Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 2.2009

Politycy i bankierzy to wielcy przyjaciele, czego dowodzi fakt, że politycy bez większego kwękania sypią kasą, żeby dupy i biznesy rekinów finansjery ratować.
Przypominam, że biznesy się posypały, bo cyniczne skurwiele potworzyły coś na kształt piramid finansowych, produkując pusty, wirtualny pieniądz bez pokrycia. No bo sztuczny, wirtualny popyt wykreowany sztucznym, wirtualnym pieniądzem to żadne pokrycie dla tego drugiego, nieprawdaż? Wąż wpieprzający własny ogon.
A na czym polega „plan ratunkowy” polityków? Na czym polegają te setki miliardów „pożyczki”?
Tak, tak. Na niczym innym niż na nadrukowaniu pustego pieniądza: ponieważ rynek klapnął z powodu nadmiaru wirtualnej kasy, to my go reanimujemy pompując w niego wirtualną kasę. Wiecie co to jest? To jest na mój mały prosty rozumek gaszenie pożaru benzyną i ja już z tego nie rozumiem zupełnie nic i najwyraźniej nie zanosi się, że rozumiem kiedykolwiek.

Bo ja nie rozumiem jak to może być, że emiterem najpopularniejszego na tej planecie pieniądza jest prywatna spółka. Wiedzieliście, że FED to prywatne przedsiębiorstwo? Wiecie, że chce obligacje emitować, żeby pieniądze na finansowanie własnej działalności zdobyć?
No jak ja mam to, kurwa, zrozumieć? Emiter dolara, wypuszcza na rynek obligacje, by zdobyć dolary, potrzebne do emitowania dolarów. Oczywiście wyemitowane obligacje zainteresowani będą mogli kupić za dolary, które emiter wyemitował,
Pomijając w tym wszystkim oczywisty fakt, że dolary, po tym gdy zniesiono parytet złota, są niczym innym jak tylko i aż wirtualnym pieniądzem, którego wartość zależy tylko i wyłącznie od tego, ile go emiter wypuści na rynek. Cóż zatem stoi na przeszkodzie, by FED wyemitował więcej dolarów, zamiast emitować obligacje do kupienia za pieniądze, które emituje?
BĘC! Czacha dymi, co? Zwłaszcza takiemu misiowi jak jak, który na ekonomii to się nieszczególnie wyznaje.
Wracamy do ratowania banków przez rządy.

Z pożyczkami to jest tak, że jak pożyczysz od banku 10.000 zł i nie oddasz, to ty masz problem, ale jak pożyczysz od banku 10.000.000 zł i nie oddasz, to problem ma już bank.
Zatem kto ma teraz problem po tym, gdy
pożyczył” bankom pierdyliard dolarów i euro?

Ci państwo, w imieniu których państwo „pożyczyło”.
Czyli Obama pożyczył, ale to przeciętny Smith w dupę dostanie, gdy gówno z tego wyjdzie.
Fajny biznes? Fajny. Najfajniejszy dla banków.

Nie mam pojęcia czy mam choć trochę racji tak sobie snując te przemyślenia, bo ja jestem zwykły inżynier ze zbędnym w tym zawodzie talentem do składania słów w zdania, a nie ekonomista z talentem do słupków, więc tak sobie tylko na chłopski rozumek gdybam i wyciągam wnioski. Gdybym nic o świecie nie wiedział, to łykałbym wszystko hurtem, a nie zadawał dziwne i niepotrzebne być może pytania.

Gdy byłem mały to traktor to była prosta maszyna do ciągnięcia przyczep. I wszystko było jasne, bo wtedy wszystko było jasne. A teraz gdybym nabrał ambicji, żeby naprawdę cokolwiek skumać z traktorka, to i życia by na to nie starczyło, no bo co ja np. wiem na temat stopu metalu, którego użyto do wyprodukowania śrubki i nakrętki, za pomocą których przykręcona jest pokrywa silnika traktorka??? A wiecie ile jest takich tematów??? To i po łebkach się leci, bo w życiu trzeba sobie radzić, jak powiedział pewien człowiek, zawiązując but dżdżownicą.

Gdy byłem młody, to wydawało mi się jeszcze, że jestem nieśmiertelny i to był jak najbardziej logiczny wniosek wynikający z obserwacji. Bo przecież umierali tylko inni ludzie, a ja ani razu.
I jeszcze wydawało mi się, że człowiek człowiekowi aniołem. I to też był logiczny wniosek, bo mnie wszyscy dokoła kochali i gotowi byli nieba dla mnie przychylić.
I że kobiety to istoty eteryczne w zasadzie. A i to było logicznym wnioskiem, bo skąd niby miałem wiedzieć, że to istoty poświęcające znaczną ilość dostępnego czasu na myślenie o bzykaniu oraz na samo bzykanie, skoro z bzykaniem nie miałem jeszcze stosunków?

Te wszystkie złudzenia mi już przeszły, bo się tego i owego zdążyłem w tzw. międzyczasie dowiedzieć.

Widzimy tylko to co wiemy. Pamiętacie to jeszcze?

(o tzw. „etyce biznesu” się nie zmieściło. Inną razą, jak to mawiają w moich rodzinnych stronach. W następnej notce znaczy się, koło, powiedzmy, środy. No chyba, że znów się nie zmieści, bo np. w rozważaniach na temat rzekomej eteryczności kobiet się nieoczekiwanie zagłębię. Jeszcze nie wiem, ale na pewno coraz fajniej mi się pisze! ;-DDD
A jak się to czyta?)

cdn.

Rymasz

Opowieść na odsapkę, ale luźno związana z tematem „Widzimy to, co spodziewamy się zobaczyć”.

Ze dwa tygodnie temu, spotkaliśmy się z moim kumplem Hugo w „Karuzelu bielańskim”. Pojedliśmy zakąsek, popiliśmy Budweisera, no i przede wszystkim gadaliśmy o tym i owym. O kuchni między innymi. Molekularnej. Ja opowiadałem o Hestonie Blumenthalu, a Hugo o jakimś Hiszpanie, który cudeńka w kuchni tworzy. Tylko jakoś nie mógł sobie przypomnieć jak się facet nazywa. Gadamy, gadamy, gdy nagle pewien postawny jegomość przy stoliku obok, głosem zachrypiałym jak wokal Himilsbacha po przepiciu, odzywa się w te słowa:
- Przepraszam panów, że przeszkadzam, ale panowie dość głośno mówią. Ferran Adria. On się nazywa Ferran Adria.
Podziękowaliśmy za podpowiedź i od słowa do słowa zaczęliśmy gawędzić. Okazało się, że nasz nowy znajomy ma po pierwsze zapalenie krtani i po drugie Ferrana Adrię zna osobiście, bo w branży kulinarnej się obraca i sam kucharzy. Nie mogliśmy przepuścić takiej okazji i wyciągnęliśmy od naszego nowego znajomego Szymona przepis na podobno genialną brukselkę (jeszcze nie sprawdzałem) oraz na idealną golonkę. I jeszcze kilka ciekawostek. W końcu wygnali nas z Karuzela, bo zamykali. No to spytaliśmy, gdzie Szymona w akcji można zobaczyć.
- W najbliższym czasie to w Eterii, restauracji Kuby Strzyczkowskiego, będę prowadził degustację wódek przeróżnych. 19-go lutego, tylko rezerwację wcześniej musicie zrobić, bo lokal mały, a chętnych dużo.
Nie wiedzieliśmy nawet, że Kuba Strzyczkwski to nie tylko spiker w radio, ale też restaurator, ale nie czekaliśmy długo i kilka dni później Hugo załatwił rezerwację. Niestety, we wtorek chyba, Kuba Strzyczkowski zadzwonił do niego z informacją, że show odwołany, bo mistrz ceremonii zaniemógł  (pewnie się z tego zapalenia gardła nie wyleczył). Ale ponieważ już byliśmy umówieni, to się wczoraj tak czy siak spotkaliśmy w tej Eterii.

Wieczór, stoimy pod knajpą, Hugo gada przez telefon i na wywieszone menu spogląda. Kończy rozmowę i mówi:
- Patrz Igor. A to podobno mistrz mowy polskiej jest.
Spoglądam na to menu, a tam, jak wół stoi, że ich specjalnością jest mojito i że używają do jego zrobienia „świerzej mięty”. Ło matka, waliło po oczach, mówię wam!
No nic. Wchodzimy do środka.
Pusto, Strzyczkowski siedzi przy barze i coś klepie na laptopie, obok żona.
Zamówiliśmy po piwku i jakiś starter. Ja siedzę jak na szpilkach, no wiem, ze długo nie wytrzymam.
- Nie, no, Hugo, nie dam rady – mówię i podchodzę do właścicieli. – Bardzo Państwa przepraszam, ale chciałbym coś Pani lub Panu pokazać.
- Proszę bardzo – mówi p. Kuba.
Prowadzę go przed lokal i pokazuję to nieszczęsne mojito.
- Ale ja tu nic nie widzę. O co chodzi?
- Panie Kubo, a jaka ta mięta jest?
- O żesz ty! Ale byk. Tyle razy na to patrzyłem, zawsze spoglądam jak na fajka wychodzę i nie widziałem. Zawsze świeżego oka potrzeba, żeby coś zauważyć. Wie pan, zawsze jak jakiś tekst do sczytania mam, to go sprawdzam, sprawdzam, ale też zawsze jakiś byk się wkradnie z „ą” czy z „ę” na przykład. Zresztą im dłużej się patrzy, to tym mniej te błędy widać.
Żona dodała, że ona dyslektyczka i wielkiego problemu nie widzi, a poza tym jej mąż to mistrz mowy polskiej, a nie ortografii (powiedziała gramatyki, ale jak nic o ortografię jej chodziło).
Pośmieliśmy się jeszcze chwilkę, ja zapewniłem, że w żadnym wypadku nie zrobiłem tego ze złośliwości, na co Kuba Strzyczkowski pokiwał głową i powiedział:
- Tak, tak. Ale do rachunku to i tak to panom doliczymy.
Po czym zakończyliśmy temat i wróciliśmy do konsumpcji.
No przykro mi, ale zasadniczo bez fajerwerków to wypadło.
Matjasy były takie sobie, polędwicy nie było w kuchni, chociaż była w karcie, żeberka były wyśmienite ale kluseczki do nich z torebki (no skandal w restauracji!!!), sznycel po wiedeńsku smaczny, ziemniaki z boczkiem do niego dobre.
Zawinęliśmy się i pojechaliśmy na wódkę do Bistro Gesslerów vis a vis Hotelu Bristol i Pałacu Prezydenckiego.
Tam jest prosta sprawa – lufa Luksusowej 4 zł, zakąska 8 zł. Rach ciach! Napiliśmy się, przekąsiliśmy śledziem i serdelkiem, ale też trzeba się było szybko zbierać, bo ja mało nie padłem z niedotlenienia. Nie mogłem pełną piersią odetchnąć, tak tam było nadymione. A to już 6 lat, odkąd nie palę. Odzwyczaiłem się.
Wpadliśmy jeszcze na piwko do Harendy i rozjechaliśmy się grzecznie do domów.

Opowiedziałem oczywiście Lepszej Połowie całą historię z mistrzem mowy polskiej.
- No nie kochanie, kolejna knajpa, do której nie będą nas przez ciebie wpuszczać…

;-DDD

Spoko, wpuszczą. Mają tam dużo krewetek, które Lepsza Połowa uwielbia, więc na pewno jeszcze się tam z nią wybiorę.

Dobra. W następnej notce część trzecia rozważań o sensie życia, śmierci, o tym co wiemy i w ogóle.

Rymasz

Problemu z sensem życia nie posiadam nie dlatego, że nie zdaję sobie sprawy z istnienia czegoś takiego jak sens życia, ale dlatego, że… Nie, chwileczkę, o tym będzie później.
Teraz wracam do wiedzy o świecie.
Wstajemy, siadamy, jak tam komu wygodnie, bo zapodaję bardzo mądry paradoks.

Im więcej wiemy i rozumiemy, tym mniej wiemy i rozumiemy.

Łał! Niezłe nie?
Kolejny banał tysiące razy przemielony przez mądrzejszych ode mnie, ale co tam.

Paradoks polega na tym, że im więcej wiemy, tym więcej złożoności i zależności zaczynamy dostrzegać, a tym samym zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nic nie jest tak proste jak się wydaje na pierwszy rzut oka i zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że tak naprawdę to gówno wiemy.
Z tego też powodu ignorancja jest niezwykle wygodna i tak powszechnie praktykowana. To znaczy nie tylko z tego powodu, bo możliwości intelektualne współgatunkowców mają tu chyba jednak decydujące znaczenie.

Ja ostatnio straciłem kompletnie orientację i przestałem rozumieć cokolwiek w związku z tzw. kryzysem finansowym, który rozpanoszył się na naszym globie. I przestałem chyba już cokolwiek z tego wszystkiego kumać, a jedyny logiczny wniosek jaki mi się nieoczekiwanie dosyć wysnuwa to jedna wielka wszechogarniająca teoria spiskowa z grupką władców tego świata, którzy z ukrycia wszystkim sterują.
No inaczej tego wytłumaczyć nie potrafię. Bo to wygląda tak…

Banki, w zasadzie wszystkie jak jeden mąż, przez wiele lat produkowały wirtualne pieniądze, nie mające żadnego pokrycia w realnych dobrach. Każdy prawie pożyczony pieniążek trafiał do obrotu międzybankowego i na jego podstawie produkowano papiery dłużne na podstawie których produkowano kolejne papiery, na podstawie których… I tak w kółko. Nie przybywało żadnych dóbr, przybywało tylko papierków i kolejnych zer na kontach banków. Się kręciło, bo pieniądza było coraz więcej, ceny rosły, konsumpcja rosła, wartość inwestycji na które pożyczono pieniądze (np. nieruchomości) rosła i to było podstawą i gwarantem wystawianych na pożyczone kwoty papierów dłużnych. Szefowie wielkich banków nie mogli nie widzieć, że to wszystko chujem na wodzie pisane, ale mieli to głęboko w dupie, bo oni na tym biznesie najwięcej zarabiali. Zatem z premedytacją pompowali ten balonik i wypłacali sobie co roku coraz większe premie za świetną pracę. Aż rynek powiedział „Sprawdzam” i balonik zrobił głośne „JEBUDUT!!!”. A wtedy ci biedni i zagubieni dyrektorzy banków wyciągnęli łapki po kaskę w stronę swoich przyjaciół w rządach. I dostali miliardy. Setki miliardów. O tak po prostu, bo kredyty bankowe są smarem trybów gospodarki i dlatego banki za nic w świecie upaść nie mogą. I co białe kołnierzyki zrobiły z tą kasą? Zaksięgowały ją po stronie przychodów i połatali sobie dziury w budżetach.
Rozumiecie z tego cokolwiek? Umiecie to jakoś logicznie wytłumaczyć?
Bo dla mnie logiczne to jest to, że banki powinny popadać, a ci, którzy do tego doprowadzili swoimi suwerennymi, przemyślanymi decyzjami, powinni dostać nietęgo po dupie. Za celową niegospodarność to się karę ponosi i się własnym majątkiem płaci jak się akcjonariusze wkurzą i do sądu pozwą. A te świnie za doprowadzenie światowej gospodarki do stanu przedzawałowego dostały nagrodę.

Kilka faktów.
Kaziu Marcinkiewicz, były polski premier, ląduje na dyrektorskim stanowisku w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju, choć na bankowości zna się tak jak ja na krykiecie.
Ale przecież Kaziu, który obecnie zajmuje stanowisko ofiary brukowców, do których zaledwie poleciał pochwalić się nową, młodą, fajną dupą do rżnięcia, a te bezwzględne skurwiele nie uszanowały jego prywatności, to jest mały miki.
Po przed nim był w tym banku Krzyś Bielecki, który obecnie jest prezesem PKO.
Była Bufetowa, która przynajmniej jakieś doświadczenie miała.
Był Syryjczyk.
A taki Andrzej Olechowski, też były minister, wylądował w radzie nadzorczej Banku Handlowego i ze Sławkiem Sikorą bierze udział w obradach klubu Bilderberg.

A przecież te kilka przykładów przenikania się polityki i bankowości oraz fakt bezprecedensowego wsparcia bankierów przez rządy (polski nie wspomagał, ale jakie banki mają Polacy poza Czarneckim, a poza tym pytanie, na czyjej smyczy chodzi Czarnecki?) to zaledwie wierzchołek góry lodowej przecież, nie sądzicie? Czy może zaczynam bredzić?

Słuchajcie, to jak to ze mną jest, skoro ja się nad takimi rzeczami jak spiskowe teorie dziejów i domniemany rząd światowy zaczynam na poważnie zastanawiać? Nie zgłupiałem przypadkiem od tego, że wydaje mi się, że cokolwiek wiem i dostrzegam jakieś, być może wcale nieistniejące, zależności?

cdn. (będzie o traktorku i o „etyce biznesu” – jak się zmieści)

Rymasz

Starzeję się. No jak bułkę kocham rogala za świadka, kiedyś naprawdę byłem młodszy. A teraz mam 36 lat i biorąc pod uwagę mój niezdrowy tryb życia oraz predyspozycje genetyczne, jakieś 20, no może góra 25 jeszcze do przeżycia mi zostało. Jestem realistą, nie lubię sam siebie oszukiwać w żadnej sytuacji i sprawie poza tą, że wcale, kurwa!, za dużo nie piję. Nie robię sobie zatem niepotrzebnych nadziei i nie łudzę się, że np. drugie 36 pociągnę. No naprawdę nie wydaje mi się.

Z każdym upływającym dniem mojego życia wiem więcej o otaczającym mnie świecie, z każdym dniem coraz lepiej zdaję sobie sprawę z faktu, że moja wiedza niczym jest wobec mej nieskończonej ignorancji i z każdym mijającym dniem coraz mniej z całego tego burdelu rozumiem. To pieprzony banał, który do ogłoszenia światu ma każdy jako tako inteligentny człowiek, ale tu też nie mam złudzeń. Żaden tam ze mnie wielki myśliciel, który coś nowego ma do powiedzenia. Moje życie to banał, a moja pisanina to klepanie banałów wyklepanych już wcześniej po tysiąckroć. Ale tak to już jest, że każdy swoje odbębnić musi, do swoich wniosków dojść, swoje przeżyć, żeby potem z czystym sumieniem zdechnąć głupszym niż się urodził.

Nasza wiedza jest jak światło latarki w ciemnej piwnicy niewiedzy. Widzimy tylko to na co światło akurat pada, czyli tylko to co wiemy a reszta, choć przecież jest, spoczywa sobie spokojnie spowita mrokiem i nasza świadomość sobie nią głowy nie zawraca. Ignoruje ją.
Uwaga, teraz będzie bardzo mądra prawda, proszę wstać albo usiąść, jak tam komu pasuje akurat.

Widzimy tylko to co wiemy.

Rzeczy, zjawiska, problemy zaczynają istnieć dla nas dopiero w momencie, gdy dowiemy się o tym, że istnieją. I dlatego im więcej wiesz, tym bogatszy, bardziej urozmaicony, skomplikowany, przepełniony ornamentami i nieoczekiwanymi związkami przyczynowo skutkowymi jest twój świat. I dlatego zdobywanie wiedzy o świecie jest tak fascynujące i czyni nas bogatszymi o nieznane wcześniej doświadczenia.
Im więcej wiesz, tym więcej widzisz, a subiektywnie istnieje tylko to co wiesz.
Tak jesteśmy skonstruowani, że widzimy tylko to co spodziewamy się zobaczyć, czyli tylko to o czym wiemy, że możemy to właśnie zobaczyć. Ci, którzy sięgają ponad to poniekąd naturalne ograniczenie to geniusze i wizjonerzy.
Czy to jest póki co jasne, czy zaczynam niezrozumiale bełkotać?
Postaram się to lepiej na przykładach z życia wziętych wytłumaczyć.

Gdy na studiach i w pierwszych latach pracy posiadłem wiedzę dotyczącą instalacji sanitarnych, moje widzenie świata zostało rozbudowane o instalacje sanitarne, które wcześniej dostrzegałem w zarysie ledwie, choć one cały czas były tam gdzie były. Nagle zacząłem dostrzegać jakiego rodzaju zawory są zamontowane na grzejnikach, czy instalacja centralnego ogrzewania jest otwarta czy zamknięta, zacząłem notować (chcąc nie chcąc w zasadzie) czy rury kanalizacyjne w budynku są żeliwne czy z PCV i setki podobnych szczegółów, które was nic a nic nie interesują, bo i niby czemu miałyby was interesować? Wy wiecie za to tysiące innych rzeczy, których nie wiedzą hydraulicy!
Gdy z moją żoną wejdziemy do nowego budynku to po dwóch minutach ja opowiem wam to i owo o instalacjach sanitarnych w tym domu, bo to właśnie je zauważę i na nie zwrócę uwagę, ale, w przeciwieństwie do mojej żony, nie powiem nic o kolorze ścian i wzorze, który był na zasłonkach, bo w ogóle nie zwrócę uwagi na to, że ściany są pomalowane na jakikolwiek kolor, a na oknach wiszą zasłonki!

Pewnego dnia, lata temu, siedzieliśmy z Lepszą Połową w knajpie na koncercie bluesowym. W przerwie na papierosa (oboje paliliśmy wtedy jeszcze – naprawdę prehistoria) wyciągnąłem ją do okna, obiecując coś ciekawego pokazać. Ona myślała, że księżyc romantyczny i gwiazdy złociste.
- O, tu zobacz jak im na śrubunku cieknie! – rzekłem wskazując na kaloryfer pod parapetem, przekonany, że to naprawdę ciekawa rzecz do dowiedzenia się jest.
No naprawdę tak myślałem! Takie upośledzone empatycznie homo fabery jak ja tak właśnie mają, a Lepsza Połowa do dziś mnie za tamtą scenę obśmiewa co i raz i ma jak najbardziej rację.

Gdy zbliżał się czas wyklucia Lenki i spędzaliśmy sporo czasu w sklepach ze sprzętem do obsługi małych człowieków, uzyskałem wiedzę m.in. na temat wózków dziecięcych. Pojęcia o nich wcześniej nie miałem i patrząc na wózek widziałem po prostu wózek. Ale gdy tylko dowiedziałem się czegoś o wózkach w niepojęty sposób zacząłem widzieć czy dany wózek ma kółka duże czy małe, a jeśli duże, to czy one są pompowane czy z lanej gumy, czy jest jednofunkcyjny, czy można go z głębokiego na spacerówkę przerobić, czy to Tutek, McLaren czy inne Chicco i 36 innych rzeczy! A przecież moje oczy widziały cały czas to samo – wózek! Obraz sam w sobie był identyczny, ale moje jego widzenie bogatsze o dziesiątki szczegółów, na które wczesśiej ślepy byłem, bo nie wiedziałem, że są i mają jakiekolwiek znaczenie.

Rozumiecie już co mam na myśli, pisząc, że widzimy tylko to co wiemy?

Z tego np. powodu problem sensu życia, tudzież, by być bardziej precyzyjnym, problem niedoboru sensu życia, dotyczy niewielkiego procenta ludzkiej populacji, bowiem większość ludzkiej populacji nie zdaje sobie sprawy z tego, że w ogóle można mieć taki problem. A skoro nie wiedzą, że można go mieć, to go i nie mają i nie tracą czasu na zastanawianie się nad takimi pierdołami.
Problem z sensem życia jest zatem problemem marginalnym, tym bardziej, że spośród mniejszości zdolnej do jakiejkolwiek nad nim refleksji, problem jego niedoboru odczuwają tylko ci z niewielką wyobraźnią, ponieważ życie ma tyle sensu ile sam jesteś w stanie mu nadać. Osoby z bogatą wyobraźnią mają tym samym naturalne predyspozycje, by dla swojego życia wymyślić więcej sensu.

No! Trzask, prask i po problemie, który jest zdecydowanie przereklamowany.

Rymasz

Czemu ten mail tak wolno chodzi dzisiaj? Dżizas. O fak, nowy kejs. Kiedy ja mam to zrobić? Jacek, wyślę ci tę tabelkę, masz spokojniejszy okres teraz, tak? Zbierz te dane do 14:00. Szit. No nie obrabiam wszystkiego. A jutro mam kola z Londynu. O właśnie, miałem przygotować zestawienie dla Łejna. Jacek, zbierz to z regionów. Fak, za 15 minut potrzebne. Kaman, dawaj. Jacek, Jacek, a zrobisz mi pritnskriny? Dosłownie w pięć sekund. Już ci puszczam. Nie wiem o co chodzi, fak, ale potrzebne na już. Szit. Co znowu chcą? Muszę to wszystko poukładac jakoś, ogrnąć. Przecież sam nie mogę wszystkiego robić. O fak, co jeszcze? Jacek, puszczę ci to, słuchaj, eskaluj to do Tadeusza i jak on się o tym issiu wypowie, to kaskaduj to na regiony. Nie, pierdolę już, tak? Nie wyrabiam z tym wszystkim. Dobra, kupiłem składniki na suszi, mam wino. Idę. Dziś już nie dam rady więcej. Dobra, słuchaj, to ostatnie zestawienie możesz mi przesłać jutro rano. Już ci puszczam.

 
* * * 

Weźmiemy się i zrobicie, powiadają.

Taaaak… Dajcie mi dziesięciu ludzi  a sam to zrobię.

Rymasz

Wierzy tylko w swą niewiarę
Toczą mu sumienie glisty
W piekle swą odbierze karę
Boże chroń od ateisty!

Dobrych na manowce zwodzi
Grzeszy w sposób oczywisty
Strzeżcie starzy się i młodzi
Boże chroń od ateisty!

Zagubiony, ślepy błądzi
Zły jest bardziej od sadysty
W strachu żyje, strach nim rządzi
Boże chroń od ateisty!

Nie chce dobra, tępy, głupi
To synonim komunisty
Strzeż się lepiej, bo cię złupi
Boże chroń od ateisty!

Niemoralny, nikt po prostu
Syn pedała i cyklisty
Niechby lepiej skoczył z mostu
Boże chroń od ateisty!

To Dawkinsa pomiot marny
Wieść chce życie egoisty
W duszy swej zaślepłej czarny
Boże chroń od ateisty!

Ewolucja jego Bogiem
Duch zdradziecki i nieczysty
Ludzi dobro jego wrogiem
Boże chroń od ateisty!

Rymasz


  • RSS