Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 2.2008

Dla kadry menedżerskiej proces budowlany polega w 80% na
siedzeniu na naradach. Na normalną robotę zostaje zatem 20%, więc nie ma
najmniejszych szans, żeby się z nią wyrobić. Tak jest na budowach zarządzanych
przez Polaków. Na budowach zarządzanych przez Francuzów narady zajmują 150%
ustawowego czasu pracy. Zatem menedżer na francuskiej budowie nie ma z
definicji czasu na jakąkolwiek sensowną pracę. Poza tym siedzenie na naradzie,
która w najmniejszym stopniu nie dotyczy tego za co jesteś odpowiedzialny, demoluje
psychikę w sposób katastrofalny. Ja do tej pory mam problemy z osiągnięciem
równowagi emocjonalnej, a pracowałem przecież tylko na jednej francuskiej
budowie w Polsce, przez niewiele ponad rok, kilka lat temu. Ale to co ci
kolesie wyprawiali zostawiło trwały uraz.

Prosta zależność jest taka, że im kto ma większe mniemanie
na swój temat i im bardziej bezkrytycznie ocenia swoje umiejętności, tym
większym jest idiotą. Problem polega na tym, że tacy kretyni zwykle szybko
awansują w zbiurokratyzowanych organizacjach. Ponieważ każda organizacja
zrzeszająca więcej niż trzech członków jest zbiurokratyzowana, to… Zapraszam
do wyciągnięcia wniosków.
Szybki awans zwykle umacnia bęcwała w poczuciu własnej
nieomylności.
Najpierw zdefiniujmy „awans” takiego typa. We
Francji za co się nie wziął to spierdolił, ale ponieważ tam jest socjalizm i
wywalić głupka ot tak po prostu nie można, to się go „awansuje” i
wysyła do Polski. Niech tam szkodzi.
I taki kretyn, prowadząc np. naradę na budowie, czuje
głęboką wewnętrzną potrzebę, by światu o swej doskonałości opowiedzieć. Jeśli
na dodatek jest synem imigrantów z Algierii, czyli Francuzem w pierwszym
pokoleniu, to ma do spełnienia misję cywilizacyjną, polegającą na uświadomieniu
zacofanym Polakom ich zacofania.

Wiecie, to naprawdę żenujące.
Bo ten idiota, o którym piszę, wcale nie był wyjątkiem.
Pracowałem też z kilkoma młodymi francuskimi inżynierami, którzy w Polsce
odrabiali wojsko. Przeciętny absolwent polskiej zawodówki umie więcej niż
ci geniusze umieli. Ale tak się mądrzyli, że nic tylko w ryj ich tłuc.
Ten arabski patafian perorował na naradach godzinami. Nic z
tego wodolejstwa nie wynikało, poza tym, że można się było dowiedzieć że Pan
Kurwa Wielki Menedżer jest mistrzem kierowania wózkiem widłowym, ale z każdej takiej
bezproduktywnej narady powstawał gruby protokół. Zatem każda narada zaczynała
się od przeczytania protokołu z poprzedniej narady. A potem od nowa pieprzenie
o niczym. Ważne i istotne sprawy załatwialiśmy już po naradzie, na
budowie wśród bezpośrednio zainteresowanych w ciągu pięciu minut.

Wszyscy tam zasuwaliśmi mimo kłód rzucanych nam pod nogi
przez Francuzów. Nasi ludzie na budowie robili swoje i dlatego to co
budowaliśmy dało się w końcu zbudować, choć spaprane maksymalnie, bo jak się
przeznaczenie każdego piętra i pomieszczenia z osobna zmienia w czasie budowy
czterokrotnie, to nie da się tego dobrze zrobić. Nie można w nieskończoność
przerabiać każdej instalacji, mówię wam.

W każdym razie francuska budowa w Polsce jest idealnym
przykładem wysoce zbiurokratyzowanej instytucji, która jakoś dawała sobie radę,
dzięki determinacji i poświęceniu zwykłych, przeciętnych pracowników.

Biurokracja istnieje w każdej większej firmie. Bez
procedur panuje chaos i nie ma skutecznej kontroli. Z procedurami jest
identycznie, ale jak się dobrze postarać, to da się STWORZYĆ WRAŻENIE
chaosu kontrolowanego. Na papierze, bo przecież wiadomo, że, jak w życiu,
i tak wszystko zależy od tego czy i jak się bezpośrednio ludzie umieją dogadać.

Procedury dodatkowo stwarzają paradoksy.

I tak, w żadnej dużej firmie nie opłaca się przekroczyć
budżetu. Jeśli trafia Ci się piękny strzał, dzięki któremu zrobisz 120% normy,
to jesteś idiotą jeśli z niego skorzystasz i tyle właśnie wyrobisz. Bo jeśli
już masz skorzystać, to tylko po to, by potem nie robić nic, tak żeby na końcu
wykonać bezpieczne 101%. Bo gdy się wychylisz, to biurokrata, który
widzi tylko cyferki, uzna, że Twój wybitny wyczyn to dla Ciebie codzienność i
ustalając nowy budżet, dorzuci do tego co nadludzkim wysiłkiem osiągnąłeś,
kolejne 20%, żeby Cię dodatkowo zmotywować. Bez podejmowania ambitnych wyzwań
nie ma postępu, nieprawdaż? Chciałeś to masz. Mówię Wam, zwyczajnie się nie
opłaca robić ponad normę.
Podobnie jak nie opłaca się oszczędzać. Jeśli możesz coś
zrobić tanio i dzięki temu np. nie wykorzystać całego budżetu przewidzianego na
daną operację, to właśnie strzeliłeś sobie w stopę, bo w następnym roku
dostaniesz mniej o tyle, o ile zaoszczędziłeś.
Jak się nad tym wszystkim dobrze zastanowić, to jest w tym pewna specyficzna i przewrotna logika i pojęcie jej,
i postępowanie według jej schematów nie jest takie trudne, a naprawdę się
opłaca i dobrze świadczy o człowieku
O ile oczywiście pracuje się w dużej firmie.
Bo na co dzień, w życiu, to już trzeba być skończonym
debilem, żeby tak właśnie działać.

rymasz

Mam to od nowości: dużym szacunkiem darzę ludzi
posiadających umiejętności, których ja nie posiadam. Czyli większość. Bo
większość ludzi potrafi coś, czego ja nie umiem. Ja to mam tak, że umiem wiele
rzeczy po trochu, ale nic nie umiem bardzo dobrze. Co ciekawe byciem właśnie
kimś takim zarabiam na chleb z masłem. Widać to też pewnego rodzaju
specjalizacja. W każdym razie najbardziej podziwiam specjalistów i mistrzów w
jednej konkretnej dziedzinie. Wytłumaczę to przykładem.

Z 9 lat temu w wynajmowanym mieszkaniu Lepszej Połowy była
pralka do podłączenia. Ja jestem inżynier hydraulik z wykształcenia i wtedy
pracowałem w zawodzie na budowie, więc nie raz WIDZIAŁEM jak się takie rzeczy
robi. Co więcej. Ja WIEDZIAŁEM kiedy to jest zrobione dobrze, a kiedy źle, bo
do moich obowiązków należało odbieranie takich prac. Zatem teoretycznie była to
kaszka z mleczkiem.

1. Otworzyć puszkę piwa.
2. Zakręcić zawór od zimnej wody.
3. Pociągnąć łyczek.
4. Wykręcić korek.
5. Kilka łyków.
6. Uszczelnić gwint zaworu pralkowego taśmą teflonową lub
konopiami z pastą.
7. Otworzyć nową puszkę i wziąć kolejny łyk.
8. Wkręcić zawór pralkowy i podłączyć do niego wąż od
pralki.
9. Wiadomo co.
10. Spust z pralki podłączyć do kanalizacji lub wrzucić do
wanny.

Proste jak bzykanie. Teoretycznie. Poległem przy pkt. 4.
Walczyłem z tym korkiem ze dwie godziny z pomocą wszystkich dostępnych narzędzi
włącznie z naprowadzanym wiązką laserową hydraulicznym kluczem
szwedzkim. Są dwa takie w Polsce. Nie dałem rady. Ten pieprzony korek
najwyraźniej w ciągu kilku wieków zdążył się w swoim gwincie zadomowić i było
mu tam tak dobrze, że nie miał najmniejszego zamiaru wychodzić. Skląłem
skurwysyna ile wlazło, ale on dalej miał mnie w dupie. No cóż, poddałem się.
Lepsza Połowa dyplomatycznie powstrzymała się od komentarza.
Następnego dnia zgarnąłem z budowy Rysia brygadzistę i
zawiozłem do mieszkania Lepszej Połowy. Rysiu zakręcił zawór, chwycił w
łapę niepozornie wyglądający kluczyk, podszedł do najbardziej upartego
korka we wszechświecie i go odkręcił. Tak po prostu go odkręcił. Zajęło mu
to 0,5 sekundy. Reszta czynności zajęła mu kolejne 30 sekund. Pralka była
podłączona.
- Rysiu – rzekłem głosem zmęczonego życiem romantyka -
Wczoraj walczyłem z tym nieszczęsnym korkiem przez dwie godziny i
poniosłem żałosną klęskę. Ty odkręciłeś tego gnoja w jednej chwili. Zanim
wyskoczę oknem i na zawsze pożegnam się z tym łez padołem, chciałbym tylko
wiedzieć dlaczego…
- Igor – odparł Rysiu głosem pełnego zapału pozytywisty – A
ile razy ty to w życiu robiłeś? Bo moje ręce od 25-ciu lat tylko tym się
zajmują.
Łaska objawienia spłynęła na mnie w jednej chwili. Nie dość,
że mnie chłop czegoś pożytecznego nauczył, to jeszcze życie uratował.

Praktyka łosiu. Praktyka czyni mistrza.

Widzieliście kiedyś jakie cuda potrafi zrobić zdolny
operator koparki, dysponujący na dodatek dobrym sprzętem? Widzieliście w akcji
dobrego spawacza, spawającego trudną spoinę na rurze w zupełnej ciemności,
głową w dół, widząc to co robi odbite w lusterku? Widzieliście jakie cuda
potrafi zrobić na ścianę dobry tynkarz? Widzieliście jak jeździ dobry zawodowy
kierowca? I milion przykładów mógłym podać jeszcze. Mistrzowie w tym co robią.
Podziwiam ich, bo ja nie mam szans na osiągniecie mistrzostwa w jakiejkolwiek
dziedzinie. Brak mi cierpliwości. Mi wystarcza, że nauczę się coś robić.
Szlifowanie umiejętności mnie nudzi. Bardzo zła cecha, ale co robić? Tak
jak wściekle inteligentny jestem z natury, tak z natury jestem też leser i
obibok.
Tylko z drugiej strony jak trzeba być skonstruowanym, by
wyspecjalizować się do perfekcji w wykonywaniu następującej czynności? I przede
wszystkim po co?




rymasz

Z upływem lat pewne właściwości organizmu oraz cechy charakteru się w człowieku umacniają, a inne idą w odstawkę.
Kiedyś, wcale nie tak dawno temu jeszcze, budziłem się rano, otwierałem oczy, przeciągałem się i rączo wybrykiwałem z wyrka celem szukania wrażeń. A teraz, po przebudzeniu, udaję codziennie, że jest sobota i próbuję chociaż z pięć minutek jeszcze pospać. Oczywiście nie mam na to najmniejszych szans. Moja dziewięciomiesięczna Córeczka czujnie czeka w swoim łóżeczku, aż któreś z rodziców się obudzi i gdy tylko to zauważy to natychmiast radosnymi popiskiwaniami daje znać, że w trybie natychmiastowym należy zacząć wyprawianie jakichś harców. Na dogrywkę z dosypianiem zero szans w ciągu najbliższej pięciolatki.

Pamiętam też nie tak dawne czasy, gdy pół dnia i nocy spędzałem z kolegami w akademiku na konsumpcji substancji psychoaktywnych w płynie i np. śpiewaniu idiotycznych piosenek.
A potem robiło się jeszcze coś bardziej idiotycznego i padało o trzeciej.
Albo wypijało się wieczorem trzy piwa w akademiku i szło się dobić do knajpy, z której szło się do następnej knajpy, żeby na koniec wrócić do akademika i wypić jeszcze dwa piwa.
A rano od nowa z przerwą na jakieś zajęcia na uczelni.

Dziś bym tak już nie potrafił. Ale co tam moje możliwości. Ja bym już tak nie chciał nawet.W ostatnią sobotę karnawału jako dodatek do Lepszej Połowy trafiłem na bal w bardzo modnym i popularnym klubie. Z tym, że wchodząc tam, to ja nie wiedziałem, że to takie „kultowe” miejsce. Ja z tych „kultowych” miejsc to uznaję tylko pijalnię wódki vis a vis Pałacu Prezydenta RP. Szynkwas, Herr Ober, zimny sznaps po 4 zł za 50 ml i smaczna zagrycha za 8 zł (starcza na kilka kolejek). Jest to absolutnie genialna reaktywacja przedwojennego, sprawdzonego patentu. Czego więcej człowiek po pracy do szczęścia potrzebuje, jeśli trafi w takie miejsce w towarzystwie dobrych kumpli? O innych popularnych miejscach nie za wiele mam do powiedzenia. W kilku byłem i za każdym razem jednakowo mi się nie podobało. Ja tam wolę mniej uczęszczane knajpy na uboczu. Spokojne, gdzie bez podnoszenia głosu pogadać można i z piwem w cenach zdroworozsądkowych, a nie kosmicznych.

W każdym razie na początku naszej bytości na balu cały modny lokal był dla nas – balowiczów. Odbył się występ wokalno-taneczny komediantów z teatru muzycznego, po czym spędzono nas do wydzielonej części klubu,  w której czekał szwedzki stół, darmowe drinki, cygara, ruletka, black jack i takie tam. Byliśmy oznakowani specjalnymi bransoletkami, a od reszty lokalu oddzielał nas pan bramkarz. Życie wymusiło takie rozwiązanie, bo bal miał być tydzień wcześniej, ale z jakiegoś powodu Pan Prezydent, który na co dzień mieszka na przeciwko popularnej pijalni wódki, uznał, że śmierć kilkunastu pilotów to wystarczający powód, by utrudnić życie całemu narodowi. Bal odwołano i na gwałt trzeba było szukać czegoś na następny weekend. Trudno było podobno, bo wszystko dawno zarezerwowane. W każdym razie już na miejscu w naszym wydzielonym zakątku czas mijał miło tym, którzy pili. Ja robiłem tego wieczora za kierowcę, więc tyle mojego, co się nawcinałem przekąsek, napufałem cygara i przegrałem w black jacka mieszkanie, dom, samochód i kota. Będzie mi go brakować. Lubiłem sierściucha. Wreszcie zrobiło się ciut późno i trzeba było się zbierać. Wyszliśmy z naszych zarezerwowanych sal. Droga do szatni prowadziła przez ogólnodostepną część klubu. Było coś koło 1:30.

Oniemieliśmy na dłuższą chwilę. Jeśli ktoś tanim kosztem chciałby skosztować atmosfery panującej w bardzo modnym, „kultowym” lokalu w stolicy to proponuję w dowolny ranek roboczego dnia tygodnia wypić na szybko trzy browary i wsiąść w najbardziej zatłoczony pojazd komunikacji miejskiej, jaki podjedzie na przystanek. W uszy wsadzamy słuchawki i na cały regulator odtwarzamy odgłos młota pneumatycznego tańcującego po żelbecie. Jedziemy, nie wysiadając, dwa razy od pętli do pętli. Sztuka polega na tym, żeby nie zlać się w majtki, bo w sobotnią noc w modnym klubie społeczny komitet kolejkowy przed WC przyjmuje zapisy chętnych na pisuar na czwartek w przyszłym tygodniu. Clubbing to jest zdecydowanie sport dla twardzieli o żelaznych pęcherzach. Moim sposobem wyjdzie taniej, a efekt końcowy i atrakcje te same. Przedstawiciele narodu dymający tramwajem do pracy są co prawda ubrani troszkę mniej kolorowo i wyzywająco, ale radość malująca się na ich twarzach jest taka sama jak radość lansujacych się klubowiczów.
Bo w takim lokalu panienki i kawalerowie poruszają się w kilkuosobowych grupkach. Poruszają się to nie jest najlepsze słowo. W tym tłoku nie bardzo jest możliwość, żeby się poruszać. Zatem oni stoją w kilkuosobowych stadkach i lansują się, starając się wyglądać na zajebiście zadowolonych z życia. Szczęściarze, którzy przyszli najwcześniej (koło północy) obsiadują grzędy pod ścianami i mają świetny widok na resztę. Może ja się nie znam, ale przygnębiająco te młode kwoczki i kogutki tam wyglądały. Wymalowani, z kudłami nastroszonymi na lakier, sączący drinki po 35 zł. Ja nie wiem na co oni tam wszyscy liczą? Jeśli tylko na znalezienie partnera do niezobowiązującego seksu to wszystko w porządku, a ja po prostu stary zgred jestem i się nie znam. Mam nadzieję w każdym razie, że znajdują to czego szukają.
My nie chcieliśmy nikogo z obecnych przelecieć, ale dostać z powrotem nasze płaszcze z szatni. Kolejka z komitetem identyczna jak do kibla. Pięć dni czekania. Lepsza Połowa jest dynamit z charakteru, więc nie wiem jakim cudem, ale załatwiła nam te kapoty w 5 minut. Ja to umiem się w życiu ustawić i fajną żonę sobie znaleźć!
Wychodzimy na zewnątrz. A na chodniku kłębi się tłum chętnych, żeby wleźć do środka, choć w środku od dawna nie ma wolnego centymetra kwadratowego podłogi! Co więcej: oni za to wejście jeszcze pieniądze płacą. A cieć i tak wpuszcza tylko tych, którzy mu się spodobają! Nie, to jednak musi być coś więcej niż niezobowiązujący seks. Dla jednego bzykania normalny, zdrowy człowiek nie znosiłby przecież takich upokorzeń… Albo ja naprawdę jestem już stary, stary dziad i nic nie skumałem z boskiej atmosfery panującej w środku. W każdym razie gdyby ktoś chciał namówić mnie, bym tam został na dłużej niż kwadrans, to musiałby mi sporo dopłacić do tego interesu.

Wróciliśmy z Lepszą Połową do domu, zwolniliśmy nianię, wypiliśmy po drinku (Martini Dry z oliwkami nadziewanymi migdałami) i poszliśmy spać. Całkiem zadowoleni. A młodzi ludzie w modnych klubach bawili się w najlepsze…
 

rymasz

Największym obiektem we wszechświecie jest moja dupa. Moja
dupa jest największa z tego powodu, że mieści się w niej wszystko. Bo ja
przecież wszystko mam w dupie – spytajcie tylko moją żonę. Ktoś mógłby zgłosić
zastrzeżenie, że jeśli ktoś ma mnie w dupie, to jego dupa musi być większa od
mojej. Obalam ten zarzut, ponieważ ja od dawna mam w dupie nie tylko jego, wraz
z jego dupą, w której on mam mnie, ale mam też w dupie to, że on ma mnie w
dupie. Wygrałem!

Co prawda powstaje tu problem natury filozoficznej: jak to
możliwe, że moja dupa, która jest częścią wszechświata, jest większa niż
wszechświat, który się w niej właśnie znajduje. Teoretycznie skomplikowane, ale
filozofowie na spółkę z teologami nie takim problemom i dylematom godnie
stawiali i stawiają czoła, pisząc na ich temat tysiące uczonych rozpraw, dzięki
którym kolejne pokolenia filozofów miały zapewnione zajęcie przy pisaniu
naukowych rozpraw na temat naukowych rozpraw poprzedników, zapewniając przy
okazji zajęcie pokoleniom jeszcze następnym. I tak to się toczy. Raz zaczęte do
końca ludzkości. Ale tak być musi, bo filozofia udziela piekielnie ważnych i
przydatnych odpowiedzi na praktyczne pytania w rodzaju: „Skoro nic nie jest
konieczne, to dlaczego coś w ogóle jest?”. Odpowiedź brzmi oczywiście ”Nie
wiadomo, a zresztą kogo to naprawdę obchodzi?”, ale sformułowana jest w taki
sposób na kilku setkach stron naukowej rozprawy napisanej takim językiem, że
oczy z głośnym hukiem pękają po przeczytaniu dwóch zdań, że rozumie ją tak
naprawdę tylko autor opracowania. Promotor popełnił samobójstwo w połowie
lektury. Także naprawdę mają chłopaki warsztat.

Pewnie myślicie, że jaja sobie robię? A gdzieżbym tam śmiał!
Oto przykład:

„Poza niektórymi
bardziej wyszukanymi argumentami niektórzy ateiści atakują teizm również przy
pomocy bardzo infantylnej i kiepskiej argumentacji. Argumentacja ta osadza się
na dość efekciarskich jak na gust przeciętnego odbiorcy chwytach erystycznych,
odwołujących się do sofistycznych akrobacji, które operują błyskotliwymi
paradoksami w stylu: „czy Bóg może stworzyć kamień, którego nie mógłby
podnieść?”, lub: „czy Bóg może pozbawić się wszechmocy”, „czy może On istnieć i
nie istnieć zarazem”, „czy może popełnić samobójstwo” itd.
(…)
Ateistom wydaje się,
że nieustanne wyszukiwanie przez nich wspomnianych paradoksów związanych z
nieskończonością Boga jest przejawem nie wiadomo jakiego niby sprytu i rzekomej
nadprzeciętnej błyskotliwości ich intelektu, że niemal złapali w ten sposób Pana
Boga za nogi. Nie zauważają oni jednak, że tworzenie takich paradoksów zamiast
być wykazywaniem wewnętrznej sprzeczności teizmu jest jedynie ciągłym
popełnianiem w obrębie własnej argumentacji błędu logicznego znanego jako
contradictory premises. Błąd ten popełniamy właśnie wtedy, gdy przyjmujemy w
naszej argumentacji wzajemnie wykluczające się przesłanki, które prowadzą do
sprzeczności pod względem logicznym. Idealnym przykładem takiej sytuacji jest
właśnie wspomniany argument z kamieniem, którego Bóg nie może podnieść: albo
zakładamy, że istnieje kamień, którego ktokolwiek nie może podnieść, wtedy
jednak nie możemy już jednocześnie przyjąć ewentualności istnienia Boga, który
może wszystko; albo przyjmujemy, że istnieje Bóg, który może wszystko, ale wtedy
nie możemy już przyjąć ewentualności istnienia kamienia, którego nawet Bóg nie
może podnieść. Przyjęcie wszystkich przesłanek na raz w tej kwestii doprowadza
nie do wewnętrznej sprzeczności jakiegokolwiek atrybutu Boga, ale do logicznej
sprzeczności w łonie naszej własnej argumentacji, którą niszczymy już na samym
wstępie przez obarczenie jej defektem logicznej dychotomii.”


http://www.trinitarians.info/ateizm/art_297_-Domniemane-paradoksy-wszechmocy.htm

Zatem jak brzmi odpowiedź na pytanie, czy „Bóg może stworzyć
kamień, którego nie może podnieść?”? Ja zrozumiałem tyle, że ona brzmi „Bóg nie
może stworzyć takiego kamienia, PONIEWAŻ jest wszechmocny i może stworzyć
wszystko na co tylko ma ochotę, ale weź się chłopaku odpierwiastkuj i znajdź
sobie jakieś inne zajęcie, bo głupi jesteś”, ale o ile ładniej to zostało
napisane, nieprawdaż? Doczytajcie zresztą do końca. Facet jest silnie
nawiedzony, ale tak urocze farmazony sadzi, że niemy zachwyt mnie ogarnął. Za
chwilę w tym tekście tłumaczy, że Bóg chociaż wszechmocny, wcale nie może
wszystkiego, bo Leonardo da Vinci też nie mógł. Czy coś podobnego; ciężko mi
się skupić na jakimś tekście, gdy rechoczę z niego w głos. ;-)

Wracając do tematu, to najmniejszym obiektem we
wszechświecie był jeszcze do wczoraj kotlet, który zjadłem w jednym z
przydrożnych barów między Bydgoszczą a Warszawą. 

A tak a propos, to o Bydgoszczy mam po wczorajszej wizycie
do powiedzenia jedno: kierowcy w Bydgoszczy jeżdżą z maksymalną prędkością 60
km/h. Wszyscy jak jeden mąż! Gdyby kierowcy w Warszawie zaczęli zachowywać się
tak samo, to kosmiczny megakorek sparaliżowałby całe miasto w ciągu kwadransa.

rymasz

Czas

6 komentarzy

Tak sobie po tym świecie spaceruję od lat i przyglądam się mijającym dniom, tygodniom, miesiącom, latom, dekadom. Ponieważ z zamiłowania jestem filozof samouk, to próbuję z tych obserwacji wnioski wyciągać. Jeden z lepszych brzmi: „Kiedyś byłem młodszy”.
To bardzo błyskotliwa i niewątpliwie głęboka myśl, ale zarzucić jej można, że się nie rymuje i przez to trudno ją zapamiętać. Wymyśliłem więc zgrabną rymowankę o podobnym przesłaniu:

„To co było już nie wróci

Tako rzekłem rymem tu ci.”

Myśl jeszcze głębsza i błyskotliwsza od poprzedniej i na dodatek zrymowana w tak brawurowy sposób, że ręce same do braw się składają. Uwielbiam te przebłyski geniuszu u siebie.

Znam jeszcze jedną trafiającą prosto w sedno sentencję, ale niestety nie mojego już autorstwa. To fragment pieśni w wykonaniu zespołu Dr. Hackenbush. „O kurwa mać, jak zapierdala czas” – brzmi ten fragment. Trudno dosadniej i z większym zaangażowaniem wyrazić odczucia, które towarzyszą nam, gdy myślimy o przemijaniu. Szekspirowskie „Być albo nie być” brzmi przy tym jak banał. Pozbawiony wyrazu i ekspresji na dodatek. No bo czyż nie zapierdala? Można by spróbować tę myśl w bardziej cywilizowany sposób ująć, np. „Dni mijają coraz prędzej”, ale to przecież pretensjonalnie i banalnie brzmi, choć ma swoje jak najbardziej logiczne uzasadnienie. Bo dni naprawdę mijają coraz prędzej. A przez to również i lata. Mogę to precyzyjnie wyklarować.

Gdy miałem 10 lat, ostatnio przeżyty rok stanowił 1/10 mojego dotychczasowego życia. 10% wszystkiego co przeżyłem.

Gdy miałem lat 20, ostatni rok stanowił już tylko 5% mojego dotychczasowego życia.

Gdy dożyję czterdziestki, ostatnio przeżyty rok to będzie zaledwie 2,5% wszystkiego co do tej pory przeżyłem.

Gdy miałem 10 lat 2,5% mojego życia to były tylko 3 miesiące!

Innymi słowy w wieku lat czterdziestu rok przeżywam proporcjonalnie jednakowo, co 3 miesiące w wieku lat dziesięciu, czyli cztery razy szybciej. Proste i logiczne?

Ludzie czterdziestoletni mówią również często: „Do dwudziestki, to jakoś to wszystko wolniej szło. Ale te ostatnie dwadzieścia lat, to normalnie jak z bicza strzelił mi minęło”. „Poczekaj, poczekaj” odpowiadają na to osiemdziesięcioletni starcy „Zobaczysz, szybko to dopiero następne 40 mija”. I jedni, i drudzy mają oczywiście rację.

Gdy miałem lat 20, to 20 lat stanowiło dla mnie całe życie. 100%.

W wieku lat czterdziestu 20 lat to już tylko połowa. 50%.

Dla czterdziestolatka to 40 lat jest całym życiem.

Ale dla osiemdziesięciolatka 40 to już tylko połowa.

Co szybciej mija, całe życie, czy połowa życia?

 

Skoro wszystko już jasne, to zacytuję na koniec najlepszą chyba sentencję jaką znam.

„Jutro jest pierwszy dzień z reszty twojego życia”.

rymasz

Gdy się więcej wydawało
I gdy się mówiło więcej
Niż naprawdę się wiedziało
Kiedy dni mijały prędzej

Gdy się panny nie kurwiły
Tylko były zakochane

I anioły gdy się śniły

Losu ścieżki niezbadane

Brak uprzedzeń, złudzeń mrowie
Brak dla chęci ogranicze
ń
Sterty naiwności w głowie

Co to przyszłość? Koncert życzeń.

Gdy nie było jeszcze jasne
O co w życiu ludziom chodzi

Myśli nasze czyste, jasne

To byliśmy jeszcze młodzi…


PS. Okruszek z archiwum, które na bańce w kosmos wysłałem… Kruca b
omba, mało czasu.

rymasz


  • RSS