Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 12.2007

„Skoro rozstrzygnięcie podstawowego dylematu na poziomie aksjologicznym nie jest możliwe i pozostaje kwestią wyboru”

A jakiż to niby podstawowy dylemat aksjologiczny? Czy trafnie zgaduję, że dylemat ten brzmi: czy istnieje istota nadrzędna nad znanym nam wszechświatem, jego stwórca, będący ponad czasem, przestrzenią i materią, wszechmocny, wszechpotężny, wieczny, czy też nie istnieje? Toż to taki sam podstawowy dylemat na poziomie aksjologicznym jak ten, czy wszechświat został wysmarkany przez nieskończenie wielkiego, kulawego krasnala, czy nie został. I nieskończenie wiele innych „podstawowych dylematów aksjologicznych”. Jakich tylko wymyślić człek zdolen.
Trapi Cię każdy z tych „dylematów”? Spokoju nie daje? A skąd!? Bo i niby czemu miałby?
Ja mam to samo co Ty masz w stosunku do nieskończoności minus jeden „podstawowych dylematów na poziomie aksjologicznym” również w stosunku do tego jednego.
Żaden to dylemat, bowiem odpowiedź brzmi: nic nie wskazuje na to, żeby taka istota istniała, a jeśli nawet istnieje, to brak na to jakichkolwiek dowodów, zatem nic nie wiadomo o tej istocie, zatem nie ma sobie czym głowy zawracać, skoro nic nie wiadomo, poza nieweryfikowalnymi spekulacjami.

Zauważ proszę, że jest to taka sama odpowiedź, jakiej udzielam na każdy z pozostałych „podstawowych dylematów aksjologicznych”.
Np.: „Nic nie wskazuje na to, żeby wszechświat został wysmarkany przez nieskończenie wielkiego, kulawego krasnala, a jeśli nawet został, to brak na to jakichkolwiek dowodów, zatem nic nie wiadomo na ten temat, zatem nie ma sobie czym głowy zawracać, skoro nic nie wiadomo, poza nieweryfikowalnymi spekulacjami.”
I tak dalej, i tak podobnie.

Twój aksjologiczny dylemat to nic innego jak postawienie znaku równości między hipotezą „Boga nie ma”, a hipotezą „Bóg jest”. Bóg to owa istota obdarzona całkiem sporą liczbą atrybutów, czyli istota: wieczna, bez początku i końca, wszechmogąca i wszechwiedząca, będąca wszędzie i będąca wszystkim, nadrzędna w stosunku do znanego nam wszechświata, bowiem będąca jego stwórcą i wreszcie, i to jest najlepsze w całej tej hipotezie, będąca nie do ogarnięcia przez proste ludzkie umysły. Do tego zabawnego założenia jeszcze wrócę, jeśli będzie mi dane.
Jest to tak samo uprawnione działanie jak postawienie znaku równości między hipotezą: „Wszechświat został wysmarkany przez nieskończenie wielkiego, kulawego krasnala”, a hipotezą „Nie został”.

Twoim zdaniem między jednym i drugim brak jest różnic. No to jest jakaś logika, z tym, że jak dla mnie to nie za dobra ona. Chyba, że uda Ci się wykazać zasadność hipotezy Boga. Powtórzę. HIPOTEZY.

Wiem co napiszesz. Że brak dowodów nie jest dowodem i że ja tak samo nie udowodnię, że Bóg nie istnieje. No co ja odpowiem: „A czy Ty potrafisz udowodnić, że wszechświat nie został wysmarkany przez nieskończenie wielkiego, kulawego krasnala?”. Nie, nie udowodnisz. No to siądźmy i wspólnie podebatujmy nad tym „podstawowym dylematem na poziomie aksjologicznym”. Czy zasadne jest roztrząsanie każdego takiego dylematu? Ano nie jest. Czy ten Twój dylemat jest w jakiś sposób wyjątkowy, że poddajesz go pod rozwagę? Z logicznego punktu widzenia – nie bardzo. Na dodatek jesteśmy dopiero na początku kumulowania spekulacji związanych z tą nie popartą żadnym dowodem hipotezą.W tym punkcie moich rozważań hipoteza ta brzmi: „Wszechświat został stworzony przez wiecznego, wszechmogącego, wszechwiedzącego, będącego wszędzie i będącego wszystkim, niepoznawalnego przez człowieka Boga”. Na podstawie jakich przesłanek postawiliśmy tę hipotezę? Ano takich, że nie wiadomo jak powstał wszechświat. Czy taka przesłanka w jakikolwiek sposób upoważnia do stawiania tak śmiałych i nie popartych żadnymi dowodami hipotez i budowania na nich całego swojego światopoglądu? W żadnym wypadku. Czy stawianie hipotezy i niczym nie uzasadnione powoływanie do życia wszechmocnej przyczyny powstania wszechświata, jest równoważnie logicznie NIE POSTAWIENIU tej dziwnej hipotezy? Ano nie jest, bo nie stawiając jej opierasz się na dostępnej ci wiedzy, czyli braku jakichkolwiek przesłanek do sformułowania jakiejkolwiek hipotezy, łącznie i z tą oczywiście, że Boga nie ma. Natomiast stawiając, rozpoczynasz piętrzenie kolejnych niewiarygodnych hipotez, prowadzących poznawczo zupełnie do nikąd, o czym za chwilę, jeśli będzie mi dane.

Podsumowując, Panie Kleksie, zgadzam się z Tobą, że nie sposób rozstrzygnąć, czy Bóg, o atrybutach, które wyliczałem powyżej, istnieje, czy też nie. Jednakowoż ta nierozstrzygalność na gruncie logiki nie jest niczym szczególnym, bowiem nie sposób rozstrzygnąć nieskończonej liczby podobnych dylematów.
Ty idziesz jednak dalej i postulujesz:
 „nie ma dobrego powodu, byś akceptował świat bez Boga”

Nie ukrywam, czego dowodem poprzednia notka, że ta hipoteza również nie daje mi spokoju.

Dobra. Więcej nie napiszę, bo więcej na bloga to za dużo.
Ja, siłą rozpędu, jestem gotowy pójść dalej i napisać równie obficie o tym, co sądzę o tym, że „nie ma dobrego powodu, byś akceptował świat bez Boga”.

To co, mam jechać dalej, czy będziesz mnie masakrował już teraz?
Zauważ, że to dopiero dwie strony maszynopisu były. ;-)))

Mam również pewną propozycję. Mailem przesłałem Ci login i hasło do bloga. Jeśli zdecydujesz się kontynuować naszą rozmowę tutaj, to chciałbym, by odbywała się na równych prawach.
Kącik jako neutralny grunt gwarantuje kameralną atmosferę nieprzypadkowych, sensownych ludzi: coś między 40-stoma a 50-cioma stałymi czytelnikami.
Oraz kilkadziesiąt jednorazowych i trwających krócej niż kliknięcie myszką wizyt w miesiącu internatów, których przyprowadziły tu przypadkiem google po zadaniu takich to zapytań:

ciepłe mokre bobry

damskie stopy za oknem
dorosłe gołe baby normalne
dupy w strojach kąpielowych
dzień po imprezie gołe baby
gimnastyka w topless
gołe kobieti

gołe siatkarki
gołe zawodniczki
koleżanka kazała lizać mi stopy
kurwy do oglądania
kurwy poporodzie
kurwy rozpustne
kurwy w oslo
lizanie brudnych stóp pani
lizanie stóp
lizanie stup – filmiki
rozmiary stóp sportsmenek
siatkarki w majtkach
stare gołe baby w kąpieli
śmieszne lizanie stóp

występy topless

Ufff.. Pisownia oryginalna. Niezłe nie?
I nie do pogardzenia jak sądzę. ;-DDD

Jestem w stanie również o nogę się założyć, że ktoś się włączy i odświeżający powiew do naszej rozmowy wprowadzi.

Znasz ten kawał?


Przychodzi baba do lekarza, bez ręki i bez nogi.
- Co się pani stało?
- A…, bo założyłam się z mężem o nogę, że mi ręki nie wyrwie.

 

Ty wybierasz. Jeśli naprawdę „niespecjalnie zależy Ci na przeniesieniu głównego dyskursu na poziom, przepraszam za wyrażenie, publiczny” to daj znać. Przyjmę Twój wybór.

 

Jeśli będzie inaczej…

Login i hasło znasz.

rymasz

Tradycja rzecz święta i Święta muszą tradycyjne być.

 

W weekend przed Świętami pojechaliśmy zatem do hipka, tradycyjne świąteczne zakupy zrobić. Jezus Maria, posrało tych ludzi, że wszyscy na raz jak bydło jakieś przed Świętami zawalili się do sklepu? Debile zasrani, bezmózgi, napchali im do łbów tymi reklamami sygnałów podprogowych, żeby nakupowali całego tego chłamu made in China na maxa i bezrozumnie pojechało toto do marketów, zamiast dalej paść szare papką z tiwi. Przejechać alejką spokojnie wózkiem nie można, bo zaraz na jakąś babcię wpadniesz. No ale co tam, dla tradycji człowiek w Święta może się przecież poświęcić, nie?

 

W Wigilię jeszcze przed południem szwagierka ze szwagrem wpadli. Kobity poszły te tradycyjne potrawy gotować, a my ze szwagrem walnęlim tradycyjnie i na szybko flaszeczkę. „Wigilijną” postawiłem, oryginalną, a co, niech szwagier wie. On „Koszerną” kupił, ale dla mnie to przegięcie z lekka, bo przecież my biali ludzie jesteśmy, a nie muzułmanie jacyś. No ale niech mu będzie, jak taki religijny ortodoks, to ja się wtrancać nie mam zamiaru.

Pierwszą kolejeczkę oczywiście tradycyjnie za zdrowie naszego papieża. Tu żartów nie ma, chłop przed śmiercią naprawdę słabo wyglądał i zdrowia mu trzeba życzyć. I my tradycyjnie co roku życzymy.

 

Potem wrzuciłem na tiwi „Szklaną pułapkę”, bo przed wigilijnym wieczorem jakoś w świąteczny nastrój się wprowadzić trzeba, nie?

 

Wieczorkiem siedliśmy do stołu. Sprawiły się kobitki, nie ma to tamto. Chińska zupa z grzybami mum, panga w migdałach, kalmary w galarecie (promocja była), ryba maślana z awokado, sałatka jarzynowa z kiełkami bambusa. Podobało mi się, bo wszystko zgodnie z tradycją. No i Pepsi, i Coca-Cola. Nie mogłem się zdecydować, to wziąłem jedną i drugą. Jakoś trzeba znaleźć swój sposób na święta.

 

Na początek tradycyjnie podzieliśmy się chipsami o smaku opłatka. Młody znalazł w hipku megapakę. Sam opłatek to jakoś tak nie bardzo, a tu proszę, jak ktoś mądrze wymyślił. Nawet aniołek był na opakowaniu. Potem walnęliśmy po lufce, pojedliśmy i pogniłem młodego, co by trochę kolęd popuszczał. „Last Christmas” Wham, dżingel bels i takie tam. Pośpiewaliśmy, pokolędowaliśmy aż miło. Potem były prezenty. Dzieciakom to kasę, bo przecież nie nadążysz im coś modnego kupić, a oni dla mnie tradycyjnie krawat i skarpety, a dla starej perfumę.

 

Pogościliśmy się jeszcze ze szwagrostwem, a potem poszli. Młody też bryknął do klubu na dyskotekę pasterkową.

No naprawdę to też ładnie ktoś wymyślił. Toż wiadomo, że młodych na pasterkę do kościoła siłą nie pogonisz, a tu proszę. Sami na pasterkową imprezę idą. Brawo!

 

A jutro my idziemy do szwagrostwa na śniadanko. W sumie to dobra ta „Koszerna” szwagra, więc poświętujemy się trochę.

 

* * *

 

Taaa… Wcale ta moja dykteryjka nie tak mocno absurdalna i nieprawdopodobna niestety.

Co roku się nad tym samym zastanawiam.

Co się dzieje ze Świętami Bożego Narodzenia?

Każda nowa religia przejmuje symbole od swych poprzedniczek. Chrześcijaństwo też pełnymi garściami czerpało, od daty tego święta, po choćby wiecznie zielone drzewko. Tyle, że była to zamiana sacrum na sacrum. A teraz? Co znaczą nowe symbole?

Kim jest gruby, wyrośnięty krasnal w czerwonym kostiumie, woźnica sań zaprzęgniętych w renifery? Co on symbolizuje? Bo co symbolizował Święty Mikołaj, biskup Miry, z tiarą na głowie i pastorałem w dłoni, to ja wiem.

Co symbolizuje ten miniaturowy, wielokolorowy stroboskop w twoim oknie?

Cóż znaczy jeszcze aniołek na choince?

Czy jest tu jeszcze miejsce na jakiekolwiek sacrum?

Oczywiście w większości domów podzielimy się opłatkiem, zaśpiewamy kolędę, ale zastanawiam się do czego to zmierza? Jakie sacrum mają do zaoferowania spece od marketingu, którzy w pocie czoła co roku pracują nad pełną komercjalizacja Świąt?

Skoro już nie Boże Narodzenie, skoro szopki, Jezuski, Maryje i Józefy, są w głębokiej defensywie i co roku dostają coraz to boleśniejsze manto od Mikołajów, elfów, reniferów i dyskotek pasterkowych, to co dostaliśmy w zamian?

Puste jak bombka na choinkę święto konsumpcji i telewizyjnych fajerwerków.

 

Tak sobie myślę. Ja, ateista…

A gdy za kilka lat moja siedmiomiesięczna dziś córka spyta mnie o sens tych Świąt? Co jej powiem ja, który nie wierzy ani w to że Jezus był Synem Bożym, ani w żadne cuda, zmartwychwstania, odkupienia i tym podobne bajki… Powiem jej, że co świętujemy? Pierwszą gwiazdkę? Renifera Rudolfa?

 

Jaką tradycję jej przekażę?

 

Dla ateisty, takiego jak ja, wiara w taką religię jak np. katolicyzm, z całym jej bagażem mitów, legend oraz dziwacznych rytuałów, jest gwałtem na rozumie.

Tylko coraz mocniej gryzie mnie myśl, że mój ateizm jest jeszcze gorszym gwałtem. Bo gwałtem na zdrowym rozsądku.

 

Cały czas powraca pytanie: co dostałeś w zamian? I czy naprawdę uważasz, że to „coś” jest lepsze?

  

Rodzinnych, ciepłych, z odrobiną zadumy Świąt Bożego Narodzenia życzy

 

Igor z Rodziną

Nie przepadam za książkami Paolo Coelho. Chyba ze dwie przeczytałem i takie sobie były. Jakiś czas temu przestały do mnie przemawiać pseudofilozoficzne dywagacje o odnajdywaniu własnej drogi i w ogóle. No jakoś nudzą mnie i nic sensownego do mojego życia nie wnoszą. Co innego „Rzeka genów” Richarda Dawkinsa, którą przeczytałem niedawno czy „Boska cząstka” Leona Ledermana, którą czytam w tej chwili. Dzięki takim książkom dowiaduję się bardzo konkretnych rzeczy, które pozwalają mi cokolwiek zrozumieć z otaczającego mnie świata. Co oczywiście nie zmienia w żaden sposób faktu, że i w książkach Coelho można znaleźć coś niegłupiego. O, taki cytat na przykład: „Dziecko może nauczyć dorosłych trzech rzeczy: cieszyć się bez powodu, być ciągle czymś zajętym i domagać się – ze wszystkich sił – tego, czego pragnie.”. Jest to najświętsza prawda i ja się z tym zgadzam, bo, przekładając z pseudofilozoficznego na ludzki, dziecko rzeczywiście może nauczyć dorosłego jak zachowywać się jak idiota, jak zarobić się na śmierć i jak być nieznośnym egoistą.

A na poważnie.O ile jestem zdania, że podział ról jest jak najbardziej właściwy i to dorośli mają czego uczyć dzieci, o tyle bardzo daleki jestem od stwierdzenia, że dorośli nie powinni się niczego uczyć od dzieci. Ja tam wcale nie jestem zachwycony faktem, że tego dzieciaka we mnie jest coraz mniej. Chcąc nie chcąc go jednak ubywa z wiekiem. Dzieci nie myślą o przyszłości. Dla nich ważne jest dziś, tu i teraz. Ja już nie umiem nie myśleć o tym co będzie, co może być. Podejmując każdą decyzję staram się uświadomić sobie jej konsekwencje. Ogranicza to moją kreatywność i zabiera radość życia. Co robić redakcjo? Jak na nowo nauczyć się podejmować największe ryzyko i skakać w nieznane? Kiedyś wywijanie najdzikszych figli i swawoli przychodziło mi bez wysiłku. Kąpiel w mętnej i rwącej rzece spływającej wprost z lodowca? Luzik. Dziś, zdając sobie sprawę z tego jak wielki i nieprzewidywalny to żywioł, nie podjąłbym takiego ryzyka. Skok fikołkiem w dół piaszczystej skarpy? Spoko. Jest taka skarpa w Ciechanowie i niejeden raz się tam szalało, na rowerze nawet, aż ramy pękały. Może nie tak spektakularnie jak ci kolesie, ale jednak. Kolesie się zmienili, skarpa wciąż ta sama.



Nasze skakanie polegało na tym, żeby polecieć jak najdalej i najniżej, i potem się skulgać na sam dół.
Ale nie tylko skakać się chodziło na skarpę.

Razu pewnego pojechaliśmy tam na rowerach z kumplem Krisem pograć w szachy. Tak jest. W szachy. Takie mieliśmy hobby. Zaparkowaliśmy na górze na skraju skarpy i rozpoczęliśmy partyjkę. Takie małe turystyczne szaszki miałem wtedy. W sam raz na grę w plenerze. Ledwie zaczęliśmy, nadeszły dwie panie i rozłożyły tuż koło nas dwa fotele plażowe. Po czym jedna rozebrała się do majtek, a druga do rosołu. Legły i zaczęły się grilować.

Ja miałem wtedy lat 14, Kris rok więcej.

Jakoś tak nagle przestało nam to granie w szachy iść. No nic a nic. Kris poruszał wieżę ruchem skoczka i atakując mojego gońca twierdził „Szach mat”, na co ja przeskakując królem jego trzy pionki do końca planszy ogłaszałem „Damka!”.
Tyle, że żaden z nas nie patrzył na szachownicę. To znaczy niby patrzył, ale tak jakoś oczy nam w bok strzelały.
 Dwie całkiem gołe baby. Na wyciągnięcie ręki dosłownie. Tuż, tuż.

Pierwszy kudłaty bóbr widziany na własne oczy…
Nie ma już kudłatych bobrów sprzed lat…

A panie gadały, zerkały na nas i chichrały. Baby to wredne są. Tak małolatów szczuć, co?

A potem przyszedł starszy facet z dwójką dzieci i trzeba było widzieć te panie jak w panice zakładały stanik przez nogi i majtki przez głowę! Dobrze im tak. Ale wracając do myśli przewodniej. Te gołe baby przypomniały mi taką sytuację sprzed dwóch tygodni ze szkolenia pewnego na wyjeździe. Szkolenie nie firmowe, tylko tematyczne, mała grupka, obcy ludzie, hotel, wieczorna integracja w barze, te rzeczy. I jedna koleżanka, z którą połączyła mnie nić sympatii. Sympatyczna rozmowa, żarty, przypadkowe muśnięcie dłoni, niewinny uśmiech, maślane oczy i odprowadzanie do pokoju. I na koniec oczywiście śmiertelna obraza, bo zamiast zachować się jak mężczyzna poszedłem spać sam w swoim pokoju.

To kalkulowanie, te obawy, te wyrzuty sumienia… Gdzież ten dzieciak we mnie? Zamiast dać się ponieść chwili i z radością bez pamięci zająć się tym czego pragnę, zacząłem się zastanawiać. A co będzie jeśli to jakaś wariatka jak Glenn Close w „Fatalnym zauroczeniu”? A co jak się zakocha? A co jeśli żona się przypadkiem dowie i nie da sobie wytłumaczyć, że to tylko seks i nie ma się naprawdę czym przejmować? A co jak ma jakąś francę?
No i nici wyszły z romansu.

Dlaczego zabiłem tego dzieciaka w sobie? Dlaczego? Pomóż redakcjo…

rymasz

„Mianem kampanii społecznej określa się szereg działań skierowanych na zmianę postaw lub zachowań określonej grupy ludzi przy użyciu masowych kanałów komunikacji (media klasyczne, działania niekonwencjonalne).
W realizację tego typu kampanii zwykle zaangażowanych jest wiele podmiotów: biznes, media, organizacje społeczne, instytucje państwowe, oferujących różne formy działalności: pomoc finansową, rzeczową, usługi.
Kampania społeczna wykorzystuje różne metody dotarcia do odbiorców komunikatu lub rozwiązania problemu społecznego.”


http://www.mediarun.pl/dictionary/id/412

„Zmiana postaw lub zachowań określonej grupy”. Szczytny cel, nieprawdaż? Bo domyślać się należy, że twórcy kampanii społecznych zmieniają postawy i zachowania niesłuszne i szkodliwe. Bo gdzieżby co złego promowali?! Fuj, nie do pomyślenia.
Kasa z Europejskiego Funduszu Społecznego idzie na to. Ministerstwa pomagają. Co znaczy, że z naszych podatków ta pożyteczna robota jest finansowana. Jak to w socjalizmie. Władza wie lepiej i po tym jak już ograbi swoich obywateli z kasiory, to za tę kasiorę organizuje im pożyteczne pogadanki i tłumaczy co jest dobre, a co złe. Bo sami oczywiście nie wiedzą, a jak już wiedzą to i tak gorzej.
Jakie zatem postawy promują kampanie społeczne?

Walczą o prawa mniejszości. Ludzi niepełnosprawnych np. I nauczają, że chociaż niepełnosprawny, to w robocie pełnosprawny. I żeby się nie bać zatrudniać.
Domyślam się, że twórcy kampanii nie chcą mnie przekonać, że górnik bez dwóch rąk jest tak samo wydajny na przodku co górnik ze wszystkimi kończynami. Raczej chcą mnie przekonać do tego, że kulawa księgowa jest co najmniej tyle samo warta co księgowa nogą nie powłócząca. A toż to kłamstwo oczywiste, bo każdy wie, że niepełnosprawna księgowa jest warta dużo więcej niż księgowa bez grupy inwalidzkiej. Tak samo jest z dozorcą, sprzątaczką, informatykiem i każdym jednym po kolei zasadniczo.
Weźmy tę sprzątaczkę na warsztat. Albo sprzątacza. Takiego co po dużym magazynie maszyną do sprzątania jeździ. Taka maszyna potrafi 100 tys. zł kosztować jak nowa i dobrej firmy. Jak jesteś Zakład Pracy Chronionej i zatrudniasz operatora z grupą inwalidzką (na jedno ucho nie słyszy) to PFRON za stworzenie miejsca pracy dla kaleki zwróci ci część poniesionych kosztów. Czyli za maszynę którą jeździ zdrowy i prosty zapłacisz 100 tys. zł, a za maszynę którą jeździ chory i kulawy dużo mniej. Ładnie drętwo, nie?
A jeszcze kolejne ulgi, zwolnienia podatkowe, a przepis, że ZPCh od swoich klientów kasę MUSI dostać w terminie, bo jak nie, to płatnik nie ma prawa odliczeń na PEFRON porobić?
I kampania społeczna polega na tym, że pracodawcy mają się dowiedzieć o wszystkich tych przywilejach, jakie spotkają ich, gdy zatrudnią osobę niepełnosprawną.
Skandal, złodziejstwo i ewidentne pozbawianie ludzi pełnosprawnych miejsc pracy. Dyskryminacja zdrowych innymi słowy. Bo przecież nikt tu nie stworzył nowego miejsca pracy. Po prostu gwizdnął miejsce pracy zdrowemu i z sukcesem otrąbił, że niepełnosprawny ma dzięki niemu robotę!

Inna fajna kampania która ostatnio zwróciła moją uwagę zmienia to nastawienie, żeby pracodawcy starszych ludzi zatrudniali, a nie wywalali na zbity pysk z roboty.
Jest też i taka, która aktywizuje zawodowo młodych ludzi i namawia kapytalystów, żeby młodych zatrudniali.
Na obie idzie kaska z naszych podatków. Wykluczają się troszkę, czyż nie?
Ciekawostka jest też taka, że nastawienie pracodawców do pracowników zmieniła sytuacja polityczno-gospodarcza, czyli otwarcie granic, emigracja zarobkowa i hulająca gospodarka światowa, a więc i polska. Ośmielę się postawić tezę, że w Polsce legalnie nie pracują tylko ci, którzy nie mają ochoty pracować, bo im się nie chce, albo nie opłaca, bo na czarno mają więcej. Rynek pracy zrobił woltę i z rynku pracy pracodawcy stał się rynkiem pracy pracownika. Każdego jednego. Hipermarkety czy inne makdonaldy bez żadnych zachęt i kampanii społecznych, szukają starych i młodych. Kogo popadnie. Wymagane kwalifikacje: musi chcieć i się zgłosić.
I znów to samo spostrzeżenie. Czy cała ta kampania tworzy jakiekolwiek miejsce pracy? Nie, zero. Jeśli kapytalysta wywala z roboty starego to pewnie po to, żeby młodszego zatrudnić, albo innego lepszego starego, bo poprzedniego z jakiegoś powodu przestał lubić. No to po co te kampanie? Ja wiem. I powiem zaraz.

Zauważyłem też mądrą kampanię billboardową, w której nauczano, że kobiety mają te same prawa co mężczyźni. Konstytucja RP też tak naucza. I oni tę konstytucję na tych billboardach cytują. Po co? Nie wiem. No jeśli jest jakiś tuman, który tego nie wie, to on na pewno i z czytaniem ma kłopoty. Nawet jeśli przypadkiem przeczyta, to i tak nie zrozumie. Do kogo oni zatem chcą trafić?

Moim absolutnym faworytem jest kampania „Mniej dźwigaj”.
„„Mniej dźwigaj’ jest kampanią Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy na 2007 r., której celem jest walka ze schorzeniami układu mięśniowo-szkieletowego w miejscu pracy.”
Ciekawe co Pudzian na to?

Z rok temu chyba wszędzie leciały reklamy w ramach kampanii „Stop pneumokokom”. Żeby dzieci szczepić, bo jak niezaszczepione pneumokoka dostaną to będą miały całe życie zrujnowane. Słuszny i zbożny cel, nieprawdaż? I wszystko było dobrze, dopóki nie okazało się, że inicjatorem kampanii jest producent jedynej szczepionki na te pneumokoki.
Ładnie się podłączył i wykorzystał przeświadczenie, że kampanie społeczne to takie lepsze są od zwykłych reklam, bo szlachetnym celom służą. I on to sprytnie wykorzystał i natłukł dzięki temu kasiory ile wlazło.

I na mój chłopski rozum to tak jest ze wszystkimi tymi kampaniami. Jedynymi ich beneficjentami są osoby je organizujące, agencje reklamowe, które je przygotowują i media, które zarabiają na umieszczaniu i emisji tych reklam. Kasa jest do wydania, więc głupi by się nie schylił, prawda? Wcale bym się nie ździwił, i jest to przeświadczenie graniczące z pewnością, choć nie poparte żadnymi dowodami, że inicjatorami większości tych kampanii są osoby w różny sposób związane z agencjami reklamowymi i mediami żyjącymi z reklam. Czyż to nie logiczny wniosek?

Zerknijcie na podsumowanie jednej z takich mądrych kampanii. Ta dotyczyła tego, żeby małżonkowie zamiatali podłogi i dzieciom buty zawiązywali. Nie było natomiast nic na temat tego, żeby kobitki gwoździe wbijały, reperowały spłuczki i wkładały ciężkie przedmioty na szafę. Ciekawe czemu? Bezmyślność i zaczadzenie feministyczną ideologią jak sądzę.

http://www.plineu.org/pliki/konferencje/Prezentacja_Kampania_spoleczna_Anna_Augustyn.pdf

Co ważne w podsumowaniu? Ile plakatów, jakie kubeczki, jakie torebki, etc. Kto ten cały badziew robi? Agencje reklamowe. Zatem kto ma realne pożytki z tych kampanii? No? Kto?

To co, jaką kampanię sobie zorganizujemy i wyłudzimy na nią kaskę z Europejskiego Funduszu Społecznego? Im głupsza tym lepsza.

rymasz

„Opcja na prawo”, Nr 12/72, grudzień 2007 r.

Krzysztof Ligęza
Światło w ciemności
(fragment)

– Nie daję jałmużny – oświadczył mi wczoraj znajomy. – Takie mam zasady – wyjaśnił, przytaczając kilka przykładów uporczywego nagabywania. A to przez Cyganki, a to przez narkomana, a to przez jednonogiego, ulicznego żebraka, wreszcie przez kobietę, kwestującą „na pomoc dzieciom poszkodowanym w wypadkach”.

Po czym dodał, że jakąkolwiek krytykę swej postawy uzna za bezpodstawną ingerencję w prywatność. – Nie uważam, że komukolwiek należy się ode mnie rekompensata za to, że stracił nogę, zaraził się HIV-em czy też ma inną potrzebę – kontynuował. – Staram się maksymalnie uprościć sobie życie, więc dążę do unikania dylematów i rozterek, komu dać, a komu nie. A w związku z tym, że nie daję, nie mam żadnych – zapewnił z ogniem w oczach. – Mnie naprawdę sumienie nie boli z tego powodu, że jestem od kogoś zdrowszy i mądrzejszy. Godzę się z tym bez kłopotania sumienia. Współczuję tym nieszczęśliwym ludziom. Ale zasady zobowiązują – zakończył pryncypialnie.

Nie wystarczy dużo wiedzieć, żeby być mądrym – przemknęła mi przez głowę myśl Heraklita z Efezu. Zaraz potem przypomniałem sobie, że nie dalej jak dwa, może trzy dni wcześniej, proszony przez starszą kobietę „o dwa złote na chleb”, mój znajomy zapytał ją, czy nie jest głodna, a po uzyskaniu płochliwej odpowiedzi twierdzącej, niemal siłą zaciągnął kobiecinę do najbliższego sklepu, który opuścili dopiero po dłuższej chwili. Z reklamówką po brzegi wyładowaną żywnością.

Zrozumiawszy zatem, że uczestniczę co najwyżej w intelektualnej prowokacji, odpowiedziałem mniej więcej tymi słowami:

– Świat nie jest sprawiedliwy, ponieważ opiera się na rywalizacji, a nie na współpracy. Dobro często nie popłaca, niepowodzenie nie przynosi rekompensaty, a z życiowymi tragediami każdy z nas musi radzić sobie sam. Tym niemniej nie wolno nam akceptować tezy, że ludzki dramat jest tylko boską komedią, wobec czego nie ma znaczenia, czy i co uczynimy dla kogoś, kto wyciąga dłoń w naszą stronę.

Deklaracja, że staramy się maksymalnie uprościć sobie życie, nasze „ja” określa w niedomiarze. Proste życie ma pastewny burak. Też mi ideał. Świat, w którym ludzie z zasady odmawialiby jałmużny, byłby światem wyzutym z bezinteresowności, a szerzej – ze świętości. To byłoby piekło, w którym diabeł mógłby – żeby tak rzec – z czystym sumieniem udać się na urlop.

Co może lepiej świadczyć o naszym człowieczeństwie, jeśli nie odniesienie do drugiego egzemplarza naszego własnego gatunku, a tym bardziej do kaleki, chorego czy nędzarza? Ludzie ci mają prawo do nadziei, a my mamy możliwość jej ofiarowania. Oraz obowiązek oceny, w jakich okolicznościach odmowa mogłaby jednak nasze człowieczeństwo pohańbić.

Zauważ: w 2004 roku polski rząd przeznaczył 60 milionów złotych na dożywianie polskich dzieci. W budżecie na rok 2005 na ten sam cel zaplanowano kwotę pięciokrotnie wyższą, zakładając przy tym, że pomoc trafi nie tylko do dzieci, ale i do „innych potrzebujących”. Ostatecznie, wraz z pieniędzmi przekazanymi przez sponsorów i organizacje pozarządowe, uzyskano kwotę 600 milionów. Dokładnie tyle samo pieniędzy w 2006 roku pochodziło jedynie z budżetu państwa – doliczając do tego dodatkowo pozyskane środki, uzbierał się prawie miliard.

Wyobraź to sobie. Wyobraź sobie początek XXI wieku w sercu Europy. Wyobraź sobie brak jakiejkolwiek klęski żywiołowej czy masowej tragedii. I wyobraź sobie miliard złotych wydatkowanych po to jedynie, by ograniczyć w Polsce zjawisko głodu – i nie mów mi o zasadach.

(…)

Krzysztof Ligęza


http://www.opcja.pop.pl/numer72/72lig2.html

Bywalcy poznają inspirację? Dodam, że sam z ochotą zgodziłem się na wykorzystanie tekstów z Kącika przez autora.

rymasz

Byłem dziś w sklepie z przedmiotami potrzebnymi do obsługi dzieci.
Dziki tłum, jak to przed Świętami.

Kupowałem coś dla mojej sześciomiesięcznej córki. Nawet sprawnie mi poszło. Zasięgnąłem opinii sprzedawczyni, wybrałem to czego potrzebowałem, zapłaciłem. Wychodząc trafiłem do kącika z zabawkami z „Gwiezdnych wojen”.

I jedna myśl nie daje mi spokoju od tamtej pory. Jak myślicie, czy Sokół Millenium kapitana Hana Solo to byłby dobry prezent dla mojej córki??? Albo może kolejka chociaż?

;-DDD

rymasz


  • RSS