ileś
tam setek człowieków tu mieszka. Wkroczyłeś, ty obcy, na ich
teren i eksplorujesz. Bezpardonowo i niewiarygodnie odważnie.


Tyle żartem. Ale
jest w tym ziarno prawdy, bo człowiek w nowym mieście w nowym kraju
się rozgląda i próbuje zrozumieć.

Bo mimo tego, że
ten globalizujący się w zabójczym tempie świat sprawia, że
sklepy na całym świecie wyglądają identycznie, oferując te same
produkty, że w kraju na drugim końcu świata idziesz zjeść to
samo co u siebie w kraju w identycznie wyglądającej restauracji, że
oglądasz ludzi ubranych w to samo co u ciebie w ojczyźnie, że
ludzie słuchają tej samej muzyki i jeżdżą tymi samymi
samochodami, to różnice kulturowe są widoczne gołym okiem.


Np. w Sztokholmie
jest ewidentne przyzwolenie społeczne na przechodzenie przez jezdnię
przy czerwonym świetle, gdy jezdnia pusta. I to jest logiczne, bo
jakie to niby zagrożenie i komu krzywdę robi, potencjalnie nawet? A
w Polsce policja za przejście przy czerwonym po pustej ulicy z dziką
satysfakcją zapoda mandat.

Ale za to w Szwecji,
gdy cię złapią na przekroczeniu prędkości o 10 km/h to masz
silnie przerąbanie. U nas suszarkowy taki drobiazg oleje. Bo w
Szwecji prawa się przestrzega. Jak nie wolno to się nie robi. Jak
wolno to się robi.


Państwo ma tu
totalny monopol na procenty. W niepaństwowym sklepie można kupić
roztwór wodny o smaku w niewielkim stopniu zbliżonym do piwa o mocy
3,5%. Więcej nie wolno, bo na wszystkim co mocniejsze łapę trzyma
Władza, która w państwowych sklepach sprzedaje alkohol. W sobotę
czynne do 15:00. W niedzielę zamknięte.

Podobno to dlatego,
że Szwedzi chleją ostro.


Podobno nie
odbierają też z krematoriów urn z prochami swoich bliskich. Nie
mają takiej potrzeby.


Jest schludnie.
Zadbane miasto, arcyciekawie położone na licznych wyspach. W
listopadzie to znaczy tyle, że jak od Bałtyku zawieje, to do szpiku
kości mrozi. Tu śnieg, mżawka i wiatr teraz. Paskudnie.


Drogo, ale wcale nie
tak jak straszyli. W knajpach, poza alkoholem, znośnie. W sklepach
da radę zacisnąć zęby i kupić niewielką torebkę orzeszków
ziemnych solonych za 10 zł. Na krótką metę da, jako jednorazowy
wybryk. :-)


Króla mają, ale
nie szanują. Bęcwały.

Kobiety w drzwiach
nie przepuszczą. Raczej autycy. Ma być od do i pod linijkę.
Uczucia podobno jakieś mają, ale nie dają po sobie za bardo
poznać.

Mało ich na takiej
powierzchni, nie wpadają za często na siebie.


W knajpach jedzą
biali, obsługują kolorowi. No sorry, tak to wygląda.


Firanek i zasłonek
w oknach nie mają, ale samochody mają klawe.


Piękne zadbane
stare miasto. Nikt im nie zburzył chyba. Polskę podczas tzw. potopu
szwedzkiego bezlitośnie złupili, niszcząc bezpowrotnie setki
polskich miast, burząc wszystkie fortece, twierdze i zamki, nawet
te, które poddały się bez walki, wywożąc bezpowrotnie setki ton
dóbr materialnych w tym dzieł sztuki. Wiszą do dziś w ich muzeach
i prywatnych kolekcjach.

Polska się po tej
wojnie nie podniosła. Sto i kilka lat po potopie były rozbiory.
Dopiero niemieckim narodowym socjalistom w duecie z ruskimi
internacjonalistycznymi socjalistami, prawie 300 lat po potopie udało
się dorównać bezwzględnemu i bezlitosnemu okrucieństwu Szwedów
zarządzających swoimi aliantami.

Oczywiście to,
dlaczego Polska dala się im złupić, to inna para kaloszy.


Poza starym miastem
z uroczystą zmianą warty, poza kilkugodzinnym szwędaniem się to
tu to tam, spędziliśmy dziś sporo czasu w Vasa Museet.


http://www.vasamuseet.se/sv/Sprak/Polski/


10 sierpnia 1628
podczas próbnego rejsu, po przepłynięciu 1300 metrów okręt
królewski Vasa spektakularnie zatonął po podmuchu wiatru. Mimo
przeprowadzonego postępowania nikogo za katastrofę nie ukarano.

Król Gustaw II
Adolf, który 3 lata wcześniej zlecił budowę okrętu potrzebnego
na wojnę z Polską, już w trakcie budowy zażyczyl sobie
dodatkowego pokładu z armatami, smukłości, bogato zdobionych
nadbudówek. Rozkaz króla to rozkaz i choć szkutnicy doświadczenia
nie mieli, to zlecenie wykonali. Statek nie został właściwie
obciążony balastem, miał zbyt wysoko położony środek ciężkości.
Pierwszy silniejszy podmuch wiatru przetrwał. Po drugim fiknął i
zatonął.

Kilkadziesiąt lat
później wydobyto prawie wszystkie armaty. W XVII wieku z głębokości
ok. 30 metrów! W specjalnych dzwonach z poduszką powietrzną (cały
czas tłoczono powietrze) nurkowali.

W 1961 okręt
wydobyto w stanie idealnym wręcz, bo niskie zasolenie i temperatura
Bałtyku nie sprzyjają rozwojowi pochodzącemu z Karaibów świdraka
okrętowca, który żre drewno jeśli tylko ma szansę.

Wymyślono metodę
konserwacji drewna, odbudowano okręt, wsadzono do muzeum, w którym
tuż po przekroczeniu drzwi wejściowych kopara opada na stałe. Ten
okręt jest wielki, zachowany (95%) i zrekonstruowany idealnie.


To najbardziej
spektakularne muzeum w jakim byłem.

Jutro koniec
wycieczki, ale mam nadzieję, że Szwecja zaciekawiła nie na tyle,
bym sobie jeszcze o niej popisał coś więcej niż tylko luźne,
szowinistyczne i spisywane na żywo uwagi.

Późno już. Padam
na pysk. Ktoś docenia w ogóle mój heroizm Kolumba? :-)


Rymasz

Żony jak to żony. Mają swoje zady i
walety.

Ale lepiej mieć żonę dobrą niż
złą. To uniwersalna zasada w każdej kulturze.

I lepiej żonę kochać niż nie
kochać.

Chociaż pokłócić się raz na jakiś
czas trzeba. A i dobra żona nawet może głupotkę popełnić.


Lepsza Połowa wyciągnęła mnie we
wtorek do kina na film „Amerykanin”.


UWAGA SPOJLER!!!


To jest niewiarygodnie nudna historia
ohydnego skurwysyna, który zawodowo zajmuje się zabijaniem ludzi i
pomaganiem innym skurwysynom w zabijaniu ludzi, i którym można
tylko gardzić. Przez cały film George Clooney, który owego
bezlitosnego i paskudnego drania udaje, snuje się po ekranie z miną
cierpiętnika. Problem w tym, że jego wyraz twarzy nie wskazuje na
cierpienia egzystencjalne, a raczej na takie związane z trawieniem.

Nie sposób mu współczuć, bo gra
obrzydliwe bydlę, które należy jak najszybciej odstrzelić. Zatem
normalny człowiek nie może się z tym skurwielem identyfikować.
Zatem film jest do dupy.


Tyle ja.


Lepszą Połowę zachwycił KLIMAT,
nieśpieszna narracja i piękne zdjęcia.


Czasami nie potrafię zrozumieć
Lepszej Połowy, ale ona ma dokładnie to samo ze mną, a ja potrafię
jej bardziej dokuczyć niż wyciągnięciem na chujowy film.


Ten film był we wtorek.

A już w piątek, czyli dziś, Lepsza
Połowa wyciągnęła mnie do Sztokholmu.

Od czwartku jest w Sztokholmie na firmowym zlocie. I sama wpadła na pomysł, że weekend możemy spędzić razem, bo jej w piątek firmowy spęd się kończy. Zakupiła mi
bilet lotniczy, bilet kolejowy do miasta i dwuosobowy pokój w hotelu. Palcem w bucie nie
kiwnąłem.

Zazdrośćcie mi! :-)


Teraz padła i śpi, co po dwóch dniach
firmowego jubla jest dziejową koniecznością. Jutro ruszamy w
miasto.


Po dzisiejszym dniu wiem co
następuje:

  1. Nienawidzę latać samolotami. To
    nudne, a moje zatoki nie lubią lądować i startować.

  2. Gdy się kupi (ZE ZNIŻKĄ!!!) w
    internecie bilet na kolejkę z lotniska do centrum Sztokholmu
    (Arlanda Express), to w pociągu biletem jest karta kredytowa, z
    pomocą której kupiło się bilet. Polska ma jeszcze wiele do
    nadrobienia, by do socjalnej socjalistycznej Szwecji się zbliżyć.

  3. Z lotniska do centrum jedzie się
    20 minut. Co w prajtyce znaczy, ze o 18:10 wylądowałem, o 19:00 całowałem LP.

  4. Z dworca Arlanda Express do hotelu
    Nordic Sea Hotel jest 15 metrów.

  5. Jest pieprzony mróz. Dziewczyny
    chodzą w rajstopach bez spódnic, co niektórzy faceci brykają na
    krótki rękaw.

  6. Rasowo jest kolorowo. Dużo
    Szwedów w pierwszym lub drugim pokoleniu.

  7. Szwędanie się bez mapy po
    mieście, którego się nie zna jest fajne.

  8. Nie ma w Sztokholmie taksówki,
    której nie prowadzi Turek lub Arab.

  9. Usługi bankowości elektronicznej
    są w Szwecji po prostu szybsze niż w Polsce.

  10. Internet w hotelu w XXI wieku to
    standard.

  11. Szwedzi nie znają się na piwie i
    zamiast piwa sprzedają roztwory wodne piwa.

  12. Czeka mnie zajebisty weekend. :-)


Sztokholm jest fajny.

I cóż, że ze Szwecji?


cdn.


Rymasz

Judycki w swojej książce próbuje wykazać, że Bóg jest (w zasadzie to musi być) Bogiem katolików. A co na to deista Flew?

Chociaż Flew chrześcijaninem nie był, to chrześcijaństwo uważał za najlepszą religię, w przeciwieństwie do islamu, przed którym ostrzegał, podobnie jak inna znana ateistka Oriana Fallaci. Na podobne „dowody” co Judycki nie wpadł, ale w dodatkach do swojej książki zamieścił laurkę chrześcijaństwa (najsilniejszy argument na rzecz prawdziwości wierzeń chrześcijaństwa, z jakim się zetknąłem) anglikańskiego biskupa Nicolasa Thomasa Wrighta.

Deista Flew zostawiał sobie furtkę: Odkrycie zjawisk takich jak prawa przyrody (…) skłania naukowców, filozofów i innych ludzi do uznania istnienia nieskończenie inteligentnego Umysłu. Niektórzy twierdzą, że nawiązali z nim kontakt. Ja jeszcze nie. Ale kto wie, co przyniesie przyszłość? Być może i ja usłyszę Głos, który zapyta: „Słyszysz mnie teraz?”.

Czy usłyszał nie wiadomo. Antony Flew zmarł w kwietniu 2010.


Dowody Flew opierające się na zasadzie antropicznej i istnieniu życia (nieszczęsny Inteligentny Projekt) w ogóle, nic a nic, mnie nie przekonują. I te ateiści łatwo obalają. Np. tu:
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5119/q,Bledna.nauka.Flewa
Ale z jednym sobie dać rady i wpadają
jego sidła jak muchy w sieci pająka. Stenger pisze na zakończenie swojej krytyki: nasz stosunkowo złożony wszechświat mógł powstać z bytu, który jest najprostszy i najbardziej bezmyślny ze wszystkiego ― z próżni.

Czym jest próżnia w rozumieniu Stengera? A cholera wie, najprawdopodobniej przestrzenią i czasem. Stenger nie rozumie raczej, że nicość to jest nic, a nie próżnia.

Powtórzę. Wszystko jedno czy powstanie czegoś z niczego postuluje teista czy ateista. To jest w dalszym ciągu to samo.

Kreacja.

Stworzenie.


Szczerze mówiąc to moim zdaniem postulowanie bytu wszechmogącego, wiecznego i nie potrzebującego wobec tego żadnej przyczyny powstania, bo będącego źródłem wszelkich przyczyn, brzmi lepiej niż powstanie czegoś z niczego sauté, choćby to tabuny fizyków anomalią nicości tłumaczyły. Dużo lepiej. Jak nie ma niczego, to nie mowy o żadnej anomalii

Tyle właśnie (aż tyle i tylko tyle) wyniosłem z lektury obu książek.


Zrozumiałem też, że czysty materializm pozbawiony transcendentalnej refleksji jest nic nie wart. Nie daje odpowiedzi na żadne z fundamentalnych pytań, na które wcześniej czy później próbuje odpowiedzieć myślący człowiek. I żeby było jasne – czystą transcendencję, wypieranie się wiedzy o świecie, której w wielkiej obfitości przybywa dzień w dzień uważam również za kompletną bzdurę.

Ideałem jest, gdy oba punkty widzenia na świat się uzupełniają, zamiast zwalczać. Fundamentalizm materialistyczny jest równie niebezpieczny i bezsensowny co religijny.

Pojąłem i to (to już rozmyślając po lekturze), co znaczy, że Bóg w którego nie wierzę, ale w którego wierzą teiści, jest wszechmocny. To znaczy tyle, że potrafi stworzyć kamień, którego nie potrafi podnieść, a potem bez problemu ten kamień podnosi. I nie ma tu żadnej sprzeczności, bo Bóg jest wszechmocny, a to, że ludzie tego nie mogą zrozumieć świadczy o tym jedynie, że ludzie na wszechmoc zadatków nawet nie mają. Kiedyś tego nie rozumiałem i nabijałem się z teologów-samouków, którzy też tego nie rozumieli, ale usiłowali po swojemu wytłumaczyć.
http://badziewiaki.blog.pl/najwikszy-obiekt-we-wszechwiecie,12338052,n


Przede wszystkim zaś uświadomiłem sobie, że wszechświat musi mieć jakąś przyczynę, która nie posiada konieczności powstania, czyli konieczności posiadania przyczyny, czyli taką, która jest ponad czasem i przestrzenią.

Czy zostałem deistą jak Flew? Nie wiem, bo etykietki jak zwykle nie mają dla mnie znaczenia.

Jestem ateistą, bo nie wierzę w żadnego Boga i wali mnie to, czy to przypadkiem nie agnostycyzm, bo przecież uczciwie przyznaję, że NIE WIEM czy istnieje Bóg.

Ale zacząłem się też zastanawiać, czy to dobrze, że etykietki mnie nie obchodzą. Bo może lepiej niż ateista pasowałoby do mnie określenie „katolik przechodzący poważny kryzys wiary”. Na tyle poważny, że w Boga nie wierzy, ale brzmi inaczej i trochę inne niesie skojarzenia, nieprawdaż?

Bo uświadomiwszy sobie intelektualną nędzę ateizmu, jego fatalny i rujnujący wpływ na naszą cywilizację, jego beznadziejność jako filozofii życiowej (smażę o tym dość zjadliwą rozprawkę – może kiedyś uda się ją skończyć), uświadomiwszy sobie powszechność wiary w Boga, którą da się rozsądnie wytłumaczyć tylko KONIECZNOŚCIĄ człowieczej wiary w transcendencję dającą nadzieję (tę konieczność rozumiem jako immanentną cechę świadomości), WIEM jedno. Nawet gdy się nie wierzy w Boga, to warto żyć tak, jakby się wierzyło, a dla kogoś żyjącego w kręgu cywilizacji białego człowieka, najsensowniejszym pomysłem jest chrześcijaństwo.


Amen. Starczy tych wywodów filozofa-samouka.


Rymasz

Nie uwierzyłem w
Boga po poznaniu argumentacji Judyckiego i Flew. Ale uczciwie
spojrzawszy sobie w oczy musiałem powiedzieć: Igor, masz do
czynienia z Tajemnicą. Co z tym zrobisz, to Twoja sprawa, ale
niestety wygląda na to, że twój Kumpel miał rację, gdy wkładał
ci to łba przez tyle lat, a tyś rękami i nogami się przed tym
zapierał, bo twój materialistyczny, niemożebnie uproszczony pogląd
na świat ci wystarczał. Ateisto tępy ty.


Książce Judyckiego
nie dałem rady do końca, bo zaraz po przedstawieniu swojego causa
totalis
autor zaczął
„udowadniać” jaki jest Bóg. Wyszło mu, że jest dobry. Skąd
to wiadomo? Bo stworzył wszechświat. A skąd wiadomo, że to Bóg
stworzył wszechświat? Bo wszechświat jest. Zatem, ponieważ
istnieje wszechświat, to musi istnieć Bóg, który go stworzył, a
ponieważ to Bóg stworzył wszechświat, to Bóg jest dobry.

Logiczne,
nie?


Ja
jestem inżynierem od uzdatniania wody i oczyszczania ścieków,
zwykłym szambonurkiem z wykształcenia, no spójrzmy prawdzie w
oczy, trochę się znam z racji obecnie wykonywanego zawodu na
obsłudze technicznej budynków, w żadnym zaś wypadku nie znam się
na filozofii tak jak zna się na niej profesor filozofii Stanisław
Judycki. Gdzie mi tam do niego. Zatem to prawdopodobnie niedostatki
filozoficznej wiedzy sprawiają, że powyższy wywód uważam za
funta kłaków warty. Innymi słowy, wedle mojego prostackiego
zdania, to jest wąż żrący własny ogon.


Profesor
Judycki na „udowodnieniu” nieskończonej dobroci Boga bynajmniej
się nie zatrzymuje i gna dalej i „udowadnia”, że Bóg musiał
się wcielić (w osobie Jezusa z Nazaretu), musiał zbawić ludzkość,
Szatan jest zły, a ludzie żyją wiecznie.

Gdyby
Bóg nie był dobry, to nie stworzyłby wszechświata. Skąd to
wiadomo? Stąd, że wszechświat jest, a zatem to dobry Bóg stworzył
wszechświat.

Przepraszam,
że się powtarzam (jak Judycki zresztą), ale zaczynacie łapać,
jak ten facet błądzi?

Ja
załapałem.


Niestety
nie podołałem tym mądrościom i odpadłem od lektury. Przerosła
mnie, filozofa-samouka. Problem polega na tym, że tak samo jak
Judycki, ja potrafię „udowodnić” że Bóg sadysta stworzył
świat, aby ile wlezie znęcać się nad materią, którą
wyprodukował. Bo niby czemu nie?

Ot,
po prostu ruszę do walki korzystając z innego niż Judycki
pradygmatu i naprawdę GWARANTUJĘ, wszystko mi tak samo
jednoznacznie, czarno na białym wyjdzie. Bóg jest zły i jest
sadystą. Toż to gołym okiem widać.


Nie
mam szczególnej pretensji do Judyckiego, za to, że wierzy w Boga
katolików i ta wiara wpływa na jego ogląd świata. Zastanawia mnie
tylko kto mu za to fantazjowanie i bycie profesorem filozofii pensję
płaci. Jeśli Kościół katolicki (jest pracownikiem KUL), to mam
to gdzieś, jeśli aktualny socjalistyczny reżim, który na ten cel
ograbił mnie na sam przód z ponad 80% uczciwie zarobionych przeze
mnie pieniędzy, to jednak mnie to wkurwia z lekka.

Jak
każda inna bezsensowna aktywność tego okupanta zresztą.


Problem
istnienia zła na świecie Judycki zbywa (przynajmniej do momentu, w
którym odpadłem) tak:
wola szatańska jest wolą
samozagłady i dąży do nicości. Istnieje więc raczej coś niż
nic, gdyż podstawą istnienia i podstawą świata jest dobry Bóg.
Gdyby było inaczej, nic by nie istniało.


To logiczne
przecież, że nieskończenie dobry Bóg, stworzył Szatana w ten
sposób, że obdarzył go wolą samozagłady i dążenia do nicości.
Oczywiście wedle teologów katolickich, to nieskończenie dobry Bóg
Szatana jedynie wolną wolą obdarzył. Taa… Wrócę do tego.


Antony Flew tak
zgrabnie problemu zła nie ignoruje.

W żadnym razie
nie wolno zapominać o istnieniu zła i cierpienia. Jednak z
filozoficznego punktu widzenia jest to problem odrębny od kwestii
istnienia Boga.


I z tego powodu to
Flew jest moim zdaniem prawdziwym teologiem naturalnym, a Judycki go
tylko udaje. Jak się chłopie decydujesz TYLKO na rozum, to bądź
do końca konsekwentny. Judycki nie jest, bo atrybuty Boga, o których
wiemy z racji Objawienia, „udowadnia” filozoficznie.

Nie da rady Panie
Profesorze. Paradygmat, z którego Pan udaje, że korzysta, na takie
sztuczki nie pozwala.


Chociaż w zasadzie
niezręcznie się człowieka czepiać, bo fizycy na temat powstania
wszechświata z nicości, tak samo jak Judycki, niby cały czas
pozostając w obrębie paradygmatu materialistycznego, fantazjują
też ile wlezie.


Judycki ich
ignoruje, Flew trzepie ich na odlew w potylicę.

Multiplikacja
wszechświatów nie jest fizycznym wyjaśnieniem początku
wszechświata.

Fizycy fantazjują,
że z niczego powstało coś. A potem czują dyskomfort. I fantazjują
na temat wiecznego wszechświata, który to się rozszerza, to kurczy
do punktu i znów eksploduje (kosmiczna inflacja wszystko nam
zgrabnie tłumaczy). I tak w kółko Macieju. A potem znów o
strunach piszą, o dziesięciu wymiarach + czas. I o tym, że jak
struny na siebie niechcący wpadną, to powstaje czas, przestrzeń i
energia. Ot tak.

Ale w jaki sposób
przy tym fantazjowaniu dyskomfort poznawczy znika, to ja dalej nie
pojmuję.


Jeśli ktoś nie
widzi, że to jest tłumaczenie praw rządzących wszechświatem,
prawami rządzącymi wszechświatem, to niech da znać. Napnę się i
dokładnej wytłumaczę.


Jeśli, fizyku,
jakieś prawo przyrody traktujesz jako wieczne i niezmienne, to
dowiedz się fizyku, żeś temu prawu nadał atrybuty jakie teiści
swojemu Bogu nadają. I jeśli w dalszym ciągu wydaje Ci się, że
Ty jesteś naukowiec, a oni to otumaniona religijnie tłuszcza
bezrozumnych fanatyków, to jesteś głupi co najmniej tak samo jak
Richard Dawkins, który jest znakomitym ewolucjonistą i
niewiarygodnie fatalnym filozofem. Szkoda tylko, że pisząc o
ewolucji filozuje ile wlezie.


Jak zwykle mnie
poniosło, ale obiecuję, że do Tajemnicy wrócę. Dokąd dokładnie
trafię na końcu nie wiem, ale coraz lepiej się bawię. :-)


cdn.

Rymasz

Będę za chwilę
filozował. Ostrzegam lojalnie. Jestem inżynierem i do filozofowania
kwalifikacji nie posiadam, bowiem, jako się rzekło, jestem tylko
filozofem samoukiem. Nie mam warsztatu, nie mam stosownego
wykształcenia, nie mam nawet talentu (talent mam do opowiadania
historii, a czyste filozofowanie to jednakowoż coś zupełnie
innego). Zatem będę filozował.

Ostrzegałem,
prawda? Dalej czytasz na własną odpowiedzialność.


„Bóg i inne
osoby” Stanisława Judyckiego jest książką trudną dla mnie
filozofa samouka, ale pierwsze cztery rozdziały strawiłem
bezboleśnie i z przyjemnością. Najwyraźniej byłem przesycony
ateistyczną propagandą, a to spojrzenie na rzeczywistość niosło
powiew świeżości.


Na początku Judycki
bardzo zgrabnie rekapituluje dwie przeciwne postawy: teizm i ateizm.

Potem zapodaje swój
koronny i ostateczny dowód, zwany przez niego causa totalis,
na istnienie Boga: ponieważ istnieje świat, musi istnieć Bóg. To
oczywiście jest dowód filozoficzny, czyli tak naprawdę żaden
dowód, ale przyznaję, że to rozumowanie w jakiś sposób mnie
intelektualnie zapłodniło i za to jestem Judyckiemu wdzięczny.


Jak rozumuje
Judycki? Jak katolicki teolog. Nie ukrywa tego, lojalnie informując,
że zamierza udowodnić Boga o określonych atrybutach i są to
atrybuty Boga katolików.

Jeśli kto równie
ambitny co ja, to interpretację dowodu ontologicznego Judyckiego
znajdzie tu:
http://usfiles.us.szc.pl/pliki/plik_1119641594.pdf


W książce
rozumowanie, które dowodzi w sposób apodyktyczny istnienia Boga
jako bytu najwyższego,
wygląda tak mniej więcej (cytaty w
punktach):

1. Skoro coś
istnieje, to istnienie tego musi być możliwe.

2. Wszystko co
istnieje jest różne od nicości i ma granice w nicości.

3. Warunkiem
możliwości istnienia czegokolwiek musi być byt, w którego
przypadku nie występuje problem posiadania granic w nicości.

4. Jeżeli istnieje
coś, to istnieje Bóg jako nieskończona pełnia własności. Tylko
taki byt może być całkowitą przyczyną wszystkich przedmiotów i
wszystkich własności.


Bardzo ważne dla
tego rozumowania jest poprawne zrozumienie pojęcia nicości. Judycki
to zgrabnie wykłada: Nicość jest tym, co nie istnieje, a nie
qusi-istniejącą otchłanią, z której mogą wyłaniać się
przedmioty. (…) nie da się stwierdzić, iż nic nie istnieje: gdy
ktoś próbuje twierdzić, że nic nie istnieje, to uznaje, że
istnieje przynajmniej to właśnie zdanie, to znaczy zdanie
stwierdzające, ze nic nie istnieje.


I na razie w tym
właśnie miejscu zostawmy Judyckiego, a zajrzyjmy do „Bóg
istnieje” Antonego Flew, który katolikiem bynajmniej nie był. Był
filozofem, który przez większość swego życia w każdej kolejnej
publikacji dowodził, że Boga nie ma. Na rozmaite sposoby. I o tym
traktuje pierwsza połowa jego ostatniej przed śmiercią książki.

Druga połowa jest o
tym, co doprowadziło autora do odkrycia Boga na drodze czysto
naturalnej, bez odwoływania się do jakichkolwiek zjawisk
nadprzyrodzonych.
Flew dokładnie precyzuje, że odkrycie to było
owocem dociekań, które tradycyjnie nazywano teologią naturalną.
W ogóle nie wiąże się z żadną z religii objawionych. (…)
Krótko mówiąc, moje odkrycie Boga wynikło z pielgrzymki rozumu, a
nie wiary.


Co zatem zamieniło
ateistę w deistę?


Po pierwsze,
refleksja nad prawami przyrody. Naukowe odkrycia wskazują na to, że
natura wszechświata jest logiczna i uporządkowana. Prawa
przyrody są matematycznie ścisłe, ogólne i wzajemnie związane.
A na pytanie co jest źródłem takiego porządku w naturze jest
jedna odpowiedź: Umysł Boga. I jest to wniosek wielu
wybitnych naukowców badających naturę wszechświata.


Po drugie,
wszechświat jest precyzyjnie dostrojony. I to w taki sposób,
który umożliwia powstanie życia. To zasada antropiczna. Wszystkie
prawa natury wszechświata są tak „dobrane”, że umożliwiają
powstanie życia i inteligencji. I jest ich naprawdę, bardzo, bardzo
dużo. Jedynym zadawalającym wyjaśnieniem pochodzenia
„wewnętrznie celowego i rozmnażającego się życia”, jakie
istnieje na Ziemi, jest nieskończenie inteligentny Umysł.


Po trzecie, nie może
powstać coś z niczego. Judyckim to pachnie, nieprawdaż? Tyle, że
Flew znów podpiera się nauką, kosmologią dokładniej.

Gdy Flew tworzył
filozoficzne podstawy ateizmu, wszechświat traktował jako nie
mający końca i początku, a zatem jego istnienie było faktem
ostatecznym. Ale potem pojawił się Big Bang i okazało się, że
wszechświat ma początek. A skoro tak, to trzeba zapytać, na
czym polegał ów początek.

Skoro z niczego
powstało coś, to musi być jakieś źródło tego czegoś.


I tu zostawmy też
na tę chwilę Flew.


Czy uważam powyższe
wywody obu Panów za ostateczny dowód na istnienie Boga?

Nie.

Czy powyższe wywody
przemodelowały moje rozumowanie na temat Boga?

Tak.


Co zatem wydaje mi
się, że wiem dzisiaj?


Argumentu z
pierwszej przyczyny nie traktuję jako dowodu, choć daje mi do
myślenia.


Mamy:

1. Albo bezrozumne
prawa natury, które nie wiadomo skąd się wzięły, ale które
doprowadziły niechcący do powstania ludzi.

2. Albo Absolut,
który stworzył wszechświat z ludźmi na pokładzie.


Oba te twierdzenia
są jednakowo nie do udowodnienia, a to, które wybieramy, jest tylko
i wyłącznie kwestią wiary. Niczym więcej i niczym mniej.

Mamy TYLKO wiarę do
rozstrzygania takich wyborów. Nie mamy narzędzi, którymi możemy
badać co było przed powstaniem wszechświata. I nie będziemy mieć.
Zwyczajnie nie ma takiej możliwości, byśmy mogli zacząć umieć
naukowo badać coś ponad czasem, przestrzenią i energią, której
popularną emanacją jest materia między innymi.


Nic. Nie ma niczego.
Nie w tym rozumieniu, że niczym jest na przykład pustka między
cząstkami elementarnymi. Ta pustka jest czasem i przestrzenią,
częścią wszechświata.

Nic to nieistnienie
czasu i przestrzeni. Jeśli nie ma niczego, to nie ma też
konstatacji faktu nieistnienia. Nie ma „potencjału przestrzeni”,
bo nie ma przestrzeni. Nie ma przyczyny, nie ma skutku. Z niczego nie
wynika nic, tudzież wynika nic (polski język z podwójnymi
zaprzeczeniami jest zbyt skomplikowany nawet dla mojej językowej
intuicji).

A tu bęc! i z
niczego jest coś! Nie ma czasu, przestrzeni, praw natury, bęc! jest
to wszystko. Z niczego. Coś z niczego. Co to jest?

Stworzenie.


Ateiści nie mają
żadnego wyjaśnienia faktu tej kreacji.

Ostatnio nagłośnione
stwierdzenie Stephena Hawkinga, że istnienie wszechświata doskonale
tłumaczy się z prawa grawitacji jest idiotyczne.

Grawitacja to
atrybut naszego wszechświata, zatem Hawking tyle „wytłumaczył”,
że grawitacja wzięła się z grawitacji.

To ma sens tylko
wtedy, gdy przyjmiemy, że grawitacja jest wieczna i ponad
wszechświatem.

Ale czy to nie są
przypadkiem atrybuty Boga teistów?


Tyle się jeszcze
dowiedziałem dzięki lekturze obu książek, że ateistyczna buta w
pewności co do nieistnienia Boga, to jedynie wyraz braku głębszej
refleksji nad istotą tego łez padołu, a ateistyczni guru z tą
niepohamowaną pewnością biorący się za bary z filozofią teizmu
(Dawkins, Dennet, Hitchens – tych czytałem) raczej się
kompromitują.


Ale te wszystkie
plusy nie przesłaniają mi minusów.


O czym między
innymi w kolejnej części moich rozważań.

 

PS. Tym słabiej
rozumiejącym słowo pisane i niespecjalnie obdarzonym poczuciem
humoru i dystansu, którzy jednak mimo wszystko dotrwali przy
lekturze do tego momentu, zwracam uwagę, że stwierdzenie „ateiści
z wielką pewnością biorący się za bary z filozofią teizmu
raczej się kompromitują” jest autoironicznym podsumowaniem
jakości moich wywodów, a nie wywyższaniem się i zadufaniem.


cdn.

Rymasz

Jestem filozofem samoukiem. Na
samym końcu. No początku jestem Igorem, potem jestem ojcem i mężem,
potem zaś inżynierem od wody i ścieków, który na masło na
chlebie zarabia nie zajmując się wodą i ściekami, ale zasadniczo
jako inżynier jednakowoż.

Cieszę się, że w
przeciwieństwie do humanistów i innych ignorantów odebrałem
techniczne wykształcenie i miałem przez te kilka lat kontakt z
nauką.

Oni nie mieli.

Tylko współczuć.


Filozofem samoukiem
jestem, bo każdy jest filozofem samoukiem, bo każdy, największy
tępak, jakiś sens życia musi mieć, a ponieważ uniwersalnego się
póki co nie udało wynaleźć, to trzeba sobie jakiś wymyślić. To
znaczy jest jeden uniwersalny dla dziewięćdziesięciu kilku procent
populacji sens życia.

Wiara w Boga lub w
bogów. Nie sposób tego nie spostrzec, choć niektórym co bardziej
zaczadzonym ateistom się udaje.


Przeciwieństwem
filozofa samouka jest filozof nauk, czyli filozof akademicki. Filozof
akademicki to taki, który zajmuje się czymś, co świetnie swego
czasu scharakteryzował Stanisław Michalkiewicz: Filozofia,
zwłaszcza dzisiaj, nie jest żadną syntezą nauk, tylko desperacką
próbą znalezienia wytrycha, dającego dyletantom poczucie
„zrozumienia świata”, w rezultacie oscylując na pograniczu
między królestwem nauki i królestwem psychiatrii.

Bogusław
Wolniewicz dodał, iż prawdziwa filozofia nie zajmuje się sobą i
nie jest nauką
.

I
uzupełnił, że filozofia zajmuje się światem i naszym życiem w
tym świecie. A na dodatek jest pewnym szczególnym przejawem naszego
człowieczeństwa.

Otóż
to. Prawdziwa filozofia nie jest współczesną filozofią akademicką
i dlatego taki filozoficzny samouk jak ja śmiało będzie o
filozofii pisał, filozofom naukom mówiąc stanowcze „E tam!”.


Filozofię
akademicką mam zatem głęboko w dupie, ale samej filozofii jako
takiej już nie. Chociaż jeszcze niedawno ją ignorowałem. Ale
wszystko płynie jak mawiał Pan Tarej. Nie jestem żadnym
specjalistą, nie znam prac Sedesa z Bakelitu, nie rozróżniam
Talesa z Minaretu od Demokrata z Abwehry, ale jak się zawezmę to
dam nawet radę książkę filozoficzna przeczytać.

I nie tylko
filozoficzną.

O teologii mam
zdanie jeszcze gorsze co o filozofii akademickiej. Zgadywanie jaki
jest byt, o którym nie wiadomo nawet czy istnieje to doprawdy
wyjątkowa bezczelność. Tak sądziłem jeszcze niedawno, bo cała
teologia to była dla mnie teologia objawienia, czyli dywagowanie na
temat tego co w świętych księgach objawił wyznawcom Bóg. Nie
wygląda to na fascynującą intelektualną przygodę dla ateisty,
nieprawdaż?


Ale nie jest też
tak, że „olewam” Boga. Człowiek uczciwy intelektualnie i
ciekawy świata, czyli wypisz wymaluj ja (mam naprawdę sporo zalet,
choć skromności do nich zaliczyć nie sposób), nie może ignorować
tej oczywistości, o której już pisałem. Dla większości ludzi,
dla porażającej większości, wiara w Boga jest tym, co nadaje ich
życiu sens.

A co nadaje sens
życia ateistom? No, to jest bardzo dobre pytanie, jakby zdrajca
Maleszka powiedział.

Moim zdaniem, a
wymyśliłem to po latach bycia ateistą, bez odwołania do Absolutu
nic nie jest w stanie nadać życiu sensu ateisty. Amen. To, że ja
sobie jakiś sens wymyślam (np. miłość do dziecka i troska o jego
dobro) to zwykłe intelektualne oszustwo i taki tam erzatz sensu.
Dostojewski to już dawno temu w genialnym bon mocie zwerbalizował:
Skoro Boga nie ma, to wszystko wolno. Dodam więcej, skoro
Boga nie ma, skoro życie ma tylko materialny wymiar, skoro jesteśmy
tu tylko przez chwilę, skoro Ziemia wcześniej czy później spadnie
na Słońce, a na podróże kosmiczne nie ma niestety co liczyć, to
na co to wszystko? To jak motywować się do czegokolwiek? Hedonizm,
to jedyna sensowna filozofia dla ateisty. Bo szkoda życia na co
innego. Chociaż w zasadzie i hedonizm jest bez sensu.

Powtarzam, ateizm
jest beznadziejną filozofią życiową, bo nie daje człowiekowi
absolutnie żadnej nadziei.


Kolejną z bezliku
moich zalet jest to, że nie jestem szczególnie przywiązany do
wyznawanego aktualnie światopoglądu. Tyle razy zmieniałem już
zdanie w tak wielu sprawach, że doprawdy aktualnie wyznawane poglądy
traktuję jako przejściowe. Jestem wciąż ciekawy świata, głodny
wiedzy, zainteresowany poznawaniem oglądu świata innych ludzi,
wciąż dowiaduję się czegoś nowego. Ta nowa wiedza, umiejętność
spojrzenia na dane rzeczy z innego kąta, zmieniają moje poglądy.
Naprawdę, tym razem na poważnie, tę cechę u siebie wyjątkowo
cenię. Jeśli dostrzegę błąd we własnym rozumowaniu, to bez żalu
porzucam swoje dotychczasowe poglądy i zastępuję je tymi, w
których błędu póki co nie widzę. Co ciekawe nauczyłem się to
cenić gdy podczas lektury książki Antonego Flew „Bóg istnieje”,
dostrzegłem tę cechę u autora. Zaimponowała mi bez mała, a potem
zdałem sobie sprawę, że sam mam podobnie. Może nie aż tak jak
Antony Flew, ale nie mam oporu przed wyciąganiem wniosków, nawet
gdy druzgoczą mój dotychczasowy punkt widzenia. Co więcej, mnie to
nawet rajcuje, bo przynajmniej coś się dzieje. Najgorszy jest
bezruch.


Lektura książki
Flew była logiczną niejako koniecznością po lekturze „Bóg i
inne osoby” Stanisława Judyckiego. Tę zaś rozprawę z zakresu
teologii naturalnej, tak ją przynajmniej autor opisuje – moim
zdaniem nie do końca słusznie, ale o tym potem, przysłał mi
pewien zakonnik, z którym sobie mailowo gawędzę.

Nie dałem rady
przeczytać jej całej, ale dałem radę do połowy, zaraz napiszę
dlaczego, ale dobrze, że ją przeczytałem. Naprawdę się cieszę,
bo dała mi bardzo dużo do myślenia i na tyle zainteresowała
teologią naturalną, że chciałem czegoś więcej i znalazłem „Bóg
istnieje” Flew, czołowego ateistycznego filozofa XX wieku, który
tak naprawdę stworzył filozoficzne podwaliny ateizmu, po czym na
koniec życia został deistą i uwierzył w Boga. Bez żadnego
objawienia – do końca życia wyrażał nadzieję, że nie ma życia
po śmierci. Na drodze czysto rozumowej, pozostając wiernym
zasadzie, że za danym rozumowaniem należy iść dokądkolwiek
prowadzi, stwierdził, że Bóg musi istnieć. To dla mnie prawdziwy
teolog naturalny. Nie miesza teologii objawienia z teologią rozumu
(naturalną), jak moim zdaniem robi Judycki.


cdn.

Rymasz


  • RSS