Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 9.2007

Jest kilka rzeczy, na których się nie znam. Ciężko w to uwierzyć, ale ściemniał nie będę. Jedną z tych rzeczy jest sprzątanie. Nie mam do niego talentu. Faceci w ogóle nie mają talentu do utrzymywania porządku. Jak pedant, to albo pedał, albo pierdolnięty jakiś. Natomiast kobiety do sprzątania są wręcz stworzone. Uwielbiają to. Nawet wiem dlaczego. Od Vonneguta chyba wiem.

W ogóle wszystko co wiem, wiem od kogoś. Wszystkiego się nauczyłem. Gdy się urodziłem, to nie wiedziałem nic. Miałem zaprogramowanych kilka podstawowych odruchów, zapewniających przetrwanie (oddychanie, ssanie, płacz…) a reszta była niczym. Dziś umiem trochę jednak więcej. Nauczyłem się.
W uczeniu się czegokolwiek najbardziej podoba mi się to, że wszystko, czego się nauczyłem, z automatu staje się proste.
Spróbujcie wytłumaczyć analfabecie, że czytanie i pisanie to naprawdę luzik. No, powodzenia życzę! A przecież, gdy już to umiesz, to jest proste i bez wysiłku przychodzi, nieprawdaż? Tajemne symbole na papierze niosą treść. Noż kurwa kosmos i niepojęta tajemnica normalnie. Spróbujcie poczytać arabskie albo japońskie robaczki!!! I jak wam idzie?
Nauczyć się czytać i pisać to wielki wysiłek i niewiarygodne wyzwanie. Każdemu z nas w miarę przyzwoite opanowanie tych czynności zajęło ok. 10 lat, a doskonalicie się w nich cały czas, choćby podczas lektury tego tekstu. Mało? Chodzić uczyliście się ze dwa lata. Tyle samo mówić. Potem było tylko doskonalenie.
W uczeniu się podoba mi się jeszcze i to, że dzięki temu, że się czegoś nauczyłem, lepiej rozumiem świat i więcej rzeczy zauważam.
Oj, chyba temat główny mi zwiewa. To wracam. Choć to zdanie powyżej nawet warte rozwinięcia…

Zatem, z którejś z książek Vonneguta wiem, że kobiety mają zaprogramowane poczucie bezpieczeństwa. Chcą się czuć bezpieczne i mieć zapewnioną, i przewidywalną przyszłość. Oczywiście w naszym świecie nie ma takiej możliwości, żeby przyszłość była zapewniona i przewidywalna, ale starać się trzeba, nieprawdaż? Jak to robią kobiety? Porządkują świat dookoła siebie. Świat uporządkowany to świat znany, bezpieczny i przewidywalny. Zajebiście cenna rzecz to dążenie do ograniczania chaosu. Za to między innymi kocham Lepszą Połowę.

Prawie trzy tygodnie byłem sam. Dość pasywnie walczyłem z narastającą w naszym mieszkaniu entropią. Nie walczyłem też wcale jakoś intensywnie, by ją powiększyć. To jakoś samo tak się dzieje i przychodzi mi zupełnie bez wysiłku. No wiecie. Powierzchnie nie wycierane pokrywają się kurzem, szklanka wsadzona do zlewu wraz z patelnią przestaje być brudna tylko od herbaty, a zaczyna być brudna od kotletów smażonych na patelni, brudnych ciuchów w brudowniku przybywa, a nie ubywa, wyjęte z szuflady przedmioty nie odkładają się same na miejsce. No takie tam. Ale bez przesady. W czasie tych trzech tygodni nie wyprawiałem jakichś niewiarygodnych orgii przecież. No dobra, jedną chciałem wyprawić, ale mi nie wyszło. Zaprosiłem na nią kumpla z pracy nawet. „A ilu nas będzie?” zapytał. „No jak z żoną przyjdziesz, to troje” odparłem i cały mój chytry plan poszedł się jebać.

Stan jaki zastała Lepsza Połowa po powrocie nazwałbym zaniedbaniem zaledwie, ale w żadnym wypadku burdelem. A miałem okazję wysłuchać kilku relacji, które LP telefonicznie zdawała koleżankom. Okazało się, że żeby wejść do mieszkania najpierw szuflą musiała odgarnąć hałdy śmieci. W pocie czoła wydrążyła korytarz, dotarła za przedpokój i dopiero wtedy zdębiała.
Nieprzezroczyste okna zasłaniały czarne strzępki szmat zwisających z sufitu. W zlewie i lodówce zupełnie nowa i nieznana dotychczas forma życia wkraczała w erę kosmiczną i sposobiła się do wysłania swoich przedstawicieli na Księżyc. Wszystko oświetlały gołe i obsrane przez muchy żarówki. Pokryte sprejem tynki odpadały ze ścian. Wśród tego zawszony mąż w łachmanach chrypiącym groszem prosił o 2 zł na prytę…
Na szczęście nadeszła odsiecz. I zniweczyła rozwój nowej cywilizacji gąbka nasączoną Ludwikiem oraz Cilitem. Potrzebne były jeszcze tylko wizyty ekipy remontowej i deratyzacyjnej i nasze mieszkanie znów zaczęło wyglądać jak siedziba białych ludzi. Ufff…
No jak bulkę kocham rogala za świadka, tak to właśnie wyglądało w relacjach LP dla koleżanek.
Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego jednak zdecydowała się zostawić Lenkę z tak nieodpowiedzialnym ojcem na cały wieczór. Bo wychodne żona miała.

Zostaliśmy zatem z Córcią sami.

Noooo… Godzina walki i bezradności na końcu. Wyplute i wzgardzone mleko z butelki, olana herbatka na poprawę trawienia, zignorowane grzechotki. Płacz, dramat, łzy. Rety, po tej godzinie kompletnie nie wiedziałem co robić. „Może mokro ma?”, kombinowałem. Dawaj przebierać.

Lepsza Polowa przed wyjściem nastawiła dwudzieste czwarte z kolei pranie. Na naszej pralce stoi przewijak Lenki. Myślę, że w 90% mieszkań rodziców maluszków, przewijaki stoją na pralce. Optymalne miejsce zarówno ze względu na położenie (łazienka), jak i wysokość.

Gdy wchodziłem z zapłakaną Lenką do łazienki, program kazał pralce wirować. Położyłem zapłakaną Lenkę na przewijaku.
Lenka odchyliła główkę na bok i zasnęła. Od momentu położenia na wirującej pralce do momentu zaśnięcia upłynęło dokładnie 0.0001 sekundy.

Czego się nauczyłem dzięki temu zdarzeniu? Aj, ileż to morałów można wysnuć… No choćby taki, że urządzenia AGD mają wiele różnych zastosowań i niektóre z nich nie są bynajmniej opisane w instrukcji obsługi.

Położyłem Lenkę do łóżeczka. Stałem i patrzyłem na nią dłuuuugą chwilę.
I myślałem sobie, jaki to zajebisty jestem.
No powiedzcie, jak można nie można być dumnym z siebie, mając świadomość, że jest się współsprawcą kogoś takiego (zdjęcie z następnego dnia rano).

Kr%F3liczek.jpg

Naprawdę za długie i za szczere mi te notki wychodzą. Bo przecież pisałem niedawno:
„Obiecałem sobie, że jeśli po urodzeniu córki zacznę odczuwać palącą potrzebę dzielenia się z czytelnikami fascynującymi opowieściami o smółce, kolce, przewijaniu, nocnym wstawaniu, pierwszym uśmiechu, pierwszym „tata”, pierwszych kroczkach itd., itp., to samokrytycznie uda mi się to zdiagnozować i w porę wycofać. Nie wyobrażam sobie, żeby ten blog miał się zmienić w taki właśnie dziennik rodzicielski, jakich dziesiątki tysięcy. Rzecz jasna w tej mierzwie 95% to śmieci, reszta przyzwoita, a w niej kilka perełek, tak jak blog Wawrzyńca Puskyego. Jakikolwiek poziom miałbym szansę osiągnąć (stany średnie jak sądzę), nie podejmuję się próbować. Nie chcę, żeby w coś takiego Kącik się zmienił.”
„…marnie to widzę, bo naprawdę zanosi się na to, że tu za chwilę powstanie dziennik świeżo upieczonego Tatusia, a to moim skromnym zdaniem będzie już zupełnie nie do przyjęcia.”.
No to właśnie słowo ciałem się stało.
I to to chuj jest w sumie. Wiecie co jest najgorsze?
Już mi to nie przeszkadza…
Rety, jestem cipa…

rymasz

Zastanawiam się jak to się dzieje, że mały człowieczek nie wpada w jakąś kompletną depresję z tego powodu, że samodzielnie to potrafi tylko leżeć na wznak? Ja bym zwariował. Nie móc usiąść, przemieścić się, obrócić. Na dodatek kontrolować ruchy swoich kończyn w sposób, hmmm…, bardzo umiarkowany. Czy to nie stresujące? No dobra, mały człowieczek jeszcze nie wie, że sam może chodzić, ale cały czas widzi innych człowieków dookoła, którzy samodzielnie się przemieszczają. A on co?

Lenka wydaje się tym jakoś nieszczególnie przejmować. Jest ogólnie zadowolona z życia, a epokowe odkrycia, których nieustannie dokonuje, sprawiają, że każdy dzień jest niewiarygodnie fascynującą przygodą.

Nie widziałem mojej Córci dwa tygodnie. Lepsza Połowa wyjechała z nią na ranczo do Najlepszej Teściowej Świata, a ja zostałem sam jak palec w Stolycy. One tam się świetnie bawiły, a ja, słomiany wdowiec, wieczór w wieczór, tylko dziwki, wóda i darcie ryja. No załamać się można, naprawdę się stęskniłem.

Dwa tygodnie dla czteromiesięcznego człowieczka to 12% całego dotychczasowego życia. Czyli proporcjonalnie dla mnie 35-ciolatka – ponad 4 lata. Kawał czasu, nie?
Moja Lenka zmieniła się nie do poznania. Takie maleństwo codziennie czegoś się uczy. Codziennie zdobywa jakąś nową umiejętność.

Gdy przyjechałem w piątek późnym wieczorem malutka już spała. Usnąłem i ja szybko.

Obudziła się rano i zaczęła coś tam do siebie gadać. Wstałem i podszedłem do łóżeczka. Lenka leżała w poprzek. Udało jej się obrócić o 90 st. Łóżeczko zbyt szerokie nie jest, Lenka szybko rośnie, więc nie bardzo się mieściła. To spowodowało, że nogi musiała unieść do góry. Gdy je tylko zadarła, to strasznie się nimi zaciekawiła. Zrobiła minę, która znaczyła: „O ja cię kręcę, a co to tak mi przed nosem mignęło?” i szybko chwyciła to co jej mignęło, czyli własne stopy. Zaraz też zrobiła minę: „Ja nie mogę, normalnie to chyba moje co tak miga! Rety, życie jest naprawdę pełne niespodzianek!!!”. Szybko też zapragnęła swoim niesamowitym odkryciem podzielić się ze światem. „Aaaaeeeogrrraaaauuuu….” ogłosiła więc entuzjastycznie.

Ja na to wszystko patrzyłem zachwycony. Chciałem się przywitać z Córcią, ale bałem się to zrobić zbyt gwałtownie. Cały czas mam w pamięci moment, gdy Lenka mało zawału serduszka przeze mnie nie dostała. Kilka tygodni temu położyłem ją na łóżku, sam ległem obok i podziwiałem jak chaotycznie macha rękami i wpatruje się we mnie. Nie ruszałem się. Po czym nagle rzekłem: „No co tam Lenka?”. Matulu, jak ja Córcię przestraszyłem!!! Podskoczyła prawie. Nie ruszałem się, to szybko zapomniała nieboraczka, że ja żywy jestem. Mea culpa. Od tamtej pory jestem ostrożny.

- Halo, Lenka – rzekłem cicho, pochylając się nad łóżeczkiem. Lenka spojrzała w moją stronę. Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego, że w ciągu tych dwóch tygodni zapomniała, że ma jakiegoś tatę. Nie przeszkadzało jej to bynajmniej w obdarzeniu mnie najpiękniejszym uśmiechem jaki widziałem życiu. Julietta Roberts niech z swoim wyszczerzonym, krokodylim, pełnym zębów, spierdala w podskokach.
- No opowiedz, co Ci się dzisiaj śniło – zapytałem jak zawsze, gdy pierwszy wstaję do Córci.
- Aaaaeeeogrrraaaauuuu….
- Naprawdę? – odpowiedziałem zgodnie z rytuałem – Piłaś mleko z cycuszka? Niesamowite…
- Eeeooouuueeeeeooooaaaa… – nawijała dalej Lenka.
Potem wziąłem ją na ręce. Sztywno trzymała kręgosłup, głowa nie leciała jej w dół. Pamiętajcie, dwa tygodnie się nie widzieliśmy. Ona tego nie umiała podczas naszego ostatniego spotkania.
Potem było zmienianie pieluszki i karmienie. Potem dogrywka i trzygodzinna drzemka.

A potem zajmowanie się dzieckiem.

Lenka odkryła krzyk. Skumała, że nie trzeba wpadać w kompletną rozpacz i topić się we łzach, by obsługujące ją człowieki zrobiły to, czego szefowa pragnie. Wystarczy krzyknąć ostrzegawczo.
Aj, jak ona szybko się tego nauczyła!

Potem była przekąska i pierwsze w życiu cztery maleńkie łyżeczki jakiegoś niezjadliwego gówna w słoiczku z naklejką Gerbera.
Jakże ona fantastycznie tego nie jadła!!!

Potem był drugi obiad i pierwsze w życiu cztery łyżeczki pomidorówki (mało przypraw!!!).
Mina oznajmiła światu: „Łał, ale czad! Wcinam coś, co smakuje inaczej niż mleko i herbatka na lepsze trawienie. Kompletnie nie kumam o co halo, ale jazda jest na maksa. Dajcie mi więcej tego stuffu!”.

No przecież ja godzinami mogę na te spektakle patrzeć.

Wieczorem Lenka dostała do łapki pierwszego w życiu biszkopta. Nie bardzo wiedziała co z nim zrobić, więc wsadziła go sobie w ucho. Ponieważ nie za bardzo się mieścił, to pomachała nim chwilę, po czym ciapnęła na podłogę. Przeprowadziliśmy wobec tego naszą pierwszą poważną rozmowę. Jak Ojciec z Córką.
- Aaaagrghhhhhuuuuuaaaaa – rzekła mi Córcia, wytrącając mi z ręki wszystkie argumenty.
A potem usnęła.

Ot, taki dzień.

Rymasz

AA potem wyobraziłem sobie ukończony
kanał. I U-Boota dopływającego do działającej śluzy. Kapitan
wyciągniętą ręką wita szefa zmiany. Ten odpowiada w ten sam
sposób. Okręt wpływa do środka, wrota śluzy zamykają się z
przeciągłym wizgiem napinanych stalowych lin. Napływająca woda
wypiera U-Boota 14 metrów w górę.

Na końcu kanału ostatni posterunek
żołnierzy z Mauerwald i U-Boot wpływa na Mauersee.


O ile ten pierwszy obrazek polskich
niewolników popędzanych przez gestapowca jeszcze od biedy ma jakiś
sens, o tyle ten drugi to zupełna fantazja. Tak być nigdy nie
mogło, nawet gdyby Szwaby wygrały tę wojnę i ukończyły kanał.


Kanał zaczęto budować w 1911 roku.
Prace przerwał wybuch I WŚ. Wznowiono je w 1934 i definitywnie
przerwano w 1942.

Nie wiem, kto był wykonawcą prac, ale
podejrzewam, że w hitlerowskiej Rzeszy mogła to być Organisation
Todt, ta sama, która wybudowała pobliską Kwaterę Mauerwald.
Organizacja powstała w 1938 i tworzyły ją prywatne i państwowe
firmy budowlane, które podczas wojny nader ochoczo korzystało z
pracy niewolników z podbitych krajów. Zatem w końcówce mogli
podczas budowy kanału przymusowo pracować Polacy. Ale czy ich prace
mógł nadzorować gestapowiec? Nie sadzę… Przedstawiciel Tajnej
Policji jako cieć na budowie? E tam…

A pływający po kanale U-Boot to już
kompletna bajka. Gdy kanał projektowano w XIX wieku nikt nie słyszał
o U-Bootach. Zatem nie te gabaryty. Gdzieżby do śluzy zmieścił
się okręt o długości ponad 70-ciu metrów? Gdzieżby do kanału o
głębokości 2 m wpłynął okręt o zanurzeniu 5 m? Kanał miał
przeznaczenie cywilne, mimo, że w czasach III Rzeszy był tajny.

Nie będę robił wypisów z tego ile
miał mieć długości (51 km), ile śluz (10), jaka miała być
różnica poziomów (111 m). Wpiszcie w google „Kanał mazurski”.
I „Mamerki” wpiszcie. Znajdziecie historię, zdjęcia, mapy,
ciekawostki. Dużo dobrych i ciekawych stron.

Dla leniuchów kilka linków:

Kanał:

1 
2 
3 
4 
5 

Mamerki: 
1 
2 

Ja dokończę moją historię.

W błogim przekonaniu, że to co
poopowiadał mi Misiek to prawda żyłem przez kolejne lata. 10 lat
temu nie było internetu, googli i 642 tys. stron na których coś o
kanale wspomniano. Kilka razy odwiedzałem Mamerki i kanał. Zawsze
od wody, zawsze tą sama trasą. Aż w końcu wyciągnąłem na
wycieczkę Kędziora. Pokazałem mu co było do pokazania, Kędzior
oniemiał, po czym, po powrocie, z wrodzoną sobie pedantycznością,
zaczął szukać materiałów źródłowych. Gdy jechaliśmy na
wycieczkę w kolejnym roku był już solidnie obryty. I, jak zwykle,
wszystko miał zaplanowane.

I co się okazało. Te kilka bunkrów w
Mamerkach, które zwiedzaliśmy, to drobna część całości. Cały
kompleks jest dużo większy, wystarczyło na druga stronę drogi
przejść. Warto. Mówię wam, jeśli będziecie w okolicach
Węgorzewa, nie wahajcie się ani chwili. Tam jest teraz parking, za
który was skasują. Pożyczą wam latarkę (za kasę) i jeszcze będą
chcieli sprzedać bilet. I tu jest myk. Otóż bunkry znajdują się
na terenach Lasów Państwowych. Zatem nikt nie ma prawa żądać
opłaty za wstęp do nich. Póki co, wstęp do Lasów Państwowych
jest w Polsce bezpłatny. Za co zatem ten bilet? Ano za wizytę na
wieży widokowej, którą postawili na największym bunkrze. Można
nie płacić, gdy zadeklaruje się brak chęci na wejście na wieżę.
Niech spadają.


Ale to nie koniec tego, co wygrzebał
Kędzior. Bo poza śluzą w Leśniewie, o której pisałem i zupełnie
nieukończonej drugiej śluzie tuż obok, są i inne śluzy. My
pojechaliśmy na śluzę w Guji. Jest to śluza o identycznej
konstrukcji co ta w Leśniewie, z tym, że ta jest ukończona i
jedyna działająca. Za 10 zł śluzowy wpuścił nas na teren.
Fantastyczna wycieczka była.

Jeśli komuś mało zdjęć z
zalinkowanych stron, to ja mogę fotoreportaż zamieścić. Jeśli
KILKA przynajmniej osób wyrazi ochotę, to to zrobię. Dla dwóch
czy trzech chętnych nie robię. Pierdolę…


Zmierzając do końca. Kto nie był,
niech jedzie. Warto.

 

Niezaeżnie od tego jak naiwne i
niekompatybilne z rzeczywistością były moje młodzieńcze
wyobrażenia na temat przeszłości i alternatywnej historii tych
obiektów, to fascynacja pozostała. Nie tylko bunkrami i śluzami.


cdn.


PS. Wszystkie dane na temat Mamerek,
Kanału, organizacji Todt i U–Bootów z Wikipedii i stron
tematycznych zerżnąłem żywcem prawie. Wyjątkowo twórcze zajęcie
i jakiego mądralę można poudawać… ;-)))

Rymasz

Śluza

6 komentarzy

Siedzimy na nasypie, młoda wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach.
 

Od lewej: Rymasz, Dżonny, Genek i kolega, który jeszcze w mojej dykteryjce nie występował, więc nie będziemy mnożyć bytów. ;-)))

Rymasz

Z góry ujrzałem sporą polanę i
jakieś potężne bryły. Szybko zgadłem, że stałem właśnie na Z
góry ujrzałem sporą polanę i jakieś potężne bryły. Szybko
zgadłem, że stałem właśnie na dachu im podobnej. Słabo było
widać w ciemnościach.
- Co to jest? – zapytałem.
- A
bunkry. Niezłe, nie?
- No czad!
Siedliśmy i zaczęliśmy
gadać.

O czym się gada z kumplami w taką noc, gdy nad
głowami rozpościera się płachta bezkresnego wszechświata, przez
dziurki w której podgląda nas Bóg? Gdy nieskończoność i
wieczność są na wyciągnięcie dłoni? Gdy ma się tylko
dwadzieścia jeden lat i powoli do świadomości zaczyna docierać to
wszechogarniające poczucie absurdu własnej egzystencji? Gdy
jednocześnie czuje się tę jedność ze światem oraz bliskość
bratnich dusz?

No różnie. My gadaliśmy o dupach i o tym
jaką zajebistą przygodę dziś mieliśmy z ratowaniem
rozbitków.
Niebo gwiaździste nad nami, cierpko-słodkie pryty w
nas.
A potem zleźliśmy i poszliśmy spać.

Rankiem
wróciliśmy na polanę. I dopiero wtedy mnie zamurowało.
Te
bunkry były wielkie jak kompleksy nastolatka. W doskonałym stanie.
Przyświecając sobie latarkami wleźliśmy do środka jednego z nich
mocząc po kostki nogi. Miejsca nie było za dużo (wąski korytarz i
dwa niewielkie pokoje), ale i tak mi się podobało. Poszwędaliśmy
się dookoła. Było jeszcze kilka mniejszych bunkrów, budynek
transformatorni i generatorów. Ogólnie niewiarygodnie zajebiście.
Byłem wniebowzięty!!! W Gierłoży w Wilczym Szańcu są ruiny, a
tu wszystko było nienaruszone. Nóweczka normalnie. Ściąć krzaki,
pozamiatać, wstawić meble i można nową wojnę wywoływać! Bo w
Mamerkach była kiedyś Kwatera Główna Niemieckich Wojsk Lądowych.
Szczegóły będą na końcu, chwilowo nas nie interesują.
A
potem ruszyliśmy na spacer. Długi. Wzdłuż Kanału Mazurskiego.
Kanał raz w wykopie, raz między potężnymi nasypami. Po drodze
jazy, mosty, przejazd kolejowy do Węgorzewa (wtedy jeszcze
działający) i pełno śladów działalności bobrów. Droga zajęła
mi dwa piwa, bo to z 5 kilometrów było. Gdy kanał się nagle
skończył, trzeba było zejść. I wtedy naszym oczom ukazała się
ogromna bryła żelbetu. Potężna, wysoka na 15 metrów, długa na
30. Śluza. Nieukończona, abstrakcyjnie stercząca samotnie pośród
pól i lasów. Na froncie miejsce na szeroką na kilka metrów
hitlerowską gapę. Siadamy i kontemplujemy. Chłopaki opowiadają
jak to Kanałem Mazurskim miały pływać U-Booty do tajnego portu na
Mamrach. Łykam tę bajkę jak młody pelikan rybkę.

Bunkry,
kanał, potężna śluza z gapą. U-Booty pasują do tej
układanki.

Siedzimy na nasypie, młoda wyobraźnia pracuje na
najwyższych obrotach.

Dookoła szkieletu śluzy krzątają
się tłumy sponiewieranych niewolników w drelichach. Pchają
taczki, kopią ziemię, ustawiają szalunki, mieszają beton, wiążą
stalowe pręty w zbrojenia.

- Schneller ihr polnische Schweine!!!
Los, los, los!!! – popędza ich gestapowiec ze szpicrutą w ręce…


Rymasz

O tym, że żeglarstwo to jednak jest
igranie z siłami natury przypomniało ostatnio biały szkwał na
Mazurach. Po konsultacjach z Genkiem, który jest dla mnie żeglarskim
guru, podejrzewam, że powywalać i potopić dali się samobójcy i,
przepraszam pogrążone w bólu rodziny, idioci. Było co najmniej
pół godziny, by zwiać na silniku do brzegu. Każdy cokolwiek
doświadczony i rozsądny żeglarz tak właśnie zrobił. I dlatego
tak mało było potopionych łódek i potopionych żeglarzy!
Pomyślcie ile ich wtedy TYSIĘCY pływało po wielkich jeziorach. Na
wodzie zostali nieliczni kretyni.

Gdy my pływaliśmy Orgazmussem, to
byliśmy wśród nielicznych. Mazury były puste jak wypowiedzi Dody
Elektrody.


Mazury, Szlak Wielkich Jezior, to dziś
zupełnie inne Mazury, niż te, które ja Wam opisuję. Ich już nie
ma. W Sztynorcie zniknął nie tylko sklep „U Marii”. Zęza nie
mieści się już w budynku, z którego spadł Grześ. Tam jest teraz
droga restauracja. Zęzę przenieśli do baraku obok. Wyburzono
popegieerowskie chałupki. Wykostkowano bulwary. Otwarto nowy port.
Pootwierano duże sklepy. Tylko pałac dalej umiera, ale też do
czasu. Za kilka lat będzie w nim ekskluzywny hotel dla niemieckich
emerytów odwiedzających Prusy, tymczasowo demolowane przez Polaków.


Płyniemy zatem. Wśród nielicznych.

Na środku jeziora kołysze się łódka
z położonym masztem. Poważna sprawa. Pamiętajcie, jest 1993. Nie
ma silniczka ze śrubą na każdej łódce. Sterczą nieboraki na
środku jeziora i nie mają pomysłu na nic lepszego. My im
postanawiamy pomóc. Weźmiemy ich na hol! Przepływamy raz tuż koło
nich. I drugi. Ustalamy gryplan. Bierzemy się do jego realizacji.


I nagle z bandy nieudaczników stajemy
się jednostką ratunkową! Kapitan wydaje nam precyzyjne komendy,
używając cały czas tego pojebanego żeglarskiego slangu, my je
posłusznie realizujemy. Zwrot, nawrót, podpływamy, próbujemy
przechwycić ich cumę. Nie przechwytujemy, ich maszt wpada między
nasze relingi. Kilka zrywa, tylko dzięki przytomności Michała,
który wypchnął ten maszt, wyplątujemy się z tej kałabały bez
większych strat. Dwa zerwane relingi, porwany żagiel. Nie wyszło
nam, trudno, tamta załoga musiała sobie popagajować zdrowo, ale w
tej właśnie chwili zrozumiałem, że zabawa zabawą, ale gdy
sytuacja staje się poważna dyscyplina i precyzja pojęć są
zwyczajnie niezbędne.


Dobra, mamy dość na dzisiaj.
Dopływamy do brzegu. Zakładamy obozowisko, pijemy napoje. Powoli
się ściemnia.

- To co Genek, nie czekamy dłużej?
Pokażemy im? – mówi Michał.

- Dawaj – odpowiada Genek.

- Chłopaki, ruchy. Krótka wycieczka.

Idziemy. Ja popijam sobie prytę. Albo
piwo. Ja naprawdę miałem wtedy jeden cel podczas tego rejsu. I
kilku następnych. Zapada zmierzch. Nagle stajemy pod wysoką na
kilka metrów potężną ścianą z betonu. Oż kurwa, kopary nam
opadają. Michał wskazuje nam rząd stalowych pałąków. Wchodzimy
na górę…


Rymasz

Następnego dnia rano żartom z Igora
nie było końca. Tak, tak. Kowal zawinił cygana powiesili. Przecież
to Dżony w pijackim zwidzie te kurwy w Sztynorcie zobaczył! No ale
trudno, co robić.


Wreszcie kupiliśmy chleb!!! Ile
wlazło.

A po odjeździe Grzesia z Tatą i
bratem ruszyliśmy na jezioro pożeglować.


Na czym polega to żeglowanie? Na
rozmowach zasadniczo, bo do roboty to nie ma za dużo.


Pływanie żaglówką jest fajne. Przez
pierwsze dwie godziny. Potem to już ni chuja. Nuda. Zwłaszcza,
jeśli nie dają ci się nawalić. Żeby była jasność. Opisuję
zabawnie pewne zdarzenia sprzed wielu lat. Ja wtedy bardzo młody
człowiek byłem. I bardzo głupi. Picie na łódce to idiotyzm w
czystej postaci. Dziś rozumiem Michała, którego wtedy tak moje
szczeniackie zachowanie wkurwiało. Oczywiście nie znaczy to, że
podczas rejsów w kolejnych latach zachowywałem się rozsądnie i
racjonalnie. Bynajmniej. Nie znaczy to również, że teraz tak się
zachowuję. Po prostu chciałbym żebyście wiedzieli, że moim
zdaniem upijanie się na żaglówce to słaby pomysł. Ale wtedy
czułem się wręcz szykanowany.

W związku z tym przypomniałem sobie,
że znam jeszcze szantę „Żołnierz fortuny” zespołu Turbo. O,
to ta szanta. Warto popatrzeć. Wokalista ma włosy jak Radek Majdan.


 

 

Zmieniałem przy śpiewie odrobinę
słowa.

„Sernik wypadł za burtę, wicher
zawył z triumfem”


W pływaniu żaglówką na Mazurach
najfajniejsze nie jest wcale samo pływanie. No bo? Woda i wiatr, a w
maju na dodatek zimno jak skurwysyn. Poopalać się nie można, ani
popluskać. Płyniesz, zwrot, płyniesz, zwrot, płyniesz… I tak do
zanudzenia. Trochę mi dali posiedzieć za sterem pod nadzorem. To
był mój drugi raz. Debiut miałem błyskotliwy.

 

W wieku lat siedemnastu udałem się na
obóz wędrowny po Roztoczu. Piękny kawałek Polski. W ogóle Polska
to piękny kraj jest. Dzień w dzień maszerowaliśmy z jednej
miejscowości do drugiej tak po 15 km dziennie. W jednej z tych
miejscowości, nie pamiętam już niestety w której, pobyczyliśmy
się na plaży nad niewielkim akwenem. Jeden z kolegów wypożyczył
malutką żaglóweczkę, Maczka, i zabrał mnie na przejażdżkę.
Gdy byliśmy na środku jeziorka mocniej zawiało, łódeczka
przyśpieszyła i siedzący za sterkiem kolega machnął gołymi
piętami i fiknął mi za rufkę. Jak w „Nożu w wodzie”
zakrzyknął do mnie „Stań w łopocie!!!”, czy coś podobnego w
sensie. I tak nie zrozumiałem. Łódeczka gnała w stronę brzegu.
Chwyciłem za rumpelek sterka. Od brzegu dzieliło mnie już tylko
kilka metrów. I wtedy wykonałem pewną sekwencję ruchów, w skład
której wchodziły manipulacje sterkiem oraz szocikiem od żagielka,
która to sekwencja spowodowała, że łódeczka się obróciła i
zaczęła płynąć w drugą stronę. Kolega z wody w końcu
wykrzyczał zrozumiale, bym wszystko zostawił w cholerę, to
łódeczka sama stanie. I stanęła. Kolega dopłynął i wdrapał
się na pokład.

- Mówiłeś, ze nigdy nie żeglowałeś.

- Święta prawda.

- No to skąd wiedziałeś jak zrobić
zwrot przez rufę?

- Ja nie wiem co to jest zwrot przez
rufę.

- To ten manewr, który wykonałeś
przed brzegiem.

- Hmmm… tak szczerze mówiąc, to nie
jestem pewien, że byłbym w stanie go powtórzyć…

Ha, być może mam nieujawniony talent
do sterowania???

 

W każdym razie, gdy siedziałem za
sterem Orgazmussa to poznałem trochę teorii, wykonałem kilka
zwrotów w praktyce i się znudziłem. No fajny wiatr był, szybko
sunęliśmy, były duże przechyły, nie dali się pobyczyć, bo cały
czas jakieś balastowanie było albo trzymanie lub puszczanie
jakiegoś sznurka. No ale ile można? Nie jest to na tyle
ekscytujące, by robić to cały dzień. Na Mazurach najlepsze jest
pieprzenie o głupotach, szwędanie się po miejscach w których się
obozuje, siedzenie przy ognisku, wygłupy z kumplami, wpieprzanie
pieczonych w ognisku ziemniaków i upijanie się. Samo pływanie
stanowi zasdniczo pretekst do tego, by to wszystko robić i powoduje,
że przemieszczasz się z jednego miejsca do drugiego ekologicznie z
pomocą sił natury.

A podczas samego żeglowania roboty nie
ma za dużo. Leżysz czy siedzisz i tyle.

- Igor, podaj mi nóż z jaskółki –
rzekł Genek.

- A weź spierdalaj! Jak powiesz, żebym
ci podał ten nóż z półeczki, to podam. A tak to cię nie
rozumiem.

- Głupek – stwierdził Genek i sam
sobie podał nóż.

I miał rację z tym głupkiem. Trochę
się tu wyzłoślawiałem nad specyficznym żeglarskim słownictwem.
Hmmm, ale wcale nie mam racji z tą złośliwością. Bo to ma jednak
sens.

Rymasz

  • RSS