Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 3.2009

Poniżej opowiadanie, które napisałem gdzieś tak w okolicach połowy ostaniego dziesięciolecia XX-go wieku.
Pocieszne. No łezka się woku kręci.
Nie przypominam sobie, żebym je kiedykolwiek na bloga wrzucał. Puszczam jak leci.

Babu-babu był bardzo zły. Nie dość, że nic nie upolował, to jeszcze złamał swoją dzidę i rozwalił stopę. Szedł teraz kulejąc w stronę wioski i przeklinał pod nosem boga Ula-bula. Nie za głośno, bo chociaż bóg ewidentnie spieprzył sprawę, mimo odprawienia przez Babu-babu wszystkich potrzebnych ceremoniałów,  mających, zdaniem Szamana, zapewnić przychylność Ula-bula przy polowaniu, to bóg, usłyszawszy przekleństwa, mógłby się zdenerwować i dodatkowo unieszczęśliwić Babu-babu.
 Po długim, wyczerpującym marszu Babu-babu wkroczył do wioski.
 - Jak polowanie mężu? – zapytała najstarsza i najbrzydsza z żon Babu-babu, mieląca na skraju wioski ziarna w kamiennym moździerzu i karmiąca jednocześnie dwóch synów Babu-babu piersiami.
 - Ach, ty głupia kobieto! – zakrzyknął Babu-babu – Oślepłaś? Nie widzisz, jak mi się udało polowanie?
 - Mężu, mi nie wypada tego widzieć – słusznie zauważyła żona Babu-babu, która, mimo że stara i brzydka, była bardzo lojalna i taktownie ignorowała przedsięwzięcia męża zakończone fiaskiem. Czyli zdecydowaną większość. Bo wielkim pechowcem był Babu-babu i dobrze o tym wiedząc, wściekał się, że ona również wiedziała, choć udawała, że nic nie wie.
 - Zajęłabyś się lepiej jakąś pracą kobieto, zamiast tu bezczynnie siedzieć – skarcił Babu-babu żonę i ruszył w stronę chaty. Przed chatą trzy kolejne żony Babu-babu mieliły ziarna w kamiennych moździerzach i karmiły synów Babu-babu piersiami. Każda po dwoje.
 Żony Babu-babu spojrzały na męża z życzliwym zainteresowaniem.
 - Nic nie mówcie kobiety! – krzyknął Babu-babu, rzucił na ziemię resztki swojej dzidy i poszedł wygarnąć Szamanowi.
 Przed chatą Szamana dwie z jego żon mieliły zboże w kamiennych moździerzach i karmiły jego dzieci piersiami. Ile dzieci karmiła każda z nich wiadomo doskonale.
 - Gdzie Szaman? – zapytał groźnie Babu-babu.
 - Rozmawia z bogami – odpowiedziała jedna z żon Szamana, odganiając z buzi jednego z synów Szamana ze trzydzieści much.
 - Akurat – ironicznie zauważył Babu-babu i zdecydowanie wkroczył do chaty. Oczywiście się potknął, ale, jako że potykał się i obijał bez przerwy, nie zwrócił na ten fakt większej uwagi.
 Szaman  siedział pod  ścianą z mętnym wzrokiem i butelką taniego wina między nogami.
 - Witaj Szamanie – powitał go Babu-babu.
 - Wy… Wynocha. Rozmawiam z bogami – wybełkotał Szaman i pociągnął z butelki tęgi łyk.
 - To ja. Babu-babu – przedstawił się Babu-babu.
 Twarz Szamana stężała, wyrażając wielki wysiłek umysłowy. Trud się opłacił.
 - Jak udało się polowanie Babu-babu? – zapytał.
 - Jak zwykle. W ogóle się nie udało. Twoje czary są do dupy.
 - No, no Babu-babu, nie zadzieraj ze mną, bo sprawię, że bogowie się od ciebie odwrócą.
 - Oni się nigdy do mnie nie zwrócili Szamanie! Zrozum to w końcu. Nic mi się nie udaje. Nic a nic.
 - Rozumiem. Mam tu wspaniały, nowy talizman na przepędzenie pecha.
 - Szamanie! Spójrz na mnie! – rozpaczliwie wykrzyknął Babu-babu. Szaman spojrzał. Widział dwóch Babu-babu, wirujących powoli wokół siebie – Cały jestem obwieszony twoimi talizmanami – rzeczywiście, Babu-babu wyglądał jak japoński turysta na wycieczce – One nie skutkują.
 - Co nie skutkuje? Moje talizmany nie skutkują? Chcesz mnie obrazić?
 - Jestem odporny na twoją magię. Mnie ona nijak nie pomaga.
 - Magia ci się nie podoba?
 - Podoba. Ale skuteczna.
 - Moja magia jest skuteczna – dobitnie stwierdził Szaman.
 - Udowodnij to.
 - A żebyś wiedział, że udowodnię. O białych ludziach słyszałeś?
 - Słyszałem.
 - To potężni magowie. Spójrz, ten magiczny eliksir jest od nich. – Szaman wskazał na butelkę sikacza, opróżnioną już do połowy. – Biali ludzie na pewno ci pomogą. Wyślę cię do nich.
 - Jak?
 - Magią rzecz jasna. Będzie cię to kosztowało kozę.
 - Wolałbym żonę.
 - Którą żonę?
 - Moją ukochaną Sibikę – takie imię nosiła najstarsza, najbrzydsza i najlojalniejsza żona Babu-babu.
 - Niech będzie. Płatne z góry.
 - O nie Szamanie. Płatne, gdy twe czary zadziałają.
 - Nie wierzysz mi?
 - No cóż, jestem może sceptykiem. – oczywiście Babu-babu nie użył słowa „sceptyk”. Użył słowa „donga”, które przy odrobinie dobrej woli tak właśnie można przetłumaczyć.
 - No to uważaj sceptyku. Będę czarował.
 Czary Szamana jak zwykle były dość skomplikowane. Najpierw kazał Babu-babu wypić magicznego eliksiru białego człowieka. Potem dorzucił ziół djamba do ogniska i odtańczył wokół niego skomplikowany taniec, mrucząc przy tym groźnie brzmiące zaklęcia.
 Babu-babu, który po raz pierwszy skosztował ognistego napoju, był poruszony. Widział coraz mniej, dym gryzł go w oczy, a uszy wypełniał dziwny szum. Głowa powoli opadła mu na pierś, powieki się zamknęły. Jego dusza oddzieliła się od ciała i powędrowała do krainy, gdzie był biały człowiek. Szaman dotrzymał tym razem danego słowa.
 

*
* *
 

 V.R. Conway z satysfakcją rozglądał się po stworzonym przez siebie świecie. Swój najnowszy program zatytułował „Afrykańskie safari” i wszystko w nim było porażająco wręcz afrykańskie: afrykański krajobraz, afrykańska roślinność, afrykańskie zwierzęta, które można było upolować i… czarny jak smoła tubylec, którego być tu nie powinno. Murzynów nie zaprogramował. Ale nie ulegało wątpliwości, że w jego stronę kroczył krajowiec. Trochę niepewnie, ale kroczył. „Skąd tu murzyn?”- pomyślał V.R.. Murzyn podszedł do niego i coś powiedział. „Dziwny język”- pomyślał V.R. – „Skąd taki język w moim programie?”
 - Skąd ty się tu wziąłeś? – zapytał.
 Murzyn znowu powiedział coś niezrozumiałego.
 - Spieprzyło się jak zwykle. Życie, kurwa. – zezłościł się V.R. i zdjął hełm.
 

* * *
  

Brutalnie wyrwany z transu Babu-babu nie posiadał się z oburzenia. Rozejrzał się dookoła. Szaman, pogrążony w rozmowie z bogami, zatracił kontakt ze światem. Leżał na podłodze i wydawał z siebie tajemnicze dźwięki. Babu-babu potrząsnął nim brutalnie. Szaman przerażony otworzył oczy i w panice zaczął się rozglądać.
 - On nic nie rozumie! – krzyknął Babu-babu.
 - Kto nie rozumie? Czego nie rozumie? Gdzie ja jestem? – wybełkotał Szaman.
 - Biały człowiek. Mojej mowy. W swojej chacie.
 - Co? – zapytał Szaman.
 - To co mówiłem – przytomnie zauważył Babu-babu.
 - Dobra. Tylko spokój. Co mówiłeś?
- Że biały człowiek nic nie rozumie.  
- Biały człowiek. Nic nie rozumie. Babu-babu. – Szaman spróbował powiązać to wszystko w całość – Rozmawiałeś z białym człowiekiem! – wykrzyknął triumfalnie.
 - Ale on mnie nie rozumie.
 - Udało się! Udało się! – wrzeszczał Szaman.
 - Ale on nie rozumie – Babu-babu wciąż się czepiał.
 - Udało się. Dziadek miał rację! – Szaman był zachwycony. Jego czary poskutkowały. Dziadek przekazał mu magiczną formułę, którą Szaman wykorzystał dopiero teraz i… działało. Na bogów działało.
 - Ale nie rozumie – Babu-babu był uparty.
 - Spoko. Spoko. Zrozumie. – spektakularny sukces sprawił, że Szaman uwierzył w swoją moc – Ale żonę możesz dać mi już teraz – przypomniał sobie nagle o zapłacie. Rzeczywistość wracała powoli ale skutecznie.
 - O nie. Dopiero, gdy się dogadam i jego czary pozbawią mnie pecha. Nie wcześniej – Babu-babu przedstawił swoją interpretację zawartego kontraktu.
 - No przecież mówię, że się dogadasz – Szaman spróbował wzbudzić w Babu-babu wiarę w moc swojej magii.
 - Ale póki co się nie dogadałem. Poczekam.
 - Dobra niedowiarku. Przyjdź tu jutro i przyprowadź zapłatę. Będzie potrzebna – zakończył dyskusję Szaman.
 Babu-babu wrócił do chaty i zmęczony dniem ułożył się spać, biorąc na matę koło siebie swoją najstarszą i najbrzydszą żonę Sibikę. Sibika nie posiadała się ze szczęścia, bo od dawna nie brał jej na swoją matę mąż. Mąż legł na niej i wzbudził w niej wielką rozkosz i radowała się Sibika. A potem przemówił mąż.
 - Dobrą jesteś żoną Sibiko, chociaż starą i brzydką – i ucieszyła się Sibika, że mąż miłuje ją mimo jej wieku i szpetoty.
 - Żal będzie mi oddać cię Szamanowi – i zdziwiła się Sibika, i ogarnął ją wielki smutek.
 - Ale trudno, bussines is bussines – skwitował Babu-babu i zasnął.
 W południe następnego dnia pojawił się przed chatą Szamana. Jedna z żon Szamana siedziała przed wejściem, mieliła w kamiennym moździerzu ziarna i karmiła dwie córki Szamana piersiami.
 - Szaman w chacie? – zapytał Babu-babu.
 - W chacie. Rozmawia z bogami. – odpowiedziała żona Szamana.
 Podobnie jak poprzedniego dnia Szaman umacniał swoją magię czarodziejskim eliksirem.
 - Witaj Szamanie. Chcę rozumieć białego człowieka. – konkretnie zapowiedział Babu-babu.
 - Mówiłem ci już, że zrozumiesz. Będę czarował. – powiedział Szaman i jak obiecał tak zrobił. Dodał dużo ziół djamba do ogniska, dał Babu-babu skosztować napoju i wypowiedział zaklęcia, których kiedyś nauczył go dziadek. Zaklęcia znowu poskutkowały.
 Gdy Babu-babu rozmawiał z białym człowiekiem, jego żona Sibika, którą ze sobą przyprowadził, siedziała przed chatą Szamana, rozmawiała z jego żoną i mełła ziarna w kamiennym moździerzu,
karmiąc przy tym dwóch swoich synów  piersiami. 

 
* * *  

V.R. przez całą noc ślęczał nad swoim programem. Nie znalazł żadnego błędu ani wirusa. A więc wszystko musiało być w porządku. Ale nie było. Kładąc się nad ranem spać V.R. ciągle nie wiedział, skąd murzyn w jego programie.
 Wieczorem, tuż po przebudzeniu, odpalił maszynę i założył hełm z goglami. Znowu był w Afryce. I gdyby nie to, że sam ją wymyślił, byłby uwierzył, że ta Afryka jest prawdziwa. Bo wszystko było tak rzeczywiste: przyroda, zwierzęta i, a niech to szlag trafi, tubylec.
 - Znowu? – żałośnie zapytał V.R. – No skąd ty się tu wziąłeś murzyn?
 - Z wioski. Szaman mnie tu przysłał. I nie jestem Murzyn, tylko Babu-babu – powiedział Babu-babu a biały człowiek zrozumiał go tak samo, jak Babu-babu zrozumiał wcześniej białego człowieka. Naprawdę wielkim Szamanem był dziadek Szamana.
 - Z jakiej wioski i jaki Szaman? – wypytywał dalej V.R. – Przecież tu nie ma żadnej wioski.
 - Tu nie ma, ale u mnie jest. A Szaman mnie przysłał czarami. Stamtąd tu.
 - Jasne. Nie ma sprawy – zgodził się V.R. – Tylko, że tu nie ma prawa być ani ciebie, ani Szamana, ani żadnej wioski! – wykrzyknął dramatycznie – No bo niby skąd?
 - Magia to potęga. – podsumował Babu-babu – Możemy się nawet porozumieć. I o to chodzi, bo mam do ciebie sprawę biały Szamanie.
 - V.R. jestem – zrezygnowanym tonem przedstawił się V.R.. Było mu wszystko jedno. Nawet się nie dziwił – Mów o co chodzi?
 - Rozumiesz V.R., ja mam strasznego pecha.
 - To akurat rozumiem i to bardzo dobrze.
 - No i Szaman mnie tu przysłał, żebyś tego pecha ode mnie zabrał.
 - Niby jak?
 - No nie wiem, ty powinieneś wiedzieć. Zaczaruj.
 - Ta… mogę zaczarować, ale ciebie nie ma w tym programie! I nie powinno być! – przypomniał sobie V. R..
 - Ale jestem. I nie pójdę sobie, dopóki nie zabierzesz ode mnie pecha.
 - Szantaż? Dobra, niech ci będzie. Ale gdy zabiorę pecha, to sobie pójdziesz? I nigdy nie wrócisz?
 - Przysięgam na kości mych przodków.
- Dobra stary, czaruję. – V.R. czarował odrobinę inaczej niż Szaman. Przywołał panel sterowania, co zrobiło na Babu-babu spore wrażenie i przestawił stopień trudności gry z „DIFFICULT” na „EASY”. Teraz graczowi wszystko musiało się udawać i nie miał prawa mieć pecha. I chociaż murzyn nie był graczem, to na niego też musiało to działać, bo jakimś cudem znalazł się w tym programie i obowiązywały go prawa tym programem rządzące.
 - Załatwione. Nie masz pecha.
 - Tak po prostu? Bez ogniska, tańca, ziół i zaklęć? – zdziwił się Babu-babu.
 - To nowoczesna magia. Zresztą możesz sprawdzić czy działa. Upoluj sobie tamtą zebrę – wskazał palcem V.R..
 Babu-babu upolował. Gołymi rękami. I nawet się nie potknął. Był zachwycony.
 - Nie mam pecha! – wykrzyknął – Nie mam pecha!
 - Jasne. I teraz sobie pójdziesz i nie wrócisz? – zapytał z nadzieją V.R..
 - Tak wielki Szamanie. Dzięki. Naprawdę dzięki.
 - Nie ma sprawy. Tylko pamiętaj, jak tu wrócę ma ciebie nie być. – powiedział na koniec V.R. i zdjął hełm.
 

* * *
  

Babu-babu otworzył oczy pośrodku chaty Szamana. Swoje mięsiste usta rozciągnięte miał w ogromnym uśmiechu.
 - Wstawaj Szamanie! – zawołał, trącając leżącego obok Szamana nogą – Czas na zapłatę. Należy ci się, wszystko działało bez zarzutu.
 - Co znowu? – sennie zapytał Szaman.
 - Magia białego człowieka pozbawiła mnie pecha. Sam zobacz.
 Babu-babu wykonał salto w tył, stanął na rękach i obiegł dookoła chatę.
 - Widzisz? Wszystko mi się udaje.
 - O kurwa – wyszeptał Szaman – Ci biali są nieźli. Ale dziadek był lepszy! – stwierdził i odebrał od Babu-babu zapłatę.
 

* * * 


 Pięć lat później V.R. siedział w fotelu i oglądał wiadomości. Dużo było o Afryce. Cesarzem Wielkiego Cesarstwa Afrykańskiego koronowano murzyna imieniem Babu-babu, który zjednoczył większość afrykańskich plemion w jedną monarchię.
 V.R. przyjrzał się uważnie twarzy tego murzyna. Jego imię nie było mu obce. Twarz jak się okazało również.
 - Nie, to nie może być prawda. To był przecież tylko program, który trochę dziwnie działał, ale potem sam się naprawił – pocieszał się w myślach.  
 - Babu-babu dokonał rzeczy powszechnie uważanej za niemożliwą z nieprawdopodobną wręcz łatwością – stwierdził w telewizorze reporter.
 - Jasne – wyszeptał V.R. – Dla niego cały świat jest „EASY”. I nie ma dla niego pecha.

Rymasz

Każda duża firma chwali się
wszystkim dookoła, że dobrze traktuje pracowników, przestrzega
zasad etyki biznesu oraz podejmuje rozliczne działania
proekologiczne i jest przyjazna środowisku.

Po przełożeniu z nowomowy
korporacyjnej na nasze, to chodzi o to, że każda normalna firma
kombinuje jak zapłacić ludziom jak najmniej za jak najwięcej
wykonanej pracy, jak wydymać i puścić w skarpetkach całą
konkurencję oraz zedrzeć ostatnią koszulę z dostawców oraz jakie
pijarowe kroki przedsięwziąć, żeby proekologicznie było.

Tyle w skrócie, a w szczególe…


DOBRE
TRAKTOWANIE PRACOWNIKÓW W KORPORACJI

Obowiązuje dopóki pracownik zarabia
dla firmy więcej pieniędzy niż firma płaci pracownikowi. To złota
zasada, którą rozumieją wszyscy prywatni pracodawcy oraz 5%
pracowników. Pozostałe 95% pracowników oraz 95% pracodawców
państwowych tego nie rozumie, bo oni żyją w Matrixie, w którym
pensja pracownika nie zależy od kondycji i dochodowości firmy, w
której pracuje, no chyba, że akurat firma zarabia dużo, wtedy cały
zysk powinna przeznaczyć na premie dla pracowników, w żadnym zaś
wypadku na inwestycje. Jeśli firmie wiedzie się gorzej, to problem
ma firma, nigdy pracownicy. Do tego dochodzą propracownicze
regulacje prawne obowiązujące w naszej socjalistycznej ojczyźnie,
mające na celu poprawę ciężkiej doli mas pracujących. Państwo
wie lepiej od pracodawcy ile za jaką pracę ma zapłacić
pracownikowi i jaką umowę może z pracownikiem zawrzeć.

W praktyce sprowadza się to do tego,
że pracodawca musi na wszystkie możliwe sposoby kombinować jak
przepisy regulujące jego stosunki z pracownikiem ominąć, bowiem
prowadzić zyskowny biznes przestrzegając wszystko co tam
nawypisywano się po prostu nie da.

A jeśli jakiś przygłup się uprze,
że prawo ważniejsze, to należy się go, jako ewidentnego
szkodnika, pozbyć. A jeśli chce jakieś związki zakładać, to tym
bardziej.

I żeby była jasność – jest to
najzupełniej racjonalne zachowanie.


ETYKA BIZNESU

Jest to działanie polegające na
maksymalizacji wysiłków w celu wyeliminowania konkurencji
wewnętrzne oraz zewnętrznej.

W firmie co i raz spotyka się cipki i
chujków bardziej od nas inteligentnych, pracowitych i kreatywnych.
Zatem etycznie i rozsądnie jest takich upierdolić najszybciej jak
się da. Takie działanie nakazuje logika myślenia korporacyjnego,
bowiem każdy taki typek to potencjalne zagrożenie dla twojej
pozycji.

Jeśli zaś chodzi o konkurencję
zewnętrzną, to etyczne zachowanie polega na podejmowaniu wszelkich
działań mających na celu zmaksymalizowanie naszych zysków kosztem
zminimalizowania ich zysków, poza strzelaniem do nich z bazooki i
dosypywaniu wąglika do herbaty. W stosunku do dostawców etyczne
zachowanie polega na zmuszeniu ich do tego by robili za nas wszystko
trzy razy taniej, niż my bylibyśmy w stanie to zrobić.

Warto przy tym wiedzieć, że takie
etyczne zachowanie jest jak najbardziej powszechne, bo we wszystkich
firmach dookoła pracują ludzie postępujący wobec tych samych
etycznych zasad.


DZIAŁANIA PROEKOLOGICZNE

Polegają na tym np., że w ramach
troski od dobro naszej planety korporacja bierze udział w akcji
„Earth Hour 2009” i 28 marca, w sobotę między 20:30 a 21:30,
wyłącza światła w swoich budynkach.

W sobotę. O 20:30.

Osobiście to mam ludzi, którzy
wymyślają takie akcje za idiotów, a idiotów, którzy się do
takich akcji z entuzjazmem przyłączają, za jeszcze większych
idiotów, ale służbowo, w ramach wykonywanych obowiązków, muszę
dopilnować realizacji tego szlachetnego projektu od strony
technicznej. No i to oczywiście zrobię.

Jestem, kurwa, dziwką.

 

Rymasz

Wszystko się zmienia
Prócz Pana Gienia
 
Gieniu ikoną jest popkultury
W swojej dzielnicy, tu w swoim mieście
Ptak to niebieski, spożywa żury,
A czas zatrzymał na wiecznej sjeście
 
Gdy byłem mały, on już tu był
Potem przez lata wciąż taki sam
Choć z wiekiem stracił troszeczkę sił
Na posterunku wciąż wiernie trwał
 
Wszystko się zmienia
Prócz Pana Gienia
 
Koledzy Genia sie wykruszali
A Geniu twardo doił jabola
Nowi się w miejsce starych zjawiali
A Geniu ciągle, niczym busola
 
Niezmienny, twardy, wskazał kierunek
Uczył jak zdobyć coś do spożycia
I jak zapewnić wikt, opierunek
On ich po prostu nauczył życia
 
Wszystko się zmienia
Prócz Pana Gienia
 
Wieczny jest Geniu niczym Kwiatkowska
Się tak jak Jagger zakonserwował
Myśleli wszyscy, a tutaj troska,
Bo Geniu nagle wziął wykorkował
 
Co będzie teraz, gdy Genia nie ma?
Co poczną chlory w swej małej grupie?
A co to dla nich naprawdę zmienia?
Świat zapierdala, mają to w dupie!
 
Nic sie nie zmienia
Gdy nie ma Genia

Rymasz

Po głębokim namyśle, wnikliwym i obiektywnym rozważeniu wszystkich argumentów za i przeciw, dogłębnej analizie potencjalnych zysków i strat, będąc zdrowym na ciele i umyśle, oraz, co zaskakujące, trzeźwym, stwierdzam z mocą całego nieposiadanego autorytetu, że pierdolę pisanie długich notek w długim cyklu o sensie życia. Będę pisał to co mam ochotę napisać, ale bez cyklu. Cykl mnie krępuje, powoduje jakieś idiotyczne poczucie obowiązku i w związku z tym niepokój jakiś. Że o czymś na kształt wyrzutu sumienia nie wspomnę. No bo coś tam sobie obiecałem, sam ze sobą ustaliłem i teraz nie mam ochoty się z danej sobie obietnicy wywiązywać.
A pieprzyć to.


Przy okazji śmierci Zbigniewa Religi najróżniejsze opinie teistycznych komentatorów przeczytałem, w których szacunek zmarłemu oddawali za to, że do końca, NAWET w obliczu nieuchronnej śmierci, ateistą pozostał i się ze strachu przed zgonem w gacie nie sfajdał i na jasną stronę mocy nie przeszedł.
A choćby pierwszy z brzegu przykład:

http://www.dziennik.pl/opinie/article336713/Religa_samotny_w_obliczu_wiecznosci.html

Takie rozumowanie wiele mówi o stanie umysłów teistycznych komentatorów. Oni w Boga wierzą ze strachu. W teistycznym umyśle komentatora nie mieści się,  że ateista może się śmierci nie bać.
„Nie na darmo liczba tych, którzy przed śmiercią łapią się religii, jest milion razy większa niż tych, którzy w obliczu śmierci porzucają samą koncepcję Boga”

Ja to słyszałem nie raz w życiu. „Poczekaj tylko gdy zachorujesz, to zaraz z podkulonym ogonem pod ołtarz wrócisz”.
E tam.

Nie mam złudzeń co do swojej śmiertelności. Umrę, tak jak każdy z was, Drodzy Czytelnicy. Nie wiem na co, ale wiem, że na pewno.
Bycia nieżywym się nie boję, o czym za moment, boję się jedynie tego samego czego bał się Religa. Bólu, który śmierci lubi towarzyszyć.
Parę razy w życiu mnie bolało to i owo. Jakoś tak ze dwa lata temu karetka mnie z domu zabrała do szpitala. Mokry od potu byłem, z bólem tuż przy progu mojej odporności. Skamlałem do lekarki, która mnie przyjmowała o jakiś zastrzyk ze znieczuleniem. Ze 20 minut trwało nim go dostałem. Gdyby potrwało kilka godzin, to wiem, że zrobiłbym wszystko, by się od tego bólu uwolnić, z pozbawieniem się życia włącznie.

Cierpienie nie uszlachetnia. Ciepienie kaleczy duszę.

Cierpienie zamienia człowieka w ochłap. Nie mam złudzeń co do siebie, że mając w perspektywie życie z potwornym bólem, a śmierć, wybieram to drugie.
Gdyby spotkało mnie nieszczęście przerwania rdzenia kręgowego z perspektywą wegetacji jako sparaliżowane warzywo, to bym kurwa język własny połknął, gdyby nikt z bliskich mi ludzi, nie chciał mi pomóc umrzeć. A choćby w tak banalny sposób, by zamontować wyłacznik do utrzymujących mnie przy życiu maszyn, umożliwiający mi ich wyłączenie.
Przecież to zwyczajnie niehumanitarne, pozbawić sparaliżowanego człowieka możliwości wyboru! Zamontowanie takiego zasranego prztyczka, którym manipulowanie byłoby możliwe choćby językiem, to przywrócenie sparaliżowanemu godności i człowieczeństwa.

Co zaś się tyczy bycia nieżywym, to ja mam bardzo duże doświadczenie w byciu nieżywym. Otóż przed szczęśliwym i z punktu widzenia rachunku prawdopodobieństwa kompletnie nieprawdopodobnym poczęciem mnie przez rozanielonych jak przypuszczam Rodziców, byłem nieżywy. Jakkolwiek by nie ustalać wieku naszego Wszechświata, do lutego 1972 mnie nie było. Ja tam postanowiłem uwierzyć naukowcom, bowiem za tym co głoszą stoją jakiekolwiek poza czyimś widzimisię i fantazją przesłanki i szacuję, że byłem nieżywy przez ok. 14 miliardów lat. Na tyle mniej więcej oceniają naukowcy wiek naszego Wszechświata.
A żywy jestem od 37 lat. Z czego z 10 raptem w miarę świadomie. Bo wcześniej to raczej po omacku.
No nie oszukujmy się. To całe moje życie to gówno naprzeciwko wieczności.

Z bycia nieżywym nie posiadam żadnych wspomnień. Podobnie jak żadnych wspomnień nie posiadam z chwil, w których byłem pozbawiony świadomości. Farmakologicznie przez lekarzy lub piąchą w nos przez łobuzów.

Gdyby były to tylko moje prywatne, indywidualne doświadczenia, to hak im w smak. Problem polega na tym, że każdy z was ma takie same doświadczenia. Każdy człowiek ma lub będzie miał takie same doświadczenia. Bardzo, bardzo długo jest nieżywy i przez chwilę żyje. Po czym powraca do stanu wyjścia. I ma od tego momentu tyle samo wspomnień, ile miał przed poczęciem. No jak można być tak bezczelnym, by wyobrażać sobie, że po śmierci mózgu może jeszcze być jakakolwiek świadomość? Przecież świadomość, o czym świadczą wszystkie dowody, związana jest nierozerwalnie z aktywnością mózgu. Toż to absurd, by sobie rościć prawo do świadomości po śmierci świadomości.
Nic. Zero. Null.
Bo kto umarł ten nie żyje.

Ja wiem, że ludziom pomaga w życiu, gdy uwierzą, że po śmierci jest dogrywka. Mi taka  wiara do niczego jest niepotrzebna. To samo, co rozwlekle powyżej, zwerbalizowałem lata temu lakoniczną rymowanką.

wiara karmi twą nadzieję
że po śmierci coś się dzieje
gdy nadchodzi kres istnienia
wraca stan sprzed narodzenia
krócej żyję niż nie żyłem
umrę, wrócę skąd przybyłem


Nijak nie widzę tu powodu do strachu przed byciem nieżywym. Jasne, że gdy teraz o tym myślę, to niewątpliwie żal umierać, gdy życie jest fajne, sprawia przyjemność, gdy mam przyjaciół, dobrą i kochaną żonę, fantastyczną i do szaleństwa ukochaną córkę, ciekawą i dobrze płatną pracę i takie tam. No ale co robić? Albo się akceptuje to na co wpływu się nie ma i się z tym godzi, albo się nie akceptuje i się pałuje z rzeczami, których z definicji zmienić nie można.

Ja swoją smiertelność akceptuję.

Rymasz

Profesor Zbigniew Religa zmarł na rak płuc. To skurwysyństwo zabija z dużą skutecznością.

Czytam na portalu wybiórczej tekst o prof. Relidze

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,6357417,Zmarl_Zbigniew_Religa___wybitny_polski_kardiolog.html

A tam taki kwiatek:
„Pomimo zdeklarowanego ateizmu opowiedział się po stronie prawicy.”

Po pierwsze, to co ma piernik do wiatraka? Ja też nie wierzę w bogów i gdyby w Polsce była jakakolwiek realna prawica, to tez bym sie opowiedział po jej stronie. Bo co, to jak się nie wierzy w bogów, to z marszu lewakiem trzeba zostać?

Po drugie, to Ś.P. prof. Religa opowiedział się po stronie PIS, który jest lewicowy, jak wszystkie partie w tym kraju, poza kanapowym i kabretowym UPR. Szkoda, ale co robić?

Rymasz

Czytelnicy tego bloga znają PanKleksa vel Smakosza. Kiedyś linkowałem tu jego stronę, ale ją skasował, teraz mógłbym zalinkowac jego bloga, ale po co, skoro rabnął focha i nic już na nim nie pisze.
A szkoda, bo PanKleks ma do powiedzenia rzeczy ciekawe. Wiem to, bo to mój dobry internetowy znajomy. Od kilku (czterech chyba) lat gawędzimy mailowo, forumowo i blogowo na różne tematy.

Problem polega na tym, że z PanKleksem nie da się normalnie rozmawiać, bo PanKleks ma odchylenie w stronę epistemologii i ontologii. Zatem każda rozmowa z PanKleksem wcześniej czy później dryfuje w stronę spraw fundamentalnych, orzeczeń pryncypialnych oraz problemów wagi kategorycznie światopoglądowych, bowiem rozmowe na ionne tematy PanKleks uznaje za nieistotną, dopóki najsampierw się podstaw nie zdefiniuje. Zatem zanim napiszesz PanKleksowi „Lubię lody waniliowe” musisz wcześniej jednoznacznie, używając trudnych i niepopularnych słów, określić swój stosunek do podstawowego i najważniejszego problemu ludzkiegiej percepcji i sposobu w jaki pojmuje, ocenia i wartościuje świat, odwołując się przy tym do Kanta, Leibnitza i twierdzenia limitacyjnego Godla. Że o Spinozie nie wspomnę.

Na dodatek taki sposób wekslowania każdej rozmowy na pryncypia czyni każdą rozmowę bezsensowną, rozlazłą i nie na temat, od którego wychodziła. Wszystkie moje rozmowy z PanKleksem od pewnego czasu tak się kończą, co jest o tyle wkurwiające, że człowiek chciałby też czasmi o dupach pogadać, nie tylko o niebie błękitnym nade mna i prawie moralnym we mnie.
Każdy poza PanKleksem.

A ponieważ rozmawiać z PanKleksem lubię, to w tym właśnie miejscu, jak to wspólnie ustaliliśmy, będziemy z nim rozmawiać. To będzie nudna rozmowa, więc można jej nie czytać. Ale jeśli już ktoś znajduje w tym porzyjemność, to niech robi to czynnie i ubogaca tę wymianę myśli, swoją opinią.
Zasada jest jedna: nie więcej niż 3600 znaków na raz.

Tako rzekł ostanio PanKleks. Moja odpowiedź pierwsza na dole w komentarzach: 


„Jeśli aksjomaty są logicznie równoważne (z czym, zdaje się, niechętnie, lecz jednak się zgodziłeś?), nie możesz utrzymywać, że aksjomat A) jest racjonalny, zaś aksjomat B) racjonalny nie jest. A to, gdyż aksjomat to aksjomat i tyle. Innymi słowy, aksjomatowi nie wolno nadawać wartość „in plus” bądź „in minus” w zależności od danej teorii i treści danego aksjomatu.

Okay?

To teraz z innej beczki:

Teista:
„Wierzę w jednego Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało…” – i tak dalej, i tak dalej. TO CAŁA FURA AKSJOMATÓW.

Ateista:
„Wierzę, że Wszechświat jest poznawalny, a metodologia naukowa to najlepszy sposób zdobywania wiedzy o rzeczywistości. Wierzę, że prawa natury są niezmienne, cuda nie istnieją, a o naszym życiu decyduje przypadek. Wierzę, że wiara w życie po śmierci jest nieuzasadniona, ponieważ przesłanki dają mi prawo do konkluzji wszędzie tam, gdzie przeprowadzenie dowodu okazuje się niemożliwe…” – i tak dalej, i tak dalej. TO CAŁA FURA AKSJOMATÓW.

Igor, czym różni się jedno credo od drugiego, u samej podstawy, na poziomie FUNDAMENTALNYM? Jakie elementy swojego WIERZĘ może UDOWODNIĆ teista, a jakie ateista?

A skoro w jednym i w drugim przypadku przeprowadzenie dowodów możliwe nie jest, czemu jedno „wierzę” uznajesz za wiarygodne, a drugie, TAKIE SAMO „WIERZĘ”, za niewiarygodne?

Przecież tu i tu to tylko DWIE FURY AKSJOMATÓW !!!!!”

No to jak to w końcu jest z tym sensem życia?
Podsumowując to tak, że to wydumany w sumie problem dotyczący marginalnego fragmentu ludzkości. Takich tam, kurwa, yntelektualystów, co książki czytają, od których im się potem we łbach pierdoli i głupotami się zajmują.

Bo ogólnie to o to chodzi w życiu, żeby mi było dobrze i tym których lubię, i mi na nich zależy, też. A jak jest też przy okazji dobrze reszcie, to gites. A jak nie jest, to mieli pecha, ale mnie w to nie mieszajcie.
I jak się yntelektualystom wydaje, że są ze swoją świadomością lepsi od tych, co mają w dupie ich dylematy, to niech lepiej przeczytają jak lakonicznie podsumował ten temat Andrzej Bursa.

Poeta cierpi za miliony
od 10 do 13.20
o 11.10 uwiera go pęcherz
wychodzi
rozpina rozporek
zapina rozporek
Wraca chrząka
i apiat
cierpi za miliony

Tudzież, również o poecie: 


rozmawialiśmy w jak najlepszej symbiozie
aż do chwili gdy powiedziałem
„wynieś proszę to wiadro
bo potwornie tu śmierdzi szczyną”


A jak ci się wydaje inaczej i koniecznie będziesz się upierał, że życie musi mieć jakiś głęboki, metafizyczny sens, to go sobie wymyśl, albo weź gotowy od kogoś kto go już wymyślił.
Innego wyjścia nie masz człowiecze.

Praca może być sensem życia. Praca, która daje satysfakcję, bo jest tym co lubisz robić, jest tym co daje ci środki na utrzymanie i jest twoim wkładem w dobro wspólne ludzkości, tudzież, by mniej internacjonalistycznie i globalnie to zabrzmiało – twojej lokalnej społeczności.
Pięknie nie? Niestety z takimi wydumanymi teoriami to jest najczęściej tak, że się nijak mają do praktyki.

Wspominałem tu już jak to mi się w młodości zdawało to i owo na temat eteryczności kobiet. To właśnie taka wydumana teoria. Złudzenie, które nie wytrzymuje konfrontacji z faktami.

Lata temu, podczas pewnej mazurskiej wyprawy, spałem sobie na łajbie w porcie w Mikołajkach, podczas gdy reszta załogi ruszyła w świat miło wieczór spędzić. Dwóch współzałogantów, nieświadomych, że kimam w środku, przyprowadziło na pokład dwie młode panny w celu nawiązania bliższej znajomości. Tak głośno nawiązywali, że mnie obudzili w końcu. No to wypełzłem zobaczyć te panny. Od słowa do słowa, pierdu smerdu, w końcu jedna zaczęła gadać ze mną, aż się współzałogant, który ja przygruchał zniechęcił i poszedł obrażony, poskarzyć się reszcie załogi, która nieopodal zebrała się w kupie i konsumowała płyny, że mu dupę odbiłem. Szczerze mówiąc ani mi to na myśl nie przyszło, bo wtedy ochoty na żadne romanse nie miałem. Ot, gadałem sobie z sympatyczną dziewczyną, która twierdziła, że architekturę studiuje. To o malarstwie gadałem. Ja lubię gadać. Dużo i głośno. Więc jej opowiadałem o tym malarstwie, o błękicie nieba mistrzów włoskiego renesansu i zwalającym się na łeb granacie chmur mistrzów holenderskich. Czy czymś równie pasjonującym. Chwilę dłuższą, uczciwie trzeba przyznać, dziewczyna wytrzymała. Jej koleżanka z drugim moim współzałogantem już nie bardzo i raz dwa się zawinęli w poszukiwaniu miejsca umożliwiającego zajęcie się czymś innym niż gadką. W końcu jednak nadeszła ta chwila, że moja słuchaczka osiągnęła stan nasycenia malarstwem.
- Fajnie gadasz. A wiesz, że dziś majtek nie założyłam? – wyznała, skromnie spuszczając modre i niewinne oczęta.
Zakończyłem zatem perorę, zaproponowałem spacer, po odejściu o 50 m od portu zapytałem czy dalej trafi sama i po uzyskaniu potwierdzenia, pożeganałem się niewylewnie i wróciłem do załogi pić piwo. No co? Naprawdę potrafię być bezduszny. Głośny rechot mnie przywitał, tylko jeden miał do mnie do końca rejsu pretensję, bo choć ruszył w pogoń, to już panny nie odnalazł.

Oczywiście nie było to jakieś wyjątkowe czy przełomowe wydarzenie. Była to jedna z wielu przygód, które spotykaja człowieka w życiu i dzięki którym człowiek się z naiwności leczy. Ani najbardziej szokująca, ani najzabawniejsza, ani najsmutniejsza.

O pracy też dziś myślę co innego niż kiedyś myślałem.

cdn.

Rymasz


  • RSS