Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 7.2009

Niewiarygodne, ciężko uwierzyć, ale spotykamy i takich. Warto wiedzieć. Ku przestrodze.
UWAGA: tylko dla ludzi o mocnych nerwach!

Oniemiałem po prostu.


http://www.joemonster.org/filmy/17866/Richard_Kuklinski_Wyznania_mordercy_18_

Rymasz

Poturlałem się dziś rano stukutuk pociągiem do Poznania. Pociąg do Berlina, druga klasa, wagon lotniczy, bez przedziałów. Siedzenie mi wypadło pośrodku jak w sam raz, przy stoliczku czteroosobowym. Ja przy oknie, obok dziewczyna z kawą, Rzeczpospolitą i netbookiem, naprzeciwko wielka damska torebka, a obok niej właścicielka torebki epatująca otoczenie miną człowieka dotkniętego ciężkim zatwardzeniem, w chwili gdy kontempluje los czekający go w ciągu najbliższych kilku minut tuż po tym, gdy poczuł zew natury i już zaraz będzie niestety wstawał i udawał się w tę długą podróż.
Pociąg póki co stoi na peronie na Centralnym w Warszawie, dziewczyna obok czyta Rzepę, ja czytam Wprost, pani po skosie cierpi za miliony, a torba naprzeciwko zdaje się mieć wszystko centralnie w najmniejszej kieszeni.
Nadchodzi dziewczyna posiadająca bilet przypisany do fotela zajmowanego aktualnie przez torbę i ogłasza ten fakt wszem i wobec.
- Co, ma pani tam miejsce i chce usiąść? – pyta odkrywczo i życzliwie pani po skosie, minę odpowiednią cały czas zachowując.
Nowa siada, torba ląduje na stoliku, cierpienie trwa. Ruszamy.
Stukutuk.
Wraz z nami w otwartym wagonie podróżują między innymi dwa małe Samobieżne Generatory Entropii (SGE) w wieku lat na oko trzech i pięciu. Ich podróż polega na przemieszczaniu się wzdłuż wagonu czy to biegiem, czy to pełzając, zaczepianiu podróżnych i wydawaniu  najdziwniejszych dźwięków otworem gębowym. Głośno.

Jeszcze niedawno taka sytuacja wywołałaby moją irytację. Zawsze byłem słusznego nad wyraz zdania, że małe hałasujące bachory mają wypierdalać z pomieszczeń, które zaszczycam swą obecnością, bo księciunio sobie hałasu nie życzy, księciunio sobie życzy mieć spokój.
Uwielbiam, doprawdy uwielbiam, obserwować w sobie wszystkie te zmiany, które są kreowane nie przeze mnie świadomie, ale przez życie i upływający czas, z całkowitym pominięciem tego co mi się na swój temat wydaje.
Ja się dziś na widok tych dzieci po prostu najzwyczajniej w świecie uśmiechnąłem pod nosem. No przecież sam mam w domu jeden taki dwuletni SGE, któremu co i raz spontanicznie nowe użyteczne funkcjonalności dochodzą (ostatnio funkcja dyktafonu. Chodzi i powtarza. WSZYSTKO!!!) i też prototyp jak te dwa w przedziale – nieprzewidywalny i nigdy nie wiadomo co nawywija. Twórca nad tym nie ma szans zapanować, chociaż niby sam zrobił (no, w spółce dwuosobowej)! Doskonale rozumiałem ojca (Szweda jakiegoś chyba – jego mowa mi właśnie jak język dzikich ludzi z północy brzmiała), który co i raz wydłubywał rozbiegane towarzystwo z różnych zakamarków wagonu, po to tylko, by za chwilę znów utracić nad nimi kontrolę na pół sekundy i powtarzać całą operację zawijania do portu od nowa.
Uśmiechnąłem się i zająłem swoimi sprawami, czyli czytaniem gazety, dwa małe dokazujące człowieki przestając zauważać. Niech się ojciec z matką męczą! Jak umieli zrobić, to niech teraz wychowują!!! :-DDD

Nie tylko ja tak zareagowałem. W zasadzie wszyscy w zasięgu mojego wzroku życzliwie potraktowali występy hałaśliwego duetu maluchów. Naprawdę.
Wszyscy poza panią po skosie.
Nie uwierzycie w to co zrobiła. Ja sam nie mogłem uwierzyć.

W pełnym dramaturgii spazmie zakryła dłońmi uszy i zastygła w teatralnej pozie, z łokciami daleko przed siebie w roli bufora.

Oż kurwa. Kopara mi opadła, gdym to kącikiem oka zauważył.
Powtórzyła ten występ jeszcze ze dwa razy w ciągu kolejnych dziesięciu minut.

Po czym wyciągnęła telefon i zadzwoniła, donośnie i nienachalnie informując wszystkich dookoła, że jest umęczona, bo tylko trzy godziny spała, a niestety popełniła ten błąd, że pierwszej klasy nie wzięła, a tu dzieci hałasują. I że wczoraj nie załatwiła tego co miała załatwić, bo ją taki jeden nieżyczliwie potraktował (może niewyspany był?, pomyślałem w tym momencie). I niechby już konduktor w końcu przyszedł, bo ona chce do pierwszej klasy!!!

Przyjrzałem się jej dokładniej po tym performansie. Ze 43 lata na oko, ale jak znam życie, to tacy ludzie mogą mieć i 10 lat miej, tylko stosunek do rzeczywistości ich postarza. I pobrzydza, bo gdyby nie ten wyryty na twarzy przez dłuto czasu antypatyczny grymas, to wcale niebrzydka by była. A tak to klops.

Młodszy SGE podpełzł do jej stopy i zaczął wykonywać jakieś spontaniczne czynności. Bez planu i sensu oczywiście.
- Co, zaczepiasz mnie? No wreszcie jakiś facet wyciera mi stopy z kurzu. To miłe.
Po tym wyznaniu wiedziałem o tej niedopieszczonej pannie/rozwódce (niepotrzebne skreślić) już wszystko.
Na szczęście zaraz przyszedł konduktor i sobie poszła w końcu komu innemu podróż umilać.

Spotkanie w Poznaniu udane. Co było do załatwienia załatwiłem, dowiedziałem się sporo cennych dla mnie rzeczy i mam nadzieje, że sam też coś pomocnego przekazałem.

W drogę powrotną ruszyłem brumbrum samochodem. Dwa w jednym – skoro jedziesz do Poznania, to przy okazji samochód przyprowadź. Spoko wodza, nie ma tematu.

Samochód, pomijając detale, zasadniczo identyczny jak ten, którym na co dzień jeżdżę. Ruszam, autostrada, tankowanie, pierwsze myto, drugie myto, a tuż za drugim mytem policjant na drodze i zjedź pan panie kierowco na pobocze. Co robić? Zjeżdżam.
- Dzień dobry, sierzantalboporucznik Kowalski, prawo jazy, dokumenty wozu, ubezpieczenie. Nie włączył pan świateł mijania.
No nie było siły, musiała mi się ta przygoda od razu przypomnieć.
- Nie chcę się tłumaczyć…
- Nawet pan nie próbuje jak na razie.
- Wiem, ale ja tym samochodem jadę dopiero – zerkam na licznik – 81 kilometrów, a w pracy jeżdżę takim samym i u mnie w tej pozycji włącznika, światła mijania się świecą.
- Acha. Zapraszam do radiowozu.
Idziemy, policjant siada za kierownicą i zaczyna mnie spisywać do notesu, ja staję obok. Obok policjanta siada drugi policjant i zaczyna spisywać jakiegoś nieszczęśliwego Białorusina z Mińska.
- No i co z tym tłumaczeniem? – pyta mnie mój policjant.
- Samochód do Warszawy mam sprowadzić. U mnie naprawdę w tej pozycji światła świecą. – i ja wcale nie łżę w tym momencie. Mój samochód ma tak, że jak włączam silnik, to światła włączają się obligatoryjnie. A jak samochód robi coś za mnie, to ja o tym natychmiast zapominam i tracę odruch. Proste? Założyłem, że jak ten samochód prawie taki sam, to też tak ma. A nie miał…
- Jakoś panu nie mogę uwierzyć – skwitował moje wyznanie policjant, wręczając mi ustnik. – A jaki zawód pan wykonuje?
- Inżynierem jestem.
- 10 sekund dmuchać. – rzekł policjant wręczając mi dokumenty wozu i podłączając do ustnika alkomat.
- Ale kolega nie pytał pana o wykształcenie, tylko o wykonywany zawód. – włączył się do pogawędki drugi policjant.
- Obsługa techniczna nieruchomości – odparłem po 10-ciu sekundach.
- 0,0. To co, 2 punkty i 100 złotych będzie dobrze panie inżynierze?
- Nie będzie za dobrze. Mieć 100 złotych i nie mieć 100 złotych to razem 200.
- Hehehe… Budżet państwa pan wesprze…
- Ale ja wspieram cały czas. Podatki płacę.
- To jak ja zupełnie. Dobrze panie inżynierze. Proszę jechać i te światła włączyć – rzekł policjant oddając mi prawo jazdy.
- A budżet państwa niech wspierają ci, co podatków u nas nie płacą, tylko się po bazarach szwędają – dodał jego kolega.
I tylko biedny Białorusin się nie roześmiał.

A ja wróciłem grzecznie do domu z zapalonymi światłami.
Podróże kształcą.
Stukutuk, brymbrym.

Rymasz

Kolejny udany dzień w pracy. Pełen przygód i wyzwań.

Dziś spotkał mnie dość nietypowy przypadek, który spowodował, że zmuszony byłem zadzwonić na komendę policji w jednej z podwarszawskich miejscowości. Po telefonie, na prośbę przyjmującego zgłoszenie, następujące pismo wysłałem faksem.

„Warszawa, 2009.07.20
Do: Komenda Policji (…)

W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej z dnia dzisiejszego informuję o możliwości popełnienia samobójstwa przez (…) PESEL (…), nr dowodu osobistego (…), zamieszkały (…).

Wyżej wymieniony jest pracownikiem firmy (…) i od dnia (…) przebywa na zwolnieniu lekarskim.

W dniu dzisiejszym o godz. 10:54 jego bezpośredni przełożony p. (…) otrzymał SMS następującej treści: „mama moja nie żyje ja tez już nie chce zyc Dzis o 7rano”. Pan (…) nie odbiera od nas telefonu przez cały dzisiejszy dzień.

W związku z powyższym, jako przełożony obydwu Panów uznałem za zasadne poinformowanie Państwa o tej nietypowej sytuacji.

Z poważaniem
Rymasz”

Po kwadransie (co do minuty!) od wysłania pisma zadzwonił p. posterunkowy by poinformować mnie, że z potencjalnym desperatem wszystko w porządku, przebywa pod opieką rodziny i policjanci z patrolu, który podjechał do jego mieszkania nie widzą niebezpieczeństwa.

Uprzejmie, miło, profesjonalnie.

Ja wiem, różnie to bywa z policją, można i na krawężnika trafić, można przez nich poszkodowanym zostać, ale ja opisuję tylko co mnie dziś spotkało.

Ulga, ale po co mi to?

Bo ja w ogóle ostatnio jakoś mam dużo z policją do czynienia.

Ze trzy miesiące temu musiałem się zameldować na komendzie, by się na zdjęciu z fotoradaru rozpoznać. Ale ponieważ się nie rozpoznałem, to tylko wydałem czym prędzej winowajcę (prowadzę buchalterię komu i kiedy pożyczam auto w pracy, więc łatwo ustalić sprawcę, nawet jak na zdjęciu niewyraźny, a chłopakowi nie zależało na punktach. Jak wiadomo w przypadkach, gdy zdjęcie niewyraźnie, mówimy, że nie wiemy kto to, bo autem dużo osób jeździ i wtedy tylko mandat bez punktów). Ale przyznać muszę, że pani policjantka miła i kulturalna.
 

Ze dwa miesiące temu zostałem telefonicznie poproszony na komendę w mojej dzielnicy w celu złożenia zeznań w sprawie kobiety, która wpadła na maskę mojego samochodu. Rety, no zgłupiałem po prostu, bo ja nie pamiętałem niczego takiego. Pan policjant zapewnił, że nie ma problemu, niech tylko do niego wpadnę na przesłuchanie, to sobie na pewno od razu wszystko przypomnę. I wiecie co? On miał rację! Przybyłem na miejsce, przesympatyczny pan przypomniał co i jak i ja sobie wszystko przypomniałem. Kilka tygodni wcześniej jechałem samochodem z Lenką z tyłu w foteliku upiętą. Powoli, bo droga wąska, równorzędna, taka osiedlowa na skraju lasku. Na drogę wybiegła jakaś kobieta i zaczęła machać witkami. Zatrzymałem się. Kobieta zaczęła krzyczeć, że pomocy i ratunku, i w ogóle. Jakiś facet, który stał na drodze z tyłu za moim samochodem powiedział „Co sceny robisz, wracaj do domu”, ale nie pomogło i kobieta dalej panikowała. Gość się odwrócił na pięcie, wsiadł do swojej bryki i odjechał. Ja zaproponował tej kobiecie, że ją podwiozę, wsiadła, zaczęła ciut spazmować, aż mi się dziecko przestraszyło i popłakało. To dała jej ta pani długopis. Podwiozłem ją ze 200 metrów dosłownie i dowiedziałem się w tym czasie, że ten chłop to złodziej, miliony nakradł, a ona księdzu o tym nawet mówiła i o rety. Nagadała i wysiadła, a ja o sprawie na drugi dzień zapomniałem, bo i co tu pamiętać?

A teraz najlepsze.

Ta kobieta złożyła na policji zawiadomienie o tym, że ją ten facet (mąż chyba były) prześladuje strasznie i ja byłem ważnym świadkiem w sprawie, bo widziałem to prześladowanie. Po moich zeznaniach prokurator chyba sprawę umorzył, bo już więcej wezwań nie było. Policja mnie po numerach namierzyła, bo ta kobieta zeznała, że zatrzymał się pan z dzieckiem czarnym samochodem o numerach takich i takich. Numery zapamiętała co do cyferki. Tylko kolor samochodu pomyliła, bo granatowy był nie czarny.

Czujecie?

Kobieta w silnym afekcie, która zapamiętuje numer, ale myli kolor auta!

Jak dla mnie w przyrodzie takie mutantki nie występują, chyba, że są naciągaczkami, które od razu wiedzą, że wykorzystają świadka i skupiają się tylko na zapamiętaniu numeru, resztę ignorując.

Rymasz

Co to?

3 komentarzy

Kurczę, no wzruszyłem się…





Rymasz

Maila dostałem kilka dni temu. Tytuł miał jak powyżej i poniższą treść zawierał:

„Witaj,

Dziś na samej górze Twojego blogu pojawiła się szara belka. Chcielibyśmy, abyś spojrzał na nią jako na użyteczne narzędzie (…)

Nie chcieliśmy, aby wprowadzone ułatwienie zbyt mocno ingerowało w Twój blog. Naszym założeniem było takie zaprojektowanie belki, aby z jednej strony była jak najmniej inwazyjna, a z drugiej jak najbardziej użyteczna. Stąd niewielka szerokość oraz szary kolor.

(…)
 
Pozdrawiam
Zosia z redakcji Blog.pl”

W miejscu (..) w oryginale było coś jak pierdu smerdu, blablabla. Nieistotne dla treści pierdolenie innymi słowy.
Odpowiedziałem na maila grzecznie i uprzejmie.

„Witaj Zosia z redakcji Blog.pl,
a jeżeli ja sobie nie życzę tej nowej fantastycznej funkcjonalności, to czy mam przenieść bloga tam gdzie takiego daru nie otrzymam, czy też może blog.pl usunie mi to gówno równie wspaniałomyślnie co zainstalował?

Pozdrawiam
Zosia nie z redakcji”

Odpowiedziano mi:

„Witamy,

W chwili obecnej niestety nie mozna usunąc ani belki ani reklamy. Jednak przekazaliśmy Twoje uwagi osobom odpowiedzialnym za funkcjonowanie serwisu blog.pl

Pozdrawiamy,
Redakcja Blog.pl”

Wygląda więc na to, że wkrótce Kącik przeprowadzi się do nowego domku.

Rymasz

Jak zmarnować 26 złotych?


Mając 37 lat pójść na „Terminatora: Ocalenie” z nadzieją
na dobry film i kontynuowanie wielkiej miłości z lat szczenięcych.
A szlag by to trafił!


Że też ja się jeszcze nie nauczyłem,
że nie ma takiej możliwości, by kolejne części mych kinowych
fascynacji sprzed lat mnie zauroczyły? Było minęło, nie
wróci.


Lucas skutecznie wyleczył mnie z
„Gwiezdnych wojen” kręcąc te trzy nowe gówna.

Spielberg wyleczył mnie z Indiany
Jonesa, popełniając w zeszłym roku piramidalnie idiotycznego
gniota.

Bruce Willis wyleczył mnie z „Die
Hard” biorąc udział w czwartej części, która ma tyle sensu ile
ja cierpliwości.

No a teraz jeszcze „Terminator”.


Pierwszego pokochałem za klimat. To
był dobry film z pomysłem, z tajemnicą, z napięciem, z absolutnie
genialnie obsadzonym Arnoldem, który ma tak bogaty talent aktorski,
że na roli nieboszczyka w trumnie by się wyłożył, ale w roli
cyborga zabójcy był rewelacyjny.

Drugi pokochałem za rozmach i
zapierające dech w piersiach nowatorstwo efektów specjalnych,
otwierające nowy rozdział w kinie.

Trzeci mimo wszystko pozostawał w
klimacie i dawał radę.

A czwarty to gorsza wersja kompletnie
przecież kaszaniastego „Matrixa 3”. Główny bohater na
szczękościsk cierpi, a główny robot ma rozterki Hamleta. No i
oczywiście wszystko kompletnie bez sensu. Ja wiem, wszystkie
Terminatory są bez sensu, ale ten bardziej.

I co z tego, że widowiskowe? To wcale
nie nie wystarcza.


I to wcale nie kino akcji się
zmieniło. Ono jest cały czas takie samo, no może coraz szybsze
tylko. To ja się zmieniłem.

Wyrosłem, zwyczajnie wyrosłem…


Rymasz


  • RSS