Przygody z urzędniczym aparatem represji kosztowały mnie dwa stracone dni urlopu, ale w końcu wszystko udało się załatwić. Nowy meldunek, nowy paszport, nowy dowód rejestracyjny. W drogę!

 

Tyle, że droga taka sobie, bo przez Polskę jedzie się źle, bo w Polsce są bardzo złe drogi, bardzo źli kierowcy, a okupujący nasz kraj reżim, cały czas ten sam od sześćdziesięciu pięciu lat (pokojową zmianę frakcji naprawdę trudno uważać za zmianę okupanta), skupił się na zabudowywaniu poboczy fotoradarami, dzięki czemu sytuacja na drogach tylko się pogarsza, bo zastraszeni niewolnicy hamują na maksa na widok każdego znaku zapowiadającego fotokontrolę.

 

Dlaczego tylko zmiana frakcji? Bo socjalistyczny reżim pokojowo przekazał władzę socjalistycznej opozycji (jako rzekłem pod światłym przewodem renegata Kiszczaka do spóły z renegatem Jaruzelskim oczywiście), która w te pędy zaczęła kosić wymuszone ekonomicznym fiaskiem socjalistycznej gospodarki PRL (tudzież RWPG) reformy gospodarcze poprzedników i od nowa zaprowadzać gospodarkę sterowaną centralnie, od której chcieli (bo musieli!) odejść komuniści. Koncesje, wyjątki od prawa, rozbudowywanie aparatu urzędniczej wszechwładzy i represji.

Jak się temu lepiej przypatrzyć, to wychodzi na to, że peerelowskie rzezimieszki zrozumiały wreszcie, że ruski socjalistyczny model gospodarki a’la towarzysz Stalin jest do niczego. Sprawniejszy okazał się przecież model wypracowany przez niemieckich narodowych socjalistów pod nadzorem towarzysza Hitlera. I generalnie na ten model postanowiono przejść. Model, w którym produkcję pozostawiono co prawda w rękach prywatnych, ale nad wszystkim czuwali odpowiednio prawomyślni ideologicznie urzędnicy i to oni decydowali o tym kto co może robić.

 

W wolnym kraju, zorientowanym przypominam, a ignorantów oświecam, to wolni ludzie decydują o tym co i jak chcą robić. Jak jest w socjalistycznym niewolnictwie każdy widzi. Jedyny problem polega na tym, że wolnych krajów już na tym świecie nie ma. Została socjalistyczna gangrena, która zamienia ten świat w globalną farmę rabów.

Bo przecież nie tylko w Polsce totalitarna mentalność gangrenuje umysły prostych funkcjonariuszy reżimu. I żeby było jasne. Do nich nie mam pretensji.

Czy żeby zostać funkcjonariuszem pełniącym obowiązki stójkowego w drogówce trzeba być filozofem i zastanawiać się nad sensem tego co się robi? Analizować za i przeciw? Rozmyślać, który przepis ma sens, a który niekoniecznie? Nie. Taki funkcjonariusz wykonuje sumiennie rozkazy, a jak tylko jest okazja bierze w łapę. I ciężko mieć do niego pretensję. Reżim go tak wytresował.

 

Zresztą ten socjalistyczny reżim upadla nie tylko policjantów, którzy w normalnym kraju powinni budzić spontaniczny szacunek u każdego praworządnego obywatela (to o mnie). On upadla wszystkich, dzielnie kontynuując tradycje poprzedników.

Przypominam. U nas to się dzieje od sześćdziesięciu pięciu lat. Raz bardziej, raz mniej. Raz jedna frakcja przeważa, raz druga. Raz ogłoszą odwilż, raz pierestrojkę, raz demokrację. A robią konsekwentnie cały czas to samo.

Zamieniają nas w stado bezwolnych niewolników. Rozbudowują aparat urzędniczej represji, komplikują prawo, skrupulatnie ustalając coraz to nowe zakazy i nakazy, tworząc kolejne odstępstwa od reguły, oraz zupełnie nowe reguły.

 

Zwykły policjant z radarem tego nie ogarnia. On robi swoje, jak każdy sumienny socjalista i oficjalnie cieszy się z pochwał przełożonych, awansów i nagród, a nieoficjalnie z tego kawałka władzy, którym dysponuje. Bo oprócz możliwości brania łapówek, taki socjalista ma też władzę nad nami.

A my mandaty, tudzież łapówki mamy wliczone w koszty. Pozłościmy się przez chwilę, a potem zapominamy. I nie widzimy, że to celowe działanie okupanta ma drugie dno.

Ja podczas tranzytu przez Czechy zrozumiałem to znakomicie.

 

Wymordowaliśmy się przez nieszczęsne polskie drogi do granicy i wjechaliśmy do Czech. Jedziemy, jedziemy i jakoś tak mnie zaniepokoiło, że samochód cosik słabuje. Zjechałem na stację benzynową, zatrzymałem się gdzieś z boku, zgasiłem silnik, włączyłem, ponasłuchiwałem z mądrą miną, po czym stwierdziłem, że mi się zdawało. Po prostu mocno obciążony samochód na podjazdach nie ma tej dynamiki co pusty na płaskim. No dobra, to gnamy dalej, bo jeszcze kawał drogi przed nami.

 

Próbuję wyjechać ze stacji, gdy okazuje się, że zmyliłem wyjazd. Zakręcam powoli, kieruję się w stronę właściwego. Nagle za mną wyrasta jakaś skoda i miga na przedniej szybie stopem. Czeska drogówka.

- Pane, pane, a tam co było? – pyta drobny szczurek.

- Wyjeżdżałem ze stacji, pomyliłem wyjazd, zawróciłem.

- Tak ne wolno pane. To 2000 koron (320 złotych) będzie.

 

I tu włączyło mi się myślenie. Za co ten koleś chce mnie skasować? Za to, że na stacji benzynowej pojechałem krzywo? Toż to nie droga publiczna nawet, a ja żadnego zagrożenia nie stworzyłem, bo jednego nawet samochodu nie mijałem. Przecież nawet żadnego przepisu nie złamałem.

 

W tej sytuacji powinienem czeskiemu policjantowi grzecznie powiedzieć, żeby odbiegł w podskokach, nieprawdaż? Ale mu nijak nie powiem, bo wiem doskonale, że jak tylko to zrobię to on w te pędy znajdzie 6 innych przewin, za które skosi mnie na 5000 koron.

Czy mam atest na fotelik córki, cztery czerwone kubraczki (mam tylko 2), czy mam atest na gaśnicę? A jak poprosi, żebym pokazał, czy koło zapasowe mam? Godzina wypakowywania i pakowania bagażu. A ja przecież się spieszę i chcę ten kraj zostawić za sobą.

Zatem biorę pokutu (po czesku mandat) i w drogę. Bo ten policjant dobrze wie, że Polak kłócił się nie będzie, tylko weźmie co władza obmyśliła, nawet za niewinność, i pojedzie dalej. Czyż nie?

Bo to właśnie o to w tym mnożeniu przepisików i rozporządzeń chodzi. W praktyce. Bo w teorii to one wszystkie są dla naszego dobra. Tak jakby uchwaleniem kolejnych ton „prawa” można było rzeczywistość zakląć i uzdrowić. Nie, nie można. I dlatego nie warto nawet tego robić. Ale oni muszą nas osaczać tymi przepisikami, nowelizować, uchwalać od nowa, znosić, zmieniać, tak by nikt za tym nie mógł nadążyć. Przybywa wtedy instrumentów, dzięki którym można nas łupić, łupić, łupić.

 

Ale dobra, było, minęło, jedziemy dalej. W końcu mamy wakacje!

 

cdn.

 

Rymasz