Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 10.2007

Na urodziny

15 komentarzy

Z okazji trzydziestych piątych urodzin życzę sobie:
1. Zdrowia.
2. Miłości.
3. Życia w normalnym kraju.

W to trzecie za cholerę nie wierzę. Ten kraj nie jest normalny i szczerze mówiąc, to mam poważne wątpliwości co do tego, czy jakikolwiek kraj na świecie taki jest. Z prostego powodu. Ludzie w zatrważającej większości to pozbawieni jakiejkolwiek refleksji nad własną egzystencją kretyni. Powtarzam: w zatrważającej większości.
Matulu, jak ja się cieszę, gdy spotykam na drodze mej życia krętej, rozsądnego człowieka, który potrafi wykorzystać do samodzielnego myślenia tę śluzowatą grudę materii schowaną w czaszce. O jakże ich niewielu…
Dziś za ludzi myślą media. Praktyczne i wygodne rozwiązanie. Z własnego doświadczenia wiem, że od myślenia na drugi dzień strasznie łeb nawala. Więc po co się męczyć, gdy są programy TV, gazety, portale internetowe zawsze chętne by usłużnie podać na talerzu pełnym kolorowych, smakowitych dodatków gotowy, wysmażony pogląd?
Odrobina cierpliwości wystarczy, by wiedzieć co myśleć, bo państwo kurestwo, zwane dziennikarstwem, pracuje bez przerw. I głowa nie będzie bolała na drugi dzień.
Jak to Dezerter śpiewał? Najprościej jest nie myśleć…
dezerter - ile procent duszy - 06. najprosciej jest nie myslec
Tych niemyślących spotykam w ilościach hurtowych. Są oczywiści, nudni i przewidywalni.
Gdy zaczniesz z nimi rozmawiać np. o polityce dowiesz się, że to wielkie szczęście, że udało nam się obalić dyktaturę Kaczyńskich.
Kurwa, rzygam tym. Taki mędrzec jeden z drugim będzie ci na wyprzódki tłumaczył jakie to wolności stłamsiły Kaczory, jakich to zbrodni się dopuścili.
Zamordowały naszą Świętą Barbarę? No zamordowali! A to że Blida sama się zamordowała, bo najwyraźniej miała sporo na sumieniu? To nas nie obchodzi. Będziemy mówić i pisać nie o samobójstwie Blidy. O nie, to za proste by było. My się będziemy głośno domagać wyjaśnienia przyczyn śmierci Św. Barbary. A toż to proste jak bzykanie. Przyczyną śmierci Barbary Blidy była kulka z pistoletu, którą własnoręcznie ta dzielna kobieta wystrzeliła sobie w pierś.
A to CBA! No mordo ty moja skandal po prostu. A że PO za CBA głosowało? No tak, ale przecież nie po to, żeby uczciwych ludzi ścigać!
Złapali Sawicką jak łapówę wzięła? No niestety zaprzeczyć się nie da. Więc co robią media? Smażą…
Sawicka odstawia przed kamerami żałosną szopkę p.t.: „Ja nie jestem złodziej, ja zwykła kurwa jestem” i wszyscy to łykają jak młody pelikan rybkę i od tej pory nie ma już afery, jest tylko dramat wykorzystanej przez reżim kobity. Dyżurne autorytety zaraz to potwierdzą. Jakaś pani psycholog, jakaś pani filozof, jakiś Tusk, każdy jeden, kogo spytać. I o tym piszą sprzedajne dziwki, nie wgryzają się w to, co mówiła ta pani, nie szukają Grupy Trzymającej Szpitale… Po co? Chętnie za to sprzedadzą „prawdę”, że szpital górniczy KGHM jest już od dawna prywatny, bo należy do KGHM S.A. A że w KGHM S.A. ponad 40% udziałów ma skarb państwa, co w praktyce znaczy, że na nadzwyczajnym zebraniu akcjonariuszy państwo reprezentuje ponad 80% obecnych na zebraniu akcji? No bez przesady, w to nie będziemy wnikać.
Zresztą czego ja oczekuję po dziennikarzach gazety, która po sześciu miesiącach „dziennikarskiego śledztwa”, które ponoć nastąpiło po wizycie Rywina u Michnika, zdołała ustalić, że… Rywin przyszedł do Michnika. Kurwa, żenada.
Kupiłem tę szmatę w piątek, bo Lepsza Polowa chciała jakąś książkę o browarze, która była w dodatkach. I przejrzałem. I czego się dowiedziałem?
Satyrycy po przegranej Kaczorów stracili natchnienie. No nie ma się już z czego nabijać. MSZ należy zdefotygować. Biskupi odetchnęli z ulgą, że PiS przegrało. Raspudę uda się ocalić (i ta manipulacja złości mnie najbardziej).
I jeszcze dziesięciu rzeczy świadczących o tym, że wreszcie zrzucamy z siebie brzemię tej dyktatury.
Jak trzeba mieć nasrane w głowie, żeby to wszystko bezkrytycznie łyknąć?
Przeciętnie. Naprawdę. Przeciętna w zupełności wystarcza.
I ja naprawdę nie łudzę się, że gdziekolwiek indziej na świecie jest inaczej…

Jeśli chodzi o miłość, której sobie życzę, to nie mam na co narzekać. Wystarczy utrzymać to co jest teraz.

Jeśli chodzi o zdrowie, to zwyczajnie jest ono niezbędne, żeby móc życiem się cieszyć.
Jestem już raczej poza półmetkiem i lepiej to już nie będzie. Więc sobie życzę.
Jeśli ktoś wam usiłuje wytłumaczyć, ze cierpienie uszlachetnia, to jest to zwykły debil i należy go co najmniej skulgać ze chodów.
Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie kaleczy duszę…
I to piszę ja, ateista, który nie wierzy w to, ze ludzie maja dusze.

rymasz

Jałmużna

11 komentarzy

15 lat temu. Zmierzch. Szedłem sobie Marszałkowską w Warszawie. Nagle obstąpiło mnie stado cyganek z obsmarkanymi bachorami.
- Pan da pieniążek panie… Powróżyć… Pan da… – zawodziły wszystkie na raz.
- Nic nie dam. Idźcie sobie.
- Dobry pan, pieniążek da, powróży cyganka. Pan da… – kontynuowały coraz namolniej i zaczęły mnie macać po kieszeniach.
- Wypierdalać kurwy jedne!!! – wrzasnąłem na cały regulator, odtrącając brudne łapska.
- O, kurwy, kurwy zaraz. Wcale nie kurwy… – pomruczały, rozchodząc się posłusznie.

* * *

Ponad rok temu kupowałem bilety na dworcu centralnym. Podszedł do mnie jakiś zaniedbany typek i zaczął mamrotać, żebym jakieś drobne mu dał.
- Nie! – odparłem dość stanowczo.
- Kurwa mać! Co za ludzie! – odparł koleś i podreptał innych nagabywać.

* * *

Gdy Lepsza Połowa leżała w szpitalu po porodzie, bywałem tam po dwa, trzy razy dziennie. I dwa, trzy razy dziennie, stałem w korku na zakręcie do głównej ulicy. Zakręt ten był rewirem młodego żebraka, który kuśtykał wzdłuż sznurka samochodów i żądał pieniędzy. Chyba nogi nie miał o ile dobrze pamiętam. Za którymś razem dokuśtykał i do mnie. I zaczął przekonywać mnie, żebym dał mu pieniądze.
- Nic z tego – odparłem.
- Dlaczego? – zapytał.
- Nie muszę się panu przecież tłumaczyć, nieprawdaż?
- Jasne, proszę bardzo, jak pan uważa. Ale ja na pana miejscu bym się wstydził.
- A ja wstydziłbym się na pana miejscu i to jest różnica między nami – zakończyłem rozmowę z uśmiechem.

* * *

W zeszłym tygodniu około 20:00 zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłem. Miła, sympatyczna starsza pani uprzejmie się przywitała, wyciągnęła jakąś listę i zaczęła mi tłumaczyć, że jak co roku, tradycyjnie już odwiedza nasz blok i zbiera pieniądze na pomoc dzieciom poszkodowanym w wypadkach bodajże. Uprzejmie odparłem, że nie, dziękuję, nie jestem zainteresowany wsparciem tej szlachetnej akcji.
- Ojej, naprawdę? – autentycznie zmartwiła się Starsza Pani – Bo wszyscy dają… To może chociaż 5 złotych?
- Niestety, przykro mi. Nigdy nie daję żadnych pieniędzy domokrążcom. Takie mam zasady – powiedziałem cały czas grzecznie się uśmiechając.
- Ależ ja nie jestem wcale domokrążcą! – oburzyła się moja rozmówczyni.
- Naprawdę? Nie chodzi pani od drzwi do drzwi i nie namawia, żeby dać jej pieniądze?
- Ale przecież to coś zupełnie innego.
- Ale przecież ja nie mówię o idei, tylko o prostym fakcie domokrążenia. Dobranoc.

* * *

Rzeczywiście takie mam zasady. Żebrakom i domokrążcom odmawiam. Prawie zawsze. Naprawdę rzadko się łamię. Ale nawet jeśli pęknę, to nie daję pieniędzy, tylko pytam co mam kupić i idę do najbliższego sklepu.
Złamany ze mnie kutas.
Lepsza Połowa natomiast, zupełnie jak większość znanych mi kobiet, nieodzownie się wzrusza i sięga po gotówkę. Na szczęście podczas wizyty tej Starszej Pani od wypadków, akurat kąpała Lenkę. Nawet się potem zmartwiła, że to nie ona otworzyła drzwi, bo byłaby jej akcję wsparła.

Współczuję tym nieszczęśliwym ludziom. To naprawdę przejebane nie mieć nogi, być garbatym, pokręcony, ślepym, chorym, albo żebrać na schronisko dla zwierząt, czy sprzęt medyczny dla szpitala.
Ale trudno. Zasady zobowiązują.
Nie daję jałmużny.

Pretensję, że nie daję traktuję jako ingerencję w moje prywatne sprawy i słusznie się oburzam. Nie daję, bo nie uważam, że należy ci się ode mnie rekompensata, za to, że ci rękę ujebało, za to, żeś się HIV-em zaraził czy też za to, że masz jakikolwiek inny problem lub potrzebę.

W zawiązku z tym, że nie daję w ogóle nie mam żadnych dylematów i rozterek, komu dać, a komu nie, gdy proszą. Zajebiście się wkurwiam, gdy mam jakiś dylemat albo rozterkę, więc dążę do ich unikania i staram się maksymalnie uprościć sobie życie.
W tym wypadku moja recepta sprawdza się idealnie.

rymasz

Weekendzik

6 komentarzy

Ach, jaki fajny weekendzik!

W sobotę wpadły trzy sąsiadki i jeden sąsiad w celu mocno spóźnionego świętowania pępkowego Lenki. Bardzo sympatycznie spędzaliśmy czas. Niestety po raz kolejny okazało się, że jeżeli chodzi o alkohol, to nie potrafię się uczyć na błędach. Nie od dziś przecież wiem, że jedenaste przykazanie brzmi „Nie mieszaj!”. Nie raz przekonałem się o tym, że alkohol pity w nadmiernych ilościach skutkuje niemocą w dniu następnym. Zdaję sobie również sprawę z tego, że im jestem starszy (a nie da się ukryć, że z każdym dniem robię się starszy), tym gorzej znoszę objawy zatrucia alkoholem. Bezpowrotnie minęły te czasy, gdy piło się do późnej nocy, a rano wstawało i ruszało czerpać z życia pełnymi garściami. Ja to wszystko naprawdę wiem. Tyle, że już po pierwszym piwie wszystkie te prawdy oczywiste, wielokrotnie doświadczone, zapominam i popełniam szkolne błędy. Po piwkach dwóch był kieliszek pysznego, wytrawnego wina, potem kilka drinków wódki z… no z czym???, no oczywiście, że z cytrynowa fantą, potem ze dwa lub trzy kieliszki znakomitego porto, a na końcu wódka już z kieliszków, popijana colą, bo fanta się skończyła. Sympatyczne pogawędki, przyjacielskie sprzeczki o politykę i Boga i zejście gospodarza o 2:00. Taaa… W niedzielę nie nadawałem się do użytku do ok. 13:00. Gorąca kąpiel odrobinę poprawiła moje fatalne samopoczucie, zimne piwo pomogło już bardziej. A gdy nagotowałem zajebistej karkówki w słodko-kwaśnym sosie, narobiłem sałatki i grzanek z salami i serem, to poczułem się już całkiem przyzwoicie.
A potem przyszli goście. Hugo z małżowinką i dwiema córeczkami, oraz jeszcze jedni z znajomi z dwoma synkami.
Podjedliśmy, pogadaliśmy, po czym zaczęły się zajęcia w grupach. Faceci siedli i oglądali razem najlepszy wyścig Formuły 1 w tym sezonie (Ferrari tytuł należał się jak psu zupa i bardzo dobrze, że Hamilton dostał bęcki), kobiety gadały chyba o dzieciach i kieckach, zajmując się przy tym dwójką najmłodszych dzieciaczków (Mikołaj – 4 miesiące i Lenka – 5 miesięcy), a pozostała trójka dzieci (Julka – 14 miesięcy, Mateusz – 2,5 roku, Ala – 3,5 roku) przystąpiła w duchu zdrowej, sportowej rywalizacji do bicia rekordu świata w produkowaniu entropii na czas. Na mój rozum próba bicia rekordu zakończyła się pełnym sukcesem. Ilość wygenerowanego hałasu, krzyku, płaczu oraz chaosu przekroczyła najśmielsze oczekiwania kibiców. Pomogły w tym i chipsy, i ciastka znakomicie nadające się do rozrzucania po podłodze, i flamastry, i kartki papieru również świetnie pasujące do dywanu, i klocki, które znakomicie się kopie, i samochodzik, który się fajnie rozpada i wreszcie ciastolina, która fenomenalnie wygląda pokruszona na dywanie. Lepsza Połowa była najnormalniej w świecie zachwycona, ja kilka razy znalazłem się na krawędzi zawału. Okazało się, ze jeżeli chodzi o obsługę małych dzieci, to jeszcze sporo lekcji przede mną. Rodzice z dłuższym stażem, na figle swoich dzieci spoglądali ze stoickim spokojem, ja natomiast z rosnącym przerażeniem. Na mój rozum to te dzieci ryzykowały życiem i zdrowiem, średnio trzy razy na minutę, a to dokonując niebezpiecznych akrobacji, a to zabawiając się potencjalnie groźnymi przedmiotami. Zostałem kilkukrotnie pouczony, że wcale nie należy krzyczeć w sytuacji, gdy wydaje ci się, że mała Julka za pół sekundy poharata sobie rączkę rozbitym kieliszkiem, gdy co i raz obala się, nabijając sobie kolejnego guza, albo przyciska sobie palce szufladą. Stoicki spokój należy też zachować, gdy Mateusz puszcza z wyrzutni swój nowy samochodzik, celując przy tym prosto w swoje oko, albo gdy po bitwie z Alą wali z całych sił potylicą w stolik. No co tam, w końcu tylko coś tam kwiknie, poskarży się i ruszy dalej do zabawy.
Przyrzekam, było to widowisko fascynujące i emocji dostarczyło z pewnością więcej niż było nie było, naprawdę ciekawy wyścig.
Chyba najbardziej wniebowzięta wydawała się Lenka, która co prawda kompletnie nie kumała skąd tyle człowieków i co oni wszyscy robią, ale obserwowała wszystko z niemalejącym zainteresowaniem. Coś tam pogadała, trochę się pośmiała, ale nawet nie przyszło jej do głowy, żeby pomarudzić, jak to bywa z takimi maluszkami przed zaśnięciem.
Łał, mówię Wam, to było coś i ja jestem za tym, żeby więcej było tych spotkań. Ja naprawdę jeszcze wiele wiedzy mam do przyswojenia.

No a potem były wybory i czekanie na wyniki. Ponieważ się nie doczekaliśmy, to goście sobie poszli, a Lepsza Połowa w godzinkę uporała się z chaosem.
A potem było ogłoszenie wyników i po raz kolejny okazało się, że ze mnie taki polityczny przewidywacz, jak z koziej dupy trąba.
Że SO i LPR utonęły, to było wiadome. Dobrze im tak i to było proste do zgadnięcia
Ale byłem pewien, że wygra PiS, ale rządzić będzie i tak PO w koalicji z PSLem lub, TFU!, LiDem.
No a Kaczory dostały w dupę jak się patrzy. Chociaż, co też ważne, są pierwszą partią rządzącą, która w kolejnych wyborach poprawiła swój wynik z wyborów, dzięki którym doszli do władzy.

Ja już pisałem niedawno co sądzę o wszystkich politykach. Nie zmieniam zdania.
I mam tylko jedno do powiedzenia uradowanym do nieprzytomności i pełnym entuzjazmu i optymizmu wyborcom PO.
Przed wami trudny okres pozbywania się złudzeń. Ja to mam już za sobą, więc wiem, że łatwo nie jest. Ale warto. Przejdziecie przez to i na końcu zobaczycie jacy to fantastyczni i dotrzymujący wyborczych obietnic politycy z tych platfusów. Jacy to z nich liberałowie gospodarczy, jak walczą z biurokracją, jak obniżają podatki, a wszystkie stanowiska obsadzają bezpartyjnymi fachowcami, a nie krewnymi i znajomymi królika. Zresztą znakomite przykłady daje Bufetowa w Stolycy, sadzając na każdym stołku na jakim można swoich wielkich koalicyjnych przyjaciół z, TFU!!!, LiDu.
Ale spoko. Wierzę w Was. Dacie radę, przejdziecie przez to i będziecie na końcu silniejsi. Czego Wam serdecznie życzę.

rymasz

O rety, ale urwanie głowy dzisiaj. No nie wyrabiam się z robotą. Co oni, powariowali wszyscy???
Nie daję rady na zakrętach. Zapieprz taki, że nie ma czasu taczek załadować.
No dobra, dosyć marudzenia. Ruchy!!!

Za co by tu wziąć się na początku? O, to!
Co to?
Fajne.
Pomacham.
Ale numer, grzechocze. Ja pierniczę!
Oj, a to co znowu??? Musze to złapać.
Aj, to co trzymałam do tej pory mi wypadło. Nie do wiary! Ciekawe dlaczego?
Łapię. Mam. Jeju, to moja noga!!!
O ja pierniczę. A co to koło nogi? Chodź do Szefowej bejbi.
O żesz ty, też grzechocze!!! A całkiem inne niż to poprzednio. Nie wyrabiam. Chyba się popłaczę.

Płaczę.

O jakby lepiej trochę.

Co to? Gada coś. Znam ten głos. O, i tę twarz też znam! To ten z Ekipy Serwisowej. Ten co ma grubszy głos i większy jest. Ta mniejsza jednak fajniejsza. Częściej nosi, daje jeść, głaszcze. Ten większy niby się stara, ale mu słabiej wychodzi. Ale niech ma. Uśmiechnę się do niego. O, proszę jaki szczęśliwy. Ech, jak to łatwo daje się manipulować. Zapłaczesz – przybiega i obsługuje. Uśmiechniesz się – cieszy się. Kaszka z mleczkiem.
Zaraz, zaraz. Ja się tu głupotami zajmuję, a robota czeka.
O, co to???
Ja pierniczę! Grzechotka!!!
Ojejku, kiedy ja to wszystko obrobię?

s1.JPGs5.JPGs7.JPGs10.JPGRymasz

Death Proof

7 komentarzy

Niestety obejrzałem ostatni film Quentina.
Żenua od początku do końca.
Byle jak, o niczym, po nic.
Tak, tak, ja wiem, parodia złych filmów, nie może być dobra. A jednak „Kill Bill” był fajny.
A tu nie ma nic. Pusto.
Rozwlekłe dialogi, które urzekały świeżością we „Wściekłych psach” i „Pulp Fiction”, w „Death Proof” są autoparodią. I czy śmieszne mają być ewidentne błędy warsztatowe, polegające na tym, że przy każdym kolejnym ujęciu kamery zmienia się krajobraz za oknem samochodu?
Beznadziejny film!
Dobre jest 30 sekund pierwszego wypadku i scena ucieczki i pogoni. Z 15 minut może w sumie. Reszta to wypełniacz o konsystencji i smaku waty szklanej.

Fetyszyzm Tatantino na punkcie kobiecych stóp ma w tym gniocie rozmiary monstrualne.
W „Pulp Fiction” były dywagacje na temat masażu stóp i taniec Umy na bosaka. W „Jackie Brown” była bosa Bridget Fonda malująca pazury. W „Kill Billu” wielkie stopy Umy na cały ekran. Tutaj film zaczyna się od bosych stóp na desce rozdzielczej. Potem są stopy innej laski na schodach i na kanapie. Potem jest laska ze stopą za oknem samochodu. Potem jest lizanie stóp kolejnej laski. A w finałowej scenie ten zły zostaje ostatecznie ukatrupiony strzałem ze stopy. Z jakiegoś powodu obutej.
Zapewne następny film Quentina będzie się składał tylko i wyłącznie z bosonogich lasek liżących się nawzajem po piętach i ssących sobie paluchy. No co? Dowcipna parodia made in Tarantino w hołdzie lesbijskim filmom porno też musi kiedyś nadejść.
Poziom Quentin już osiągnął.

rymasz

Mam w dupie te wybory.
Nigdzie się w niedzielę nie wybieram. Planuję pooglądać jak się znowu psuje samochód Kubicy, leczyć kaca, bo w sobotę wieczorem robimy spóźnioną imprezę pępkową dla sąsiadek, wybrać się z rodziną na spacer, powałkonić się z Córcią i takie tam. Ani mi w głowie głosować.
Ja ich wszystkich mam dość i jak patrzę na te gęby, to mi się autentycznie niedobrze robi.
To pierwsza kampania, którą mam od początku do końca gdzieś.
Dwa lata temu, pełen entuzjazmu liczyłem na POPiS i zarąbanie czerwonych na śmierć. Po czym chłopaki zrobiły awanturę (i nic a nic mnie nie obchodzi dywagowanie, kto na kogo się obraził, a kto się zachował jak gnojek) i jedni zaczęli socjalistyczne rządy z chamami i palantami, a drudzy zaczęli produkować lokalne koalicje z bolszewikami.
Rzygać się chce.

Kaczor z dziobem pełnym socjalistycznych frazesów, którymi włazi w dupę „przeciętnemu wyborcy”, który marzy tylko o tym, żeby państwo dało, zapewniło, zagwarantowało, uregulowało.
Ci państwo. Ja, ty, on.
Patałachy zafajdane porządnej ustawy lustracyjnej nie potrafią napisać, a sukcesy w wyjaśnianiu wielkich afer ograniczają się do rozwikłania kładu we własnym rządzie. No jak się do rządu zaprasza kryminalistów, to się i ma.
Tak, walka z korupcją, rozwiązanie WSI, usprawnienia w sądach… Dobrze, tylko dlaczego wszystko kulawe i niedorobione?!
Co z tego, że patrioci, uczciwi i nie kradną? To powinien być warunek konieczny niewystarczający dla wszystkich!

Tusk nieudacznik i przegrywacz ze sforą ujadaczy, którzy program wyborczy zajumali Lepperowi, tylko Balcerowicz na Kaczyński zamienili. „Kaczyński musi odejść” i to naprawdę wszystko co mają do powiedzenia.
Najpierw: Polaku głosuj za akcesją do wspólnoty europejskiej to będziesz mógł wyjechać i pracować za granica, zarabiając jak człowiek. Teraz: O rety, Polacy wyjechali! Dlaczego? I kogo to wina? No jasne. Kaczora…
I tak cały czas.

Lewizna i Desperaci. No nie. Bez komentarza.
Jaką trzeba mieć amnezję, by nie pamiętać co ta banda wywijała podczas swoich rządów? Banda małych krętaczy i złodziei. Za co się nie wezmą to spierdolą. Zresztą sami to przyznają, ustami swoich niedawnych liderów.
O lokaja z desperaci.pl nie warto wspominać. Żałosne dziadki i tyle.

PSL. Jak zwykle dadzą każdemu kto dobrze zapłaci.

SO. Na szczęście już po nich. To akurat jest prawdziwy sukces Kaczora.

LPR. Egzotyczna koalicja Romana, Korwina i Jurka. Walczą już tylko o 3,5% i kasę z budżetu.
Roman popełnił samobójstwo pozwalając pod szyldem LPR głosić liberalne hasła gospodarcze. A teraz jedzie już po bandzie. Tonący brzydko się chwyta.
Korwin to skompromitowany pajac i wysyłanie go do publicznych wystąpień to również polityczne harakiri. Wariata, czy też jak kto woli oryginała, to się pokazuje jako ciekawostkę, a nie jako męża stanu.
Jurek. A kto to Jurek? Widział go ktoś ostatnio?

Partia Rozebranych Kobiet.
Chwalą się, chwalą, a jak do tej pory żadna nawet bobra nie pokazała!

I tyle ich.

Mam ich wszystkich gdzieś.
I proszę mi tu nie pitolić, że obowiązek, że nie głosując nie mam prawa mieć potem pretensji, że to postawa nieobywatelska, czy co tam jeszcze. Wali mnie to.
Ja się nimi brzydzę.

Zostaję w domu.

rymasz

Pomysł powołania do życia Partii Kobiet podoba mi się nad wyraz.
Jeszcze bardziej podoba mi się bezpardonowa kampania wyborcza, w której czołowe działaczki tej partii nie mają podobno nic do ukrycia. Jedyne co zastanawia to to, dlaczego jednak pieczołowicie zakrywają to i owo.
Jednakowoż idea ta jest na tyle inspirująca, że zacząłem sobie wyobrażać Partię Mężczyzn.

Do wyborów Partia Mężczyzn ruszyłaby pod hasłem „Nie mamy nic do ukrycia. Mamy siłę przebicia”. Na plakatach dumnie wyprężona grupa członków udowadniałaby, że tak jest naprawdę.
Program Partii Mężczyzn byłby uzupełnieniem programu Partii Kobiet i skupiałby się przede wszystkim na zasypywaniu sztucznych różnic i podziałów między płciami oraz walce z dyskryminacją. Rozwijałby twórczo hasła z programu Partii Kobiet, ale też dodawał śmiałe i nowatorskie koncepcje.

„Możliwość samostanowienia w kwestiach planowania rodziny”.
Tak jest!!! Co prawda panie mają na myśli przede wszystkim powszechne i refundowane przez państwo egzekucje na dzieciach, które nie zdążyły się narodzić, a z jakiegoś powodu nie pasują do planów życiowych kochających je mamuś, ale my ten punkt rozszerzymy. Zauważmy, że opiera się on na koncepcji, że człowiek, który się począł, ale jeszcze nie narodził, to jeszcze nie człowiek. Ja natomiast jestem skłonny sądzić, że zygota, zarodek czy płód to takie same etapy rozwoju człowieka jak noworodek, niemowlę, podlotek czy starzec. A choćby ze względu na to, że na każdym etapie rozwoju organizm ten jest autonomiczny i posiada unikalne DNA. No ale cóż, kłócić się z kobietą nie będziemy, podejdziemy do sprawy po męsku. Jak wykluczamy co poniektórych, to wykluczamy! Skoro panie żądają prawa do samodzielnego decydowania o życiu dziecka poczętego wspólnymi było nie było siłami, to my również domagamy się, by mężczyzna miał „możliwość samostanowienia w kwestiach planowania rodziny” i w dowolnej chwili posiadał prawo do ucięcia głowy małżonce, która np. samodzielnie podjęła decyzję o zamordowaniu ich wspólnego dziecka. Niniejszym postanawiamy, że takiej jednostki nie można nazwać człowiekiem.

„wyrównanie płac z mężczyznami”
O to, to! Tylko nie zatrzymujmy się jedynie na płacach. Gdy już uchwalimy ustawy, które na prywatnych przedsiębiorcach będą wymuszały wysokość pensji, jakie gotowi są płacić swoim pracownikom, to pójdziemy dalej. Będziemy walczyć o to, by obie płcie miały jednakowy dostęp do pracy w każdym zawodzie. Nie zgadzamy się na to, by to kobiety zajmowały większość miejsc pracy w takich zawodach jak pielęgniarka, przedszkolanka, sprzedawczyni, kosmetyczka i wielu innych. Specjalna ustawa nałoży na pracodawców obowiązek zatrudniania w każdym przedsiębiorstwie równej liczby kobiet i mężczyzn. Co prawda wiązać się to będzie z koniecznością przekierowania części pielęgniarek i przedszkolanek na przodki w kopalniach i odwrotnie, ale równość płci przede wszystkim! Nie szkoda róż, gdy płoną lasy!!!
Stapiacze fryty oraz kierowcy TIRów do nauczania początkowego!!!

Postulujemy też zlikwidowanie dyskryminujących podziałów w sporcie. A niby czemu to kobiety startują w oddzielnych rozgrywkach? A z jakiej to niby racji, rekordy świata klasyfikuje się oddzielnie dla obu płci? Skończmy z tym. Chcemy rywalizacji na równych zasadach. Nie będzie już dyskryminujących podziałów. Specjalna ustawa zagwarantuje, że w sportach zespołowych w każdej drużynie udział płci wynosił będzie 50/50. Oczywiście płace wszystkich zawodników będą wyrównane!!!
Dzięki zniesieniu tych apartheidowskich podziałów na płcie, panie będą miały możliwość udowodnienia nam w bezpośredniej rywalizacji, że tak samo dobrze jak my biegają, skaczą i rzucają przed siebie różnymi dziwnymi przedmiotami.
Spodziewamy się tu co prawda ostrego oporu ze strony Partii Kobiet, ale jesteśmy przygotowani na walkę. Obawiamy się, że jeśli z jakiegoś powodu okaże się, że to jednak mężczyźni zajmują w każdych zawodach pierwsze miejsca, w celu wyrównania szans kobiety specjalną ustawą będą usiłowały wprowadzić odpowiednie zalecenia co do handicapów przysługujących kobietom w każdej dyscyplinie (np. w boksie mężczyźni walczą jedną ręką, ze związanymi nogami i opaską na oczach, w biegu na 100 m kobiety mają do pokonania dystans 90 metrów itd.). Zgłosimy wtedy szybki protest do Urzędu do Spraw Wyrównywania.

Doprowadzimy też do zniesienia sztucznych podziałów na „damskie” i „męskie” toalety, przebieralnie czy prysznice.

Taaaak… Tyle możliwości, tyle perspektyw.
A ile jeszcze partii czeka na swoją szansę.
Partia Indian
Partia Blondynów
Partia Mańkutów
Patia Białych Ludzi
Oczywiście wszystkie walczyć będą o „polepszenie warunków życia” reprezentowanej grupy. I będą wyrównywać, wyrównywać, wyrównywać…

rymasz


  • RSS