Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 4.2008

Gdyby cuda się zdarzały, byłby dowodem na istnienie Boga czy bogów, w każdym razie byłby dowodem na to, że są istoty nadrzędne nad wszechświatem. Jego wszechmocni władcy. Cuda byłyby takim właśnie jasnym, klarownym, ewidentnym dowodem, wytrącającym ateistom wszelką broń z ręki.
Piszę cuda. E tam. Jeden wystarczy. Jeden dobrze udokumentowany cud i pozamiatane. Aksjologiczne dysputy, pierdolenie filozofów, gdybania i „dowody” teologów byłyby zbędne.
Czujecie to?
Jeden cud i wszelkie światopoglądowe spory na temat tego czy istnieje Bóg stałyby się nieistotne i niepotrzebne, bo po tym cudzie to, że Bóg istnieje, stałoby się oczywiste. Rzecz jasna po jednym cudzie namnożyłoby się pierdyliard jego interpretacji i hochsztaplerzy oraz nawiedzeńcy tak czy siak mieliby pole do popisu podczas powoływania do życia kolejnych jedynie prawdziwych sekt, oddających cześć jedynie prawdziwemu Bogu lub bogom, ale sam fakt istnienia ponadnaturalnego, nadrzędnego bytu byłby rozstrzygnięty.
Oczywiście ateiści by nie odpuścili i kwestionowaliby cud, ale w przypadku cudu nie mieliby racji. No po prostu by nie mieli i już.

Nadszedł zatem czas, by cud zdefiniować.
Może na początek powiem, czym nie jest cud.
Cudem nie jest na pewno fakt, że nie przejechał mnie samochód. To jest zbieg okoliczności i nie takie cuda mam na myśli, gdy piszę o cudach.
Cudem nie jest remisja raka czy ustąpienie innej śmiertelnej choroby. Jeżeli już ktoś chce w tym widzieć cud, to niech przynajmniej ma świadomość, że nagłe zachorowanie zdrowej osoby na śmiertelną chorobę jest takim samym cudem. Zdrowy człowiek i nagle, w cudowny i gwałtowny sposób choruje i umiera. No nie do pojęcia! Zatem rzekome cuda uzdrowienia za wstawiennictwem świętych (np. remisja choroby Parkinsona zakonnicy, będąca „dowodem” w procesie beatyfikacyjnym Karola Wojtyły) to też nie są cuda o jakich ja piszę. Ustąpienie objawów choroby to nie jest zjawisko ponadnaturalne, choć medycyna kuleje przy wytłumaczeniach. To jest tylko dowód na to, że łapiduchy mają jeszcze sporo do zrobienia. Na szczęście cały czas swoje robią i medycyna rozwija się w równie zawrotnym tempie co inne dziedziny nauki. Zawdzięczam medycynie i lekarzom życie (co najmniej dwa razy) oraz to, że póki co nie sprawia mi ono niepotrzebnych przykrości.
Cudem nie jest także ocalenie jednego szczęśliwca w czasie potężnej katastrofy, gdy np. samolot pasażerski rozbija się o ziemię. 300 niewinnych ofiar i jeden cudem ocalony. Wcale nie cudem. Przypadkiem. Jego ocalenie było prawdopodobne, choć to, że ocalał akurat on, nie było w żaden sposób do przewidzenia. To, że ocalał konkretny człowiek, to cud, tyle, że cały czas nie taki, o jakim ja piszę.
Gdybyśmy mieli okazję prześledzić losy naszych przodków, od początku powstania życia, to okazałoby się, że to, że każdy z nas żyje, jest niewątpliwym cudem. Było nieskończenie wiele okazji, byśmy się nie narodzili i tylko ta jedna jedyna, która doprowadziła do naszego powstania. Mówię Wam, to, że urodził się właśnie każdy z Was, to splot tak nieprawdopodobnych okoliczności, że aż dech zapiera. Szansa, że urodzisz się właśnie Ty, była tak nieskończenie mała, a jednak Ci się udało. My, którzy się urodziliśmy, jesteśmy nieprawdopodobnymi farciarzami. Trafienie szóstki w totka to przy naszym szczęściu pikuś!

Dobra, wracam do cudów. Wiemy już czym nie są. Czym są zatem? A precyzyjniej, czym byłyby, gdyby były?
Cudem byłoby każde zjawisko będące sprzeczne z prawami natury. Każde zdarzenie dziejące się WBREW prawom natury byłoby cudem.
Wystarczy jedno takie wydarzenie, byśmy mieli dowód na ingerencję bogów czy Boga w losy wszechświata. Jedno!
Dlatego argumenty z cudami są tak ważne dla teistów podczas rozmowy z niedowiarkami i dlatego też ateiści mają do końca świata zapewnione zajęcie przy demistyfikacji wszystkich cudów mniemanych. Dlatego też, nim powrócę do rozważań o cudach i tłumaczenia czym są, a czym nie są cuda, najpierw opowiem Wam o pewnym cudzie, mającym być dla mnie dowodem na istnienie Boga katolików. Zgłębianie tego cudu, nie tylko nie przekonało mnie do tego, że Bóg istnieje, ale doprowadziło do wyciągnięcia zupełnie innych wniosków.

Igor

Cuda

26 komentarzy

Cudem uniknąłem dzisiaj śmierci. Nie pierwszy raz w życiu zresztą.
Dzieliło mnie od niej maksymalnie pół sekundy. Pewnie mniej nawet.
Zginąłbym w głupi i bardzo prozaiczny sposób. Najgorsze w mojej śmierci dla moich bliskich byłoby to, że zginąłbym bez własnej winy.
Dzień jak co dzień, idzie sobie chłop i nagle, ni z tego ni z owego, TRACH! I po chłopie.

Zginąłbym równie przypadkowo, jak przypadkowo uniknąłem śmierci.
Cudem bym wręcz zginął.

Przechodziłem przez ulicę na pasach. Ulica szeroka, zatem przejście długie, z wysepką w połowie drogi. Odcinek pierwszy przebyłem bez przeszkód. Stanąłem na wysepce. Kierowca, jadący czerwonym Fiatem, pasem ruchu bliżej mnie, na mój widok uprzejmie się zatrzymał. Uśmiechnąłem się do niego, w geście podziękowania uniosłem w górę rękę, na co on odpowiedział skinięciem głowy i machnięciem dłoni znad kierownicy, i ruszyłem przed siebie, myśląc intensywnie, jaką by tu notkę na bloga zapodać, bo coś ostatnio lenia mam.

Gdy tylko minąłem Fiata, zapierdalający drugim pasem najmarniej 100 km/h, granatowy Opel Corsa kombi śmignął przede mną w odległości kilku centymetrów.

Gdybym nie tracił czasu na wymianę uprzejmości z przepuszczającym mnie kierowcą, gdybym się spieszył, zamiast iść spokojnie, zatopiony we własnych myślach, gdybym… To bezmyślny skurwysyn prowadzący Opla zmiótłby mnie z pasów. W momencie uderzenia dosłownie wyskoczyłbym z butów. Auto zgruchotałby moje nogi, a moje ciało niczym worek na mięso i kości, ze zwisającą głową i majtającymi się bezwładnie kończynami, torem paraboli przeleciałoby kilkanaście metrów,  w najwyższym punkcie lotu wznosząc się na 3-4 metry. Bo to właśnie dzieje się z ludźmi trafionymi przez rozpędzony samochód. Nie byłbym wyjątkiem. Po upadku na twardy asfalt w moim ciele popękałoby się wiele kości, a organy wewnętrzne zmieniłyby się w krwawą mielonkę. W przeciągu dwóch, trzech sekund, z zadowolonego z życia faceta, zmieniłbym się w leżące w kałuży krwi, zmasakrowane zwłoki.
Pożegnałbym się z życiem bez świadomości, że właśnie się z nim żegnam. Pozbawiony, przez to skretyniałem bydlę za kierownicą Opla, które w momencie mojego ostatniego lotu, ze wszystkich sił, jakby to cokolwiek mogło zmienić, wciskałoby pedał hamulca, możliwości pożegnania się z rodziną i przyjaciółmi, uściskania żony i wypłakania się z nią, wycałowania ze wszystkich sił córeczki, przybicia, po raz ostatni, piątki z przyjaciółmi i powiedzenia im, że nie ma się, kurwa, czym przejmować, a śmierć jest prawie tak samo nieuchronna i bezwzględna jak Urząd Skarbowy, z tą różnicą, że w niebie podatków się nie płaci. Miejmy nadzieję.
Umarłbym, nie spisawszy ostatniej woli, zostawiając bałagan i rozgardiasz.
A przez brak testamentu moja żona pewnie by mnie pogrzebała w całości, choć tyle razy jej tłumaczyłem, że mam być spopielony i schowany do ziemi w wersji instant!

Ale nie wykonałem dziś mojego ostatniego lotu, a ten skurwiel, który mnie dziś nie zabił, dalej jeździ po mieście i ani chybi, wcześniej czy później, pozbawi udręk życia doczesnego jakiegoś niewinnego człowieka.

Nie pierwszy raz wywinąłem się kostusze spod ostrza. Takich samochodowych przypadków miałem w życiu kilka. Raz mnie nawet kumpel za rękę w tył pociągnął i życie ocalił nieświadomie. Dwa razy w młodości się topiłem: raz w zimie, gdy na środku jeziorka zarwał się pode mną lód, a drugi raz latem, na gliniankach. Kiedyś przez kierownicę roweru poleciałem na łeb naprawdę nie wiem jakim cudem go nie rozłupałem. No właśnie. Jakim cudem ten gnojek mnie dziś nie rozsmarował na miazgę? No jakim?

Ano żadnym. A wiecie dlaczego żadnym?
Bo cudów po prostu nie ma.

Opowiem Wam o tym.

cdn.

Igor

Byłem dziś w Łodzi. Z piąty czy szósty raz, jak zwykle służbowo, na spotkaniach, ale wreszcie znalazłem czas, by uczciwie przejść się Piotrkowską. Godzinę sobie spacerowałem.

Nie znam ładniejszej ulicy w Polsce.

Co więcej, samą Łodź coraz pozytywniej odbieram, choć do niedawna za strasznie przygnębiające miejsce ją uważałem. Te wszystkie zaniedbanie kamienice naprawdę tworzą dekadencki nastrój, ale zaczyna to mieć dla mnie urok.

Igor

Fajna wycieczka była. Do Whitestock dojechaliśmy koleją. Część wycieczki w związku z tym wsiadła z pociągu z zamglonym wzrokiem i na miękich nogach. My z Genkiem nie.
Autobus zawiózł nas do zakładu.
Najpierw było ujęcie wody i stacja uzdatniania. Chciaż trzeźwy byłem, to ni cholery  nie pamiętam jak oni wodę uzdatniają w tym Białymstoku. No nic.
Za to oczyszczalnię ścieków pamiętam doskonale. Duży, nowoczesny zakład z technologią osadu czynnego, czyli jak najbardziej standard dla miejskich ścieków bytowo-gospodarczych.
Na początku takiej oczyszczalni ścieki trafiają na kraty, na których zatrzymują się co większe przedmioty, niesione nurtem. To co się zatrzymuje to tzw. „skratki”.
Czy ja już pisałem kiedyś, że ludzie w swej znakomitej większości to bezmyślne debile? Pisałem wielokrotnie. Dodać mogę zatem tylko, że rację miał Dezerter, śpiewając, że „najprościej jest nie myśleć”. Bo po co tracić czas i energię na myślenie, gdy w życiu znakomicie można sobie poradzić bez zastananwiania się nad czymkolwiek poza tym skąd kasę skołować i kogo by tu wyruchać? W zawiązku z tym debile stosują w przypadku swoich sedesów zasadę „co z oczu, to z serca” i wrzucają do niego co popadnie. Poszło? Poszło. No to po kłopocie. Mieszkałem kiedyś w bloku, w którym takie właśnie przygłupy regularnie zatykały poziomy kanalizacyjne śmieciami wyrzucanymi wprost do kibla i powodowały bardzo niefajne podtopienia. Do piwnicy wchodziło się tylko w kaloszach, lub kicało po porozstawianych pustakach, a cały dom śmierdział gównem przez kilka tygodni.
W „skratkach” można znaleźć wszystko. Banknoty, buty, puszki, no naprawdę co tylko się w rurę o średnicy 110 mm (taki jest odpływ z sedesu) zmieści. To co się teoretycznie nie zmieści również można znaleźć.
Niezależnie od tego jednak na jakiej oczyszczalni ścieków, czy w jakiej przepompowni bym nie był, pierwszym co rzucało się w oczy były ogórki kiszone. Nie mam pojęcia czy to w dalszym ciągu uniwersalna reguła, ale dla mnie już zawsze skratki w jednej trzeciej będą składać się z ogórków kiszonych.
A na poważnie, to gdy zwiedzaliśmy oczyszalnię „Czajka” w Warszawie to opowiadali nam o wizycie policji i prokuratora w związku ze zwłokami nowordoka. Matki kurwy Polki… No niestety. Ludzie poza tym, że bezmyślni, to jeszcze bezinteresownie źli.


Dobra, wracamy do skróconego wykładu z oczyszczania ścieków na oczyszczalni.
Za kratami jest piaskownik i jak sama nazwa wskazuje służy on pozbyciu się piasku, kamyków, czyli tych największych i najcięższych obiektów, które pozostały w ściekach po kratach.
Potem jest osadnik wstępny, w którym pozbywamy sie kolejnych zawiesin.
Tu kończy się oczyszczanie mechaniczne, w dalszej części do gry wkracza biologia i żyjątka, które to co pozostało w sciekach uważają za ogromny przysmak.
Zatem ścieki są napowietrzane i w basenie osadu czynnego poddane intensywnej konsumpcji przez rzeczony osad, na który składają się bakterie i pierwotniaki.
W wyniku pożarcia ścieków otrzymujemy H2O, CO2 i dużo spasionego osadu czynnego, czyli dużo mikroorganizmów pozbijanych w spore kłaczki.
W następnej kolejności na osadniku wtórnym oddziela się osad od wody. Osad się potem zagęszcza, fermentuje (uzyskując przy okazji biogaz do kotłowni), odwadnia i składuje np. na specjalnych lagunach. A woda? Nie polecałbym może jej się może napić, ale i gwarantuję, że jest o wiele czystsza niż woda z której powstały ścieki, czyli woda z ujęcia. i zapewniam Was, że spokojnie może trafić z powrotem do naturalnego obiegu wody w przyrodzie.
Sprawdza, skuteczna, w pełni kontrolowana technologia.
 

W wodociągach i na oczyszczalni ścieków w Białymstoku mieli tylko jeden jedyny problem.
Była połowa lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Przemysł kwitnący za komuny generalnie padł i zdechł, a kapitalistyczny jeszcze nie zdążył powstać. Zatem zakłady potrzebujące do produkcji wodę się wyłopotały. Ludność cywilna zaś została w swych mieszkaniach uszczęśliwiona wodomierzami i gdy tylko zobaczyła pierwsze rachunki za wodę, natychmiast zaczęła ją oszczędzać i zamiast kapieli brać prysznice.
Jaki był efet? Zapotrzebowanie na wodę spadło w sposób dramatyczny.
Pan ekolog od mojego pierwszego akademickiego wykładu byłby się pewnie ucieszył. W białostockich wododciągach mieli jednak nietęgi kłopot, bo na pół gwizdka robili i mniej zarobić mogli, a im mniej zarobli to tym mniej inwestycji i tym mniej wybudowanej kanalizacji, i tym większa szkoda dla środowiska.
Mam nadzieję, że nie pousypialiście, gdy nudziłem o oczyszczaniu i widzicie już ten pardoks?


cdn.


Igor

Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku rozpocząłem studia na Wydziale Inżynierii Sanitarnej i Wodnej Politechniki Warszawskiej. Wykład inaugurujący rok akademicki odbył się jeden dla wszystkich pierwszoroczniaków, spędzonych do kupy w wydziałowej auli na szóstym piętrze, tuż koło nieistniejącego już baru, pieszczotliwie zwanego natenczas chlewem. Wysłuchiwałem tego pierwszego w moim życiu wykładu akademickiego maksymalnie skupiony i silnie przejęty, robiąc szczegółowe notatki. Zwyczaj ów niestety nieszczególnie wszedł mi w krew i może właśnie dlatego, że tak niewiele wykładów zaszczyciłem w przyszłości swoją obecnością, ten zapamiętałem nadzwyczaj dobrze. Wykład był o ochronie naszego zmasakrowanego przez cywilizację środowiska. To kolejny powód, dla którego go zapamiętałem, bo mnie wtedy niebywale niepokoił stan naszego zmasakrowanego przez cywilizację środowiska. To była jedna z przyczyn, dla której wybrałem taki, a nie inny kierunek studiów.
Wykładowca rozpostarł przed nami katastroficzną wizję Ziemi pozbawionej wody pitnej, z rzekami i jeziorami wypełnionymi po brzeg ściekami. Byliśmy na krawędzi. Lada chwila miało nas to spotkać. Przyszłość planety leżała w naszych rękach. To my, przyszli inżynierowie, mieliśmy te ścieki oczyszczać i uzdatnioną wodę narodom dostarczać. Ale wykładowca przemawiał do nas nie tylko jako do studentów, ale także jako do zwykłych obywateli. „Prysznic zamiast kąpieli w wannie!” grzmiał, wyliczając skrupulatnie różnicę w zużyciu wody pomiędzy tymi konkurencyjnymi sposobami dokonywania ablucji. Czarno na białym było widać, że jedną kąpielą można kilka natrysków obdzielić.
No mówię Wam, trafił mi wprost do serca.
Taki zapał poczułem i taką rozpierającą mnie energię, by jak najszybciej te studia skończyć i ruszyć na ratunek planecie! I nigdy więcej kąpieli w wannie!!!

Zapał przeszedł mi już po tygodniu.
Rozpocząłem z przytupem i zasuwałem na każdy wykład, usiłując robić notatki. Nie wychodziło mi za bardzo.
Pan profesor na wykładach z matematyki metodycznie zapisywał tablicę za tablicą tajemnymi hieroglifami, z których nie rozumiałem zupełnie nic. Na maturze z matematyki dostałem piątkę. Teraz okazało się, że jestem cienki jak dupa węża.
Na fizyce podobnie. Pan docent jechał równo rachunkiem różniczkowym, o którym nie miałem pojęcia, bośmy w ogólniaku do tego nie doszli.
Na geometrii wykreślnej jak małpa przerysowywałem skrupulatnie wszystkie rysunki nie jarząc w ząb o co kaman. Jak on tę prostą tu, to ja też! Krok po kroku, bez żadnego zrozumienia.
No to co się dziwić, że się zniechęciłem i podczas kolejnych lat studiów wykłady zwykłem spędzać nie na salach wykładowych, ale w chlewie, otoczony dymem z papierosów i pochłonięty grą w brydża. Dodatkową konkurencję dla wykładów z matmy stanowiły wykłady Waldemara Łysiaka z Historii Kultury i Cywilizacji na Wydziale Architektury. Były w tym samym czasie. Łysiak wygrał i dyrdałem do niego jako wolny słuchacz zamiast do profesora Stankiewicza.
W każdym razie okazało się, że inżynierem nie tak łatwo zostać i zanim się dojdzie do tego, co naprawdę ciekawe, trzeba poryć trochę w podstawach. Na sesji wszystkie trzy egzaminy w pierwszych terminach spektakularnie uwaliłem. Powyciągałem się dopiero w poprawkach. Ten pierwszy rok naprawdę nieszczególnie interesujący był. Taka szkółka, tylko bardziej. Kilka kolokwiów w tygodniu, projektów od cholery do oddania, laboratoria z wejściówkami i zejściówkami. Masakra non stop. Przetrzebili nas nielicho. Drugi rok był podobny. Dopiero na trzecim zaczęło być cokolwiek interesująco, ale ja akurat znalazłem sobie inne hobby, polegające na konsumpcji różnych substancji, po których z reguły koncentracja spada. Zatem trzeci rok w czasie moich studiów trwał dwa lata. Na czwarty zacząłem dochodzić do siebie, a na piątym wyszedłem na prostą. To w skrócie.

W każdym razie na czwartym roku powróciły tematy poruszane na pierwszym wykładzie, bo uzdatnianie wody i oczyszczanie ścieków to była specjalizacja, którą wybrałem. W ramach poznawania inżynierii od podstaw, zwiedzaliśmy różne oczyszczalnie ścieków, przepompownie, ujęcia wody i co tylko się dało. Jednym z takich zakładów były zakłady wodociągowe w Białymstoku.

cdn.

Igor


  • RSS