Poturlałem się dziś rano stukutuk pociągiem do Poznania. Pociąg do Berlina, druga klasa, wagon lotniczy, bez przedziałów. Siedzenie mi wypadło pośrodku jak w sam raz, przy stoliczku czteroosobowym. Ja przy oknie, obok dziewczyna z kawą, Rzeczpospolitą i netbookiem, naprzeciwko wielka damska torebka, a obok niej właścicielka torebki epatująca otoczenie miną człowieka dotkniętego ciężkim zatwardzeniem, w chwili gdy kontempluje los czekający go w ciągu najbliższych kilku minut tuż po tym, gdy poczuł zew natury i już zaraz będzie niestety wstawał i udawał się w tę długą podróż.
Pociąg póki co stoi na peronie na Centralnym w Warszawie, dziewczyna obok czyta Rzepę, ja czytam Wprost, pani po skosie cierpi za miliony, a torba naprzeciwko zdaje się mieć wszystko centralnie w najmniejszej kieszeni.
Nadchodzi dziewczyna posiadająca bilet przypisany do fotela zajmowanego aktualnie przez torbę i ogłasza ten fakt wszem i wobec.
- Co, ma pani tam miejsce i chce usiąść? – pyta odkrywczo i życzliwie pani po skosie, minę odpowiednią cały czas zachowując.
Nowa siada, torba ląduje na stoliku, cierpienie trwa. Ruszamy.
Stukutuk.
Wraz z nami w otwartym wagonie podróżują między innymi dwa małe Samobieżne Generatory Entropii (SGE) w wieku lat na oko trzech i pięciu. Ich podróż polega na przemieszczaniu się wzdłuż wagonu czy to biegiem, czy to pełzając, zaczepianiu podróżnych i wydawaniu  najdziwniejszych dźwięków otworem gębowym. Głośno.

Jeszcze niedawno taka sytuacja wywołałaby moją irytację. Zawsze byłem słusznego nad wyraz zdania, że małe hałasujące bachory mają wypierdalać z pomieszczeń, które zaszczycam swą obecnością, bo księciunio sobie hałasu nie życzy, księciunio sobie życzy mieć spokój.
Uwielbiam, doprawdy uwielbiam, obserwować w sobie wszystkie te zmiany, które są kreowane nie przeze mnie świadomie, ale przez życie i upływający czas, z całkowitym pominięciem tego co mi się na swój temat wydaje.
Ja się dziś na widok tych dzieci po prostu najzwyczajniej w świecie uśmiechnąłem pod nosem. No przecież sam mam w domu jeden taki dwuletni SGE, któremu co i raz spontanicznie nowe użyteczne funkcjonalności dochodzą (ostatnio funkcja dyktafonu. Chodzi i powtarza. WSZYSTKO!!!) i też prototyp jak te dwa w przedziale – nieprzewidywalny i nigdy nie wiadomo co nawywija. Twórca nad tym nie ma szans zapanować, chociaż niby sam zrobił (no, w spółce dwuosobowej)! Doskonale rozumiałem ojca (Szweda jakiegoś chyba – jego mowa mi właśnie jak język dzikich ludzi z północy brzmiała), który co i raz wydłubywał rozbiegane towarzystwo z różnych zakamarków wagonu, po to tylko, by za chwilę znów utracić nad nimi kontrolę na pół sekundy i powtarzać całą operację zawijania do portu od nowa.
Uśmiechnąłem się i zająłem swoimi sprawami, czyli czytaniem gazety, dwa małe dokazujące człowieki przestając zauważać. Niech się ojciec z matką męczą! Jak umieli zrobić, to niech teraz wychowują!!! :-DDD

Nie tylko ja tak zareagowałem. W zasadzie wszyscy w zasięgu mojego wzroku życzliwie potraktowali występy hałaśliwego duetu maluchów. Naprawdę.
Wszyscy poza panią po skosie.
Nie uwierzycie w to co zrobiła. Ja sam nie mogłem uwierzyć.

W pełnym dramaturgii spazmie zakryła dłońmi uszy i zastygła w teatralnej pozie, z łokciami daleko przed siebie w roli bufora.

Oż kurwa. Kopara mi opadła, gdym to kącikiem oka zauważył.
Powtórzyła ten występ jeszcze ze dwa razy w ciągu kolejnych dziesięciu minut.

Po czym wyciągnęła telefon i zadzwoniła, donośnie i nienachalnie informując wszystkich dookoła, że jest umęczona, bo tylko trzy godziny spała, a niestety popełniła ten błąd, że pierwszej klasy nie wzięła, a tu dzieci hałasują. I że wczoraj nie załatwiła tego co miała załatwić, bo ją taki jeden nieżyczliwie potraktował (może niewyspany był?, pomyślałem w tym momencie). I niechby już konduktor w końcu przyszedł, bo ona chce do pierwszej klasy!!!

Przyjrzałem się jej dokładniej po tym performansie. Ze 43 lata na oko, ale jak znam życie, to tacy ludzie mogą mieć i 10 lat miej, tylko stosunek do rzeczywistości ich postarza. I pobrzydza, bo gdyby nie ten wyryty na twarzy przez dłuto czasu antypatyczny grymas, to wcale niebrzydka by była. A tak to klops.

Młodszy SGE podpełzł do jej stopy i zaczął wykonywać jakieś spontaniczne czynności. Bez planu i sensu oczywiście.
- Co, zaczepiasz mnie? No wreszcie jakiś facet wyciera mi stopy z kurzu. To miłe.
Po tym wyznaniu wiedziałem o tej niedopieszczonej pannie/rozwódce (niepotrzebne skreślić) już wszystko.
Na szczęście zaraz przyszedł konduktor i sobie poszła w końcu komu innemu podróż umilać.

Spotkanie w Poznaniu udane. Co było do załatwienia załatwiłem, dowiedziałem się sporo cennych dla mnie rzeczy i mam nadzieje, że sam też coś pomocnego przekazałem.

W drogę powrotną ruszyłem brumbrum samochodem. Dwa w jednym – skoro jedziesz do Poznania, to przy okazji samochód przyprowadź. Spoko wodza, nie ma tematu.

Samochód, pomijając detale, zasadniczo identyczny jak ten, którym na co dzień jeżdżę. Ruszam, autostrada, tankowanie, pierwsze myto, drugie myto, a tuż za drugim mytem policjant na drodze i zjedź pan panie kierowco na pobocze. Co robić? Zjeżdżam.
- Dzień dobry, sierzantalboporucznik Kowalski, prawo jazy, dokumenty wozu, ubezpieczenie. Nie włączył pan świateł mijania.
No nie było siły, musiała mi się ta przygoda od razu przypomnieć.
- Nie chcę się tłumaczyć…
- Nawet pan nie próbuje jak na razie.
- Wiem, ale ja tym samochodem jadę dopiero – zerkam na licznik – 81 kilometrów, a w pracy jeżdżę takim samym i u mnie w tej pozycji włącznika, światła mijania się świecą.
- Acha. Zapraszam do radiowozu.
Idziemy, policjant siada za kierownicą i zaczyna mnie spisywać do notesu, ja staję obok. Obok policjanta siada drugi policjant i zaczyna spisywać jakiegoś nieszczęśliwego Białorusina z Mińska.
- No i co z tym tłumaczeniem? – pyta mnie mój policjant.
- Samochód do Warszawy mam sprowadzić. U mnie naprawdę w tej pozycji światła świecą. – i ja wcale nie łżę w tym momencie. Mój samochód ma tak, że jak włączam silnik, to światła włączają się obligatoryjnie. A jak samochód robi coś za mnie, to ja o tym natychmiast zapominam i tracę odruch. Proste? Założyłem, że jak ten samochód prawie taki sam, to też tak ma. A nie miał…
- Jakoś panu nie mogę uwierzyć – skwitował moje wyznanie policjant, wręczając mi ustnik. – A jaki zawód pan wykonuje?
- Inżynierem jestem.
- 10 sekund dmuchać. – rzekł policjant wręczając mi dokumenty wozu i podłączając do ustnika alkomat.
- Ale kolega nie pytał pana o wykształcenie, tylko o wykonywany zawód. – włączył się do pogawędki drugi policjant.
- Obsługa techniczna nieruchomości – odparłem po 10-ciu sekundach.
- 0,0. To co, 2 punkty i 100 złotych będzie dobrze panie inżynierze?
- Nie będzie za dobrze. Mieć 100 złotych i nie mieć 100 złotych to razem 200.
- Hehehe… Budżet państwa pan wesprze…
- Ale ja wspieram cały czas. Podatki płacę.
- To jak ja zupełnie. Dobrze panie inżynierze. Proszę jechać i te światła włączyć – rzekł policjant oddając mi prawo jazdy.
- A budżet państwa niech wspierają ci, co podatków u nas nie płacą, tylko się po bazarach szwędają – dodał jego kolega.
I tylko biedny Białorusin się nie roześmiał.

A ja wróciłem grzecznie do domu z zapalonymi światłami.
Podróże kształcą.
Stukutuk, brymbrym.

Rymasz