Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 8.2010

Jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy. 16 godzin prowadziłem. W końcu miałem dość, to się zatrzymaliśmy i spytaliśmy GPS o najbliższy hotel.


http://www.terme-ptuj.si/vsebina.php?n=gh&ln=eng

Już siły nie miałem dalej jechać. Idę spać. Jutro dalej jedziemy.

Rymasz

Incepcja

19 komentarzy

Dziecko na ranczo na kanikule z Babcią, Ciocią, Wujkiem, Siostrzeńcami i Sostrzenicami oducza się dobrych manier, rodzice popołudniami ni z tego ni z owego mają czas tylko dla siebie.

Zatem w poniedziałek kolacja w bałkańskiej knajpie, a potem kino. Wypasik.

  

„Incepcja”, tak się dzieło filmowców z Holyłudu nazywało.


Będą spojlery, jak się ktoś wybiera nie zachęcam do dalszej lektury.

Powtarzam. Będą SPOJLERY!!! 


To jest to film o niczym, podobnie jak Matrix. Dwie i pół godziny kompletnie, zupełnie o niczym. Fabułę oczywiście jakąś to ma, ale tak jak w Matrixie ona jest po to żeby pokazać kilka zajebistych efektów specjalnych, karkołomnych pościgów oraz intensywnych strzelanek i nawalanek.

Nikomu krzywdy nie zrobię gdy tę fabułę opowiem. Nic odkrywczego, jak to w postpodernistycznej popkulturze. Papka przetrawionych wcześniej na dziesiątki sposobów motywów.

 

Ludzkość wynalazła maszynkę, dzięki której, po zażyciu stosownych substancji psychoaktywnych, ludzie mogą wspólnie śnić, oraz, co naważniejsze, śnić swiadomie – kreować rzeczywistość snu. Philip K. Dick się kłania. W swoich psychodelicznych książkach ten motyw przetwarzał bez przerwy.

Jest sprzęt, jest rynek, pojawiają się fachowcy, którzy zawodowo zajmują się stosowną chemią, obsługą maszynek, projektowaniem śnionych światów oraz wykradaniem drzemiących głęboko w podświadomości śniących tajemnic. Główny bohater grany przez boskiego Leosia jest właśnie takim hakerem od włamywania się do umysłów. Usypia delikwenta i w zaprojektowanej wcześniej rzeczywistości wyciąga sekrety. W prawdziwym życiu ma przerąbane, bo jest oskarżony o zamordowanie żony i z dziećmi się nie może spotkać, bo w USA ma przejebane jak Polański. Dzieci wychowują dziadkowie. Dziadek naukowiec w Europie pracuje, ale nasz geniusz od włamywania się do cudzych głów nie wpada na pomysł, żeby dzieci na wycieczkę do Paryża dziadek zabrał. Na dodatek ma chłop straszne i słuszne poczucie winy, że żona przez niego popełniła samobójstwo.

Dostaje zlecenie na zaszczepienie w głowie dziedzica wielkiej fortuny pomysłu na to, by fortunę rozpieprzyć w drobny mak. Zleceniodawca, człek majętny i wpływowy, z pomocą jednego telefonu potrafi wyczyścić Leosiowi kartotekę. Nech tylko Leoś się dobrze sprawi.

Leoś bierze się do roboty i reszta filmu odbywa się w wirtualnej rzeczywistości snu. Welcome to the Matrix. Żeby nie było za łatwo, śniący zasypiają we śnie, a potem jeszcze raz i po raz kolejny. A co. Taka matrioszka. Szkatułka w szkatułce, a w niej kolejna.

W połowie seansu ziewałem na maksa. Lem był pierwszy w te klocki i od tamtej pory żaden epigon mu nie dorównał.

Świdectwem finezji twórców jest to np., że dziewczyna, która pomaga się Leosiowi ciut ogarnąć, gdy go problemy zaczynają przerastać i która wskazuje mu wyjście z labiryntu, ma na imię, ach jakie to oryginalne!, Ariadna.

 

Trochę pseudofilozoficznego bełkotu o podświadomości, ciut kompletnych bredni o pracy mózgu, trochę filozofowania o tym co to jawa, co sen.  Jedyne co w tym filmie fajne to nawalanki bez grawitacji, strzelanki, pościgi i wybuchy, oraz Paryż zwijany jak naleśnik. Czyli dokładnie tak jak w Matrixie. Fajne efekty + pieprzenie o niczym.

 

Nie warto.

Rymasz


  • RSS