Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 11.2007

SESEMESY

3 komentarzy

Słowem wstępu: R. to ukochane miejsce na Mazurach Kędziora i Kędziorowej.

Kędzior, 17:15: „Jesteśmy w R. Jest biało, niebo pełne gwiazd, w kominku ogień i pijaństwo wielkie w perspektywie. ;-) Naprawdę wielkie. ;-))) Wreszcie odpoczynek… Pozdro”

Rymasz, 17:18: „Jestem w tramwaju, tłok jak skurwysyn, ktoś bąka puścił chyba. Naprawdę wielkiego. Zaraz wysiadam. Wreszcie odpoczynek. Pzdr.”

Autentyk z dziś. ;-DDD

rymasz

Refleksja

5 komentarzy

Polak jak głodny to zły. Moja córka jak głodna to naprawdę wkurwiona.

rymasz

Się dowiedziałem ostatnio o czym ze mną nie pogada. No jest parę tematów, w których mam zdanie odmienne niż tzw. opinia publiczna w mojej fabryce.
Zatem nie pogada ze mną:

1. O astrologii, horoskopach, tarocie, różdżkarstwie, homeopatii, bioenergoterapii, feng szui i każdym innym idiotyzmie tego właśnie rodzaju. Nie pogada właśnie z powodu tego, że już na samym początku rozmowy nie omieszkuję właśnie słowem idiotyzm nazwać wywodów interlokutora, tłumaczącego mi niuanse trudnych stosunków partnerskich między wagami i skorpionami, rozwodzącego się nad wpływem doniczki z paprotką stojącej na parapecie na udane życie seksualne lokatorów, czy też donoszącego z wypiekami na twarzy o niewiarygodnych wyczynach radiestety, który źródełko za pomocą patyka odkrył. Obraziłem ostatnio wszystkie matki, z którymi na co dzień jako młody matek jestem w znakomitych stosunkach, gdy w krótkich żołnierskich słowach wyraziłem swoją opinię o pierdolonych hochsztaplerach zapisujących dzieciom „leki” homeopatyczne. Ktoś ma tu inne zdanie na temat tego oszustwa? A może ktoś każdej z tych wyliczonych przeze mnie bzdur (jest ich więcej oczywiście) nie uważa za oszustwo, tylko jest zdania, że „coś w tym jest”? Proszę dać znać. Się napnę i wyłożę co jest w tych bzdurach.
2. O polityce. Nie pogada się ze mną z tego powodu, że nie dostałem orgazmu po wygranej PO. Ale to jeszcze pikuś. Moją największą przewiną jest to, że nie uważam Kaczorów za największe nieszczęście Polski od zakończenia ruskiej okupacji. Że nie wyrażam poglądu, że zwycięstwo nad kaczyzmem jest wartością samą w sobie, rangą równą zwycięstwu nad hitleryzmem. Na dodatek ośmielam się wskazywać na typowe dla wszystkich polityków cechy wykazywane przez panów i panie z PO. Pierdolą bez sensu, obiecują gruszki na wierzbie, po czym mają w dupie tych, którzy im naiwnie uwierzyli, srają na swoje ideały i w imię zagarniania władzy pod siebie wchodzą w polityczne sojusze, kosztem swoich tzw. „programów”. Obrazu mej degrengolady dopełnia fakt, że w rządach Kaczorów znaduję sporo rzeczy dobrych i ważnych dla Polski. No to już jest skandal i z takim gościem jak ja nie ma o czym gadać w tym temacie.
3. O pedałach. A to dlatego, że cały czas powtarzam, że homiki mają w Polsce identyczne prawa co heteryki. Toczka w toczkę. Nie ma w Polsce żadnego prawa, które dyskryminowałoby homików w jakiejkolwiek dziedzinie życia. ŻADNEGO. No to o czym z takim oszołomem gadać?
4. O wierze. Bo nie dość, że w Boga nie wierzę i niespecjalnie kryję się z tym poglądem, to wcale nie przypierdalam się do kleru bez przerwy i za wszystko, z Radyjem na czele. A powinienem raz na jakiś czas kontrolnie jakiegoś moherowego bereta obśmiać. Tak wypada w dobrym towarzystwie. Ja tam zawsze powtarzam, że o DJ Ryzyku i jego mediach za dużo do powiedzenia nie mam, bo mam jego i je w dupie i nie czytuję, nie słucham, nie oglądam. Gdy proszę o przykłady oszołomstwa, to dostaję podetknięty pod nos artykuł z GW. A o tym ze mną też nie pogada.
5. O prasie. Bo GW uważam za żałosną gadzinówkę, w której jedyną prawdziwą informacją jest kurs walut z dnia poprzedniego, a Michnika za kanalię, który bardzo Polsce zaszkodził, nobilitując takie bandyckie kreatury jak Jaruzel, Kiszczak, Urban czy Kwach.
6. O książkach. Bo Łysiaka czytam. A przecież wiadomo, że to wariat i oszołom. W GW „pisało”. Nawet swego czasu usłużnie dostarczono mi stosowny artykuł na biurko.

No i pewnie o paru innych rzeczach też ze mną nie pogada.
No taki ze mnie trefny koleś.

rymasz

Sport

5 komentarzy

Sport ma sens wtedy, gdy jest widowiskową rywalizacją.
Dlatego czasami walka bokserska dwóch patałachów może przynieść więcej emocji i frajdy z oglądania niż pojedynek dwóch mistrzów takich jak Ruiz czy Byrd. No usnąć przecież można gdy chodzą dookoła siebie, się uchylają i dwa razy na rundę pacną rywala w ryło. A gdy dwa patałachy tłuką się mniej finezyjnie ale za to non stop, to już może być widowiskowo!

Podział w sportach na kategorie wagowe jest bez sensu i służy jedynie temu, żeby dłużej zawody trwały. To tak jak ze „sportem” kobiet, który, jak już błyskotliwie i dowcipnie dowiodłem w poprzedniej notce, ma sens tylko wtedy, gdy naoliwione zawodniczki występują w strojach kąpielowych.
Co mnie obchodzi jakiś „mistrz” wagi mysiej, skoro pojedynek tego mistrza z przeciętnym zawodnikiem wagi mamuciej trwałby jedynie do momentu, w którym dryblas by konusa raz a porządnie jebnął? Czyli jakieś 30 sekund. I pozamiatane.
Jedyne sensowne rozwiązanie to kategoria open i wybieramy najlepszego. Jak z chuchra taki kozak to niech udowodni!
Takie rozwiązanie stosują różne japońskie federacje wolnej amerykanki i tam się nawalają chłopaki ważące 250 kg z chudzinkami ważącymi ¼ tego. I sam widziałem jak takie chucherko takiego obtłuszczonego kolosa jednym kopniakiem w wielki jak wiadro łeb pozbawiło przytomności.
Ale te walki mnie nie grzeją jakoś. Boks ma reguły, taktykę, prawidła. I tu taka sytuacja, że mistrz wagi mysiej powala mistrza wagi mamuciej, są możliwe jedynie teoretycznie.

Podziały na kategorie wagowe mają jeszcze mniej sensu w podnoszeniu ciężarów czy kajakarstwie. Co mnie obchodzi jak silni czy szybcy są ludzie postury nikczemnej? Jeżeli już miałoby mnie to z jakiegokolwiek powodu interesować to tylko to jak silni i szybcy są najlepsi.

A wracając do boksu: pojęcia nie mam dlaczego lubię oglądać walki bokserskie… Jakiż to niby ma sens poza tym wymiernym dla zawodników, trenerów, promotorów, organizatorów i stacji TV, które konkretną kasę na tym biznesie zarabiają?
No nawala się dwóch mięśniaków. Też mi wydarzenie.
Skąd się biorą emocje podczas oglądania tego, który którego zatłucze, podczas gdy wiadomo, że oni się tłuką tylko dla kasy?

No ale w czasie boksu to jeszcze coś się dzieje, ale podczas zawodów w skokach narciarskich? Przecież skoki pierwszych czterdziestu paralityków można sobie na luziku odpuścić. Jak jakiś skoczy dalej to wiadomo, że farta miał i tyle, a w drugiej kolejce już standardowo pierdolnie na bulę.
W czasie całych zawodów emocją są przecież tylko jak skacze Małysz. Przez całą resztę zawodów trzymamy z całych sił kciuki, żeby żaden z Germańskich, Austriackich, Fińskich i Norweskich przeciwników naszego Adasia nie skoczył dalej. Też mi emocje.

Niektórzy wulgaryzują to mocniej i zastanawiają się cóż tak ekscytującego może być w tym, że gdy dwudziestu dwóch dorosłych facetów gania po trawniku za nadmuchanym pęcherzem ze świńskiej skóry i usiłuje wbić go w prostokątny otwór, to na podziwianie ich zmagań na żywo swoje pieniądze i czas poświęcają dziesiątki tysięcy widzów na stadionie i setki milionów przed telewizorami?

Albo jaka to radość oglądać jak 22 małe samochodziki zapylają w kółko przez półtorej godziny, gdy wiadomo, że szansę na zwycięstwo mają i tak tylko dwa typy tych samochodzików, a wielkim wydarzeniem jest, gdy raz na 5 wyścigów jeden dobry wyprzedzi innego dobrego nie tylko podczas postoju na tankowanie i wymianę opon.
Durne, nie? A ja lubię obejrzeć i dobry futbol i zawody Formuły 1.

Mam swoją teorię skąd się to bierze w człowieku…
Igrzyska cieszyły się wielka popularnością już tysiące lat temu…

rymasz

Sportsmenki

7 komentarzy

Oglądanie siatkówki kobiecej sprawia jakąkolwiek przyjemność tylko dlatego, że panie siatkarki biegają w kusych majtkach i mają zgrabne tyłki. No i niektóre ujdą w tłoku jeśli o urodę z twarzy chodzi. Ale raczej mniejszość, bo w zdecydowanej większości to jednak sporo poniżej przeciętnej. To logiczne nawet. Wielkie baby są z reguły nieproporcjonalnie zbudowane i mają końskie twarze. Wyjątki się zdarzają, ale jak to wyjątki, od czasu do czasu.

Za to od strony czysto sportowej kobiece sporty to zwykła żenada.
Zostańmy przy tej siatkówce. Obejrzyjcie set żeńskiej na najwyższym poziomie, niech będzie Brazylia z Włochami, po czym zaraz przerzućcie na mecz polskiej ligi dwóch przeciętniaków nawet. Inne planety, inny sport. Mężczyźni grają szybciej, wyżej, mocniej, bardziej widowiskowo, spektakularniej.

W innych grach zespołowych jest jeszcze gorzej. Kobiety grające w koszykówkę albo w piłkę nożną to już żenada po całości. Nie da się tego w żaden sposób oglądać, zwłaszcza, że koszykarki są zwyczajnie szpetne.
Kolejne sporty to kolejne nieporozumienia.
Jak tu ekscytować się np. zawodami kobiet w skoku o tyczce, gdy od razu wiadomo, że zwyciężczyni skoczy prawie metr niżej niż wynosi minimum kwalifikacyjne dla facetów? Biegi, inne skoki, rzuty – to samo. Najlepsza baba jest dużo gorsza od najsłabszego faceta występującego w szerokim finale.
No to, pytam, czym tu się ekscytować?

Albo sporty walki. Toż dwie tłukące się po pyskach kobiety urągają elementarnej przyzwoitości. Chaotyczny łomot, bez ładu, składu i sensu.
Z kobiecych sportów walki od biedy to ujdą jedynie zapasy w kisielu.
A z innych kobiecych sportów to jeszcze siatkówka plażowa, chociaż zawodniczki obowiązkowo powinny występować topless w stringach. No wtedy patrzenie na ich występy miałoby większy sens.

Gimnastyka artystyczna albo jazda figurowa na lodzie to nie sport. Akrobaci do cyrku, łyżwiarze do rewii, a nie, kurwa, na olimpiady. Jak już, to reguły powinny być jak w teleturniejach w telewizorze. SMSy i publika faworyta wybiera. Tak samo w konkursie Chopinowskim zresztą!

Ja tam kobiety lubię dlatego, że są kobiece, a nie dlatego, że potrafią dźwignąć 150 kg i przez to co rano muszą się golić. Co to za kobieta i za co tu ją podziwiać? Współczuć jej należy, zwłaszcza, że od sterydów i testosteronu nie tylko wąsy rosną i cycki znikają. Puchnie też taki mały dzyndzelek na dole i zaczyna niebezpiecznie przypominać sisusiaka. A fuj, nieprawdaż?

rymasz

Dni zadumy za nami.
Zadumy nad przemijaniem i nieuchronnością śmierci.

W Mikołajkach odbyły się zaduszki żeglarskie poświęcone pamięci ofiar białego szkwału, który na koniec sierpnia zatopił czterdzieści łódek na Mazurach.
Ja już pisałem, co myślę o śmierci tych ofiar. Ofiar losu oczywiście.
„O tym, że żeglarstwo to jednak jest igranie z siłami natury przypomniało ostatnio biały szkwał na Mazurach. Po konsultacjach z Genkiem, który jest dla mnie żeglarskim guru, podejrzewam, że powywalać i potopić dali się samobójcy i, przepraszam pogrążone w bólu rodziny, idioci. Było co najmniej pół godziny, by zwiać na silniku do brzegu. Każdy cokolwiek doświadczony i rozsądny żeglarz tak właśnie zrobił. I dlatego tak mało było potopionych łódek i potopionych żeglarzy! Pomyślcie ile ich wtedy TYSIĘCY pływało po wielkich jeziorach. Na wodzie zostali nieliczni kretyni.”
Zadania nie zmieniłem. Potopieni to kandydaci do nagrody Darwina.

Ich historia przypomina mi historię Romana Rocznia, niewidomego śpiewaka szant.
Lat temu kilka oglądałem jego występ w nieistniejącej już knajpie GMBDU w Ukcie. Fajnie się wtedy bawiliśmy ze znajomymi. W obecności mojej małżonki pewna wyjąca pięćdziesiątka, chwaląca się, że radną jest z Pisza, czy coś podobnego, nastawała bezczelnie na moją cnotę. Trochę się obraziła, gdy oznajmiłem jej, że przypomina mi kocicę. Oznajmiłem to słowami „Ten ją miał, tamten ją miał”. Ale tylko na chwilę się obraziła. Zaraz jej przeszło.
W każdym razie koncert Romana Rocznia całkiem fajny był, a facet sympatyczne wrażenie robił. Ciepły był taki.
No i niewidomego zawsze jednak szkoda, prawda?
No prawie zawsze…

Drugi raz usłyszałem o człowieku, gdy upijałem się w „Gnieździe piratów” w Warszawie. Czasami można mnie tam spotkać.
Otóż okazało się, że Romek Roczeń zrealizował marzenie swojego życia i wraz z grupą niewidomych udał się na zorganizowany przez siebie rejs po Bałtyku. Po czym w porcie w Oslo spadł ze schodów i połamał sobie kręgosłup. Wygooglajcie sobie tę wzruszającą historię.
Od tamtej pory facet nie gra i nie śpiewa. Sparaliżowany nie jest na szczęście, ale rehabilitacja jest długa i powolna.
W „Gnieździe” zbiórkę robili na tę rehabilitację. Chyba nawet dałem dychę, chociaż pewny nie jestem, bo jako się rzekło trzeźwy nie byłem.

Taaa… Smutna historia, prawda? Szkoda człowieka. Nie dość, że niewidomy, to jeszcze kłopoty z motoryką mu doszły. I to wszystko podczas realizacji tak pięknego marzenia. Ciężki ma, nomen omen, krzyż…

A ja tak sobie myślę, że chcącemu nie dzieje się krzywda.

I tyle mam do dodania tytułem komentarza:

No to sobie kurwa popływał…

rymasz


  • RSS