Zebrane z dwóch tygodni.

Wczoraj w fabryce koleżanka poprosiła, żebym jej podpisał jakiś kwit. Nachyliłem sie przy niej i niechcący wpakowałem jej łokieć w biust – na szczeście nie agresywnie i boleśnie. Zauważyłem to dopiero, gdy autograf skończyłem, bo ona się wcale nie odsunęła.
- Oj, przepraszam – mówię.
- No co ty? To przyjemne było – odpowiedziała mi z uśmiechem.

Po co to piszę? Nie wiem, ale się wczoraj uśmialiśmy. :-)))

 

* * *

 

Dzisiaj rano moja córka lat 3,5 podeszła do mnie i powiedziała z pretensją w głosie:

- Tatusiu, a mama to powiedziała „Cholela!”.

- I co kochanie?

- To niaładnie mówić „Cholela!”.

- Tak, masz rację, ale to nie jest aż tak nieładnie.

- Tak. „O kulwa!” jest baldziej nieładnie.

 

Oj, też się śmiejemy.

 

* * *

 

W poprzedni czwartek miałem służbową popijawę na Starym Mieście. Oprowadziłem kolegów ze Śląska po okolicy. Posłuchaliśmy śpiewów wiernych Kościała Lecha Kaczyńskiego pod Pałacem Prezydenckim, połaziliśy w tę i we wtę, popiliśmy w Honoratce. Około 23:00 zwiałem załodze, która siłą chciała mnie zaciągnąć do hotelu celem kontynuowania libacji. Dojechałem do domu.

Resztę znam z relacji żony.

 

Rymasz milcząco wyciąga trzy jajka z lodówki. Gotuje wodę w rondlu na kuchence. Lepsza Połowa, także nic nie mówiąc, z zaciekawieniem obsewuje chaotycznie, zachwiane i pourywane czynności wykonywane przez męża. Rymasz nastawia na kuchence czas gotowana na dziesięć minut. Zasiada dostojnie przy kuchennym stole i tępo patrząc na nic przycina komara. Po dziesięciu minutach kuchenka piskiem ogłasza wykonanie zadania. Rymasz wstaje i wyłącza zmywarkę. Po czym idzie spać.

Lepsza Połowa dostaje śmiechowej głupawki.

 

* * *

 

W czartek dwa tygodnie temu również miałem służbową popijawę, również na Starym Mieście, dla odmainy w Bazyliszku. I też zwiałem w okolicach 22:30. Na lekkim rauszu co oczywista.

Skasowałem bilet, usiadłem na ostatnim siedzeniu i lekko pokimując co jakiś czas kontrolowałem sytuację, żeby przystanku nie przejechać. Nagle ktoś mnie obudził gwałtownie.

- Bileciki do kontroli!

Sięgam po portfel wyciągam bilet, który mi do reki wpadł, podaję.

- Nieskasowany bilet mi pan daje!?

Chowam jeden bilet, podję drugi.

- Ten też nieskasowany. Wychodzimy.

We dwóch mnie wyprowadzają. Póki co nie powiedziałem jeszcze słowa. Chowam portfel do kieszeni i ni z tego ni z owego palcami na kolejny bilet w niej trafiam. Podaję kanarom. Autobus w tym czasie zamyka drzwi i odjeżdża.

Kanar bada bilet swoim pikającym urządzeniem. Pik, pik i zielone światełko.

- Pan ma dobry bilet przecież. To po co pan wysiadał?

- Ja, ku…, wysiadałem!? To wyście mnie przemocą wyciągnęli faszyści pi…..!!! A c…. wam w d…!!! Funkcjonariusze reżimu! Pachołki!!!

Oddalam się z godnością. Wygrażam głośno.

2 kilometry do domu. Szedłem ze 3 bo wiatry były niesprzyjające i dużo halsowałem.

 

Opowiadam swą tragiczną historię małżowince. Dostaje śmiechowej głupawki.

 

* * *

 

W niedzielę przed tym czwartkiem poszliśmy całą rodzina do kościoła. Sympatyczny młody ksiądz celebruje, msza dla dzieci, zatem kazanie też dla nich. Ksiądz wychodzi przed ołtarz, zaprasza dzieci do siebie i opowiada o wierze, podpytujac wciąż dzieciaki o to i owo.

Czytanie było o słowach Jezusa, że gdyby wiara ludzi była taka jak ziarnka gorczycy, to morwy z korzeniami by przenosili. Jest prezentacja ziarnka gorczycy, pytanie o to co to są morwy, tłumaczenie co Jezus miał na myśli. Nie przemawia do mnie to tłumaczenie i ja dalej nie rozumiem o co w tej przypowiesci chodzi, ale to nieistotne. Potem ksiądz zadaje pytanie o to kto nas uczy wiary. Dzieci się zgłaszają i odpowiadają:

- Ksiądz!

- Siostry!

- Jezus!

- Mama!

- Tata!

- Dziadek!

- Pan Bóg!

- Papież!

- Jest jeszcze ktoś, kto uczy nas wiary – mówi ksiądz – I ten ktoś jest kobietą. Kto wie kto to jest?

- Jezus? – cokolwiek niepewnie odpowiada malec, który się zgłosił.

 

Chodziło o Maryję. Lepsza Połowa do końca mszy nie może się uspokoić.

Rymasz