Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 12.2009

Im bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ten burdel na kółkach zapieprza w nicość bez sensu i celu, tym bardziej rozumiem znaczenie zwykłych ludzkich gestów, bo tylko one nadają tej wędrówce jakikolwiek sens przecież.

Takie tam zwykłości: przytulić płaczące dziecko, opowiedzieć mu bajkę, ucieszyć się jego naiwnym i banalnym, ale jakże prawdziwym i pięknym entuzjazmem, że gola w meczu strzelił i pokazać faka tacie bramkarza, kupić jedzenie żebrakowi, niech nie pije nieborak bez popitki, podać kieliszek chleba choremu koledze, gdy jego małżonka z pokoju wyjdzie, dobić cierpiącego gołębia (wszystkie te pierzaste szczury cierpią, zatem wszystkie trzeba dobić), mamę odwiedzić, żonę odwiedzić, pocieszyć smutną koleżankę…
Zwykłe ludzkie gesty…

* * *

Szesnaście lat temu pracowałem na zmywaku w hotelowej restauracji w bawarskiej wiosce uroczo położonej nad błękitnym jeziorem. Kochel am See się nazywała ta miejscowość.
Razem ze mną pracowało kilka dziewczyn z Polski, kilka Niemek oraz jedna Katalonka. Maria.
Zakolegowaliśmy się przez te kilka tygodni. A to pogadaliśmy w pracy, a to pobawiliśmy się w knajpie wieczorem, a to powygłupialiśmy w przerwie. Mieszkaliśmy obok siebie. Ostatniego wieczora przed powrotem do Hiszpanii Maria zaprosiła mnie do siebie. Piliśmy wino, opowiadaliśmy historie po niemiecko-angielsku (Maria dobrze mówiła i rozumiała po angielsku, a słabo po niemiecku, ja odwrotnie, więc mieszaliśmy języki ile wlezie), staliśmy na balkonie oparci o drewnianą balustradę i chłonąc zapachy nocy obserwowaliśmy gwiazdy nad Alpami, piliśmy więcej wina, twarz zbliżała się do twarzy, dłoń muskała dłoń…
Wyjeżdżała, było jej smutno, bo polubiła tych ludzi i to miejsce (choć nie pracę – była beznadziejną kelnerką, ciągle coś tłukła).
Poprosiła mnie, bym pojechał z nią jutro do Monachium, na lotnisko. Akurat miałem wolne w grafiku. Zgodziłem się bez problemu i poszedłem do siebie.
Wino szumiało mi w głowie.
Tak po prostu poszedłem.
Wstałem i poszedłem.

Rano Maria była już inna.
Złapaliśmy stopa i wyluzowany, gnający 200 km/h piękną, praktyczną, niemiecką autostradą niemiecki kierowca zawiózł nas pod przystanek metra, chociaż mu nie po drodze było. Ale Maria go przekonała, że to fajny plan jest.
Zeszliśmy do metra, przyjechał pociąg na lotnisko, po czym się rozmyśliłem, pożegnałem zaskoczoną Marię, a sam pojechałem do Pinakotek (starej i nowej) obrazy Boscha, Rubensa i Van Gogha oglądać.
Ja kiedyś naprawdę byłem idiota bez serca. Zresztą dalej jestem, ale sobie przynajmniej z tego sprawę zdaję. Zawsze coś.

Najbardziej mi się dwa obrazy spodobały.
„Zmęczeni życiem” Ferdinanda Hodlera (jakoś tak oddawał mój stan ducha natenczas – jak się ma 21 lat, to też można mieć już dość z różnych powodów, które choć teraz boleśnie zabawne, to wtedy prawdziwe były po prostu)
Ferdinand Hodler - Die Lebensmude

oraz „Grzech” Franza von Stucka (ten to już nie wiem dlaczego, ale stałem przed nim z kwadrans).
Franz Stuck - Sunde

Pooglądałem, pooglądałem, wróciłem do Kochel, a potem do Polski.

Kilka listów i kartek popisaliśmy z Marią. A po trzy lata później spotkaliśmy się na dyskotece w Rosenheim. Też było lato, też niedaleko Monachium.
Maria.
Wyszczuplała, wyładniała, uśmiechała się olśniewająco.

Piliśmy drinki, pląsaliśmy, ale podczas tych tańców nie widziałem jeszcze TEGO CZEGOŚ, co przeoczyłem i poprzednim razem. Wreszcie DJ zagrał Macarenę – hit tamtego lata.
Na parkiecie utworzyły się dwa rzędy niemieckich dziewczyn. W środku pierwszego stanęła Maria. Prosty układ, kilka ruchów ramion i bioder. Zaczęły tańczyć.

To znaczy Maria zaczęła tańczyć, a towarzyszące jej Niemki poruszały się jak grupa popsutych robotów. Tyle wdzięku i gracji miała każda z nich co worek cementu. Okrutny jestem, jak to empatycznie upośledzony homo faber, ale tak to właśnie wyglądało.
Dziewczyny mechanicznie odtwarzały wyuczone ruchy, a Maria z zamkniętymi oczyma była tym tańcem, była tą melodią. One dookoła szare, czarno-białe, rozmazane, nijakie, a pośrodku nich ona – rozedrgany płomień. One kiwały biodrami jak kaczka kuprem, a jej biodra hipnotyzującą falą zalewały wlepione w nią pożądliwie gały wszystkich oniemiałych facetów.
Zapomniała się w tym tańcu, odpłynęła, zabierając nas wszystkich ze sobą w tę podróż, pełną niebezpiecznych marzeń.
Ona miała to we krwi, w genach, przekazane z pokolenia na pokolenie, ona nie musiała się tych ruchów uczyć, one były w niej od zawsze.

Piosenka się skończyła, dziewczyny zeszły z parkietu.

I to był ten dla mnie ten pierwszy przebłysk, gdy pojąłem, że najważniejsze w życiu są te proste ludzkie gesty.
Było pocieszyć smutną koleżankę? Było?

Ale to nie jest morał płynący z tej historii.
Właściwy morał brzmi: talentu nie kupisz, ni się go nie wyuczysz. Czy do tańca, czy do życiowej mądrości.
Jeden chuj.

Rymasz

Walki

26 komentarzy

Polskie walki stulecia są esencjonalne. Skondensowane są.
Są jak parzenie herbaty made in Japan – sto godzin dreptania dookoła czajniczka w celu łyknięcia jednego łyczka.
Innymi słowy, mnóstwo przygotowań i pieprzenia o tym co ma nastąpić, po czym kilka chwil frajdy i po zawodach.

W pierwszej polskiej walce XXI stulecia chrześcijańskiej rachuby czasu, przewidywałem, iż cięższy Gołota, który naprawdę dobrym pięściarzem kiedyś był, zleje antyszamblera.
No i okazało się, że jak się na czymś nie znam, to morda w kubeł.

W drugiej polskiej walce XXI stulecia chrześcijańskiej rachuby czasu, przewidywałem, iż lżejszy bokser cięższego ciężarowca zleje.
Cięższy ciężarowiec zajebał boksera kilkoma kopniakami na śmierć prawie.
No i okazało się, że jak się na czymś nie znam, to morda w kubeł.

Będzie jeszcze wiele polskich walk stulecia w tym stuleciu.
I słusznie. Niech będą.

A ja się na nich tak znam, jak reszta ekspertów, z tą różnicą, że oni się znają ode mnie lepiej.
Zatem mordę w kubeł powinienem zasadnie wsadzić, ale nie wsadzę, bo co mi tam.

Konsekwentnie powtórzę: „nie będę przecież z tego banalnego powodu, że mogę się mylić, ukrywał swych poglądów”.

Błądzący Rymasz

Nie od dziś wiadomo, że im więcej ustaw, dyrektyw, norm, rozporządzeń oraz urzędowych zaleceń, tym głupiej i tym więcej TEORETYCZNEGO uzasadnienia dla istnienia darmozjadów zarabiających na życie tworzeniem i egzekwowaniem tego „prawa”. Czyli łupieniem z kasy uczciwie pracujących obywateli.

A potem to już normalnie, jak to w socjaliźmie, bohatersko stawiamy czoła problemom nieznanym w żadnym innym ustroju.

 

KAŻDA wystarczająco rozbudowana biurokracja z natury swojej jest socjalistyczna i z natury swojej im bardziej rozbudowana tym więcej czasu poświęca samej sobie, kosztem obsługi tzw. Klienta. Zatem wielkie korporacje z definicji są wewnątrz swych własnych procedur socjalistyczne. Taki socjalizm w samym środku kapitalistycznego tworu. No nie ma siły, to prawo natury.

 

I tak np. w ramach ujednolicania standardów obsługi klienta wewnętrznego za zainstalowanie na twoim komputerze polskiej czcionki odpowiedzialny jest informatyk z Malezji. To znaczy wygląda to praktyce tak, że najpierw ty składasz wniose…, o pardon, request na zainstalowanie tej czcionki w globalnym, ogólnokorporacyjnym systemie. Po tygodniu sprawdzasz co z twoim wniosk…, o pardon, requestem – okazuje się, że na akceptację czeka. Piszesz maila do akceptujących z prośbą o akceptację. Przez kolejny tydzień jesteś na cc świadkiem zajmującej korespondencji na temat tego kto i w jakim zakresie powinien twój wniose…, o pardon, request, zaaprobować. Po uzyskaniu niebędbnych aprobat twój wniose…, o pardon, request wędruje do realizacji do Malezji. Skąd wraca do informatyka, który siedzi piętro nad tobą z prośbą żeby on się sprawą zajął. Jesteś na cc korepondencji. Po czym okazuje się, że realizacja jest niemożliwa z powodów rozmaitych. To, że identyczny wnios…, o pardon, request, złożony przez kolegę siedzącego obok ciebie został zrealizowany tydzień temu bez jednego problemu nie ma żadnego znaczenia. I nie powołuj się na ten precedens, bo jedyne co możesz w ten sposób załatwić, to odinstalowanie tego co zainstalowali z komputera kolegi.

Noż w mordę jeża!

Oczywiście jeśli chcesz to załatwić szybko i bezproblemowo znajdujesz kogoś kto zna informtyka, który może się tym zająć  i on Ci to załatwi w 5 minut. Potem jakąś podkładkę zmalujecie w postaci fikcyjnego wnios…, o pardon, requesta, na już wykonane prace i  po sprawie.

W każdej dużej organizacji tak jest. W życiu tak jest.

Jeśli chcesz coś szybko załatwić to dogadaj się z ludźmi, którzy są za to odpowiedzialni. Nie pismami oficjalnymi z powyływaniem się na procedury, paragrafy i normy, ale zwyczajnie dogadaj się jak człowiek z człowiekiem. Jak to umiesz to jesteś skuteczny, a jak nie umiesz to z pożytkiem dla wszystkich zajmij się tym, w czym jesteś dobry.

 

Przykład z życia. Z dziś.

Gremium mędrców wydaliło z siebie normę, zgodnie z którą pracodawca ma ustawowy OBOWIĄZEK oślepiania swoich pracowników światłem o mocy 500 luksów. No tyle ma być zgodnie z normą na biurku i koniec dyskusji.

Dodatkowo wśród pracowników pracodawca ma obowiązek mianować najgorsze melepety jakie znajdzie społecznymi inspektorami BHP i oni mają stać na straży przestrzegania praw pracowniczych i egzekwowania obowiązków spoczywających na tym podłym kapytalystycznym wyzyskiwaczu.

Przyszedł taki jeden dzisiaj z oficjalnym pismem nakazującym dokonanie pomiarów natężenia oświetlenia na jednym z pięter i pouczył o obowiązujących przepisach. Technik poszedł zmierzył, po czym wkręcił wszystkie wykręcone wcześniej na prośbę pracowników świetlówki, bo naturalnie za ciemno było. W ciągu kolejnych dwóch godzin dostaliśmy trzy skargi z tego piętra od ludzi narzekających na to, że nie da się pracować, gdy oczy trzeba cały czas mrużyć.

Kazałem z tym pójść do BHPiz…, o pardon, do społecznego inspektora BHP. Coś tam naplótł od rzeczy, po czym poprosił, żeby zrobić z powrotem tak, żeby ludzie przestali mu się skarzyć.

Normalnie powinienem dupka zmusić, żeby mi tę opinię oficjalnie na mailu przesłał. On by tego oczywiście nie zrobił, bo oficjalnie to on cały czas wnioskuje przecież o to, by oświetlenie zgodne z normą było.

O to, żeby było po prostu dobrze nie może wnioskować oficjalnie. O to wnioskuje już nieoficjalnie poza protokołem.

Bo oficjalnie to on jest od tego, by dowodzić wszystkim swojej przydatności, czyli szukać dziury w całym i przestrzegać przestrzegania każdego głupiego przepisu.

 

Czysta paranoja, nieprawdaż?

 

I ja rozumiem, że bez przepisów się nie da, że bez prawa będzie totalny burdel, ale z drugiej strony im tego więcej, tym bardziej się nie da.

Jakaś złota proporcja musi być, no nie ma bata. My żyjemy w rzeczywistości totalnie przeregulowanej, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Rymasz

Im dalej, tym było lepiej, co znaczy, że nie jest tak źle jak myślałem, że będzie po pierwszych stronach.

Zady:

Po pierwsze, na początku zostałem znokautowany stertą bajek o ikonie z
Guadalupe. OK, Łysiak ustami mnicha z bazyliki je głosi, mnich ma prawo
bajki o cudach bezkrytycznie klepać, ale zwykle w takich sytuacjach
Łysiak równoważył wywód o rzekomej cudowności kontrą jakiegoś
cynicznego nieapologety.

A przypadku domniemanych cudów dotyczących tego malowidła naprawdę jest się o co przyczepić. Zabrakło mi tego.

To malowidło to mój konik taki przecież:
http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5891/k,2

Po drugie, dialogi są siłą i słabością tej książki. Słabością, bo
są nieprawdziwe. Zawodowi zabijacy, szpiedzy, politrucy i tak dalej,
toczą uczone dysputy ociekające erudycją i aforyzmami największych
gigantów intelektu. No i historię kultury i cywilzacji w małym palcu
mają. Literatura, poezja, malarstwo, muzyka, architektura to ich chleb
powszedni. No do bólu zębów to nieprawdziwe.

Po trzecie, za dobrych lat cała fabuła na jedno dobre opowiadanie by Łysiakowi starczyła. Na więcej już nijak.

Po czwarte, to dajcie Łysiakowi jakiegoś dobrego, asertywnego
redaktora, któy mu powybija z głowy co bardziej karkołomne językowe wygibasy. Jego maniera pisarska w karykaturę się zmienia. Zerknijcie
choćby na stronę 225 „rodzaj psychoablucji ducha i fizjoablucji ciała”.
No potworek! Nawet nie wiem czy to pleonazm czy tautologia, w każdym
razie ohydztwo. FUJ!
Ani to brzmi dobrze, ani to ciekawe językowo nie jest. Kulawe i tyle.

No a za chwilę „zderzenie: przymus versus wolność”. No znów dwa grzyby w barszcz i znów bez sensu. Zderzenie versus? Ki cholera?

A to wcale nie wyjątki przecież.

Ja po tych potworkach naprawdę nie mogę się otrząsnąć. Co
się z jego talentem do tworzenia zdań stało? Gdzie jego intuicja
słowotwórcza wyparowała?

Walety:

Po pierwsze, ten minimalizm opisowy ma coś w sobie. Ta książka akcji ma jak najmniej, dialogów jak najwięcej.

Po drugie, akcja mimo tego się broni i wciąga.

Po trzecie, dialogi są siłą i słabością tej książki. Siłą, bo na nich buduje się fabuła i napięcie.

Po czwarte, uczciwa zawartość Łysiaka w Łysiaku z garścią ciekawostek i intrygujących hipotez na temat zakulisowych gier i tych prawdziwych „wire-pullerów”.

Reasumując – książka daje radę mimo wszystko. Z tym, że niestety,
lepsze jutro było wczoraj. Najlepsze powieści w swoim życiu Łysiak już
najwyraźniej ma w dorobku. Obym się mylił oczywiście.

Rymasz


  • RSS