Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 7.2008

- Igorku, gdzie stoi butelka z piciem Lenki?
- Nie wiem Mamo. Na stole nie ma?
- Nie ma.
- Zadzwonię do Oli, pewnie ona gdzieś postawiła. Tylko gdzie jest mój telefon? Mamo, zadzwoń na moją komórkę.
Tiririri!!!
- O, na parpecie jest! Dobra mam, to teraz zadzwoń na butelkę Lenki.

;-DDD

Igor

No to tyle było nieblogowania. Oszukiwałem.

Jak nie piszę tutaj, to wróciłem do mojej książki. No i sam nie wiem.
Poniżej jej pierwszy rozdział. Roboczy, z notkami co i jak planuję rozwinąć (na czerwono). Tylko raz coś ukrywam.
Proszę o uwagi. Co jest w niej fajne to się domyślam, niestety nie domyślam się co jest w niej złe.

Mężczyzna musi coś raz na jakiś czas rozpieprzyć w drabiazgi.

Praca przy rozpieprzaniu ma tę przewagę nad pracą przy budowaniu, że do minimum ogranicza pracę koncepcyjną. Nim coś wybudujesz musisz to najpierw szczegółowo zaprojektować. Żeby coś porządnie zaprojektować trzeba zasadniczo coś wiedzieć i najlepiej pokończyć kilka szkół. A do rozpieprzania to tylko siła fizyczna wystarczy. Upraszczając oczywiście, bo żeby psią budę z desek zbić nie trzeba wcale inżynierem być, ale żeby 10-cio piętrową chałupę z pomocą TNT złożyć, to być nim już raczej wypada. Ale mniejsza o większość. Nie wykorzystujmy efektu skali.

Rozpieprzanie jakiejkolwiek budowli jest dużo prostsze niż tej budowli w pocie czoła stawianie.

Na ten niuans zwrócił uwagę Robertowi Piotr, gdy telefonicznie uzgadniali szczegóły wyjazdu i rozbiórki.

Robert jak zwykle starał się zaplanować każdy szczegół, przewidzieć z góry każdy problem, zabezpieczyć się na każdą mogącą wystąpić sytuację. Piotr jak zwykle kwitował wszystko krótkim:

- Nie sraj ogniem, bo se dupę poparzysz. Stary, my mamy te szopy rozjebać, a nie zbudować. Wyluzuj.

- Chłopaku, a myślałeś ty może przypadkiem jak ty je, technicznie do zagadnienia podchodząc, rozj… rozwalisz?

- Toż to proste jak bzykanie!

- W twoim przypadku bzykanie może i jest proste, ale tu się trochę napracować trzeba i bez rozumu się nie da. Granatem tego nie zrobisz.

- Szkoda… To byłoby najprostsze. No to je siekierą porąbię. Luzik.

- A czy ty kiedyś głąbie rąbałeś deskę siekierą w pół? Toż po to deska deską jest, żeby trudno było ją pokawałeczkować. Toż ona właśnie siły podłużne przenosić ma. Wzdłuż włókien szalej do woli, bo to praca prosta i przyjemna, ale w poprzek już tak słodko nie jest. No tak, ale co ty o tym wiesz…

- Ja wiem o tym tyle, że jak wektor siły odpowiedni przyłożyć, to i słonia na bok położysz.

- Wiesz jak zwykle niewiele i jak zwykle wiele masz do powiedzenia na temat tego, czego nie wiesz. A może by tak zastanowić się na początek, jakie narzędzia potrzebne?

 

Dzięki zapobiegliwości Roberta udało się zabezpieczyć kilka par roboczych rękawic, trzy tzw. „łapki” do podważania desek i wyciągania gwoździ, trzy młotki („Po co młotki, przecież my mamy gwoździe wyciągać, nie wbijać” – Piotr) oraz profesjonalną pilarkę. Wszystko się przydało i bez tych przyrządów mało wiele by rozebrali, za to z pewnością więcej piwa wypili.

Adam w tych telefonicznych ustaleniach nie uczestniczył.

 

Poprzednia rozpierducha w tym samym składzie miała miejsce 13 lat wcześniej. Okoliczności przyrody były znacznie mniej sprzyjające, bowiem nie była to mazurska dzicz, tylko centrum Warszawy i studencki klub, który wyglądał jak loch w serialu „Janosik”. Ładny był w nim tylko Janosik, czyli nowy właściciel, który pragnął lokal reaktywować i na początek potrzebował niewykwalifikowanych robotników do rozwalenia wielkimi jak tarany młotami kilku niepotrzebnych przy nowej aranżacji ścian. Załapali się na tę robotę dzięki znajomościom Piotra w jednej ze studenckich spółdzielni pracy. Wcześniej przeprowadzali jakieś biura, rozładowywali TIR-y, wynosili zdemontowaną wentylację z remontowanego budynku. Demolka w klubie była ich ostatnią wspólną pracą na studiach w Polsce. Ostatnią było wtarganie ogromnej kanapy na jedenaste piętro w jednym ze sklonowanych wieżowców na osiedlu Za Żelazną Bramą. Kanapa należała do znakomicie prezentującej się pani w wieku w zasadzie potartacznym. Problem polegał na tym, że dama była aktualną kobietą Piotra, o którym to fakcie zapomniał powiedzieć kolegom przed robotą. Kanapę wnieśli przyciasną klatką schodową, dopingowani przez Krystynę. Jednego z zawodników Krystyna dopingowała w sposób szczególny.

- Pietia, Pietia… Jacy przystojni ci twoi koledzy… Nic Misi nie powiedział. Niedobry Pietia, oj niedobry. Cmok, cmok. Oj jacy wy silni, spoceni. Ciężka kanapa, prawda? Ale Pietia wniesie, prawda?

Pietia wniósł.

 

Mieszkanko było niewielką kawalerką: przedpokoik z zabudowaną szafą, mikroskopijna łazienka z prysznicem, ślepa kuchnia otwarta przez otwór w ścianie na pokój o powierzchni niewiele większej od łóżka, które w nim ustawili. Garsoniera dla pani o dużym temperamencie, tudzież, jak je obrazowo nazywał Piotr – warsztat. Krysia wypłaciła Robertowi i Adamowi należną dolę i zaproponowała coś do picia, pytając jednocześnie Pietię, kiedy przetestują nowy mebel. Robert i Adam zdecydowali się wyjść jednak o suchym pysku.

 

- Co to miało znaczyć twoim zdaniem!? – wybuchł następnego dnia Robert, gdy po zajęciach siedzieli w Miodku popijając trójniak.

- Co konkretnie?

- Ustawianie nas na robotę za która płaci twoja pani sponsor!

- To miało być ustawienie nas na robotę, za którą zapłaciła moja pani sponsor. Z czym masz problem?

- Z tym, że sobie nie życzę prac dla twoich kochanek.

- A bo?

- A bo nie życzę sobie zarabiać pieniędzy dzięki temu, że ją pieprzysz, baranie!

- Odbiło ci? A co moje pieprzenie ma wspólnego z tą kasą? Była kanapa do wniesienia? Była. Różniła się czymś od tej, która wnosiliśmy w zeszłym tygodniu u tego grubego dupka na Ochocie? Niewiele. Zarobiłeś uczciwie? Zarobiłeś. To z czy, kurwa, masz problem?

- Z tym, że więcej sobie dla twoich flam pracować nie zamierzam!

I tak skończyły się wspólne fuchy, z których przedostatnią była prosta jak światopogląd faszysty rozwałka w klubie. Młot w dłoń, przed ścianą stań i bu go w migdał, co by krzyk dał. Oni natchnieni i młodzi byli, a mury runęły wśród kłębów duszącego pyłu. Umordowali się niemiłosiernie przez te kilka godzin, ale za to potem, za każdym razem, gdy pili piwo w klubie, to mieli swoją własną martyrologię do opowiedzenia.

 

Właśnie od tej martyrologii zaczęli, gdy się spotkali.

 

Jechali samochodem Roberta. Piotr z Adamem czekali na niego w mieszkaniu Piotra na Żoliborzu. Oczywiście, gdy wsiadali do samochodu, byli już lekko wcięci.

Telefony komórkowe. Nawiązać w rozdziale o żaglówkach.

- Witam pijaki. Gruszek w popiele nie zasypujecie. – przywitał ich Robert, otwierając bagażnik.

- Nie ma na co czekać stary. Całej gorzały świata nie wypijesz, wszystkich pięknych kobiet nie wydupczysz, ale to wcale nie znaczy, że nie należy próbować. – skwitował Piotr.

- Mógłbyś w końcu jakiś nowy tekst wymyślić. Ten się wyświechtał cokolwiek.

- Wot oryginał mnie pouczył. Żonę sobie zmień, bo ci się wyświechtała po tylu latach. Hyhyhy… – zarechotał Piotr.

- Nie no panowie, proszę. Nie zaczynajcie znowu, bo się rozmyślę – zaprotestował Adam.

- Mówisz i masz. A to co za złom? – zapytał Piotr wyciągając z bagażnika pilarkę, koło której postawił swoją torbę.

- A to jest sprzęt, dzięki któremu zrobimy to, co mamy zrobić. Zaufaj mi dyletancie.

- Ja tobie ufam, ale jak to działa? Patrz, to ostrze schowane za jakąś osłoną. Gówno tym utniemy. Trzeba będzie zdjąć.

- Zaprawdę powiadam ci, zamilknij lajkoniku i pozostaw sprawę sprzętu w rękach zawodowca.

- Jak chcesz, – odparł Piotr, odkładając narzędzie do bagażnika – ale ostrzegam, nie polimeryzuj ze mną, bo byłem w szkole prymasem.

Roześmieli się wszyscy.

- Załoga do wozu! – zakomenderował Robert, zamykając bagażnik.

Gdy tylko wsiedli, Piotr wyciągnął z plecaka dwa piwa. Jedno podał Adamowi.

- Ale wy sobie zdajecie sprawę, że my popracować jedziemy, a nie na pijane wczasy? – zapytał siedzący za kierownicą Robert.

- Przyjemne z pożytecznym – słowom Piotra towarzyszył syk otwieranej puszki. – A pamiętacie jak te ściany w tej norze rozwalaliśmy? Ty, Robson, ty to chyba nawet piłeś wtedy jeszcze jak biały człowiek?

- Piłem.

- No i masz ci los, co się z tobą porobiło. Zdrowie Adaś. Ale była robota, co?

Rozpamiętywanie pracy w klubie zajęło im 50 km i cztery piwa.

- Nie przeginacie? – zapytał Adam – Zważycie mi się zanim dojedziemy.

- Nie pierdol. Zatrzymaj lepiej. Kartofelki najwyższy czas odcedzić i zajarać.

Zatrzymali się na stacji benzynowej przed Pułtuskiem.

….

 Jadą, dyskusja o [TAJEMNICA] ;-))).


- Panowie, czekam na zachwyty. Nie krępujcie się. – powiedział Robert, zatrzymując się przed szarym, murowanym domem.

- Ty, duże toto.

- I takie poniemieckie – uzupełnił Adam.

- Bo to jest poniemieckie!

- Obiektywnie do rzeczy podchodząc, to z wierzchu bomba! – stwierdził Piotr. – Prowadź waćpan na pokoje.

Wypakowali bagaże i przeszli przez bramę.

- Rzućcie graty przed drzwiami, pokażę wam co na nas czeka niecierpliwie.

Dom stał w środku wsi, przy głównej drodze. Była to solidna, ponadstuletnia murowana i otynkowana budowla, zwieńczona dachem z czerwonych dachówek. Całość otaczał chwiejący się płot ze zmurszałych desek. Posesja była zaniedbana, rosła na niej wysoka trawa. Za budynkiem, przy samym płocie stał murowany budyneczek gospodarczy oraz trzy różnej wielkości drewniane szopy.

- Otóż i one, u schyłku swej świetności. Rozpierdolimy je w pół dnia.

- Piotrek, pieprzysz głupoty i dobrze o tym wiesz. To jest naprawdę kupa roboty.

- Człowieku małej wiary, my ze szwagrem po pijaku takie szopy to w pół dnia stawialiśmy, o rozwalaniu nie wspominając.

- Po pijaku, to ja ci się do nich nie dam dotknąć bęcwale jeden.

- No jak to nie dasz? Przecież czternasta dopiero. To co my dziś nie będziemy pracować?

- Dziś nie będziemy. Słuchaj, nie ma sprawy, wiedziałem, że nie wytrzymacie i się nawalicie, wkalkulowałem to w kalendarz. Ale od jutra, jeśli naprawdę chcecie mi pomóc, od rana bierzemy się do pracy. Bez alkoholu. Nie ma pracy i picia.

- Co ty bredzisz? Browarek nie zaszkodzi przecież.

- Twój wybór. Chcesz browarek pić, to pij. Ale ja ci przy popijaniu nie pozwolę urżnąć sobie ręki kątówką.

- Czym?

- Ta piła, którą w bagażniku oglądałeś, w slangu budowlanym kątówka się nazywa. OK, koniec morałów, możemy się zaokrętować i miło spędzić resztę dnia. Zostają nam potem dwa dni na zrobienie tego, co mamy do zrobienia. Przyjmujecie zasady?

- Noż kurwa Savonarola się znalazł. Zbereźnych myśli podczas wykonywania skomplikowanych i pełnych finezji czynności związanych z obaleniem na bok szopy też mi mieć nie wolno? Jak o dupach pomyślę to mam się zwijać?

- Wolno mieć zbereźne myśli, możesz nawet raz na jakiś czas skoczyć do kibla i chuciom ulżyć. Rękę pachnącym mydłem i łubudu.

- Bogu dzięki, ludzki pan nam się trafił i na dodatek piśmienny, Hłaskę czytał. Dobra, koniec pierdolenia. Niech ci będzie. Pojmuję twoje intencje, rozumiem przesłanki. Ale wieczora nie odpuszczę.

- I słusznie. Wieczór od odpoczynku jest.

- Ale czemu tylko dwa dni? A trzeciego dnia nie robimy? – spytał Adam.

- Trzeciego dnia jest niespodzianka. Dlatego prośba, żebyśmy się spięli i w dwa uwinęli. Bo szkoda niespodzianki będzie. Mówię wam. Zasady ustalone, zapraszam na salony.

Opis domu. Stare meble, syf. Robert oprowadza po pokojach, opowiada historię jak dom kupiony.

- Zostało wam jeszcze coś? – spytał Robert wskazując na plecak.

- Popsuło się wszystko. Mało wiele było, szybko się wyłopotało. w

- Dobra. Na dziś plan jest taki. Jemy obiad, ja stawiam. Klopsiki w sosie pomidorowym. Jak się komuś nie podoba, to może co?

- Spierdalać. – dokończył Adam ubiegają Piotra o włos.

- Dziękuję bardzo. Po obiedzie wycieczka. Cmentarz, ruiny młyna, górka z widokiem okolicę. Jak się komuś nie podoba to może zostać w domu i…

- Spierdalać. Pierwszy! Plan prima sort. Ale ty mam nadzieję jakąś dyspensę sobie zrobisz na dziś wieczór? Jaj ci do końca nie urwało?

- Piotruś, morda. Jak ja bym sobie nie zrobił dyspensy na dziś? Chłopie, przecież my tu pierniczymy i się przekomarzamy dla zbytków i swawoli, a prawda jest taka, że w takich okolicznościach, w takim zacnym składzie, tośmy się nie widzieli…

- Z rok będzie…

- Na moim weselu przecież – zauważył Adam. – A pamiętacie tego kuzyna mojej żony jak z dyńki w maskę samochodu walił, bo go mama zabierała z imprezy?

- A pamiętasz jak Robert się zwinął w defensywny precelek na ławce przy wejściu i zakimał?

- Odwal się! – zaprotestował, śmiejąc się Robert.

- Niezła impreza była, co?

Igor

Z nieba żar, w fabryce zapierdol, do urlopu jeszcze trochę.

Muszę odpocząć. Przewietrzyć szare, wyluzować, powywijać beztroskich figli dla samej radości wywijania jeno.

Z blogowaniem szlus do końca sierpnia. Zero uczonych i pełnych trudnych słów dysput na niesamowicie ważne tematy, zero dykteryjek z morałem, zero wspominek, zero opowieści.

Do września nic.


Odpoczywam.


I pozdrawiam
Igor


  • RSS