Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 12.2008

iPhonem bawiłem się przez dwa dni, no i mam do powiedzenia na jego temat to samo co zdaniem Andrzeja Sapkowskiego rzekła młodziutka Cerro do króla Vridanka na ich pierwszej schadzce: „Niebrzydka rzecz, ale czy ma jakieś zastosowanie praktyczne?”.
Piękny przedmiot, urzekający design, genialny dotykowy ekran, świetna jakość wyświetlanych stron www i w ogóle, i gdyby nie to, że telefonu komórkowego używam po to by dzwonić, to byłbym naprawdę wniebowzięty posiadając taki gadżet. Na dodatek ja mam telefon służbowy i 90% rozmów telefonicznych, które odbywam każdego dnia (a jest ich dużo, bo pracuję z zespołem w całym kraju oraz sporą liczba dostawców), to rozmowy nie dla przyjemności, ale niejako obowiązkowe. No i co tu dużo gadać, wygodniej mi biegać z przystwionym do ucha małym, choć niezbajerowanym soniakiem, niż z aplem wielkości paletki do pingla.
Na dodatek jesli chodzi u użyteczność w biznesie, to nie mam wątpliwości, że taki Samsung Omnia czy HTC są stokroć bardziej przydatne i przyjazne użytkownikowi.
Mają więcej aplikacji, bogatsze oprogamowanie, więcej użyteczności, sa kompatybilne  z aplikacjami z laptopa itd., itp. Ale nad ekranami to musza jeszcze porpacować. Tu Apple podniosło poprzeczka na naprawdę wysoki poziom. Ale nad całą resztą to Apple musi popracować.
Nie zmienia faktu, że dwa dni, które spędziliśmy razem z iPhonem na zabawach były intensywne, a ja byłem równie wniebowzięty co moja Córcia wczoraj, gdy dałem jej do zabawy foliowe opakowanie po pieluszkach i tekturową tutkę po ręcznikach kuchennych. Jedyna różnica jest taka, że moja zabawka miała więcej funkcji i poczułem się zaspokojony po dwóch dniach, a nie po pięciu minutach. Inna sprawa, że mój telefon nie miał takich funkcji jak:
- trukanie w tutkę
- przykładnie tutki do ucha
- chowanie tutki w opakowaniu
- przemarsz z tutką w opakowaniu uniesioną nad głową, i kilku innych jeszcze.
Tak czy siak sprzedałem iPhona na Allegro, choć trzeba przyznać, że w żałobie po transakcji ze dwa dni chodziłem i Lepsza Połowa jak najbardziej zasadnie, mogła się ze mnie pośmiać, porównując mnie do Golluma i jego żalu po stracie „maj preszesss”.
Ale było, minęło i po sprawie.

Co nie zmienia faktu, że teorię, że faceci to dzieci, tylko zabawki mają droższe, uważam za naukowo dowiedzioną. Dziś w pracy przez cały dzień obserwowałem dwóch starych pryków, sterujacyh latającym w górę, w dół i na boki małym helikopterkiem, który jeden z nich kupił pod choinkę dla chrześniaka. A każdy stary byk, który wchodził do pokoju, od razu sam chciał spróbować.

Ta przedświąteczne atmosfera w fabryce to w ogóle rozbrajajaca jest. Wszystkim rządzi tajemna moc „Nichuja”. Jest silniejsza niż Moc z Gwiezdnych Wojen.
Moc „Nichuja” polega na tym, że jeśli masz przed Świętami jakąś pracę, której nie musisz konieczie pod groźbą nagany tudzież wywalenia z roboty wykonać, to nie ma takiej możliwości, żebyś ją wykonał. No ni chuja. Nawet jeśli jest to pierdoła na 5 minut, nawet jeśli podświadomie chciałbyś, to naprawdę ni chuja. Nie ma szans.

Taka jest ta przedświąteczna atmosfera. Szefowie, nawet największe kutasy, łagodnieją i odpuszczają, wypychają wcześniej do domu, telefon milczy, nikt niepotrzebnie dupy nie zawraca, maili dziesięć razy mniej niż w normalny dzień, na parkingu przed budynkiem pusto jak w murzyńskim bębnie i w głowie tej cipy, która mi dzisiaj wyjechała przed maskę z podporządkowanej, szczebiocząc przy tym przez telefon przyłożony do ucha. Miała podwójne szczęście, bo po pierwsze zdążyłem zahamować, a po drugie to normalnie bym zabił, a tak, na fali tej świątecznej atmosfery, to tylko wysiadłem i jej opony przebiłem.
Taaa…

Święta Bożego Narodzenia są dla mnie dowodem na to, jak bardzo ludziom potrzebne jest sacrum, a to co się ze Świętami wyprawia jest dla mnie dowodem na to, w jak zakłamanej rzeczywistości żyjemy. W takiej, w której z sacrum zrobiono profanum, ale cały czas, za wszelką cenę, zachowuje się pozór świętości, wyjątkowości. Ale wewnątrz tej świeckiej, skomercjalizowanej bombki nie ma przecież nic, poza szczerymi uczuciami ludzi, których okradziono z czegoś świętego. Nie neguję tych uczuć, wręcz przeciwnie. Tylko one są prawdziwe, bo tylko one są szczerym i bezinteresownym pragnieniem świętości.
Wiem, dziwnie to brzmi, gdy coś takiego pisze facet jawnie deklarujący brak wiary w Boga, a często zjadliwie naparzający sie z teistami. No coż, opisuję tylko co widzę. To co ja czuję i myślę jest tu bez znaczenia. Ja jestem cynicznym mutantem, pozbawionym takich pragnień, ale nie uważam, że daje mi to prawo odmawiać ich innym ludziom.
Pokażę Wam jak to na przykładzie wygląda.
Dziś w pracy tzw. wigilia była. Polega to na tym, że się wpieprza rybę i sałatkę, popijając szampanem, ale na początku jest składanie życzeń, a u nas dzisiaj było też dzielenie sie opłatkiem. Biorę udział w tych ceremoniach nie mrugnąwszy powieką, szczerze, powtarzam, szczerze się z tymi, którzy maja ochotę, opłatkiem przełamując. A koleś, który stał koło mnie powiedział głośno „Ja za opłatek dziękuję, jestem ewangelikiem, a nie katolikiem”. No OK, tylko co to ma do rzeczy? Dla ewangelika przełamanie się opłatkiem to jakiś czyn zabroniony? Nie wiem, nie znam się.
Wracając do Świąt Bożego Narodzenia, to nazywając je tylko świętami (to po polsku, w angielskim różnica jest znacznie bardziej widoczna bo tam Christmas zmieniły się w Hollidays), okradamy się z naszej tożsamości. Nie ma znaczenia jak bardzo nie wierzę, jak bardzo nie jestem chrześcijaninem i jak dla mnie osobiście pewne rytuały i wierzenia są pozbawione sensu. To naprawdę nieistotne w tych rozważaniach.
Ważna jest tradycja, a tradycja to ciągłość. Nie niezmienność. Nie ma czegoś takiego jak niezmienność. Wszystko się zmienia przecież, nasze obyczaje, nasza wiedza, nasze wierzenia. To normalne. Ważna dla tożsamości społeczności ludzkiej jest jednak ciągłość tych zmian. Kontynuacja. To jest własnie tradycja.
A co specjaliści od maketnigu mają do zaoferowania w miejsce Święta Narodzin Zbawiciela?
Świąteczną atmosferę zakupów, krasnala w czerwonej czapce i Pepsi, reklamowaną jako „Twój sposób na Święta”.
A ludzkie pragnienie świętości jest ciągle to samo, co przeciez widać, tyle, że teraz jest boleśnie i coraz bardziej uwierająco niezaspokojne. A taki stan rodzi niepokój.
Dobra, zaczynam pierdolić bez sensu. Koniec.

W każdym razie na Święta polecam Wam świąteczny występ najlepszego brzuchomówcy świata, jak zwykle politycznie niepoprawnego Jeffa Dunhama. Klikacie na Świąteczny Jeff i jazda po kolei!

http://www.jeffdunham.pl/

Wszystkiego najlepszego Wam życzę.

Rymasz

Imprezy firmowe maja tę zaletę, że się można za darmo nawalić wieczorem, a w nocy się za darmo przespać z jakąś koleżanką z pracy oraz tę wadę, że do wieczora trzeba pić za swoje po kątach i udawać, że się jest trzeźwym na bezsensownych, choć w teorii mobilizujących, prelekcjach, umoralniających pogadankach, propagandowych wystąpieniach i tworzących ducha zespołu szkoleniach.
 
Zacznę od środka, czyli od koleżanek. Ja nie korzystam, ponieważ jestem wiernym i przykładnym mężem, który żony byle jak i na chybcika nie zdradza. Ja zdradzam żonę tylko raz na dwa tygodnie, nigdy z przygodnie poznanymi kobietami, za to tylko i wyłącznie z jej najlepszymi przyjaciółkami, żeby jej jakoś szczególnie przykro nie było, gdy się już przypadkiem dowie. Zatem mnie cielesne uciechy nocne na wyjazdach służbowych nie dotyczą.
Jeśli ktoś to wziął na poważnie, to niech się nad sobą poważnie zastanowi.
 
Znacznie gorzej jest z prelekcjami, które siłą rzeczy dotyczą wszystkich.
Wychodzi np. na środek jakaś nienachalnie inteligentna brunetka, która po angielsku ledwie „Guten Morgen” umie wysylabizować i silnie przejęta wygłasza do mikrofonu, że wszyscy musimy się sfokusować na naszych targetach. Śmiać się, czy płakać?
W ogóle ta korporacyjna nowomowa mnie odrzuca.
- Stary, daj spokój, kamon. Miałem wczoraj kola z Londynu i wiesz, tam jest teraz straszny preszer na to, żeby jak największe dyskanty od suplajerów pozałatwiać.
Załamka, a naprawdę zdarzają się idioci, którzy bełkoczą na tę modłę.
Ale na prelekcjach to rzadkość, tam problemem jest to, że masz w dupie 99% w słusznej sprawie wygłaszanych prawd o tym jak jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej, a słuchać ich musisz. Jak na plenum KC PZPR. „Stoimy na skraju przepaści, ale śmiało spoglądamy w przyszłość i dajemy stanowczy krok do przodu”. Hurra!
Gdy trafiłem na pierwsze takie spotkanie u mojego aktualnego kapytalysty, to byłem na dwa tygodnie przed oficjalnym rozpoczęciem pracy, bo mnie poprzedni kapytalysta nie chciał do nowego puścić. No i trafiłem między stu pięćdziesięciu ludzi, których widziałem pierwszy raz w życiu. O firmie wiedziałem tyle ile mi na rozmowach powiedzieli. Spędzili nas do jakiejś sali. Obok mnie siedział mój przyszły szef.
Pan dyrygujący imprezą wręczył każdemu karteczkę z tekstem w rodzaju: „Robimy dobrze naszym klientom, jesteśmy zajebiści i w ogóle fajnie jest”, po czym na trzy głosy śpiewaliśmy to przez kilka minut na melodię „Panie Janie”.
- „O kurwa” – pomyślałem sobie filozoficznie – „Nie jest dobrze Igor. Masz jeszcze czas. Spierdalaj!!!”.
Mój przyszły szef szybko odczytał moje myśli. Chyba moja mina nie skrywała zbyt dobrze targających mną uczuć.
- Spokojnie Igor, my naprawdę nie zaczynamy każdego dnia od odśpiewania tej pieśni. Tylko teraz haery taką szopkę urządziły.
Nie to, żeby mnie uspokoił, ale mu zaufałem i rzeczywiście miał rację. Podobne idiotyzmy dzieją się tylko na imprezach firmowych.
Metodą na zniesienie tych niedogodności jest, jak już pisałem, jak najszybsze nawalenie się.
Pije się w samochodach na parkingu, po pokojach, za winklem. Jak na koloniach, byle tylko wychowawca nie widział.
Efekt jest taki, że szkolenia się przetrwa, ale na wieczorną imprezę człowiek przychodzi już pijany.
Po czym siada do stolika i zaczyna picie zasadnicze, tak jakby to pierwsze nigdy miejsca nie miało.
To sport ekstremalny tylko dla twardzieli.
 
Ja na tegorocznej imprezie sfokusowany byłem na jednym wyłącznie targecie. Chciałem wygrać iPhona.
Dlatego o pomoc w przebraniu i wykonaniu makijażu poprosiłem Dyrektorkę ds. Finansów oraz Dyrektorkę ds. Zakupów. Obie dobre koleżanki, a że przy okazji zasiadały w jury konkursu to naprawdę zbieg okoliczności. W czasie gdy koleżanki malowały mi ryj popijając piwko, ja wznosiłem toasty ciepłą wódką z kolegą z pokoju i Dyrektorem ds. Rozwoju, który przypadkiem do nas trafił i który, cóż za kolejny niesamowity zbieg okoliczności, również był członkiem jury.
No ja naprawdę nie wiem, dlaczego mój strój znalazł się wśród tych, które potem Szanowne Jury doceniło. Spytałem o to potem jurorów i każdy twierdził, że po prostu moje przebranie dobre było. Naprawdę.
Ciekawa rzecz jest taka, że i tak wszystkich nabrałem, bo wszyscy się pomylili twierdząc, że jestem przebrany za gejszę.
To nieprawda. Ja byłem przebrany za starą, tłustą i zużytą dziwkę, co wyraźnie widać na poniższym zdjęciu. Była to głęboka alegoria obrazująca prawdziwą rolę najemnego pracownika w fabryce kapytalysty, ale tak już wielcy artyści mają, że za życie nikt ich nie rozumie. Znoszę to z godnością.
 
stara zuzyta dziwka

Tak czy siak, zamierzony plan został zrealizowany, postawiony sobie cel osiągnięty.
Miałem swojego iPhona…

Rymasz

Lenka jest dzieciaczek. Słodki taki, uroczy, rozczulający
każdego dorosłego brzdąc.

Gdy się idzie kolano w ramię z takim krasnalem chodnikiem,
to tylko socjopaci bez serca nie reagują z sympatią na jego widok. Normalni
ludzie się najpierw uśmiechają spoglądając w dół na półtorarocznego malca,
który ze śmiertelnie poważną miną maszeruje przed siebie schylając się po każdy
patyczek i papierek spotkany po drodze, po czym, z przyjaznym wyrazem twarzy,
podnoszą wzrok na twarz opiekuna.

I to jest nasze największe szczęście, że ludzie, chociaż w
90% głupole bez pojęcia, to dobrzy ludzie są, a nie przestępcy. Gdyby było
inaczej, to by nic nie było przecież. Proste, czy mam tłumaczyć?

Inteligencja wcale nie jest potrzebna do tego, by być dobrym
człowiekiem, bo ludzie są dobrzy w sercu, a nie w rozumie. Amen.

W każdym bądź razie Lenka jest jeszcze człowieczek niewielki
i, postawmy sprawę uczciwie, byle pudełeczko z kupką kartoników w środku jest w
stanie ją uradować na chwil wiele.

Większe człowieki mają inaczej.

 

Taki zwykły facet na przykład tym się różni od dziecka, że
aby zaspokoić jego estetyczne i poznawcze potrzeby, trzeba dużo więcej
pieniędzy wydać na zabawki niż na krawat i sto wizytówek…

 

Choć nie zawsze wydawać trzeba. Od czego jest kapytalysta,
który nie tylko dziatki uszczęśliwia?

 

* * *

 

Kapytalysta ogłosił, że na balu przebierańców podczas
zamknięcia roku finansowego, będą wybierane najciekawsze stroje, a zwycięzcy w
nagrodę dostaną po iPhonie. To był sierpień. iPhony były nowością tuż po
polskiej premierze.

I strasznie mi się zachciało mieć tego iPhona. Oj, jaką
miałem na niego chrapkę. Zacząłem więc obmyślać strój. Ale jakoś słabo mi szło.

Na zeszłoroczny bal przebraliśmy się z całym moim ówczesnym
działem za Village People. Ja byłem budowniczym w kasku. Oprócz mnie był
jeszcze kowboj, Indianin, pedał i marynarz (trzy ostatnie to dziewczyny były).
Opracowaliśmy układ choreograficzny do YMCA i było sto pociech.

A w tym roku nic mi do łba nie chciało wpaść i tydzień przed
imprezą byłem w punkcie wyjścia. Ale iPhona cały czas mi się chciało tak samo. Wobec
tego poprosiłem o pomoc sąsiadkę, która jest artystką: maluje, grafiki tworzy,
filmy i teledyski animowane w komputerze wyczarowuje, kostiumy szyje i jeszcze
więcej.

I sąsiadka wymyśliła. Nawet więcej. Uszyła mi ten kostium. I
ja tego iPhona wygrałem.

 

A o tym jak dokładnie wygrałem i co z nim zrobiłem to już
innym razem. Bo teraz nadeszła ta chwila, gdy Rymasz na blogu wreszcie pokaże
swoją twarz. Tak wyglądam.

gejsza


Rymasz


  • RSS