Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 4.2009

Ogród

17 komentarzy

Cały ogród zanurzony był w w martwym, nieruchomym powietrzu. Drzewa milczały, nie drgnęła żadna gałązka, nie zaszeleścił liść. Zmęczone słonecznym żarem ptaki pochowały się w konarach i z utęsknieniem czekały na zmierzch i odrobinę chłodu. Tylko mrówki nie zwracały uwagi na bezlitosne promienie słońca i odbierającą chęć do życia duchotę, skwapliwie wypełniając swoje obowiązki. Nie zauważyły też, że kilka z nich poległo pod pantofelkami Ewuni, która, nucąc pod nosem smutną melodię, szła przez ogród ze skakanką w dłoni. Ubrana była w letnią sukieneczkę oraz słomkowy kapelusik. Dziewczynka wdrapała się na jabłoń i przywiązała jeden koniec skakanki do znajdującej się jakieś półtora metra nad ziemią gałęzi. Z drugiego końca zrobiła pętlę i zarzuciła ją sobie na szyję.
- Macocha ma kochanka, ojciec ma wszystko w dupie, moja Barbie to zwykła kurwa. Nad czym tu się zastanawiać?
- Mogłabyś też dodać, że zerwałaś ze swoim chłopakiem – zauważył Adaś, wychodząc zza pnia gruszy.
- Byłeś do niczego w łóżeczku. O czym tu gadać?
Adaś podszedł pod jabłoń i zadarł głowę. Ewunia na gałęzi majtała nóżkami.
- Nie moja wina. Jesteśmy jeszcze za młodzi.
- Mów za siebie. Ja czuję się dojrzała. Zresztą cnota mnie już męczy.
- Przecież my nie mamy nawet jednego włosa łonowego na spółkę. Zastanów się tylko.
- Nie chce mi się, jest tak gorąco. A zresztą postanowiłam ze sobą skończyć. Odejdź spod gałęzi.
- Nie odejdę. Kocham cię Ewuniu. Zejdź do mnie.
- Nudzisz.
- Ale ja na poważnie Ewuniu. Powiedz tylko co mam zrobić?
- Spadaj.
- Nie Ewuniu. Wróć do mnie. Błagam cię.
- Jesteś mięczak. Nie znoszę mięczaków.
- Ale ja mam dopiero sześć lat, siedem miesięcy i dwanaście dni. Mam prawo się rozkleić.
- Co z ciebie za facet? Ja potrzebuję prawdziwego, pewnego siebie, zarozumiałego i egoistycznego mężczyzny z zarośnięta klatką piersiową, pachnącego potem, perwersyjnego, dzikiego, nieokieł…
Ewunia nie dokończyła, zachwiała się, straciła równowagę i spadła na głowę Adasia. Zasupłana na gałęzi niewprawną rączką skakanka po prostu się rozwiązała i spadła razem z nią. Dzieci leżały przez chwilę bez ruchu. Pierwszy doszedł do siebie Adaś.
- Ewuniu, żyjesz? Nic ci się nie stało? – krzyczał potrząsając Ewunią. Dziewczynka otworzyła oczy i usiadła na trawie. – Żyjesz! – uciszył się Adaś i przytulił Ewunię.
- Zostaw mnie, to wszystko twoja wina.
- Moja wina, naprawdę? To cudownie Ewuniu! Nie martw się, teraz wszystko będzie między nami dobrze.
- Nic nie będzie dobrze. Idź sobie.
- Ależ Ewuniu…
- Otóż to panno Ewo. Są sposoby, by wszystko było dobrze, tak jak panienka to sobie wymarzyła – wtrącił, zeskakując z pnia jabłoni, czarny kot.
- O raju, on gada – zdziwił się Adaś.
- I owszem. Upał dzisiaj, nieprawdaż? – zapytał kot.
- Skąd ty się tu wziąłeś? I dlaczego nas podsłuchujesz? – Ewunia była oburzona.
- Proszę o wybaczenie, ale tak się fortunnie składa, że potrafię wam pomóc dzieci.
- My tylko wyglądamy jak dzieci. Nasz guwerner, doktor Markenstone, ma, jak sam mówi, „jedyne w swoim rodzaju metody i środki, w zadziwiająco krótkim czasie zmieniające największych nawet osłów w ludzi wykształconych”. Przeszliśmy i przechodzimy bez przerwy jego „fenomenalnie skuteczny kurs podwyższania I.Q. i pomnażania wiedzy”. Od niemowlaka podłączał mnie pod przyrządy własnej konstrukcji, i tak, umiałam czytać mając osiem miesięcy. Nawet nie mogłam wtedy sama trzymać książek. Jestem teraz mądrzejsza od ojca i macochy razem wziętych. Mój przyrodni brat również. Ale po co ja to wszystko mówię kotu?
- Bez obaw Ewuniu. Pozwólcie, że się przedstawię, bo, wstyd przyznać, zaniedbałem tego obowiązku. Jestem Natasz.
- To dziwne imię – zauważył Adaś.
- Jestem nietutejszy. Ale mogę być bardzo dla was pomocny. Zapewniam.
- Pomocny w czym?
- No cóż, z tego co widzę macie pewien spory problem. Wasz nauczyciel uczynił wasze umysły umysłami inteligentnymi, przepełnionymi różnymi wiadomościami, ale nie znalazł, lub nawet nie próbował zaleźć, sposobu, by dostosować wasze ciała do tych umysłów. I w ten sposób jesteśmy nienaturalnie bystrymi i nad wiek rozwiniętymi umysłowo sześciolatkami. Są dwie metody, by zmienić ten stan. Pierwsza to was, przepraszam za wyrażenie, ogłupić i dopasować wasze umysły do waszych ciał – Adaś i Ewunia skrzywili się z niesmakiem – Otóż to! A druga metoda to dopasować wasze ciała do waszych umysłów. Ja proponuję to drugie rozwiązanie.
- Potrafisz to zrobić? – zapytał Adaś
- I na dodatek gwarantuję 100% skuteczności. Bez żadnych efektów ubocznych.
- Jak?
- To jest, że tak powiem, tajemnica zawodowa. Dodam tylko, że terapia jest bezbolesna, a jej efekty natychmiastowe.
- A co chcesz w zamian? – zapytała Ewunia.
- Nic nie chcę. Robię to bezinteresownie, dla własnej jedynie przyjemności.
- Nie wierzę. Ja dużo przeczytałam, ja dużo wiem o życiu, chociaż mam tylko 6 lat. Nikt nic nie robi bezinteresownie.
- Ewuniu, kochanie – powiedział kot, ocierając się o nią – powiadasz, że dużo przeczytałaś. To były tylko słowa. Żeby coś wiedzieć naprawdę, dużo wiedzieć, trzeba coś przeżyć, dużo przeżyć. A jak ty chcesz coś przeżyć, coś co nauczy cię czegoś o świecie, w ciele sześcioletniej dziewczynki? Ja zapewniam ciało no… dajmy na to osiemnastoletniej. Od ręki.
- Od ręki? – powtórzyła Ewunia.
- Pstryk i jest! Nawet nie poczujecie. To jak, próbujemy?
- Tak od razu? – zapytał Adaś.
- Nie przepuszcza się takich okazji.
- Ale…
- Nie ma ale. Które pierwsze?
- Ja – powiedziała Ewunia wstając.
- Ewuniu… – chciał zaprotestować Adaś, ale było już za późno. Kot miauknął i machnął ogonem. W miejscu Ewuni sześcioletniej stała teraz Ewunia osiemnastoletnia, a resztki sukienki wisiały na niej w strzępach.
- Łaaał… – wyszeptał Adaś.
Ewunia spojrzała w dół. Dotknęła swoich bioder  i obejrzała się do tyłu.
- Ale mam tyłek, patrz Adaś – powiedziała, obróciła się tak, by Adaś mógł zobaczyć. – A jakie cycki! – dłonie Ewuni wylądowały na biuście – Patrz! – odwróciła się po raz drugi i spojrzała na Adasia, którego Natasz zdążył również odmienić. Ewunia klęknęła. – Też się zmieniłeś – stwierdziła.
- No, chyba już sobie dacie radę beze mnie. Do zobaczenia – pożegnał się kot, odwrócił i odszedł w nieznane, zadarłszy wysoko ogon.
Nikt mu nie odpowiedział. Adaś i Ewunia zajęli się hormonami, których w osiemnastoletnich ciałach było aż w nadmiarze. Czynności, których wykonywanie zleciły dzieciom hormony, angażowały je przez jakieś dwie godziny.
- Będziemy mieli dziecko – skwitowała ich poczynania Ewunia.
- Dziecko?
- Nie czytałeś tej książki dra Markenstone’a o życiu płciowym?
- Czytałem, ale…
- Stało tam czarno na białym, że współżycie bez odpowiednich zabezpieczeń często kończy się ciążą. My się nie zabezpieczyliśmy. A ja nie wiem nawet, który mam dziś dzień cyklu.
- Cyklu?
- Menstruacyjnego. Naprawdę nie czytałeś tej książki?
- Czytałem, ale chyba zwróciłem uwagę na coś innego.
- Musimy uciekać.
- Co???
- Jak chcesz się pokazać w domu? Jak to sobie wyobrażasz? Musimy zwiewać.
- Ale w domu mam wszystkie zabawki.
- Zabawki?
- Mam sześć lat. Chcę się bawić w piłkę, chcę puszczać kolejkę, robić wojny żołnierzykami. Jestem dzieckiem, potrzebuję tego.
- Dzieckiem? Spójrz na siebie.
Adaś popatrzył i prawie się rozryczał.
- Nie wygłupiaj się. Ukradniemy po cichu jakieś ubrania starym i pryśniemy.

I tak też zrobili.
A gdy po kilku latach chcieli wrócić, ogrodu i domu już nie było.

KONIEC

Rymasz

Pegaz

20 komentarzy

Książę kochał swojego pegaza. Uwielbiał wplatać dłonie w jego długą, jedwabistą grzywę, oplatać nogami nieosiodłany, śnieżnobiały grzbiet, szeptać pieszczotliwie do ruchliwego ucha, gładzić umięśnioną szyję. Kiedy szybowali w przestworzach Książę zamykał oczy i wsłuchiwał się w świst wiatru. Tu w górze byli sami. Świat pozostawał na dole, na dole pozostawał bezsens całej tej zabawy w życie. Na dole pozostawała apatia, niechęć do jakiegokolwiek działania. Nisko w dole pozostawali wrogowie i przyjaciele, których Książę nienawidził jednakowo. Życie Księcia było pasmem identycznych dni, przeplatanym lotami na Pegazie, z których każdy niósł nieopisaną rozkosz. Pegaz rozpędzał się, rozwijał skrzydła, lekko wzbijał w powietrze. Książe w uniesieniu zapominał o świecie. Kiedy przebijali się przez wilgotną watę chmur ekstaza sięgał szczytu. Kiedy szybowali ponad obłokami z ust Księcia wyrywał się głośny okrzyk.
Książę żył dzięki Pegazowi i dla Pegaza.
Książę kochał tylko swojego Pegaza.

* * *

Czar powietrznej eskapady pryskał w momencie, kiedy Pegaz zaczynał tracić siły. Ponownie wlatywali w obłoki, ale tym razem ich wilgoć nie niosła rozkoszy. Niosła nieprzyjemne zimno. Książę spoglądał na dół na błękitne plamy jezior, granatowo-zielono-brunantne wstążki rzek, ciemnozielone płachty lasów, kolorowe łąki, na maleńkie domostwa, na drobne sylwetki ich mieszkańców. Ogarniał to wszystko wzrokiem i wzbierało w nim na wymioty.

* * *

- Odprowadź go do kojca, wyczyść, napój, nakarm. Zresztą po co to mówię, wiesz co masz robić – rozkazał Książę słudze.
Książę zwykle sam czyścił swojego pupila. Sprawiało mu to  wielką przyjemność. Nigdy jednak nie robił tego po powrocie z lotu. Pegaza do jego luksusowego kojca musiał wtedy zaprowadzić sługa.

* * *

Książę siedział w fotelu. Wyciągnięte nogi i wzrok skierowane były w stronę ściany. Do pokoju wszedł sługa.
- Książę – rzekł niepewnie. Książę się nie odezwał.
- Książę – powiedział po chwili jeszcze raz – twój koń jest głodny.
- Nie nazywaj go koniem, bo poznasz moje okrucieństwo – powoli wycedził Książę.
- Przepraszam Książę, ale… Wybacz mi… Przepraszam…
Książe odezwał się po dłuższej chwili.
- Mówiłeś, że Pegaz jest głodny. Dlaczego go nie nakarmisz?
- Wybacz Książę, ale nie mam czym.
- Przecież jeszcze wczoraj widziałem pokarm w skrzyni.
- Tak Książę, ale on jest już nic nie wart. Wiesz Książę jak szybko traci swą wartość.
- Przeklęte kurwy! Wiesz gdzie jest łuk. Idź na polowanie.

* * *

Sługa przedzierał się przez skłębione chaszcze malin. W lesie panował półmrok, bowiem wysokie drzewa tworzyły szczelny dach ze swoich gałęzi. Sługa szedł już tak ponad godzinę. Już dawno stracił sił na przeklinanie swego pana i jego konia. Nie miał wyboru – musiał wykonywać rozkazy. Ziemia pod jego stopami zaczęła robić się wilgotna. Natężył uwagę. Zaczął rozglądać się wokoło, czujnie nasłuchiwać. Odetchnął z ulgą, gdy wreszcie usłyszał śpiew. Powoli skradał się w stronę, z której dobiegał. Stanął na skraju niedużego mokradła. Po drugiej stronie naga nimfa śpiewał smutną piosenkę bez słów. Sługa patrzył na nią przez chwilę. Poużalał się w myślach na okrutny los, który sprawił, że w niewoli nimfy umierały wręcz błyskawicznie i tym samym nie nadawały się do hodowli, a prze to on musiał się włóczyć po lesie i niszczyć swoje ubranie.
Ostrożnie zdjął łuk z pleców, wyjął strzałę z kołczana i wycelował w stronę nimfy. Puścił cięciwę. Jęk rozcinanego powietrza przerwał śpiew nimfy. Grot utkwił między piersiami, czerwona smuga rozdarła jej ciało na pół. Upadła na plecy. Sługa okrążył błotniste bajoro, zarzucił martwe ciało plecy. Czekała go jeszcze długa droga.

* * *

Trup nimfy padł na piach podwórca. Sługa odetchnął, pozbywszy się nareszcie ciężaru. Z domostwa wyszedł Książę. Rzucił słudze złotą monetę. Podszedł do trupa, wyciągnął z pochwy nóż i oberżnął jej włosy.
- Ścierwo rzuć psom – rozkazał.

* * *

W oczach Księcia ponownie błyskały ogniki szczęścia. Wargi pegaza muskały jego dłoń, delikatnie zbierając z niej długie, jedwabiste włosy. Ich magiczna moc sprawiała, że nie potrzebował zjeść ich wiele.
Pegaz wkrótce będzie syty. Gotowy do podniebnych wycieczek

Rymasz


  • RSS