Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 6.2009

1:22 – A Michael w dalszym ciągu nie żyje!

Kurczę, jak to dobrze, że mam dostęp do najnowszych informacji przez cały czas. Co by było, gdybym nie miał???
CNN, ty moje kochane. Branzlujesz się tym zgonem zaburzonego emocjonalnie, ale jakże sławnego (dlatego sławny, że zaburzony, czy mimo zaburzenia sławny?) człowieka już drugą godzinę bez przerw na reklamy nawet…

Rymasz

W fabryce:
Pryncypał: Igor, tylko ty mi dymisji tu nie składaj, bo twojej roboty to ja już nie dam rady obrobić.
Rymasz: E tam, ja twoją daję radę, to ty mojej nie dasz?
 
Czasami w język to się warto ugryźć. Mistrz ciętej riposty się znalazł… ;-DDD

W domu, wieczorem:
Lepsza Połowa: Dobra, to ja usypiam Lenkę, a ty wieszasz pranie.
Rymasz: No tak, wot sprawiedliwość: ja pranie powieszę, a Lenka dalej będzie biegała, jak biega…

Tu to się przynajmniej szczerze we dwoje uśmialiśmy!


Rymasz


Firmowe
imprezy czysto integracyjne tym się różną od spędów propagandowych, że tzw.
„szkolenia” są w nich tylko na dokładkę i z musu, żeby można było cały wyjazd w
koszty spuścić. Czysta rozrywka zdaniem socjalistycznego prawodawcy kosztu nie
stanowi, impreza musi zawierać element szkoleniowy. Dzięki temu, że szkolenie
jest dodatkiem, jest go mało i jest mało istotne. Głównym elementem wyjazdu
staje się wobec tego integracja.

 

Warunkiem
koniecznym niewystarczającym do tego, by integracja była pełna, a impreza udana,
jest to, by każdy napił się z każdym.

 

W ośrodku
zjawiliśmy się w czwartek o 16:30. Większa cześć uczestników zgromadzona była na parkingu
przed hotelem i piła rozmaite trunki. Zostałem poczęstowany nalewką orzechową,
nalewką żurawinową, nalewką miodową i, oczywiście, wódką.

Potem było
krótkie balabla w ramach szkolenia obowiązkowego, a potem impreza zasadnicza,
która minęła jak z bicza strzelił: się piło, się tańczyło, się zmęczyło i poszło
spać.

 

Wstałem o 6:00
i czułem, że potrzebuję spaceru. Oraz piwa. Jednego, zimnego piwa. Ale bar
jeszcze zamknięty. Wobec tego wyruszyłem na Wyprawę. Na długą, samotną i pełną
niebezpieczeństw Wyprawę w niezmierzone i niezbadane ostępy biebrzańskiej
dżungli.

Szedłem z
kilometr, może ze dwa. Dookoła rozpościerały się bezludne ostępy. Odgoniłem
kijem stado wilków i tygrysa szablozębnego, dwa niedźwiedzie, kozę i małego,
ale okropnie namolnego jeża. Acha, no i komara utłukłem. Po czym okazało się, że dalej iść nie mogę, bo moje
super wypasione Reeboki masakrują mi stopy. To je zdjąłem i ruszyłem dalej
boso.

 

Chodzenie boso
po dżungli jest do dupy, na co najlepszym dowodem jest Wojciech Cejrowski,
najsłynniejszy bosonogi podróżnik świata, który gdy tylko wchodzi do dżungli,
natychmiast zakłada kalosze. O proszę: w kaloszach przez dżunglę!

Ale ze
względów wizerunkowych wszędzie indziej niż do dżungli chodzi boso i wszędzie
opowiada, że chodzenie boso to fantastyczna sprawa, poza tym, że można sobie
palce połamać, skórę rozciąć, wbić coś w ciało, albo dać się ukąsić przez
straszne krwiożercze stwory pochowane w dżungli. No i z tych powodów
Cejrowski do dżungli chadza w kaloszach. Wojciech Cejrowski jest mistrzem w
kreowaniu własnego wizerunku i dlatego zrozumieć nie potrafię jak mu się mogła
taka wtopa przytrafić. Przecież w cudowny sposób dokonał przemiany swego
publicznego wizerunku z chamka w bawidamka i wielkiego podróżnika, a tu nagle
BĘC!!! Skucha. Ale nie moja broszka. Ja nie miałem wyjścia, MUSIAŁEM te buty
zdjąć.

 

Daleko dalej
nie uszedłem, bo naprawdę niewygodnie, więc zawróciłem wśród porannych mgieł,
osaczony przez dziką przyrodę oraz czychające na moje życie potwory.

Nagle ni z
tego ni z owego wyrósł przede mną kolega z fabryki. Spragniony i silnie przestraszony. Z
chaotycznej relacji jaką zdał wynikało, że został napadnięty przez żubra. Otóż
bydlę to zaczaiło się na niego za drzewem i wydawało paszczą groźnie i nic
dobrego nie wróżące pomruki. To czym prędzej zwiał. Odprowadziłem nieboraka do
hotelu. Na szczęście otworzyli już bar. W wyniku dalej prowadzonego śledztwa
doszliśmy w końcu do wniosku, że tym co go przestraszyło był jednak borsuk, nie
żubr. Zwykły borsuk, taki biały w czarne łaty, z rogami, kolczykiem w uchu,
robiący „MUUU!!!”.

 

Po śniadaniu i
drugiej części obowiązkowego szkolenia, na którym wszyscy dziwnie zmęczeni byli,
wyruszyliśmy w długą i niebezpieczną Wyprawę nurtem Rio Biebrza. Tubylcy, dzicy
i groźni ludzie, lepiej nie stawać do nich tyłem i nie próbować ich
przyjacielsko klepać po tyłkach, zawieźli nas na skraj biebrzańskiej dżungli i
wsadzili w wywrotne kajaki. Naszą jedyną bronią w tej wyjątkowej wyprawie były
wiosła i puszki napojów regeneracyjnych, które przezornie zabraliśmy na
pokład.

Płynęliśmy
długo, kilka tygodni chyba. Atakowani przez biebrzańskie krokodyle, szczupaki,
podstępne czaple oraz pingwiny i bobry. W deszczu i słocie oraz w palącym słońcu.

Wyczerpani
wylądowaliśmy wreszcie bezpiecznie na brzegu i pozwoliliśmy się zawieźć na
obiad.

Ledwo
skończyliśmy jeść czekała nas następna wyjątkowa przygoda. Piesza wyprawa w głąb
biebrzańskich bagien w celu poszukiwania tajemniczego łosia. Naszym
przewodnikiem była starsza tubylcza kobieta o wyrafinowanym poczuciu humoru, które
objawiało się tym np. że usłyszawszy grzmot hulającej gdzieś obok burzy rzekła
do nas śmiertelnie poważnym tonem: „Ze względów bezpieczeństwa proszę o
wyłączenie telefonów komórkowych”.

Wiele dni
przedzieraliśmy się przez błotniste chaszcze, wiele pułapek zastawiliśmy, wiele
dni spędziliśmy na czatach, ale łosia nie udało nam się spotkać. Może to i
dobrze, bo z relacji naszej przewodniczki wynikało, że to podstępna i
krwiożercza bestia, która żeruje w stadach polując na samotnych wędrowców. Łosia nie spotkaliśmy, ale za to spotkaliśmy słynne
biebrzańskie sowy.

Sowa biebrzańska wygląda tak:

sowa biebrzańska

Rysunek autorstwa: Tomasz Cofta

 

Szkoda, że
słowami nie potrafię opisać wam wyrazu twarzy naszej przewodniczki, gdy
opowiedziałem kawał o łosiu. W każdym razie w ostatniej chwili schroniłem się za
głazem, gdy wystrzeliła do mnie z lasera w oczach. Reszta wyprawy się
śmiała, bo kawał w sumie zabawny.

 

Idzie
sobie łoś przez łąkę, gdy nagle, na sąsiedniej łące dostrzega najpiękniejszą i
najbardziej dorodną klępę na świecie. Krew uderza mu do głowy i nie tylko,
stawiając w stan gotowości całą maszynerię, więc wiele się nie zastanawiając rusza do
klępy z kopyta, przeskakując z gracją po drodze płot z drutu kolczastego. Ale ponieważ był w
gotowości bojowej, zahaczył klejnotami o drut i niestety wszystko co miał najcenniejszego mu
się urwało.

Stanął
przed klępą z jeszcze bardziej niż zwykle idiotycznym wyrazem pyska.

- Cześć! –
odezwała się klępa – Jestem Klępa Wielki Cyc.

- A ja
jestem łoś. Po prostu łoś.

 

Dodatkową
serią z lasera pani przewodniczka pogoniła mnie gdy zapytałem czy wie, że
chodzenie po bagnach wciąga i czy podczas swych wędrówek po bagnach nie spotkała
przypadkiem Jożina. Cudem ocalałem, ale byłem już tak umordowany tymi wyprawami,
że w połowie wieczornej kolacji pozwoliłem się wywieźć do Warszawy, by w
spokoju, przez sobotę i niedzielę, odpocząć po wyjątkowo udanej, obfitującej w
niesamowite przygody imprezie integracyjnej.

Czuję się
zintegrowany, a gdy tylko dorosnę to zostanę
podróżnikiem.

 

Rymasz


  • RSS