Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 11.2008

.
W styczniu zmieniłem stanowisko w fabryce mojego kapytalysty, wiec w te pędy nadrukowano mi setkę wizytówek z nowym stanowiskiem. Pan managier wizytówki mieć przecież musi. W marcu centrala fabryki się wzięła i przeniosła do nowego, większego biura, więc w te pędy nadrukowano mi setkę wizytówek z nowym adresem. Pan managier wizytówki mieć przecież musi.
W ten sposób zostałem szczęśliwym posiadaczem kilkudziesięciu do niczego mi już niepotrzebnych wizytówek z adresem starym. Leżały sobie te wizytówki w szufladzie w biurku i czekały co wymyśli Igor. Igor w końcu, po paru miesiącach, wymyślił, że spali wizytówki w piecu na Ranczo u Najlepszej Teściowej Świata, więc przytargał wizytówki do mieszkania i połozył na półce.
Długo nie trwało, nim wizytówki dostrzegła moja Córka, czyli samobieżny generator entropii.

* * *

Mój mundur do fabryki to ancug, koszula, lakierki i krawat. Innymi słowy krawaciarz ze Stolycy jestem. Od trzech lat. Przez pozostałe lata mojej pracy zarobkowej wysoce ceniłem sobie brak konieczności zakładania garnituru do pracy. Na śluby i pogrzeby i owszem, a poza tym możecie mnie wszyscy w dupę pocałować, bo ja jestem wolny człowiek i będę chodził ubrany jak mi się tylko podoba.
Ja to w ogóle jestem silnie zdruzgotany każdą wyprawą w przeszłość siebie. Kiedyś np. w wieku dwudziestu pięciu lat tłumaczyłem wszystkim, że prawa jazdy robić nie planuję, bo transport masowy mi wystarcza.
No cóż – i niechęć do gajerów, i niechęć do samodzielnego prowadzenia samochodów, przeszły mi dawno temu i utonęły w kompostowej stercie dziesiątek innych zapomnianych poglądów.
Ja jeszcze wczoraj byłem inny niż jestem dziś.
A wracając do munduru obowiązkowego, to codzienne wdziewanie ancugu wybawia mnie z kłopotu, nad którego rozwikłaniem Lepsza Połowa spędza co rano bite pół godziny. Ona pogrąża się w coraz większym niedoczasie, wojując z poczuciem estetyki i stając przed lustrem w coraz to nowych pozach i układając coraz to nowe kombinacje z osiemdziesięciu dwóch tysięcy najróżniejszych rodzajów garderoby jakie nie wiedzieć w jaki sposób pochowała w szafach, a ja po prostu golę zaspany ryj i najzwyczajniej w świecie zakładam jeden z trzech garniaków, i idę w pizdu zapierdalać na chwałę kapytalysty mego.
Dobranie do gajera jednej z kilku wyprasowanych koszul oraz jednego z trzech krawatów to dla mnie naprawdę drobnostka, ponieważ mi żadna kombinacja nie przeszkadza.
Nad całością i tak czuwa Lepsza Połowa i nawet zajęta dopasowywaniem jednej z dwudziestu tysięcy garsonek do jednej z dwudziestu tysięcy koszul oraz do jednej z dwudziestu tysięcy par butów, o apaszce, broszce, torebce i kolczykach nie wspominając, potrafi mnie zdrowo opierniczyć za to, że różową koszulę do granatowego garnituru i zielonego krawata założyłem. Jak ona to widzi to zagadka, ale ja nie planuję jej rozwikłać.
Nie na wszystkie pytania należy w życiu odpowiedzieć. Ignorancja jest słodka. Popatrzcie na tabuny idiotów dookoła. Robią wszystko by nie wiedzieć.
Tak czy siak Lepsza Polowa potrafi to skontrolować i na dodatek dokupić mi co i raz nowy garniak (gdy uda jej się zmusić mnie podstępem do pójścia na zakupy), koszulę albo krawat.
Zatem w tym samy mniej więcej czasie co stare niepotrzebne wizytówki, nowy męski zwis mi się niespodziewanie, za sprawką Lepszej Połowy, pojawił.
W pudełku.
Które, po wyjęciu krawata, postawiłem na półce.
Długo nie trwało, nim pudełko dostrzegła moja Córka, czyli samobieżny generator entropii.

* * *

Pamiętacie zachwyt Kłapouchego związany z prezentem, na który składał się pęknięty balonik od Prosiaczka i pusty garnuszek po miodzie od Puchatka? Naprowadza was to już na trop? ;-DDD

Tak, tak, Lenka w sobie tylko wiadomy sposób połączyła to puste pudełeczko w jeden zestaw z wizytówkami i od tej pory (z pięć dni już) ten komplet jest najlepszą zabawką na świecie. Pół godziny poświęcone na wyjmowanie, rozrzucanie, wkładanie, wyjmowanie, rozrzucanie, wkładanie (…) wizytówek z, dookoła i do pudełka, to nawet za mało na jedno posiedzenie.
Obok stoi stolik, błyskającymi lampkami, odgrywający melodie, gadający w dwóch językach, zakupiony okazyjnie na Allegro. I huśtawka. I konik na biegunach za nie wiadomo ile. I mini zoo. I w ogóle. Wszystko to chwilowo to bezużyteczny badziew.

Wizytówki z pudełka można wyjmować, można je też do niego włożyć. W ogóle można z pudełkiem pójść w kąt i wizytówki z pudełka porozrzucać, albo pod prześcieradło rodzicom schować.
Ocean możliwości.

To dzięki komu Lenka ma najlepszy zestaw świata, jak nie dzięki kapytalyście? No, dzięki komu?
Ale kapytalysta uszczęśliwia nie tylko dzieci. Dorosłych również.
I jest to temat na kolejną gawędę.

Igor

Wesoło mi

13 komentarzy

Druga osiemnastka dwa tygodnie temu przeminęła z wiadrem czy też wiatrem, nigdy nie mogłem spamiętać, podobnie jak tego, czy lepsze są szybkie samochody i piękne kobiety, czy też odwrotnie. W każdym razie Panie Prezesie melduję wykonanie 90% zadania dotarcia do czterdziestki. Jeszcze tylko cztery latka i mogę zacząć oficjalnie przechodzić kryzys wieku średniego, czyli podrywać młode dziewczyny i kupić sobie fajną brykę. Po prostu nie mogę się doczekać, bo zapowiada się ciekawie. Tyle słowem wstępu, zupełnie nie mającego związku z tekstem poniżej. Pochwalić się chciałem po prostu.

Wczoraj odwiedziłem piękne miasto Łódź, które charakteryzuje się tym, że ma drogi z dziewiętnastego wieku i permanentny korek. Łodzianie mają życie ciekawe i pełne niespodzianek, bo jadąc co rano do pracy nigdy nie wiedzą którą dziewiętnastowieczną ulicę postanowiła dziś rozkopać jedna z licznych służb miejskich. Wszystkie te służby muszą prowadzić jakąś rywalizację o puchar prezydenta miasta za największą ilość wykopków, bo inaczej tego wytłumaczyć się nie da. Jak i tego, że miasto ma starą i gówno, nomen omen, wartą kanalizację ogólnospławną i zamienia się w Wenecję przy okazji każdej większej ulewy oraz, że ładne w nim są Manufaktura i Piotrkowska, a reszta wygląda jak odrapany slums. Serce mi krwawi, gdy patrzę na kompletnie zrujnowane kamienice, będące cieniem najlepszego okresu w historii miasta. Prowincji trzeba pomagać, więc inżynier z Warszawy przyjechał do Łodzi w celu ulepszenia i kanalizacji, i wyglądu. Tak wyszło jakoś, że aktualnie dwa projekty w Łodzi prowadzę w jednej z zabytkowych kamienic, będącej własnością Klienta mojej fabryki: montaż klap przeciwburzowych, dzięki czemu ich już podczas burzy zalewać nie będzie oraz gruntowny remont elewacji. Pańskie oko konia tuczy, więc na kontrol pan inżynier przyjechał. Za to mi płacą między innymi.
Wyjazd z Warszawy trwał długo, bo korek był. Stałem w nim ze dwadzieścia minut, złoszcząc się w sumie niewiele, bo człowiek do wszystkiego się może w życiu przyzwyczaić, z wciąganiem do własnych płuc dymu cuchnącego jak palone onuce włącznie. Wiem, bo jeszcze sześć lat temu sam jarałem paczkę dziennie. Do dziś nie rozumiem po co. Tak czy siak, mimo złości niewielkiej, ucieszyłem się, gdy się korek skończył i gdy wyjechałem na drogę zasadniczo przejezdną. Po czym zadzwoniła do mnie Lepsza Połowa i poinformował głosem cokolwiek zirytowanym, że wczoraj, gdy wieczorem wnosiłem coś do jej samochodu, to udało mi się nie domknąć drzwi i paląca się całą noc lampka na suficie rozładowała akumulator.
„O kurwa!” rzekłem natenczas i w dalszych kwiecistych słowach zbluzgałem własną głupotę. Tyle, że ani mi nie ulżyło, ani w niczym innym nie pomogło.
Wróciłem, podpiąłem klemy, naładowałem akumulator i pojechałem stanąć drugi raz w tym samym korku.
Brym, brym, jak mawia moja Córka i dojechałem do Łodzi.
Zgarnąłem kierownika budowy i wleźliśmy na rusztowanie.
To nie jest sport dla mięczaków, mówię wam.
Lęku wysokości zasadniczo nie posiadam. Do wczoraj tak myślałem. Ten naiwny i życzeniowy, bo niczym nieuzasadniony, przejaw optymizmu wyparował mi ze łba w jednej chwili. Wystarczyło, że kierownik budowy ze zwinnością gibona, przegalopował po desce na której stałem siedem metrów nad ziemią. Deska z chybotliwej zrobiła się niewiarygodnie chybotliwa, co skomentowałem, a jakże, rzeczowym i wyrazistym „O kurwa”, bo serce podeszło mi do gardła. Jeśli zginę tragicznie, to jest wielce prawdopodobne, że tak właśnie będą brzmiały moje ostatnie słowa w życiu. Trudno, co robić – jestem jaki jestem.
- Co się stało? – zapytał gibon w kasku – Przecież solidne to rusztowanie jak mało które, prawda?
- Prawda – odparłem, udając, że nie spanikowałem ni odrobiny – A teraz zejdziemy i spiszemy protokół.
W drodze na dół inny gibon w kasku na łbie i z kielnią w dłoni, niechcący upierdolił pól mojej kurtki mineralną zaprawą szpachlową Atlas Rekord. „Kurwa mać” z pewna taką rezygnacją mruknąłem pod nosem. Bardzo dobra zaprawa do trwałego farbowania ubrań na biało, mówię wam.
Spisałem protokół, obejrzałem zamontowane zasuwy przeciwburzowe i cały w skowronkach postałem na wyjedzie z pięknego miasta Łódź przez bite czterdzieści minut.
W domu pobawiłem się z Córką w robienie bałaganu, po czym padłem na ryj i zasnąłem, uprzednio nastawiwszy alarm w telefonie, bowiem następnego dnia rano, czyli dziś, o 5:48 miałem wsiąść do pociągu, w celu dojechania do Katowic i przeprowadzenia castingu, czyli czterech rozmów kwalifikacyjnych. Moja fabryka potrzebuje managera w Katowicach. Odmaszerować, wykonać!
Rano obudziła mnie Córka, która po zmianie czasu miewa takie poranne zrywy w miarę regularnie. Z chęcią przekazałbym kilka ciepłych słów debilom, którzy odpowiadają za to przesuwanie o godzinę to w jedną, to w drugą. Ciekawe czy ktoś zgadnie co powiedziałem, gdy na telefonie zobaczyłem godzinę 5:31? Nagród w konkursie nie przewiduje się.
Niczym innym niż zmęczeniem nie potrafię wytłumaczyć faktu, ze zamiast na 4:40 nastawiłem budzik na 5:40. Tak czy siak na pociąg nie było już żadnych szans zdążyć. Zadzwoniłem do mojego szefa, który właśnie na dworcu kupił bilety dla nas dwóch i powiedziałem w czym rzecz.
- O kurwa – powiedział szef, po czym przeszliśmy do konkretów i ustaliliśmy, że jednak jedziemy samochodem. Na ochotnika zostałem nominowany na kierowcę.
Prysznic, szef zwraca bilety w kasie, dojeżdża do mnie o 6:45 bo pobłądził, brym, brym jedziemy. Pierwsza rozmowa o 10:00.
Ja tam wariat nie jestem, jeżdżę ostrożnie nawet gdy się spieszę, przepisów nie łamię, nie to co cała reszta tych piratów, których mijam, choć zajeżdżają mi drogę co i raz. Ale na poważnie, to naprawdę więcej niż 140 się nie napinam. Nie mam żyłki sportowca.
No ale to właśnie do mnie wyskoczył zamachać lizakiem misiu zza krzaków.
No nawet się nie zdziwiłem, choć z przyzwoitości „Kurwa mać” powiedzieć wypadało. To powiedziałem, co mi tam.
Misiu podszedł i też się odezwał, przykładając dwa tłuste i brudne paluchy do daszka czapki.
- Dzień dobry, nazywam się starszy aspirant Wredny Kutas, prawo jazdy, dokumenty samochodu, ubezpieczenie. Mam cię gnoju i masz przejebane, zapraszam ze mną. 127, a dozwolone 70, przewodził pan stawce. Nieźle cię zza tych krzaków wyłapałem, choć mi niby nie wolno, ale możesz mi skoczyć i dobrze o tym wiesz, co? 400 zł, 10 punktów, wypierdalaj i grzesz dalej, żebym cię znów mógł złapać.
No i co takiemu będę tłumaczył, że ja tylko zjeżdżałem szybko na lewy pas, żeby ustąpić miejsca, bo mi się pirat do zderzaka tylnego przykleił?
Ech… 20 minut się spóźniliśmy.
Pierwszych dwóch to było zadziwienie. Ja naprawdę nie rozumiem czym kierują się ludzie, którzy piszą w cv, że znają angielski biegle, po czym poproszeni o wypowiedzenie kilku słów w tym języku dukają coś, co da się tak przetłumaczyć: „Ja pracować budowa angielski kable kłaść roka temu”, albo piszą „Znajomość komputera, Excel wyśmienicie” po czym sumy nie umieją zrobić. I jaka uczelnia wypuszcza na rynek inżyniera, który nie rozumie czym się różni procent od stu od procenta w stu, czyli nie potrafi wyliczyć jaka była cena netto, mając podaną cenę brutto i znając wysokość podatku.
Dwóch kolejnych było dobrych i jak najbardziej nadających się, poza tym, że chcieli zarabiać więcej niż mój pryncypał zarabia.
Innymi słowy, pełnym, kurwa mać, sukcesem zakończył się ten casting.

Brym, brym, wróciliśmy do domów, dla odmiany bez przygód.

Na osłodę po tak udanych dwóch dniach z mojego bogatego życiorysu, poszedłem sobie kupić 40 milionów w Dużym Lotku. Już chyba po losowaniu, ale nawet nie sprawdzam numerów. Przecież, jeśli istnieje elementarna choć sprawiedliwość w życiu, to ja tę kasę mam jak w banku. Amerykańskim, kurwa mać…

Igor


  • RSS