Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 9.2010

Dzięki lekturze wywiadu w Rzeczpospolitej
z Juliuszem Machulskim dowiedziałem się, że ten wybitny artysta
to zwykła pijawka i naciągacz. Przyzwyczajony w PRL, że to państwo
finansuje pomysły filmowców, nie umie sobie nawet wyobrazić innego
finansowania swoich przedsięwzięć.


Trzeba nam tylko czasu i finansowego
wsparcia największych polskich koncernów z państwowym kapitałem.
Bo to musi być polski film, zrobiony w naszym języku

Rzecze pasożyt. Spółki skarbu
państwa mają mu dać, bo on chce nakręcić film po polsku. W końcu
od czego jest państwo jak nie od sponsorowania pomysłów artystów?


Polacy muszą się zastanowić, czy
wolą sfinansować zakup kolejnych trzech helikopterów, które
polecą do Afganistanu – czy film o jednym z najważniejszych
wydarzeń w naszej historii.

No właśnie. Państwo jakieś
fanaberie ma i pieniądze żołnierzom daje zamiast artystom.
Skandal! Nie od dziś wiadomo, że filmy Machulskiego dla polskiej
obronności więcej znaczą niż dobrze wyposażona armia.


Każdego roku jest problem z
pieniędzmi. Przytrafia się powódź albo inny dramat. Ale te sprawy
nie mogą mieć ze sobą żadnego związku.

Nawet zjednoczone siły natury spiskują
przeciw artystycznym zapędom wyłudzacza Machulskiego! Mi dać! Mi!
A nie jakieś wały srały będziecie umacniać.


Zresztą to nie są nieosiągalne
pieniądze. Remont pasa startowego na Okęciu kosztował tyle, ile
potrzeba na ten film. Albo chcemy mieć produkcję na europejskim
poziomie, albo nie zawracajmy sobie głowy.

Jeśli o mnie chodzi, to mam w nosie
europejskie produkcje finansowane za odebrane mi przymusem pieniądze,
które uczciwie zarobiłem, a nie, jak Machulski, wyłudziłem. Ale
Machulski się rozkręcił. Jakieś lotnisko będą, k…a,
remontować, zamiast mu kasy dać, żeby film nakręcił? Co to jest?
Bo to komu lotnisko potrzebne?

On naprawdę na poważnie to sadzi. I
daje się podpuszczać jak dziecko.


Łatwiej się dzisiaj robi filmy niż w PRL?

Podchwytliwe pytanie. W PRL problemem była cenzura. Jeśli
uśpiło się jej uwagę, pieniądze nie były problemem. Takich
filmów jak „Seksmisja” i „Kingsajz” dziś bym nie zrobił z
braku środków. Czasami mam bardziej wyszukany pomysł i od razu
reflektuję się, że nie będzie budżetu, by go zrealizować, więc
odpuszczam. Ale zyskaliśmy dostęp do techniki na światowym
poziomie. Zawsze są plusy i minusy.


Już wszystko jasne? Za komuny na każdy
pomysł Machulski od państwa kasę dostawał. I to był plus.
Minusem było to, że mógł robić tylko takie filmy jakie władza
pozwoliła robić. Ale z zaakceptowanie tego nie miał większego
problemu. A teraz kasy nie dostaje. I to jest dopiero granda!!! On
Machulski nie dostaje państwowej kasy na swoje produkcje, chociaż
ma sprzęt lepszy i może kręcić co tylko chce! Ale niech te plusy
nie przesłaniają nam minusów! Toż za własne kręcił nie będzie!


Nie interesuje mnie w tej chwili
dorobek Machulskiego, interesuje mnie wyłącznie jego bezczelność
w wyłudzaniu. Typowy peerelowski artysta. On na łańcuchu potulnie
tworzy, państwo jego pląsy finansuje. Nie umie chłop inaczej. Nie
wpadnie mu do tego zaczadzonego socjalistycznego łba, że filmy
można kręcić nie tylko za wyżebraną od państwa, a przedtem
przymusem odebraną obywatelom kasę, ale można spróbować
potraktować film jako przedsięwzięcie komercyjne i spróbować na
filmie zarobić. Zainwestować, a potem zarobić.


Oto czołowy polski filmowiec.

Zwykły wyłudzacz. Oni wszyscy tacy,
ci wielcy twórcy?


Rymasz

Poszedłem na galę bokserską z
kumplami. Wybierałem się, wybierałem, a w końcu przypadkiem
wyszło, bo bilety kumpel dostał z klubu, w którym amatorsko się
boksem sportuje.

Gala na Torwarze, walka wieczoru o
mistrzostwo świata.


Jesteśmy na miejscu koło 20:00,
przezornie parkując nie pod Torwarem, ale po drugiej stronie
Czerniakowskiej. Sama hala przyjemna, widok na ring doskonały. Tylko
pustawo raczej. Po pierwszej walce wiem nawet dlaczego. Na ringu
żadnych uniesień. Ot mordobicie. Średnio emocjonujące. Nasz
Bienias zlał Łotysza. Nie znam ani jednego, ani drugiego, to czym
mam się podniecać?

Może tylko zapowiadającym, panem
Lenartowiczem, który wszystko wykrzykuje z tak nieznośną emfazą,
że niedobrze się robi.


Wychodzimy coś przekąsić. Całą
imprezę kateringowo obsługuje jeden obleśny barek. Pierogi
skończyły się o 20:15, bigos pół godziny później. Z napojów
dostępny jest tylko energetyzujący Las Vegas. Żadnej wody, koli
czy czego tam. Nie mają drobnych i za wszystko, z uśmiechem na
pyskach wydają jakby dychę kosztowało.

Impreza na kilka tysięcy ludzi! Z hali
wyjść już nie można coś na mieście trącić, bo nie wpuszczą z
powrotem.


Publiczność na trybunach składa się
głównie z kibiców Legii i łysych chłopaków w dresach z laskami
do towarzystwa.

Na dole wokół ringu publiczność
składa się z lanserów wszelkiej maści. Chodzą i ładnie
wyglądają. Niektórzy. Taki Wiśniewski bowiem jak zwykle wygląda
jak przygłup.


W drugiej walce nasz Miszkin leje
Francuza. Nuda.

Za to panie chodzące w przerwach
między rundami z numerami po ringu pierwsza klasa! Dlaczego ich nie
pokazują w telewizji?


W kolejnej walce Wawrzyk poobijał
kolejnego Łotysza. Emocje znowu letnie.

Ciekawie zrobiło się w następnej
walce, bo bokser z Konga pociesznie pajacował, biegając przy
wejściu dokoła ringu i robiąc groźne miny. A potem po gongu
najpierw próbował sam się znokautować, wywalając się po własnym
ciosie, a potem dostał od naszego dwie lampy w pusty łeb, po
których mu światło na kilka minut zgasło. Było zabawnie.


Było trochę czasu, poszliśmy na
spacer. Na korytarzu spotkałem dwóch łotewskich bokserów. Po raz
pierwszy widziałem z bliska boksera po walce. Ci panowie wyglądali
jakby twarzami z ciężarówkami się zderzyli. Masakra.
Frankensztajny normalnie.


Potem była walka Hutkowskiego. Publika
się ożywiła, zaczęły się kibicowskie porykiwania. Hutkowski
walkę zremisował.


A potem walka wieczoru. Ludzi ciut
przybyło, ale dalej pustawo tu i tam. Pan Lenartowicz pieprzy bez
sensu. Po nim wszystko słowo w słowo amerykański prowadzący
powtarza, na szczęście już bez tej pieprzonej emfazy. Potem
artysta Torzewski wykonuje pieśń „Do boju Polsko!”. Tekst brzmi
„Do przodu Polsko, nie zginiesz nigdy póki o zwycięstwo grasz”.
Nie dostrzegam w tych słowach ni grama sensu, za to artysta
Torzewski pląsa z szalikiem jakby go owsiki zaatakowały. Strasznie
śmiesznie wygląda jak tak błaznuje.

Potem wychodzi Robinson z groźną
miną. Potem wychodzi Diablo z groźną miną, a przed nim biega
karzeł z rogami na głowie i puszcza ogień paszczą. Komedia.

Potem jest walka. Kibcowskie pieśni,
fala meksykańska. W ringu szlachetna szermierka na pięści, czyli
zwykła napieprzanka w celu zadnia bólu przeciwnikowi. Diablo
wygrywa. Matko droga, o 1:30 chyba się to kończy.

My odjeżdżamy za 10 minut, ci, którzy
stanęli pod Torwarem poczekają jeszcze z godzinkę. Korek totalny.


Stwierdzam niniejszym stanowczo, że z
galami bokserskimi jest jak z piramidami. Raz można pojechać i
zobaczyć. I starczy.


Rymasz

Przygody z urzędniczym aparatem represji kosztowały mnie dwa stracone dni urlopu, ale w końcu wszystko udało się załatwić. Nowy meldunek, nowy paszport, nowy dowód rejestracyjny. W drogę!

 

Tyle, że droga taka sobie, bo przez Polskę jedzie się źle, bo w Polsce są bardzo złe drogi, bardzo źli kierowcy, a okupujący nasz kraj reżim, cały czas ten sam od sześćdziesięciu pięciu lat (pokojową zmianę frakcji naprawdę trudno uważać za zmianę okupanta), skupił się na zabudowywaniu poboczy fotoradarami, dzięki czemu sytuacja na drogach tylko się pogarsza, bo zastraszeni niewolnicy hamują na maksa na widok każdego znaku zapowiadającego fotokontrolę.

 

Dlaczego tylko zmiana frakcji? Bo socjalistyczny reżim pokojowo przekazał władzę socjalistycznej opozycji (jako rzekłem pod światłym przewodem renegata Kiszczaka do spóły z renegatem Jaruzelskim oczywiście), która w te pędy zaczęła kosić wymuszone ekonomicznym fiaskiem socjalistycznej gospodarki PRL (tudzież RWPG) reformy gospodarcze poprzedników i od nowa zaprowadzać gospodarkę sterowaną centralnie, od której chcieli (bo musieli!) odejść komuniści. Koncesje, wyjątki od prawa, rozbudowywanie aparatu urzędniczej wszechwładzy i represji.

Jak się temu lepiej przypatrzyć, to wychodzi na to, że peerelowskie rzezimieszki zrozumiały wreszcie, że ruski socjalistyczny model gospodarki a’la towarzysz Stalin jest do niczego. Sprawniejszy okazał się przecież model wypracowany przez niemieckich narodowych socjalistów pod nadzorem towarzysza Hitlera. I generalnie na ten model postanowiono przejść. Model, w którym produkcję pozostawiono co prawda w rękach prywatnych, ale nad wszystkim czuwali odpowiednio prawomyślni ideologicznie urzędnicy i to oni decydowali o tym kto co może robić.

 

W wolnym kraju, zorientowanym przypominam, a ignorantów oświecam, to wolni ludzie decydują o tym co i jak chcą robić. Jak jest w socjalistycznym niewolnictwie każdy widzi. Jedyny problem polega na tym, że wolnych krajów już na tym świecie nie ma. Została socjalistyczna gangrena, która zamienia ten świat w globalną farmę rabów.

Bo przecież nie tylko w Polsce totalitarna mentalność gangrenuje umysły prostych funkcjonariuszy reżimu. I żeby było jasne. Do nich nie mam pretensji.

Czy żeby zostać funkcjonariuszem pełniącym obowiązki stójkowego w drogówce trzeba być filozofem i zastanawiać się nad sensem tego co się robi? Analizować za i przeciw? Rozmyślać, który przepis ma sens, a który niekoniecznie? Nie. Taki funkcjonariusz wykonuje sumiennie rozkazy, a jak tylko jest okazja bierze w łapę. I ciężko mieć do niego pretensję. Reżim go tak wytresował.

 

Zresztą ten socjalistyczny reżim upadla nie tylko policjantów, którzy w normalnym kraju powinni budzić spontaniczny szacunek u każdego praworządnego obywatela (to o mnie). On upadla wszystkich, dzielnie kontynuując tradycje poprzedników.

Przypominam. U nas to się dzieje od sześćdziesięciu pięciu lat. Raz bardziej, raz mniej. Raz jedna frakcja przeważa, raz druga. Raz ogłoszą odwilż, raz pierestrojkę, raz demokrację. A robią konsekwentnie cały czas to samo.

Zamieniają nas w stado bezwolnych niewolników. Rozbudowują aparat urzędniczej represji, komplikują prawo, skrupulatnie ustalając coraz to nowe zakazy i nakazy, tworząc kolejne odstępstwa od reguły, oraz zupełnie nowe reguły.

 

Zwykły policjant z radarem tego nie ogarnia. On robi swoje, jak każdy sumienny socjalista i oficjalnie cieszy się z pochwał przełożonych, awansów i nagród, a nieoficjalnie z tego kawałka władzy, którym dysponuje. Bo oprócz możliwości brania łapówek, taki socjalista ma też władzę nad nami.

A my mandaty, tudzież łapówki mamy wliczone w koszty. Pozłościmy się przez chwilę, a potem zapominamy. I nie widzimy, że to celowe działanie okupanta ma drugie dno.

Ja podczas tranzytu przez Czechy zrozumiałem to znakomicie.

 

Wymordowaliśmy się przez nieszczęsne polskie drogi do granicy i wjechaliśmy do Czech. Jedziemy, jedziemy i jakoś tak mnie zaniepokoiło, że samochód cosik słabuje. Zjechałem na stację benzynową, zatrzymałem się gdzieś z boku, zgasiłem silnik, włączyłem, ponasłuchiwałem z mądrą miną, po czym stwierdziłem, że mi się zdawało. Po prostu mocno obciążony samochód na podjazdach nie ma tej dynamiki co pusty na płaskim. No dobra, to gnamy dalej, bo jeszcze kawał drogi przed nami.

 

Próbuję wyjechać ze stacji, gdy okazuje się, że zmyliłem wyjazd. Zakręcam powoli, kieruję się w stronę właściwego. Nagle za mną wyrasta jakaś skoda i miga na przedniej szybie stopem. Czeska drogówka.

- Pane, pane, a tam co było? – pyta drobny szczurek.

- Wyjeżdżałem ze stacji, pomyliłem wyjazd, zawróciłem.

- Tak ne wolno pane. To 2000 koron (320 złotych) będzie.

 

I tu włączyło mi się myślenie. Za co ten koleś chce mnie skasować? Za to, że na stacji benzynowej pojechałem krzywo? Toż to nie droga publiczna nawet, a ja żadnego zagrożenia nie stworzyłem, bo jednego nawet samochodu nie mijałem. Przecież nawet żadnego przepisu nie złamałem.

 

W tej sytuacji powinienem czeskiemu policjantowi grzecznie powiedzieć, żeby odbiegł w podskokach, nieprawdaż? Ale mu nijak nie powiem, bo wiem doskonale, że jak tylko to zrobię to on w te pędy znajdzie 6 innych przewin, za które skosi mnie na 5000 koron.

Czy mam atest na fotelik córki, cztery czerwone kubraczki (mam tylko 2), czy mam atest na gaśnicę? A jak poprosi, żebym pokazał, czy koło zapasowe mam? Godzina wypakowywania i pakowania bagażu. A ja przecież się spieszę i chcę ten kraj zostawić za sobą.

Zatem biorę pokutu (po czesku mandat) i w drogę. Bo ten policjant dobrze wie, że Polak kłócił się nie będzie, tylko weźmie co władza obmyśliła, nawet za niewinność, i pojedzie dalej. Czyż nie?

Bo to właśnie o to w tym mnożeniu przepisików i rozporządzeń chodzi. W praktyce. Bo w teorii to one wszystkie są dla naszego dobra. Tak jakby uchwaleniem kolejnych ton „prawa” można było rzeczywistość zakląć i uzdrowić. Nie, nie można. I dlatego nie warto nawet tego robić. Ale oni muszą nas osaczać tymi przepisikami, nowelizować, uchwalać od nowa, znosić, zmieniać, tak by nikt za tym nie mógł nadążyć. Przybywa wtedy instrumentów, dzięki którym można nas łupić, łupić, łupić.

 

Ale dobra, było, minęło, jedziemy dalej. W końcu mamy wakacje!

 

cdn.

 

Rymasz

Przygotowania do urlopu musiałem zacząć kilka tygodni przed nim, bowiem paszport mi się skończył i Córce też trzeba było jakiś wyrobić (a i inne formalności były). Chorwacja nie jest w układzie z Schengen (dowód nie wystarczy na granicy), choć do UE antyszambruje i już w przyszłym roku ma szansę na anszlus i pozbawienie się niepodległości, którą sobie w krwawej wojnie nie tak dawno przecież wywalczyła.

 

Zatem rzeczywistość zafundowała mi ostatnio mały Tour de Rzeczpospolita Urzędnicza. I stwierdzam iż ona ma się dobrze, coraz lepiej.

 

Poza załatwianiem paszportów dla siebie i Córki, się wymeldowałem, się zameldowałem, zarejestrowałem samochód w zgodzie z nowym miejscem meldunku.

W różnych urzędach.

 

Urzędnik, co oczywiste, nie produkuje nic, jest jedynie, w zależności od szczebla, mniejszym lub większym trybikiem maszyny ewidencjonującej niewolników reżimu. Ci więksi (premier, zastępcy, ministry, vice, posły itd.) decydują o realnym majątku, który zrabowano tym, którzy NAPRAWDĘ pracują i zarabiają, i NAPRAWDĘ tworzą pieniądz. Te urzędnicze szychy są na samej górze, oni dzielą konfitury. Funkcjonariusze niżsi rangą muszą się im podlizywać, by dostać jak największą cześć tego co władza zrabowała.

 

W naszej Ojczyźnie ja nie nie jestem właścicielem siebie. Właścicielem mnie jest państwo, czyli socjalistyczny reżim, który w związku z pełnioną funkcją konsekwentnie i skrupulatnie rozbudowuje kadry i szeregi bezproduktywnych urzędasów powiększa. Rząd w rząd, rok w rok.

Ale trybik, jak się okazuje, czasem też człowiek. Na jednego podczas wypełniania tych przymusowych urzędniczych procedur trafiłem. Pani urzędniczka pracująca w ciechanowskim biurze ewidencji ludności to przemiła, życzliwa, śpiesząca z pomocą funkcjonariuszka reżimu. Medal za to, że będąc trybikiem w aparacie opresji została człowiekiem. Zdarza się.

No jeszcze przy rejestrowaniu auta młody człowiek mnie pozytywnie zaskoczył, ale składam to na karb młodości. Jeszcze mu się chciało, jeszcze się uczy. Przejdzie mu. Zasadniczo wszystkim im, urzędnikom, przechodzi. Młody człowiek rejestrował na nowo mój zarejestrowany wiele lat temu samochód, bo ja (formalnie czyli urzędniczo, bo przecież praktycznie już lata temu) zmieniłem miejsce zamieszkania. Okazało się, że mojego samochodu podobno nie ma. W jakiejś bazie go w każdym razie nie było. Zaprosiłem młodego urzędnika na parking przed urzędem, żeby sprawdził jak się jego wirtualna baza ma do rzeczywistości. Nie skorzystał.

 

Bo oni wszyscy, ci urzędnicy, w takim wirtualnym świecie żyją, a to, że trafiają się mili to wyjątek. Reguła jest inna.

Wiecie, ich życie zawodowe kompletnie nie ma sensu, bowiem praca, którą wykonują, jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Nic nie tworzą, nie kreują nowych produktów i usług. Jedyne co robią to ewidencjonują i sprawdzają, czy coś jest zgodne z przepisami, czyli biurokratycznymi rozporządzeniami, które w normalnym, niesocjalistycznym państwie byłyby nikomu niepotrzebne. A w tym idiotycznym ustroju są sensem istnienia tego represyjnego państwa, bo są narzędziem służącym okupantowi do rabunku i niewolenia poddanych.

 

Na co temu reżimowi obowiązek meldunku? Na nic!!! Co z tego, że gdzieś jestem zameldowany? A bo ja tam mieszkać muszę? A bo to reżim nie wie, których nieruchomości jestem właścicielem? Gdzie pracuję? W którym urzędzie haracze płacę (no przecież, że w tym, do którego mam najbliżej)? I mandaty?

Mało wam darmozjady?

A skoro samochód jest moją własnością, to dlaczego ja go muszę rejestrować od nowa, gdy tylko się przeprowadzę? Ja jestem dalej sobą przecież! Samochód należy do mnie, czy do nieruchomości, w której mieszkam?

 

Nadali mi sporo numerów. Okolczykowali mnie peselem, nipem, numerem kenkarty, ups, pardon, dowodu, dodali numer paszportu, planują kolejne. Każdy ten numer wytatuowali na mojej kartotece w swoich bazach danych. Trybiki maszyny ciągle się kręcą, nie liczą już na liczydłach, procesory się aż przegrzewają…

 

W praktyce to całe oznakowanie mojej szanownej osoby sprowadza się do tego, że gdy idę grzecznie i pokornie poprosić władzę o łaskawe wydanie nowego paszportu, to muszę solidny formularz wypełnić, starannie wpisując w kolejne rubryki to wszystko co już władza na mój temat zgromadziła w swoich bazach danych.

Naprawdę!

Proces weryfikacji tego co zeznałem własnoręcznie na formularzu sprowadzał się do tego, że niemiła, bo znudzona swą idiotyczną robotą, pani, klikała na kolejne okienka i sprawdzała, czy to co dziś zeznałem jest zgodne z moimi poprzednimi zeznaniami, które jej komputer wyświetlił. I np. musiałem panieńskie nazwisko Matki poprawić, bo niewyraźnie wpisałem jedną literę, a w bazie było inaczej.

 

PO CO!!!???

Czy to służy czemukolwiek więcej poza upokarzaniem obywatela? Nie, nie służy. Tak naprawdę nie ma znaczenia gdzie haracze płacę, bo socjalistyczna władza i tak wszystko co ukradła w jednym kotle miesza i wydaje ochłapy poddanym wedle uznania, pobrawszy uprzednio sowitą prowizję dla rozlicznej kadry zarządzającej chochlą.

Formalność, która powinna trwać 5 minut: nazywam się Rymasz, numer kenkarty pińcetstodziwińcet, paszport mi się wyłopotał, poproszę nowy, trwała 40 minut. Bo zła data. Bo coś. Bo wszystko sprawdzić trzeba i uzgodnić z poprzednimi zeznaniami. Na zaszczyt dostąpienia przed oblicze urzędnika dwie godziny czekałem. Ale podziękujmy władzy. Nie musiałem stać w kolejce. Numerek wcisnąłem i tylko czekać w klimatyzowanej sali wystarczyło.

 

Wszystkie to, to nic innego jak obrządki socjalistycznej władzy PRL należycie zakonserwowane i twórczo rozwinięte przez wciąż rosnące kadry nowych funkcjonariuszy. Władza frontem do ludu, nieprawdaż? Co nijak nie dziwi, bo, zorientowanym przypominam, a ignorantów oświecam, ten socjalistyczny ustrój jest przecież pokojową kontynuacją PRL. Zatem co przydatniejsze socjalistyczne rozporządzenia władza należycie dopieszcza.

 

Pokojową transformację ustroju zaplanowali czołowi aparatczycy PZPR, a sprawę sprawnie przeprocesował Kiszczak Czesław pod nadzorem Jaruzelskiego Wojciecha.

Kiszczak Czesław to taki miły starszy Pan, który ze swoim przyjacielem Wojciechem, gdy obaj byli w pełni sił, nadzorował pacyfikowanie polskości w latach osiemdziesiątych XX wieku. Służby, za których pracę byli odpowiedzialni, pozbawiły życia setki, a zdrowia tysiące Polaków mających dość ruskiej okupacji. Życie zmarnowali milionom.

Innymi słowy to renegaci zasługujący, w normalnym, niepodległym państwie na stryczek. Bo w normalnym państwie zdrajców Ojczyzny się wiesza.

Zorientowanym przypominam, a ignorantów oświecam.

 

Tymczasem Jaruzel po pokojowej transformacji ustroju za zasługi został prezydentem, a Kiszczak wicepremierem (premierem się go, kurczę, mianować nie udało – byłby doprawdy piękny duet firmujący pokojowe, cóż za ironia, „przekazanie władzy”). I człowiekiem honoru. Oberszef bezpieki pacyfikującej Polaków w imię ruskiej racji stanu.

 

Zostawiam zatem bez żalu tych szubrawców i wracam do podróży do Chorwacji. Bo, wbrew pozorom, ja cały czas opowiadam o moim urlopie. :-)))

Zatem w następnym odcinku wytłumaczę po co miłościwie nami władającym socjalistom potrzebna jest nieustanna rozbudowa kadr oraz nieustanne komplikowanie prawa.

cdn.

Rymasz

Na szczęście nie każdy ma tak jak ja i są ludzie, którzy, posiadając pełnię władz umysłowych, potrafią poświęcić się jednej pracy na całe życie. Dzięki temu osiągają coś, czego ja nigdy, w żadnej dziedzinie nie osiągnę. Mistrzostwo.

Można wiedzieć wszystko o jednym, można wiedzieć trochę o wszystkim. Albo, albo. Moją świadomość Pan Bóg, tudzież bezduszne prawa natury (copyright Artur M. Nicpoń), tak stworzył(y), że muszę trochę o wszystkim. Zupełnie inaczej mam niż np. Adam Małysz, który wie WSZYSTKO, absolutnie WSZYSTKO, o skakaniu na nartach. I mając lat 33 od 27-miu oddaje się swojej pasji.

Skakaniu na nartach.

Fantastyczna sprawa! Naprawdę.

Zdobył majątek, osiągnął szacunek, naród go kocha. Dzięki temu, że do perfekcji opanował jedną rzecz. Skakanie na nartach. Rzecz kompletnie pozbawioną sensu i znaczenia, ale tu wcale nie o to chodzi przecież.

Całe życie doskonali się w tej unikalnej sztuce. Wie jaką pozycje obrać przy najeździe, kiedy się wybić, jak lecieć i jak lądować, co jeść by jednocześnie chudym i silnym być.

Nikomu z nas ta cała tajemna wiedza nie przydałaby się do czegokolwiek, ale frajdę z jego sukcesów mamy wszyscy. Podobnie jak z sukcesów ludzi, którzy poświęcili życie innej pasji i którzy całe życie też robią tylko jedno. Sadzą winogrona, zbierają je, wyciskają z nich sok, fermentują go i robią wino. Albo inny zajzajer, który potem destylują i robią owocowy bimber. Chwała (to słowiańskie słowo ewidentnie ma wspólne korzenie z chorwackim „Dziękuję”, czyli „Hvala”) Bogu lub bezdusznym prawom natury (niepotrzebne skreślić, wybór należy do Ciebie), za tę pasję i to ciągłe doskonalenie się w tej sztuce. Dzięki temu, że kolejne pokolenia z pasją poświęcają się tej nudnej pracy w Chorwacji można napić się i wina, i rakiji. Bez problemów, nie tylko w knajpach. Na krętych, górskich drogach co chwila jakaś winnica czy gospodarstwo sprzedaje swe produkty, w miastach i wsiach co chwila sklepiki i stragany.

Bez akcyzy, kapslowane, korkowane, nalepki z ksero.

W knajpach zawsze zamawialiśmy karafkę wina do posiłku. W jednej ich domowe „crne vino” nas znokautowało smakiem i aromatem. Krótka rozmowa z kelnerem i za chwilę na naszym stole stała litrowa butelka z etykieta restauracji. Wino w karafce podane przez kelnera 42 zł/l, w zakapslowanej na zapleczu butelce 18 zł/l. To samo wino.

To właśnie wino przywitało nas gdy nielegalne przejechawszy przez promenadę wysiedliśmy z auta na nielegalnym parkingu. A konkretnie święto wina. Jelsa świętowała.

Pokochałem to miejsce od pierwszego wejrzenia.

Zmęczony dwudniowym maratonem za kółkiem wysiadłem z klimatyzowanego wnętrza, zaczerpnąłem gorącego, wieczornego powietrza, popatrzyłem na portowe miasteczko opasujące urokliwą zatoczkę pełną krystalicznie przezroczystej wody, wsłuchałem się w gwar i muzykę, zerknąłem na wzgórza dookoła. Zmęczony pracą, pragnący wyluzowania, odpoczynku i przewietrzenia szarych, nie mogłem się nie zakochać.

Tym bardziej, że podróż była naprawdę męcząca.

Zatem do rzeczy przyjemny wrócimy już za chwilę, gdy tylko opowiem Wam o podróży.


Rymasz

cdn.

Jeśli
słysząc „plaża” przed oczyma staje wam obrazek szerokiego,
płaskiego wybrzeża z drobnego, złocistego piasku, obmywanego
falami morza, to znaczy, że nigdy nie byliście w Chorwacji. Tutaj
słowo „plaża” oznacza każdy kawałek wybrzeża, po którym
człowiek niewyposażony w specjalistyczny sprzęt alpinistyczny
potrafi, nie pozbawiając się zdrowia lub życia zejść do morza,
które tuż za brzegiem jest nie głębsze niż 2 metry (ten drugi
warunek niekonieczny).


Są różne rodzaje chorwackich plaży:

- kawał skały, która w pewnym
momencie ma wyłom pozwalający zejść do morza. W wydaniu
luksusowym taka plaża składa się z półek, na których można
rozłożyć leżak lub grubą karimatę. Fakirzy i inni adepci misia
jogi rozkładają zwykłe ręczniki i koce, kładą się i ćwiczą
hart ciała i ducha.

- kawał skały, z wyłomem ze skały
skruszałej – niebezpieczna, bo kawałki skruszałej skały mają
ostre jak skalpel krawędzie. Tak czy siak na każdej z chorwackich
plaż niezbędnym ekwipunkiem plażowicza są cichobiegi o grubej
gumowej podeszwie, ale na tego rodzaju plaży są potrzebne
najbardziej.

- kawał skały lub promenady (wylanej
z betonu itp.) z poręczami po których schodzi się do morza. Tu
niekonieczny staje się warunek dotyczący maksymalnej głębokości
wody tuż po zejściu. Tak, tak, tego rodzaju nabrzeże dowcipni
Chorwaci również nazywają plażą.

- kawał skały ze żwirem różnej
grubości. Tu zdarzają się zejścia do wody całkiem łagodne oraz
plaże z grubsza przypominające to co nam się z plażą kojarzy,
poza tym wyjątkiem, że zamiast piasku są kamienie. Na szczęście
najczęściej na gładko wyszlifowane otoczaki, bez krawędzi.
Różnych frakcji. Są plaże żwirkowe drobnokamieniste, są
głazowate, są mieszane.


Nasza trzyletnia córka, gdy tylko
wysiedliśmy z samochodu tuż koło portu w mieścinie Jelsa na
wyspie Hvar, na widok kamieni, z których składał się
prowizoryczny i nielegalny parking, do którego nielegalnie,
ignorując zakaz wjazdu, dojechaliśmy asfaltową promenadą dla
spacerowiczów, doznała iluminacji i otrzymała od Boga misję
powrzucania do Adriatyku wszystkich kamyków w Chorwacji. Nim
zlokalizowaliśmy apartament, znaleźliśmy kompetentną osobę,
która nas tam wpuściła i wypakowaliśmy bagaże, Lenka wykonała
kilkanaście kursów, za każdym razem z wielką radością ciskając
do wody garść skalnych okruchów. Gdy na drugi dzień wylądowaliśmy
na plaży drobnożwirkowej, Lenka uświadomiwszy sobie ogrom oraz
syzyfowość swej misji, bez żalu zamieniła ją na misję zbierania
patyczków. I na tym dojechała do końca pobytu.


Oddałbym całą zarobioną w życiu
kasę za to, by na stałe zamontowano mi spontaniczność trzylatka i
jego umiejętność cieszenia się światem. Niestety wiązałoby się
to z tym, by zamontować mi też na stałe umysłowość trzylatka,
czyli pozbawić wszystkich wspomnień, całej wiedzy. Trzylatki
dlatego mają jak mają i dlatego wszystko jest dla nich ekscytujące,
bo wszystko jest nowe i dopiero właśnie co odkrywane i dopiero
właśnie co się uczone. Czyli, po głębszym namyśle, jednak bym
tej kasy nie oddał. Zwłaszcza, że co i raz spotykam dorosłe już
osobniki dla których każdy kolejny dzień jest równie fascynującą
i zaskakującą przygodą co dla mojej córeczki. Nauczyli się w
życiu oddychać, chodzić, trochę mówić i liczyć, a całą
resztę muszą odkrywać dzień w dzień na nowo. Praca ich nie
nudzi, nawet jeśli od dziesięciu lat polega na wkładaniu tych
samych talerzy do tej samej zmywarki. Kiedyś taka jedna pani
pracowała w barze niedaleko fabryki. Aby dobrze przyswoić to co
powiedziałeś, musiała to głośno powtórzyć. I to nie raz.


Pani Nienachalnie Inteligentna:
Co podać?

Klient: Zupę ogórkową.

PNI: Zupę ogórkową?

Klient: Tak, zupę ogórkową.

PNI (z triumfem i dumą, bo
wydaje jej się, że zrozumiała)
: Aha, zupę ogórkową!

Klient (niepotrzebnie
komplikując idiotce i tak skomplikowane zadanie)
: Tak, tę
właśnie.

PNI: Co?

Klient: Zupę. Ogórkową.

PNI (znów z triumfem, bo
znów jej się wydaje, że zrozumiała)
: No właśnie.
Zupę. Ogórkową.

(oddala się do kuchni, z której
wraca po kilku sekundach)

PNI: Pan co zamawiał?

Klient: Zupę. Zupę ogórkową.

Po kolejnych kilku sekundach PNI
przynosi pomidorową. Klient bierze i macha na wszystko ręką, bo z
dychy wydała mu jak ze stówy.

Kurtyna


Ale pomijając takich ludzi i na chwilę
starając się być poważnym, ta cecha, o której piszę,
rzeczywiście bywa wykorzystywana do tego rodzaju pracy co jazda na
zmywaku. W niemieckiej knajpie przez dwa miesiące wykonywałem
kiedyś taką pracę i ona była dla mnie nudna już trzeciego dnia,
bo, jako osobnik wściekle inteligentny i nieszczególnie skromny,
już trzeciego dnia wiedziałem o niej wszystko. Wytrwałem, gdyż
jak na biednego polskiego studenta zarabiałem wtedy (1994) prawdziwe
kokosy – uczciwe 15 śp. dojczmarek za każdą godzinę. Nie każdy
ma ten problem z nudą. Odwiedziłem swego czasu wielką szpitalną
kuchnię (ze 120-stu pracowników, kilka tysięcy wydawanych posiłków
wedle kilku diet – fabryka po prostu), która zatrudniała osoby
niepełnosprawne umysłowo, właśnie do tego rodzaju roboty. Ci
ludzie musieli mieć opiekuna, ale gdy szło o samą pracę to
wykonywali ją sumiennie, starannie, rzetelnie i co najważniejsze z
ochotą i radością, że są potrzebni i normalnie pracują w
normalnej pracy. Naprawdę. Obserwowałem ich przy tej pracy,
rozmawiałem z szefem kuchni. Działało.

 

cdn.

Rymasz


  • RSS