Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 3.2008

1. Jeśli masz najmniejsze nawet podejrzenie, że coś jest nie tak jak powinno twoim zdaniem być – płacz najgłośniej jak potrafisz! Zawsze pomaga.
2. Jeśli wszystko wydaje sie być takie, jakie twoim zdaniem powinno być, nie pozostaje nic innego jak mieć doskonały nastrój.
3. Masz prawo jeść o dowolnej porze dnia i nocy. Jeśli ktokolwiek uważa inaczej, zastosowanie ma pkt. 1.
4. Masz prawo spać i budzić się o dowolnej porze dnia i nocy. Jeśli ktokolwiek uważa inaczej, zastosowanie ma pkt. 1.
5. Inni ludzie służą wyłącznie do spełniania twoich zachcianek. Jeśli ktokolwiek uważa inaczej, zastosowanie ma pkt. 1.
6. Celem życia jest robienie tego, na co nie pozwalają inni ludzie. Robienie tego na co pozwalają lub, co gorsza, do czego zachecają, jest bez sensu. Liczy się tylko i wyłącznie to na co ty masz ochotę wbrew ich ochocie. Jeśli ktokolwiek uważa inaczej, zastosowanie ma pkt. 1.
7. Każdy przedmiot znajdujący się powyżej podłogi chce, by go na nią zrzucić. Każdy przedmiot znajdujący się na podłodze chce, by go przewrócić. Każdy przedmiot, który trafia w twoje ręce chce, by go upuścić na podłogę. Ale najpierw zawsze musisz go sobie wsadzić do buzi. Choć na chwilkę.
8. Pluj jedzeniem, jeśli tylko taki właśnie pomysł wpadnie ci do głowy. To fajne i zabawne zajęcie.
9. Gazety i książki służą do darcia, a zadrukowany papier jest największym smakołykiem.
10. WSZYSTKO da się opowiedzieć własnymi słowami i potrzeba ich do tego zaledwie siedem. Są to „Aaaaaaaaaaaaarrrrrrrrr”, „Oooooooooooooohhhhhhhh”, „Kako!”, „Gagagaga”, „Mamamamama”, „Oga!”, „Dadadada”. Ale mogą też być dowolne inne. Zależy od dnia. Najwdzięczniejszymi słuchaczami są przedmioty. Zawsze warto z jakimś pogadać, zanim rzuci się go na podłogę.

Podobno do 6 roku życia dziecko należy traktować jak księcia, między 6 a 18 rokiem życia jak niewolnika, a powyżej 18-stu lat jak przyjaciela.
Nie mogę się doczekać, gdy moja Lenka skończy 6 lat. ;-DDD

rymasz

Ta wzruszająca historia wydarzyła się 25 lat temu. Byłem wtedy dobrym i grzecznym Igorkiem.
 
Pewnego dnia, gdy wyszedłem na balkon, zauważyłem w pustej skrzynce na kwiaty dwa jajeczka, wielkości ziarna fasoli każde. „Hurra Mamusiu! Gołąbki założyły domek na naszym balkonie! Czyż to nie cudowne?!”. Mama westchnęła, ale nie powiedziała nic.
Codziennie rano biegłem do pokoju rodziców i przyklejałem nos do szyby, obserwując gołębicę wysiadującą jajeczka. Podrzucałem jej ziarenka i kruszyłem chleb. Nie posiadałem się ze szczęścia, gdy pewnego dnia z jajek wykluły się dwa brzydkie i łyse pisklęta. Z zachwytem obserwowałem jak rosną i jak przybywa im piór. Aż wreszcie cała gołębia rodzina odleciała, zostawiając mojej Mamie w spadku do posprzątania dokumentnie zasrany i pełen oślizgłych robaków balkon. Mi było smutno, moi rodzice się cieszyli.
 
Dwadzieścia lat później zrozumiałem dlaczego.
 
Mieszkaliśmy z Lepszą Połową w wynajętej kawalerce, której balkon para słodkich gołąbków wybrała sobie na wymarzone miejsce do spotkań. Przylatywały codziennie, punktualnie o 5:00, właśnie wtedy gdy śpi się najmocniej, a sny są najbardziej kolorowe. Ich randka polegała na tym, że pan gołąb przez dwie godziny uroczym i donośnym gruchaniem namawiał panią gołębicę na bzykanie. Gdybym tylko bydlaka dorwał w swoje ręce, to przed skręceniem karku, najpierw porywałbym mu wszystkie pióra. Detalicznie, sztuka po sztuce. Niestety dla mnie i na szczęście dla tego zawszonego, skrzydlatego szczura, nie miałem takiej szansy. Przeganiałem je oba dzień w dzień, ale ich uczucie było silniejsze i co rano wracały. Wreszcie, pewnego dnia, znalazłem w skrzynce na kwiaty dwa malutkie jajeczka. Chwyciłem je w serwetkę i pobiegłem do Lepszej Połowy. „Hurra Kochanie! Gołąbki założyły domek na naszym balkonie! Czyż to nie cudowne?! Chcesz popatrzeć, jak dokonuję aborcji na nienarodzonych pisklaczkach?”. Lepsza Połowa się oburzyła i protestowała, ale ja byłem bezlitosny. Ależ mi się micha cieszyła, gdy wyrzuciłem te jajka za balkon i patrzyłem jak robi się z nich malutka jajeczniczka. Gdy na balkon wróciła niedoszła gołębia mama, to sprawiała wrażenie strasznie skonfudowanej. Bezradnie dreptała wokół skrzynki, w której pozostawiła swoje nienarodzone dzieci i smutno, i cicho gruchała pod nosem. Patrzyłem na nią zza szyby z niewypowiedzianą satysfakcją, upojony przepełniającą mnie radością. Więcej już nie wróciły.
 
Tak właśnie w skrócie i obrazowo przedstawia się różnica między mną sprzed dwudziestu pięciu lat i mną obecnym. Byłem naprawdę dobrym dzieckiem. Uczynnym, posłusznym, pełnym dobrych intencji i naiwnej wiary, że świat jest cudownym miejscem zamieszkałym przez cudownych ludzi, na których z góry spogląda dobrotliwy i wyrozumiały Ojciec. Dużo z tych dziecięcych złudzeń hodowałem jeszcze w wieku młodzieńczym. Dziś nie zostało ich wiele, a słowo „gołąb” nie kojarzy mi się już z Duchem Świętym, miłością i pokojem. Gdy słyszę „gołąb”, moim pierwszym skojarzeniem jest „wiatrówka”.


Czy już mnie znienawidziliście? Może ktoś ma tu inne zdanie na temat gołąbków? Może wcale nie trzeba tego tałatajstwa tępić w mieście tak jak tępi się szczury? Bo ja tak własnie sądzę. Zamiast okruszków – trucizna. A za dokarmianie mandat!

rymasz

Czarek uważał, że mu się w życiu poszczęściło. Miał dobrą
żonę i dwoje dzieci, dwa lata temu skończył budować dom, trzy miesiące temu
kupił nowego Fiata Panda i co najważniejsze wszystko to osiągnął dzięki pracy
własnych rąk. Całkiem nieźle jak na biednego chłopaka ze wsi po zawodówce. Z tą
robotą to było naprawdę niezłe szczęście. Jak to przypadek potrafi człowiekowi
się przysłużyć. No przypadek normalnie. Bo przecież z wykształcenia Czarek był
ślusarzem, po obróbce skrawaniem. W tę hydraulikę wszedł całkiem niechcący,
najpierw jako pomocnik na budowie, bo innej roboty znaleźć wtedy nie mógł. A że
swój rozum miał, szybko pokapował co i jak z tymi rurami, zaworami, piecami,
pompami i całą resztą, rysunki szybko nauczył się czytać. A że jeszcze na
dodatek potrafił od czasów gdy ojcu przy gospodarce pomagał i pomurować, i
pospawać, i co tam jeszcze złota rączka może zrobić (sam przecież swój dom
stawiał!), i żadnej roboty się nie bał, to go chłopaki wciągnęli w tę spółkę co
ją założyli, żeby z Szefem się rozliczać. Na początku to był strach trochę, no
bo to jednak zawsze lepiej i bezpieczniej tak na etacie w firmie, a nie na
swoim, ale koniec końców się okazało, że wszystkim się opłaca. Im, bo robotę
szef załatwiał jak poprzednio, płacił w czasie, doradził co i jak z podatkami i
całą resztą prowadzenia tej spółki. Szefowi, bo co i raz przecież jakieś
zawyżone faktury mu wystawiali (nie robi różnicy jak się ryczałtem podatki
płaci), co by sobie koszty powiększył, a i na każde zawołanie ich miał, do każdej
fuchy i robotę zawsze zrobili.

Ładny dzień dziś był. Lipiec, ciepło, ale tak w sam raz, nie
upał. Układali kanalizację do tego nowego budynku. Koparka już wykopy porobiła,
kręgi od studni zapuszczone, więc tylko rurociągi między studniami ułożyć,
studnie podmurować, szpary zaszpachlować (to Czarka robota zawsze była),
geodetów zawołać i zasypka.

Czarek wiedział, że to, że wykopy są wąskie, o pionowych
ścianach i bez szalunków nie jest za bezpiecznie. No ale na piasku do zasypki
też się oszczędzało i tyle go dawało, żeby tylko widać było dla inspektora, a
zasypywało się wszystko tym, co z wykopu… Na wszystkim się oszczędzało. No
każdy chce przecież zarobić jakoś, prawda? A dla inwestora jaka to różnica? I
tak mu kanaliza działa. 

Czarek z poziomicą siedział w wykopie i układał rury z
właściwym spadkiem. Janek, brygadzista, majstrował przy niwelatorze, Leszek coś
robił obok wykopu przy rurach, operator koparki skoczył coś tam załatwić na
miasto, bo co ma tak siedzieć, jak i tak na razie niepotrzebny.

No jasne, nie było to za mądre tak samemu w wąski, głęboki
wykop wejść. Ktoś powinien stać obok i cały czas burty obserwować, czy się nie
zerwą. No ale jak do tej pory zawsze jak się burta zrywała, to się udawało
wyskoczyć, a robota czekać nie mogła. Czarek wstał na chwilę rozprostować
kości, przeciągnął się z łapami do góry i znów się schylał do poziomicy, gdy
usłyszał charakterystyczny dźwięk spadającej ziemi. Spróbował się błyskiem
wyprostować, ale tym razem burta zerwał się tuż przy nim. Nie miał szans. W
jednej chwili zrobiło się ciemno i głucho. Głucho w jakiś dziwny i nic dobrego
nie wróżący sposób. Czarek spróbował zaczerpnąć powietrza. Nie mógł. Jezus
Maria! Nie mógł oddychać. W usta, w dziurki od nosa zaczął mu się wciskać piach.
Spróbował jeszcze raz. Znów nic z tego. Jeszcze raz. Bez efektu. Ogarnęła go
panika. Na chwilę dosłownie. Bo w następnej sekundzie strach zastąpiło
straszliwe zmęczenie. Zrobił się nagle senny i wszystko zaczęło się robić jakoś
tak nieważne. Chociaż tak mu smutno było, że już dzieci nie zobaczy, że z żoną
się nie pożegnał, że… Rzeczywistość odpłynęła… I nie było już nic.

* * *

Zgodnie ze sztuką, burty wykopu liniowego powinny być albo
zabezpieczone i rozparte szalunkami, jeśli są pionowe, albo odpowiednio
zeskarpowane, czyli wykonane pod odpowiednim kątem. Następnie rurociągi
zasypuje się drobno lub średnioziarnistym piaskiem, zagęszczając (ubijając
mechanicznym „tupochłopem”) każdą 30 cm warstwę. Nadmiar gruntu z wykopu wywozi
się ciężarówkami poza budowę na przeznaczone do tego wysypisko, ale z tym
akurat nie ma problemu, bo nadmiar ziemi zawsze ktoś się zgodzi przyjąć.

Dokładnie taką technologię wykonania wykopów przyjmuje się
do kosztorysu.

W rzeczywistości zaś, jeśli tylko da się sprawę szybko
załatwić (jeśli ma się dobre układy z inspektorem nadzoru, to żaden to
problem), wykopy o pionowych ścianach nie są zaszalowane, a jeśli nie robi się
wykopu w drodze, tylko na placu budowy, to zasypkę robi się ziemią z wykopu.
Ponieważ przyłącza wodociągowe i kanalizacyjne robi się zwykle na początku
budowy, to przez kilka następnych miesięcy grunt sam osiądzie i się naturalnie
zagęści. Żaden problem.

Firmy budowlane i instalacyjne prowadzi się nie po to, by
ładne rzeczy budować, ale po to, żeby zysk przynosiły. To oczywiste, że zarabia
się wszędzie tam, gdzie jest szansa zarobić.

* * *

Leszek otarł pot z czoła. Kątem oka zobaczył, że Czarek
wystawił ręce z wykopu. W następnej chwili usłyszał jak zrywa się burta. Ruszył
biegiem w stronę Czarka, chwytając wbitą w ziemię łopatę. Janek, który był
odwrócony w inną stronę, też się zerwał bez zastanowienia, gdy tylko usłyszał
łoskot sypiącej się ziemi.

* * *

Gdy zerwie się burta w wąskim wykopie liniowym to na
zasadzie kostek domina leci na całej długości. W ciągu kilku chwil wykop
przestaje istnieć. Zerwana ziemia ma dużo mniejszą gęstość, więc zasypuje wykop
po brzeg. W miejscu gdzie przed chwilą był głęboki rów jest zwalisko świeżej
ziemi. Jeśli w wykopie był wasz kolega, burta zerwała się na długości np. 15
metrów, a wy nie wiecie, w którym dokładnie miejscu jest człowiek, którego
zasypało, to ten człowiek w zasadzie już jest trupem. Gdyby Czarek tuż przed
zerwaniem burty nie wstał, gdyby Leszek w tej właśnie chwili nie otarł czoła,
byłoby już po wszystkim. Dzięki temu zbiegowi okoliczności Czarek miał ciągle
szansę na przeżycie. Leszek i Janek mieli około 90-ciu sekund, by go odkopać.

* * *

- Tu! Widziałem rękę! – krzyknął Leszek, wbijając głowicę
szpadla w ziemię. Janek cofnął się na chwilę kilka kroków, chwycił kolejny
szpadel i zaczął kopać razem z Leszkiem.
- Tylko ostrożnie! Nie zahacz go!
Kopali jak szaleni przez kilkanaście sekund. Na szczęcie
świeżo osunięta ziemia jest naturalnie spulchniona, więc kopanie idzie dużo
łatwiej niż w zastałym gruncie.
- Jest ręka! Obok kop, tylko ostrożnie!
- Już! Zostaw szpadel.
Klęknęli obaj i rękami wygarniali ziemię na zewnątrz.
Odkryli głowę Czarka. Miał zamknięte oczy.
- Czarek! Słyszysz nas!? Czarek!!!
Czarek zacharkotał. W przerażający sposób. Jakby ostatnie
tchnienie wydawał. Zaczął sinieć.
- Dusi się! – wrzasnął Leszek, trzymający głowę kolegi w
dłoniach. – Klatkę piersiową mu trzeba odkopać!
Zaczęli to robić w coraz większej panice.
- Czarek, oddychaj. Czarek, kurwa, oddychaj!!!
Mimo tego, że odkryli Czarka prawie do połowy, on dalej
siniał. Leszek bezceremonialnie wsadził mu dwa palce w usta i wygarnął garść
ziemi.
Czarek złapał pierwszy od prawie dwóch minut oddech. Płytki
i świszczący.
- Będzie dobrze Czarek!
Czarka stać było ledwie na niezauważalne poruszenie
zamkniętymi powiekami.
Wykopali go do końca i położyli na ziemi. Oddychał już
równo. Otworzył oczy.
- Czarek, wszystko dobrze? Widzisz nas?
Nie był w stanie powiedzieć słowa.
 
* * * 

Tak naprawdę to wszystko wróciło z powrotem dopiero w
szpitalu, już po kroplówce. Ale wracało powoli. Czarek nie pamiętał za dużo. Ze
szpitala zawieźli go do domu. W miarę dobrze poczuł się w połowie następnego
dnia.
Potem przyjechał operator koparki i chciał mu wcisnąć jakiś
papier do podpisania, że on odpowiedzialności za wypadek nie ponosi, ale Czarek
nic nie podpisał i powiedział, że musi się zastanowić. Potem Szef przyjechał z
chłopakami i razem zeznania dla policji napisali. Czarek nic miał nie pamiętać,
poza tym, że wykop był zeskarpowany, że byli w trakcie jego kopania, a on
wskoczył do niego na chwilę, żeby sprawdzić, czy na kable nie trafili, bo na
planie miały być. Koledzy cały czas go obserwowali. Potem zresztą i tak
wszystko się jakoś rozmyło, bo Szef wiedział jak takie sprawy się załatwia.

Za cztery dni Czarek wrócił do roboty, przekonany, że
naprawdę jest wyjątkowym szczęściarzem. Przecież dalsze życie dostał w prezencie.
No bo on tak naprawdę już przecież nie żył prawie. To co innego miał myśleć, jak
nie to, że mu się w życiu po raz kolejny poszczęściło?

rymasz


  • RSS