Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 5.2010

GPS nieomylnie prowadzi nas do celu, tylko ja jako pilot po drodze złe instrukcje Leszkowi przekazuję, więc ciut kręcimy, bo zawracać trzeba – i to jest przewaga człowieka nad bezduszną maszyną.
Celem jest hotel: instalujemy się, prysznic, krótki odsapunek po kilkugodzinnej podróży i ruszamy na Cmentarz na Rossie. Ja jestem kaowcem tej wycieczki, ja ustalam plan zwiedzania, bo ja już tu byłem – nie mam wyjścia, muszę to na ochotnika zrobić. Nie ma to tamto więc. Rossa. Tylko, że jest jeden mały problem lingwistyczny. Rossa to po polsku, a my jesteśmy na Litwie. Na szczęście udaje się nam po angielsku ustalić z młodą (dlatego po angielsku) litewską recepcjonistką jak jest cmentarz na Rossie po węgiersku. Rasų kapinės. Załapała dopiero gdy nazwisko Piłsudski padło.

Piłsudski to dla Litwinów taki socjalistyczny partyzant, który im niepodległość przemocą zabrał, chociaż zbrojne przegonienie sowieckiego okupanta równie trudno pozbawieniem niepodległości nazwać, co ruskie pogonienie kota szwabom w latach 1944-45, wyzwoleniem Polski.
Dla Polaków zaś Piłsudski to taki socjalistyczny partyzant, który im niepodległość odzyskał.
Spora różnica, co?
Tylko to, że był socjalistą, pozostaje poza dyskusją, a reszta to ocean interpretacji. Jak cała nasza wspólna historia. Do czego wrócę.

GPS nas doprowadza z grubsza, przypadkowa pani przechodzień doprecyzowuje wskazania.
Jesteśmy na miejscu.

Na cmentarzach żywi grzebią prochy umarłych, by móc oddawać im cześć. Wniosek z tego prosty, że cmentarze są dla żywych, nie umarłych, zatem to jakie są cmentarze świadczy o żywych, nie umarłych.
Być może żywi poprzez czczenie umarłych chcą dodać swemu życiu sensu i trwać w nadziei, że nasze żywota też ktoś kiedyś wspomni i zniczem zapalonym uczci? Może bez tej irracjonalnej wiary w sens grzebania zmarłych nasze człowieczeństwo byłoby niczym? Może potrzebujemy takich ceremonii, bo potrzebujemy nadać śmierci bliskich sens? Może potrzebujemy cmentarzy, podobnie jak potrzebujemy świątyń, czy też podobnie jak potrzebujemy się gromadzić wobec wspólnie wyznawanych wartości?
Nie wiem. Ja w ogóle mało wiem, poza tym, że nikt z nas nie wie tak naprawdę nic, a skoro tak, to we wszystko w zasadzie wierzymy, a skoro każda wiara jest irracjonalna, to każdy człowiek też taki jest.
Po co nam nasze rodziny, po to irracjonalnie robimy dzieci, trwamy przy małżonkach, podczas gdy tyle fajnych ciał do bzyknięcia dookoła? Toż to kompletnie irracjonalne!
Ale to jest bezsensowna pseudofilozoficzna wstawka, których powinienem unikać, bo z takim pseudopatosem mi nie od twarzy. Ja jestem szczery i prawdziwy, gdy kurwami i chujami rzucam, a nie pierdolę bzdury mętnie.
Warto zatem z tej wstawki zapamiętać tyle tylko, że to jakie są cmentarze świadczy o żywych, nie umarłych.

Nie mieliśmy książkowego przewodnika, zatem wynajęliśmy przewodnika lokalnego.
Młody litewski Polak (oczywiście z tym cudnym wschodnim akcentem to on był Poljak). Śpiewka taka, że na pierwszą wycieczkę do Polski zbiera (a po Polsku mówił naprawdę dobrze). O cmentarzu dużo czytał, mieszka w pobliżu od zawsze. Prosimy zatem chłopaka o oprowadzenie. Mimo tego, że wygląda jakby się ciutkę naćpał. Ja mam dobre doświadczenia jeśli chodzi o tego rodzaju samozwańczych przewodników. I nie tylko druga Dimę z Kaliningradu mam na myśli – naprawdę mam  tez inne dobre doświadczenia.

Zaczynamy od cmentarza wojaków. Wśród mogił żołnierzy wyróżnia się grób Marii z Billewiczów Piłsudskiej.
Jej szczątki przeniesiono tu z Sugint na Litwie. U jej stóp w 1936-tym złożono srebrną urnę z sercem jej syna Józefa.
Samego syna pochowano na Wawelu, mimo protestów kard. Sapiechy. Ale nie na raz. Najpierw była krypta św. Leonarda, w 1938-m trumnę przeniesiono do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów, którą to kryptę 99,9% współczesnych Polaków miało w centralnym zapomnieniu do połowy kwietnia 2010, gdy nagle ta lepsza Polaków część sobie o niej spontanicznie przypomniała i nagle i spontanicznie zaprotestowała przeciwko jej pokalaniu. Po to by łączyć, a nie dzielić. A jakże.

Grób na Rossie to sześcian z czarnego granitu. Napis „MATKA I SERCE SYNA”. Trzy sosny na trzech rogach. Ślady po kulach. Dokoła mogiły żołnierzy, z których trzy wyróżniają się metalowymi tablicami, podczas gdy reszta ryta w kamieniu.
Nasz przewodnik snuje wzruszającą opowieść. Poniżej ciut ubarwiam ją o historyczne niuanse.

17 września 1939 ruskie wypełniając kontrakt zawarty z Hitlerem i łamiąc traktaty zawarte z II RP, wkraczają na jej teren po raz kolejny w celu pozbawienia jej niepodległości. 18 września wkraczają do Wilna. I docierają do cmentarza na Rossie, na którym przy grobie Matki i Serca Syna stoi warta głucha na wezwanie do rzucenia broni, za co zostaje rozstrzelana na miejscu. Stąd ślady po kulach i jedna skoszona sosna, z czterech, które rosły w narożach sarkofagu. Salwiński, Sawicki, Stachirowicz, wymienia jednym tchem nasz przewodnik. Akurat warta na literę „S” wypadała. I dlatego dziś tylko trzy sosny pochlają się na grobem Matki i Serca Syna.

A co na to  „Mówią Wieki”?
„Po obu stronach mauzoleum serca Marszałka wznoszą się rzędy 164 nagrobków żołnierskich z szarego granitu. Leżą tu żołnierze Wojska Polskiego polegli w walkach o Wilno w latach 1919-1920 oraz 72 partyzantów Armii Krajowej, którzy zginęli podczas operacji „Ostra Brama” w 1944 roku.
Obok znajdują się mogiły trzech żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza: kaprala Wincentego Salwińskiego oraz szeregowych Wacława Sawickiego i Piotra Stachirowicza. Wileńska legenda głosi, że była to warta honorowa pełniąca straż przy grobie „Matki i Serca Syna”, zastrzelona na posterunku 18 września 1939 roku przez wkraczające wojska sowieckie. W środowiskach piłsudczykowskich zrodził się nawet pomysł, aby tym trzem żołnierzom ufundować tablicę pamiątkową w katedrze na Wawelu – w miejscu wiecznego spoczynku Komendanta.
Tezę, że byli to wartownicy spod mauzoleum Piłsudskiego, obalił niedawno dr Piotr Cichoracki z Instytutu Historii Uniwersytetu Wrocławskiego. W rzeczywistości ostatnia warta – pisze historyk – złożona z młodzieży Przysposobienia Wojskowego – została zdjęta rozkazem z posterunku tego dnia wieczorem [18 września 1939 roku - J. R.]. Faktem natomiast były starcia w okolicy cmentarza, w wyniku których poległo trzech polskich żołnierzy, uznanych następnie za ową bohaterską straż. Być może do uformowania tej legendy przyczyniło się pochowanie ich na Rossie w kwaterze żołnierzy z lat 1919-1920. Zapewne wilnianie skojarzyli trójkę poległych z wartownikami także dlatego, że wartę honorową przy grobowcu serca Marszałka pełnili podoficer i dwóch żołnierzy.”

http://www.mowiawieki.pl/artykul.html?id_artykul=1284

Rymasz

cdn.


PS. Zdjęcia pokoju obiecane wcześniej nie pasują mi do opowieści na tę chwilę. Ale za momencik z nich skorzystam. Myślałem, że Rossę zamknę jednym odcinkiem. Nie, nie zamknę. Chcę jeszcze trochę pogadać i zdjęć mam też trochę.

Do Wilna dotarłem trochę naokoło, ale taka konieczność dziejowa była. We wtorek o 5:00 wyjazd z Warszawy, w Ciechanowie dołącza Kędzior, za Szczytnem lądujemy u Leszka, kawa, przesiadamy się do jego Seata i zasuwamy bez zbędnych przystanków.
Na granicy telefony piszczą, że czas się zmienia i o godzinkę cofa. Dobra wiadomość.
Samo przejście graniczne kiedyś jakieś było, ja nawet kilka lat temu na nim odprawiany byłem, gdy jechałem do Wilna z żoną na wycieczkę. Takie było jak na granicy z NRD. Teraz nie ma przejścia. Straż graniczna tylko po jednej i po drugiej stronie stoi się przygląda.

To moja druga wycieczka do Wilna (pierwsza w 2002) i trzecia na wschód. Bo jeszcze wcześniej,  w 2000, byłem w Kaliningradzie też na trzy dni z Lepszą Połową i drugą zaprzyjaźnioną parą. To było coś! Przejście graniczne zwane zoną jak gułag jakiś, idiotyczne procedury skupione wokół tajemniczej, miniaturowej kartoczki, którą nam wręczono na początku, funkcjonariusze reżimu traktujący nas z pogardą, gajcziki z kałachami wymuszający łapówki na każdym zakręcie, cysterny z kwasem chlebowym, drogi składające się dziur (studzienki kanalizacyjne o głębokości kilku metrów z dziurą o średnicy 600 mm – podwędzony właz – to był standard), syf i brud, okna pozasłaniane gazetami, byle jakie knajpy z podłą paszą. Pierwszy maj, kobiety na ulicach w szpilkach i kreacjach balowych, pyski wysmarowane jak u Indian na wojennej ścieżce, włosy z kilogramem lakieru, a my w dżinsach i rozpiętych koszulach. Tubylec Dima którego oswoiliśmy w hotelu i który nam za przewodnika robił, to się nas wstydził, bo święto takie, a my ubrani jak żule. Sam się wbił w anzug o fasonie identycznym jak ten, w którym do pierwszej komunii pełen nabożnej powagi maszerowałem. A w knajpie obiad zamawiał „standartnyj” czyli „sosiski s kartoszkami” (parówki z rozmiękczonego papier-mâché z breją ziemniaczaną polane śmietaną – oni na wschodzie wszystko polewają śmietaną. Nawet śmietanę polewają śmietaną, żeby dało się ją zjeść), choć mógł zamówić wszystko, bo myśmy płacili. Uczciwa transakcja – on nas oprowadza, my płacimy rachunki.

Gdy  piliśmy w pokoju sowietskoje igrustoje to zabawne ruskie toasty wznosił: W Kazachstanie każdy ojciec, któremu rodzi się córka sadzi drzewo.  A gdy córka traci cnotę ojciec drzewo ścina. Wypijmy za bezkresne stepy Kazachstanu. A jak z kumplem wyszliśmy na chwilę, to obiecał naszym kobietom, że nas w try miga upije, a potem będzie już tylko do ich dyspozycji. No prawdziwy kozak był z dziurawymi, czarnymi zębami! Nawalił się zaraz i tyle było obiecanek.
Gdy wracaliśmy do Polski, to przed granicą na placu zwanym patelnią wylądowaliśmy, a ponieważ o tym obowiązku nie wiedzieliśmy i zawracaliśmy z granicy pouczeni przez tzw. mrówki, to gajcziki w nas na patelni z kałachów pocelowali, „Sztraf budziet” (mandat), a ponieważ rubli już nie mieliśmy, to u jakiegoś Ormianina w stojącym 1,5 metra obok gajczików czarnym BMW rozmienialiśmy dolary na ruble. Co jest w sumie dosyć zabawne, bo walutą obowiązującą w tamtym czasie w Kaliningradzie był dolar właśnie. Zarobki i wszystkie ceny towarów i usług wartych więcej niż pudełko zapałek każdy Rosjanin podawał w dolarach. Jak jest dziś nie wiem.

Na patelni przemytnicy ustawieni w kilku rzędach po kilkanaście samochodów, pracowicie rozmontowywali pojazdy (bez przerysowań – naprawdę demontowali karoserię) i upychali w zakamarkach gorzałę i fajki. 48 godzin stania, a na granicy drugie tyle. Dramat. Rano mieliśmy być w fabrykach.

Co logiczne przemycano to na co nasze socjalistyczne państwo ustanowiło monopol. ZAWSZE OPŁACA SIĘ PRZEMYCAĆ TO NA CZYM ŁAPĘ CHCE POŁOŻYĆ REŻIM!!! Wnioski oczywiste.

Wybawiły nas wizy w paszportach. Bo my służbowo w tej Rosji niby byliśmy i wizy służbowe mieliśmy załatwione. Ruskie nas w związku z tym puściły z patelni i na granicy od ręki.
Polscy celnicy za to chcieli nas na kanał wziąć i samochód rozebrać, bo mieliśmy na pokladzie tylko dwie butelki wódki, trzy paczki papierosów (jedną Biełomorkanałów – takie z kartonową tutką, jedną ze Stalinem i jedną z Leninem) oraz garstkę bursztynów kupioną za rubla czy pięć od jakiegoś umorusanego i usmarkanego ancymona w Jantarnyj. Odpuścili nam po dłuższej naradzie dopiero.
No egzotyka i trauma. Turystyka ekstremalna
Na szczęście Litwa to Europa nie Azja, choć niektóre detale szwankują. Jak w Polsce zresztą. Wiadomo – postkomuna, a na Litwie było gorzej niż u nas, bo oni republiką CCCP byli. Myśmy też radzieckich mieli na karku, ale jednak skala i bezkarność barbarzyńskich okupantów demoralizujących i niszczących nasze kraje na Litwie większa była.

Jak dziś Litwa wygląda z okien samochodu?

Droga na Litwie

Drogi puste jak murzyński bęben i proste jak światopogląd faszysty. Dookoła nic. Setki hektarów pokołchozowych ugorów zarastających czym popadnie. Gdzieniegdzie samotne chałupy. Drewniane najczęściej. Ruiny kołchozów jak w Polsce pegieerów. Ze dwie większe wsie po drodze i jedno miasto Alytus. Na stacji benzynowej kibla nie było. Minęliśmy też jeden Orlen – ten wyglądał na w pełni ucywilizowany.
GPS nas dzielnie prowadzi, Leszek bohatersko kieruje w obcym kraju. Zatrzymujemy się w Trokach (Trakai) na zwiedzanie atrapy zamku na wyspie i obiad. Na stercie kamieni, która pozostała ze starego oryginału, Litwini postawili jakieś coś co podobno zachwyca. Bo piękne miejsce, wyspa, dzika puszcza, jeziora, Karaimowie i w ogóle. Ja się jakoś szczególnie pobudzony estetycznie nie poczułem.
A i z tego powodu, ze pod koniec kwietnia wiosny na Litwie ni widu, ni słychu. Łyse drzewa, trawa zimowa.

W tle zamek na wyspie

Zamek blizej

Zamek w detalu

W samym zamku to już zupełne jasełka.
Aha, na końcu mostu dwa szkraby na fletach prostych melodie wygrywały. Zostaliśmy orałmi i sokołami przywitani. Dziękuję po polsku za monetę było.
Za to w restauracji na brzegu palce lizać. Barszcz pierwszej klasy i kibinai, pieczone pierożki z kruchego ciasta z mięsem. No bomba. A i piwo dobre było. Kelnerki gadają po polsku – Troki w granicach II RP były przecież, Polaków dużo.
Do Wilna rzut beretem został, ruszamy i dojeżdżamy więc.

Z jakiegoś powodu Kędzior i Leszek do dziś utrzymują, że mieliśmy fajny hotel i świetne pokoje. Ja zajmuję inne stanowisko. By naświetlić w pełni tę arcyważną kwestię i pozwolić PT Czytelnikowi na wypracowanie własnego zdania, kolejny odcinek zacznę od prezentacji fotografii wykonanych w moim pokoju, który okazał się być kwaterą główną Wyprawy.

Rymasz

cdn.

Niecałe sto lat temu Niemcy zafundowali sobie w Breslau wielki bunkier zwany Halą Stulecia. Caculko inżynierii na tamte czasy ze względu na rozmiar żelbetowej kopuły.

Hala ludowa

Na setną rocznicę tego wydarzenia my Polacy zafundujemy sobie w Warszawie replikę tej budowli.
Kościół katolicki buduje w Wilanowie tuż koło szpitala Medicoveru mniejszą, ale naszą, wariację na temat tej chałupy.
Tak to dziś zachwycająco wygląda. Wraz z kopułką.

Świątynia na miarę naszych mozliwości

Kto to kurwa wymyślił? Kto się kurwa na to zgodził?
Zignorowałem temat gdy Waldemar Łysiak oburzał się i listy słał do Prymasa. Bo ja się nie znam, nie moja sprawa przecież. No nic mi niby do tego, bom ja katolik niewierzący, ale to moje miasto szpecicie tym bunkrem!!!
Dziś to coś zobaczyłem. TFU!

Rymasz

PS. Nie dałem rady się powstrzymać. Do wycieczki wracam zaraz.

Wilno jest czyste, wieleńskie stare miasto przepiękne, miejscowe specjały w knajpach pyszne i tanie, piwo dobre (choć nie każde), tubylcy uprzejmi i choć mówią po węgiersku, to idzie się z nimi porozumieć. Trzeba tylko znać sposób.
A Metallica zachwyciła nas dwiema godzinami entuzjastycznego hałasu.

Od nieistniejącego przejścia granicznego Ogrodniki-Lazdijaj do Wilna Litwa składa się z pustych, prostych dróg oraz ugorów upstrzonych przypadkowo poutykanymi pośrodku niczego pojedynczymi domostwami. Jako tako zorganizowane wsie i miasta pojawiają się tam z rzadka na zasadzie ewenementu.

W całej Litwie mieszka (dziękuję ciociu Wikipedio) 3,3 mln człowieków przy średniej zaludnienia 52 osób/km² (w Polsce 118 osób/km²).

Tubylcy porozumiewają się między sobą w niezrozumiałym języku. Podejrzewam, że to węgierski – wszystkie ciągi liter są identycznie jak w węgierskim nic nie mówiące i nie wzbudzające żadnych skojarzeń oraz nie pobudzające mojej wrodzonej intuicji lingwistycznej. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do Węgier, z większością mieszkańców Litwy można nawiązać logiczny kontakt i wdać się w konwersację. Metodą na Antka Niemowę.

Księdzu ktoś podkradał jabłka z sadu. Ksiądz zaczaił się w nocy. Usłyszał hałas, podszedł pod drzewo skąd dobiegał, ręka w górę i cap złodzieja za cojones.
- Kim jesteś!? – krzyknął.
Cisza. Ksiądz wzmocnił i podkręcił uścisk.
- Mów ktoś ty!!!
- Cisza. Uścisk się wzmógł się i jeszcze bardziej podkręcił.
- KTO!!!???
- Antek… – dobiegł z góry ciuchutki, piskliwy głosik.
- Jaki Antek?
- Antek Niemowa…

Zatem wystarczy konsekwentnie powtarzać swoją kwestię po polsku, do momentu gdy najbardziej oporny tubylec odpowie, że co prawda nie mówi po polsku, ale doskonała restauracja z litewskimi potrawami znajduje się za rogiem, a z litewskich serów najlepszy jest ten pieczony z ziołami. W najgorszym wypadku nie odpowie po polsku ale mieszaniną polskiego i rosyjskiego.
Naprawdę działało za każdym razem. Poza tym w Wilnie jest naprawdę dużo Polaków, chętnych by pomóc. Hostessa w barze w hotelu (oboje rodzice Polacy), kelnerka w knajpie (Beata – tata Polak), pani sprzątaczka w sklepie („Nie macie lita do wózka? Wania odkluczaj im tieleżku! No i się nie ruszy nawet. Sama wam otworzę.”), pan w autobusie oraz ten i ów przechodzień.
Rzuca się w oczy, że młodzi Litwini polskiego pochodzenia wstydzą się w jakiś sposób swojej polskości. Mówią o niej z niechęcią, z niechęcią używają polskiego. A młodzi Litwini bez polskich korzeni zagajeni na ulicy używają angielskiego. Myślę, że to kwestia czasu gdy ta łatwość nawiązywania rozmowy w Liwie po polsku zaniknie.

Cele wyprawy były trzy.
Pierwszy, to koncert Metallicy w hali 21 kwietnia. Mój i Kędziora piąty wspólny koncert Metallicy (Warszawa, Berlin i dwa razy Chorzów były wcześniej). Dla Leszka pierwszy.
Drugi, to turystyczne szwędanie się. Dlatego przyjechaliśmy uczciwie na 3 dni, a nie jeden z noclegiem.
Trzeci, męskie rozmowy o życiu i w ogóle.

Założenia udało się zrealizować perfekcyjnie i bez zakłóceń.

cdn.

Rymasz


  • RSS