Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 2.2010

Na ranczo byliśmy. U Teściowej mojej szanownej i szwagierki.
Potwierdzają się słowa Starej Kobiety, która ogłosiła w komentarzach pod jedną z poprzednich notek, że wiosna idzie. Ano idzie. Ruszyła i ani chybi nadejdzie.
Pączki na drzewach i krzewach w rozkwicie, temperatury akceptowalne, to białe gówno topi się, zamieniając pola i łąki północnego Mazowsza w rozlewiska, kaczki wracają, muchy też, psy się cieczkują. I w ogóle.
Dzięki Bogu mamy to straszne globalne ocipienie. Bez niego tej zimy byśmy na śmierć zamarźli, czyż nie?
I dzięki Bogu psychoza tego ocipienia już mija. Ciekawe co teraz darmozjady wymyślą? Bo przecież nie odpuszczą, zbyt wielu ich pętaków żyje z propagowania tych kłamstw.

* * *

Potwierdza się również i to, że tatar to jedna z najlepszych (o ile nie najlepsza) zakąsek pod wódkę.
Robi się tatara tak.

Zabezpieczyć należy:
- dobre towarzystwo
- dobrą wołowinę w ilości ok. 100-150 g na głowę dobrego towarzystwa
- żółtka jajek kurzęcych w ilości głów dobrego towarzystwa
- korniszony
- cebulę
- pieczarki marynowane
- przyprawy: olej słonecznikowy, maggi, pieprz, sól, ZMROŻONA wódka w ilości zależnej od możliwości dobrego towarzystwa

Wołowinę się SIEKA (nie mieli – SIEKA) i formuje się z niej kopczyki (100-150 g jako się rzekło) pośrodku talerzy. Kopczyki robi się z wgłębieniem, w którym umieszcza się żółtko. Dookoła umieszcza się trzy stertki drobniutko, no naprawdę drobniutko, posiekanych: cebuli, korniszonów, pieczarek. Talerze stawia się przed biesiadnikami, obok talerzy stawia się kieliszki. Na środku stołu sytuujemy sól, pieprz, maggi, olej i zmrożoną wódkę.
Rozlewamy wódkę do kieliszków.
Na swoich talerzach biesiadnicy mieszają wszystkie składniki tatara ile wlezie, doprawiając wedle uznania. Ja lubię tłusto, słono i pieprznie!
I do roboty.
Popitka też wedle uznania.
W restauracji takiego nie dostaniecie, bo żółtka nie dają.

* * *

A jeśli do tego jeszcze nasze reprezentantki zdobywają podczas naszej biesiady złoto i brąz w paraolimpiadzie dla kobiet, to jest już komplet. Wyluzowałem się na tyle, że kibicowałem jak na normalnej olimpiadzie.
Tym bardziej, że Kowalczyk wygrała z legalnie naszprycowaną Norweżką. Wreszcie.
Tu sprawa jest prosta: albo wolno coś żreć wszystkim, albo wszystkim nie wolno. W KAŻDYM innym przypadku mamy do czynienia z dyskryminacją i hendikapem, czyli z brakiem równych szans.
Jeśli lekarstwa dla astmatyczek nie pomagają zdrowym biegaczkom, to niech je WSZYSTKIE żrą do woli. Proste? A jeśli pomagają, a astmatyczki bez ich wcinania na trzy schodki by o wlasnych siłach nie weszły, to niech się astmatyczki zajmą szydełkowaniem, bo jako inwalidki w zawodach rozgrywanych wedle równych szans, bez hendikapów, nie mają szans lub też niech te zdrowe mają te same szanse, czyli niech też wdychają.
Amen.

* * *

Polecam również ciekawą dyskusję pod ciekawym postem, który udatnie mój kolega Krzysztof L. podrasował. O tu.

* * *

Aha, no i „Mistrza i Małgorzatę” polecam. Ruski serial w dobrej jakości na darmowej platformie. Mnie urzekło. Ksiązkę lubię, inscenizację Wojtyszki z Holoubkiem Wolandem i Zapasiewiczem Piłatem też. Ale to jest lepsze niz Wojtyszko.
Pierwszy odcinek tu, resztę znajdziecie bez problemu.
Sto lat temu niejaka ciotka uma mnie zachęcała, ale nie było okazji. Dziś wiem już, że warto.
Dziękuję ciotko umo, bez Twojej rekomendacji bym do tego nie zajrzał przecież.
Ciotka uma już tu co prawda nie zagląda, ale formalności musi stać się zadość.

P.S. Lubię tak blogować. To fajne. :-)

Rymasz

„Życie zaczyna się od pierwszego oddechu” – chwilę temu tępy lektor bezmyślnie wyczytał tekst napisany przez tępego kopyrajtera.


„Tępe chuje” – rzekłem sam do siebie. Co innego miałem powiedzieć?

Życie zaczyna się w momencie poczęcia, ignoranci popieprzeni.

Rymasz

Ja chciałbym być
poetą. Bo u poety cztery żony i z każdą dawno rozwiedziony, jak to
trafnie poeta opisał…

W ogóle artystą
chciałbym być, bo artyście wolno więcej co eksplikował podczas obrony
artysty Piesiewicza artysta Maleńczuk, który sam bynajmniej nie stroni
od zażywania wszelkiego rodzaju substancji psychoaktywnych.

Artyście wolno, bo on
sięga tam, gdzie taki prosty inżynier jak ja sięgnąć nie da rady bez
pomocy artysty. Znaczy się, niedostępny mi świat przybliża.

Dziękuję wam artyści
za to wasze poświęcenie.

 

Kiedy jeden jedyny raz
w życiu w idiotyczny sposób poczucie obowiązku pokonało we mnie zdrowy
rozsądek i przydreptałem do fabryki silnie niewyspany po nocy spędzonej
na konsumpcji tekili z kumplem, to kapytalysta bez cienia zrozumienia
kazał mi oddalić się w podskokach z miejsca pracy i wrócić po
trzeźwości. Zero szacunku, żeśmy z kolegą całą noc na uczonych dysputach
spędzili i eksplorowaliśmy niezbadane regiony naszych dusz niczym
artysta Maleńczuk zjeżdżający po białej łące. Won i jak jeszcze raz cię w
takim stanie w robocie zobaczę to sam wiesz co!

No tak, ale ja zwykły
homo faber jestem. Mi nie wolno.

 

Pewnego razu Lepsza
Połowa zaciągnęła mnie na imprezę z okazji otwarcia jakiegoś klubu.
Imprezę uświetniał występ artystki Szczot Katarzyny, znanej powszechnie
jako Kayah (czyta się jak kajak tylko bez k na końcu). Artystka wyszła
na scenę i przystąpiła do pracy, czyli do wydawania otworem gębowym
dźwięków do mikrofonu oraz wlewania do otworu gębowego drinka za
drinkiem. Gdyby artystka nie mogła się statywu przytrzymać to niechybnie
spadłaby ze sceny pod koniec występu. To oczywiście nie jest wypadek
przy pracy. Artystka Szczot Katarzyna słynie z występów przed
publicznością w stanie upojenia nie tylko artystycznego.

Ale artystów przepisy
BHP najwyraźniej nie obowiązują. Mnie kapytalysta chciał wywalić na
zbity ryj z roboty, bo raz na wczorajszej bańce pchać taczki próbowałem,
artystka oklaski dostaje za tę samą przewinę.

Ech, naprawdę
chciałbym być artystą…

 

Artystka Szczot
Katarzyna wsławiła się i tym, że za odpowiednie honorarium rozebrała się
do rosołu i powypinała do obiektywu to i owo, a fotografie z tego
wydarzenia zostały rozpowszechnione na łamach kolorowego miesięcznika w
dużym nakładzie. Dziś, przy odrobinie wysiłku fotografie te można bez
trudu znaleźć w tzw. sieci, która jak powszechnie wiadomo powstała po
to, żeby każdy mógł sobie do woli gołe dupy pooglądać.

A gdyby tak żona
kolegi mojego pokazała goły tyłek całemu światu i gdyby każdy w jej wsi
mógł sobie kupić gazetę z jej zdjęciami, to w całej wsi nikt by inaczej o
niej nie powiedział jak latawica i kurwiszon. Bo prosty i artystycznie
niepobudzony przez wieszczy w rodzaju artysty Maleńczuka naród zwykł
rzeczy po imieniu nazywać. I upadlać się wódką, a nie kokainą. Bo taniej
i zdrowiej.

O zamiłowaniu
piosenkarek do pokazywania gołej dupy
pisałem
kiedys szerzej

, więc powtarzał
się nie będę, ale myśl rozwinę ciut, bo życie wciąż
zaskakuje.


Artystka Szczepkowska Joanna też będąc w pracy, ostatnio pokazała zgromadzonej publiczności
goły zadek. Uczyniła to spontanicznie w ramach artystycznej
interpretacji wizji reżysera.

No i znowóż, gdyby
profesor akademicki w czasie wykładu do studentów wlazł na katedrę i
pokazał gołą dupę, to po pierwsze wyleciałby z roboty, a po drugie
jeszcze mandat za nieobyczajne zachowanie w miejscu publicznym dostał.

Artystka Szczepkowska
dostała zapewnienie, że teatr dalej będzie jej pensję płacił.

Ech, fajnie być
artystą…

 

Pokazywanie gołej dupy
artystycznie jest czym innym niż pokazywanie gołej dupy nieartystycznie
i jest to rzecz zrozumiała, a Mleczko wcale nie miał racji wkładając w
usta ojca edukującego latorośl słowa: „Tak wygląda goła dupa, synu i nie
daj sobie nigdy wmówić, że to jest coś innego”.

Artystom to wmówienie
się udało.

I dlatego kobieta
udająca orgazm w filmie Zanussiego to artystka, a kobieta udająca orgazm
w filmie dla dorosłych nieznanego reżysera to… no inna kobieta.

I dlatego kobieta
paradująca na golasa po scenach teatru to artystka, a kobieta paradująca
nago po klubie dla panów to tancerka go-go.

I dlatego artystka
Żebrowska wpychająca do waginy lalkę Barbie to artystka, a kobieta
wpychająca sobie inne przedmioty w to samo miejsce w filmie porno to
dziwka.

A przepraszam, twórcy
filmów porno poszli po rozum do głowy i ucząc się od artystów też nam
wmówili, że kobieta pieprząca się z kim popadnie za pieniądze to
„aktorka porno”, a w zasadzie „gwiazda”. Co w zasadzie jest i prawdą, bo
skoro artystka Ciccone znana jako Madonna to megagwiazda, to czemu inne
takie jej podobne nie mogą być zwykłymi gwiazdami?

 

Artysta Olbrychski
Daniel w biały dzień, poinformowawszy wcześniej wszystkie znane
redakcje, wlazł z ostrym i długim narzędziem do tzw. galerii sztuki
współczesnej (która to sztuka ze sztuką tyle ma wspólnego ile ja ze
zdrowym trybem życia) i porąbał na kawałeczki powieszone tam zdjęcia. Po
czym przeprosił, zapłacił za zniszczenia, a galeria wycofała swoje
oskarżenia i po sprawie.

Wiadomo, artysta. To,
że musiał przeprosić za swój artystyczny performens jest już
wystarczającą karą dla jego rogatej, artystycznej duszy…

Pytanie czy tak samo
jak ten niewiarygodnie artystycznie nadęty bufon zostałby potraktowany
Jan Kowalski, spawacz, jest pytaniem retorycznym oczywiście.

 

 

Umiejętność nazywania
rzeczy po imieniu i widzenia ich takimi jakimi są zanika z wiekiem
niestety. Zatem kto tym wszystkim pajacom powie, że król jest nagi, tak
żeby do nich dotarło, bo przecież dziecka nie posłuchają?

Kto im wytłumaczy, że
ich artystyczne wygibasy to nic innego jak pląsy klauna na scenie cyrku i
żadne szczególne prawa im nie przysługują za to, że potrafią wierszyk
ładnie wydeklamować czy piosenkę zaśpiewać?

No ja mogę, ale kto
będzie słuchał takiego prostego inżyniera? Może zatem artysta jakiś się
znajdzie na sali?


Rymasz

Jak to się mówi w absolutnie dla mnie niestrawnej korporacyjnej nowomowie. Ważnego, że hoho.
Bo inwestycja na ćwierć bańki, prestiżowa, prezes, telewizja, XXI wiek i w ogóle. Nie ma żartow jest poważna rozmowa zaangażowanych działów, pionów, departamentów, delegatów. I jest prosty inżynier, dla którego im droższa whiskey, tym więcej koli trzeba do niej dolać, żeby to świństwo w ogóle wypić. Przez przypadek jest, ale zawsze, nieprawdaż?
Włączyłem to na spikera, żeby słyszeć jak mądrzejsi ode mnie gawędzą, a ja swoja robotę odwalałem pisząc rozumne i pomocne mejle do klientów i personelu.
Bo kol konferencyjny był – iluś tam zaangażowanych w ważny projekt na linii.
Robię swoje, ale pozostaję na nasłuchu, bo a nuż mnie wywołają.
Wreszcie zauważam guzik z przekreśloną słuchaweczką na aparacie. Szeptem pytam kolegów:
- Panowie jak to nacisnę, to mnie nie będą słyszeć? Sprawdzę. – wciskam guziczek i nadaję na pełen regulator – HALO, HALO MOBILKI, JAK ŚCIEŻKA NA PŁOŃSK?

Żebyście Wy widzieli jak koledzy pospadali z taboretów i podusili się ze śmiechu.

:-DDD

Rymasz

PS. Guziczek działał. Nie słyszeli.


  • RSS