Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 8.2007

Otarłem usta rękawem i z uśmiechem
spojrzałem na jezioro. Ładne było. Ktoś tam coś robił przy
łódce. Jakiś samobójca mył klejnoty w lodowatej wodzie. Misiek
wykonywał ćwiczenia gimnastyczne polegające na wymachiwaniu
ramionami. Lewe zataczało kółko o zdecydowanie mniejszym obwodzie
niż prawe. „Zwichnienie barka lewe”.


Przede mną sfalowana połać jeziora i
dwumasztowa łajba, piękna jak piersi… oj, kurwa, coś się
zagalopowałem… piękna jak… no właśnie, jak co? Piękna jak…

Wiecie, jaka piękna była ta
dwumasztowa żaglówka? Ona była piękna jak Mazury. Które były i
przede mną, i obok mnie, i tuż za mną. Spojrzałem zatem w jeden
bok. Pięknie. Spojrzałem w drugi bok. Też uroczo. Obejrzałem się
do tyłu. I przywitało mnie zbulwersowane spojrzenie Piotrka
abstynenta.

- To nie jest najlepszy pomysł –
rzekł Piotrek, oskarżycielsko spoglądając na mózgojeba w moich
dłoniach.

No pewnie, że nie był. Trzeba być
wariatem, żeby stwierdzić, że picie taniego wina na czczo z samego
rana to świetna idea. Ale akurat w tamtym właśnie momencie nie
miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Miałem wtedy inne
priorytety niż dbanie o zdrowie, na które cały czas uskarżał się
Piotrek. Serce mu nawalało straszliwie. Ledwo żył chłop podobno.

- To co panowie – rzekł Misiek. –
Idziemy po chleb, a potem stawiamy żagle i płyniemy?

- Ale po co nam te żagle? Przecież
wiosła mamy… – zauważył Piotrek, który, przypominam,
wyjątkowo słabego zdrowia był i dzień wcześniej wiosło złamał.
Przywitało go zbulwersowane spojrzenie wszystkich.


Wytypowaliśmy przedstawicieli
ekspedycji do wsi Sztynort. Lądem to było ze 20 minut. Mieli kupić
chleb i powrócić. Wrócili za godzinę. Bez chleba. No był rano,
ale został przez tubylców wykupiony. Nasi przedstawiciele zamówili
w związku z tym kilka bochenków chleba na jutro. Czekała nas zatem
kolejna noc w oczekiwaniu na chleb w okolicach Sztynortu.


- Igor, kurwa, jak chcesz z nami
płynąć, to zostaw tę prytę!!! – rozkazał Michał.

- No dobra, dobra – odparłem,
odszedłem na bok i szybko ją dopiłem – Już zostawiam przecież.


Wypłynęliśmy. Nieźle wiało.
Absolutnie niewiarygodne było dla mnie to, jak mocno potrafi
wychylić się żaglówka i powrócić do pionu. Powoli zaczynałem
się wciągać. Okazało się jednak, że wieje za mocno i musimy
zmniejszyć trochę powierzchnię żagli. Czyli ciut je zwinąć. No
właśnie, „zwinąć żagle” powiedziałaby każda lądowa
melepeta, taka jak ja. W tajemnym slangu żeglarzy zwrot ten brzmi
„zrefować szmaty”. To jest taka sama sekta jak informatycy.
Mówię wam. Ponazywali wszystko na opak i udają mądrych. Silnik –
kataryna. Półeczka – jaskółka. Okienko – bulaj. Okazało się,
że nawet te nieszczęsne maszty to wcale maszty nie są. To pały
były!


Fajnie byliśmy poubierani na tej
naszej łajbie. W grube podkoszulki, swetry, sztormiaki, czapki,
rękawiczki. Niby maj, ale nie dajmy się oszukać. W nocy
przymrozki, a na wodzie wieje.


No to pływamy na tych zrefowanych
szmatach. Szybko jest, przechyły są. Nagle jak coś nie
pierdolnie!!! Aż podskoczyła ta nasza łódka. Ale podskoczyła i
płynie dalej. Czyli wszystko w porządku. Popływaliśmy sobie
jeszcze trochę i wróciliśmy na nasz cypel. Przypominam, to nie był
głęboki port. Myśmy w krzaczorach nocowali, a łajbę wciągali na
brzeg ile dało rady.


Dopływamy do brzegu. „Wciągać
miecz” komenderuje Misiek. Ktoś kręci korbą, łódka staje kilka
metrów od brzegu na mieczu, który nie daje się wciągnąć. Linka
się urwała. Oj, przepraszam. Oczywiście nie linka, tylko fał się
urwał. Trzeba reperować. Spychamy się wiosłami do jeziora i
dopływamy do portu. Piotrek jest wniebowzięty.


W porcie w Sztynorcie w doku
położyliśmy łódkę na boku i Misiek z Genkiem ją reperowali.
Część załogi wróciła do obozowiska, część rozlazła się po
wsi. Atrakcji szczególnych nie było, to sami zaczęli je
wynajdować. Koło ruiny pałacu stoją w Sztynorcie stare
zabudowania gospodarcze. Solidne budynki o grubych ścianach z
granitowych kamieni posklejanych zaprawą. W jednym z takich budynków
mieści się klub żeglarski „Zęza”. Oczywiście wtedy był
jeszcze nieczynny, bo przed sezonem było. Ale sam budynek kusił. Te
kamienie konkretnie. Mieliśmy w załodze małego Grzesia, który
uprawiał wspinaczkę. Gdy zobaczył całkiem wysoka ścianę,
postanowił w te pędy zaprezentować kolegom swą małpią
zręczność. Wlazł na tę ścianę i tak z wysokości trzech metrów
spieprzył się na glebę. Spadł na nogi, obalił się i zaczął
uskarżać na bóle. Koledzy trochę się przestraszyli, ale szybko
uznali, że gdy wmówią Grzesiowi, że nie jest tak źle, chrzęstu
łamanych kości nie było słychać i pewnie tylko odrobinkę się
potłukł, to on będzie normalnie chodził. I mieli rację! Grzesiu
im uwierzył, wstał i normalnie poszedł. Przeszedł kilka metrów
po czym zemdlał z bólu. Koledzy uznali więc, że sprawa jest na
tyle poważna, że należy zanieść go do obozu i tam poczekać aż
mu przejdzie. Jeden wziął Grzesia za nogi, drugi pod pachy i go
sobie nieśli, dowcipkując przy tym z jego niezręczności. Tak się
zaśmiewali, że im po drodze ze dwa razy wypadł.

W tym czasie Misiek z Genkiem, z
ogromnym poświęceniem brodzący w lodowatej bez mała wodzie,
przymocowali urwany fał do miecza. Gdy wróciliśmy żaglówką do
obozu, Grześ i jego kompani humory mieli jakby gorsze, bo Grzesiowi
za cholerę nie chciało przejść. Uznaliśmy, że należy zawieźć
Grzesia do szpitala. Wiezienie Grzesia łódką do Giżycka nie
wchodziło w grę, bo to ze cztery godziny by wyszły. Jako eskorta
Grzesia oddelegowany zostałem ja z Miśkiem, bowiem mieliśmy już
pewne doświadczenie w sprawach szukania pierwszej pomocy dla
rannych. Wróciliśmy więc z Miśkiem do portu w Sztynorcie i
poprosiliśmy dwie miłe dziewczyny z jednej z trzech cumujących tam
żaglówek, by swoim samochodem zawiozły naszego poturbowanego
kolegę do szpitala. Bez problemu się zgodziły. Podjechaliśmy
zatem po Grzesia i udaliśmy się w pięcioro do Giżycka. W szpitalu
usadzili Grzesia na wózku inwalidzkim i kazali czekać. Siedzieliśmy
vis a vis dyżurki. I podsłuchiwaliśmy rozmowy operatorki z
petentami.

- Rozumiem. A czym sobie ten palec
uciął? Krajzegą? A macie go? To w lód wsadźcie. Jaka karetka?
Palec sobie przecież uciął, nie nogę – może chodzić!

Po piętnastu minutach do szpital
przyjechał bladziutki chłopaczek, lat na oko z piętnaście, w
asyście rodziców. Tata niósł zawinięty w ręcznik palec.
Przyszyli go chłopakowi, z którym Grześ leżał potem w jednej
sali. Bo po prześwietleniu okazało się, że Grześ ma pęknięte
dwie pięty. Gips panie i zero wspinaczek przez kilka tygodni.
Zadzwoniliśmy z aparatu w szpitalu do taty Grzesia i
poinformowaliśmy go o stanie syna. Następnego dnia rano tata
przyjechał po Grzesia. Wpadli do nas na łódkę na chwilę zabrać
jego rzeczy. Grześ się po kilku tygodniach wykurował, a za
pieniądze jakie dostał za wypadek z ubezpieczalni kupił sobie
wypasione, profesjonalne buty do wspinaczki, o których zawsze
marzył.

Ale wybiegłem w przyszłość, a to
wcale nie koniec nieszczęść.


Rymasz

Napisałem po raz drugi kolejny odcinek mazurskiego rejsu.
I po raz drugi nie jestem zadowolony. Jak starej kurwie dzidziuś mi się udał. Zatem jutro raz jeszcze spróbuję. I obiecuję się postarać.

A w zamian…
Sol mnie zachęciła.
Nic mi tak w życiu nie wyszło. Zwlaszcza włosy.

Ślicznotka na Tacie.
z%20tat%B1.jpg

Paluszek Ślicznotki. ;-))))))))))))
paluszek.jpgTata

Port w Sztynorcie był cichy i pusty.
To może dziwić młodych żeglarzy, ale naprawdę 15 lat temu w
długi majowy weekend Mazury nie były zatłoczone. Były spokojne.
Podobnie jak sam Sztynort.

Znacie taki kawał?


Trzech facetów rozmawia o tym, jakie
cipki mają ich żony. Porównują je do różnych miejscowości.
Pierwszy mówi, że jego żona ma jak Paryż. Dlatego, że taka jest
wspaniała, tętniąca życiem. Drugi mówi, że jak Londyn. Zawsze
taka mokra, troszkę tajemnicza. A trzeci, że jego żony jest jak…
Sztynort!
- Dlaczego? – pytają tamci.

A on na to:
- Dziura… po prostu
dziura


Taka popegieerowska Arizona. PGR padł,
roboty nie ma, przyjechał jakiś Austriak, obiecał cuda na kiju, że
pałac wyremontuje, hotel zbuduje i co tam jeszcze, ale gówno z tego
wyszło. Bida z nędzą panie… Na turystach zarabiał tylko port i
jedyny we wsi sklep Marii. Tak miał na dachu napisane. Sklep
prowadziła Pani Maria. Nie spodziewaliście się tego, nieprawdaż?
Miejscowym sprzedawała na zeszyt, turystom za gotówkę. Udaliśmy
się tam w celu nabycia napojów regeneracyjnych oraz chleba. Bowiem
mieliśmy na łajbie wszelkie produkty spożywcze poza chlebem.
Mieliśmy konserwy, ziemniaki, cebulę, pomidory, musztardę,
kiełbasę, dżemy, sery i co tam jeszcze dusza zapragnie. Brakowało
nam tylko chleba, bo nie mieli w Giżycku w tym sklepie, w którym
kupowaliśmy. Długi weekend, początek lat ’90-tych XX wieku.
Sklepów nie za wiele i w zasadzie pozamykane na amen w czasie
wolnego. A jak jakiś otwarty, to wszystko powykupowane z chlebem
włącznie. Nie inaczej było u Pani Marii. Przecież nie dość, że
1 maja, to jeszcze niedziela. Dowiedzieliśmy się, że chleb może
będzie jutro. No dobra. Poczekamy przecież.

Odpłynęliśmy z portu w Sztynorcie
bez chleba, ale za to ze sporym zapasem tanich win. Zaparkowaliśmy
tuż obok na cyplu, który się chyba Czarci czy Diabli nazywał.
Trochę suchego było od brzegu, a zaraz dalej same bagna.

Wyładowaliśmy namioty i część
załogi zaczęła ja rozbijać. Wielkimi młotkami na małe
kawałeczki. Hyhyhy… Co to za powiedzenie „rozbić namiot”? No
złożyli je tak, by można było w nich spać. W tym czasie
pozostała część załogi zapaliła gaz na maszynce, postawiła na
niej gar i zaczęła gotować coś, co nazwała zupą cebulową.
Polegało to na tym, ze wrzucili do środka cebulę, ziemniaki,
marchewki, mięso z kilku konserw, żółty ser i gotowali. Potem
gotowaliśmy jeszcze inne różne rzeczy i od tamtej pory wiem, że
prawdziwe żeglarskie żarcie musi charakteryzować się dwiema
cechami: powinno posiadać smak, którego nie da się określić za
pomocą mniej niż 15 słów oraz mieć kolor brunatny. Każde
przygotowane na łódce jedzenie, które jadłem na Mazurach, miało
kolor brunatny, niezależnie od tego czy był to rosół, zupa
pomidorowa, czy ryba w śmietanie. Każde, powiadam wam. Jeśli
przygotowujesz na Mazurach szpinak i on ci niechcący wyjdzie
zielony, to albo go natychmiast wywalasz, albo doprawiasz tak, żeby
się brunatny zrobił. Sorry, ale takie właśnie są reguły.

Ja w tym czasie obserwowałem obie
grupy popijając pierwsze tanie wino.

Muszę przyznać, że zupa była
gorąca, smaczna i sycąca. Jedliśmy z menażek. Tak po harcersku.


Potem rozpaliliśmy ognisko, siedliśmy
wokół niego i piekliśmy w nim ziemniaki, a nad nim kiełbaski. I
snuliśmy takie tam sobie różne opowieści. Między innymi o
kobietach. Ktoś stwierdził, ze Sharon Stone nie dość, że jest
piękną kobietą, to na dodatek piekielnie inteligentną. „Jak
taka mądra to niech piwo po 2 tysiące (20 groszy po denominacji)
wymyśli” podsumował Janek.


Miło było, choć noc chłodna, to my
na cebulkę poubierani, ciepełko biło od ogniska.

Otworzyłem drugie wino.


Genek w tym czasie wyjął fajkę z
drzewa wiśniowego, mieszek z jakąś przypominającą majeranek
przyprawą, nabił i zapalił. Dym miał zapach tlącego się
sznurka. Po Genku pociągnął kolejny załogant, dwóch kolejnych
ominęło, fajka trafiła w moje dłonie. Nie miałem pomysłu co z
nią zrobić.


- Pociągnij Igor – zachęcał Jasiu.
– Zobaczysz, jak to jest.

- Igor, nie rób tego – stanowczym
głosem wszedł mu w słowo Piotrek wioślarz, nieprzyzwoicie
trzeźwy. Był 100% abstynentem. – Możesz sobie w ten sposób
krzywdę zrobić. Serce ci stanie. Albo wątroba wysiądzie.

Jasiu uśmiechnął się przyjacielsko.

No to wciągnąłem ten dym głęboko w
płuca. Zamknąłem oczy.


Gdy je otworzyłem zminiaturyzowany
Jasiu siedział mi na ramieniu i mówił:

- No widzisz, mówiłem, że
zobaczysz… Widzisz? – na głowie miał małe różki, w ręku
trzymał trójząb, z tyłka wyrastał mu zakończony kitką ogonek.

- Ale co widzę? Bo strasznie dużo
widzę. I kolorowe to wszystko.

- Mówiłem, żebyś tego nie robił –
powiedział głośno Piotrek. Jego głos dobiegał z góry. Uniosłem
głowę. Ubrany w białe szaty unosił się nad moją głową,
machając skrzydłami. Nad głową miał aureolę.

- Fantastyczne – powiedziałem
zachwycony – Ja też tak chcę. Genek, nie wiem jak ty, ale ja
lecę.

- Dokąd lecisz? – zapytał Genek,
który leżał pod sosną, tuż obok mnie.

- No nie wiem, na początek polatam
sobie nad drzewami – rzekłem i poleciałem. Ależ to było
przyjemne!

- Poczekaj na mnie – zawołał z dołu
Genek i szybko do mnie doleciał. Ruszyliśmy razem ostro w górę.

- Hihihi… Diabełek z aniołkiem nas
nie dogonią. Nie mają szans. – ucieszyłem się.

- To co, lecimy na księżyc? –
zaproponował Genek.

Polecieliśmy. Oblecieliśmy księżyc
ze dwa razy dookoła. Gdy wróciliśmy, poczułem zimno, więc
wleciałem do ogniska na chwilę się ogrzać. A potem usiadłem
wpatrzony w płomienie i zacząłem mówić. A gdy już wszystko
opowiedziałem postanowiłem to zapisać. Jak zawsze miałem
przygotowany pod ręką zeszyt i długopis. Nigdzie bez nich nie
wyjeżdżam. Zawód moich marzeń to przecież pisarz. Nie potrafię
wytłumaczyć, dlaczego nim cały czas nie jestem.


Gdy obudziłem się rano w namiocie,
przywitało mnie zbulwersowane spojrzenie Piotrka abstynenta. Koło
mojej głowy leżał zeszyt zapisany pismem klinowym. Jakoś udało
mi się je odszyfrować.

Oto co przeczytałem:


Czarny kot o diamentowych oczach
i karmazynowych ustach mieszka po drugiej stronie księżyca. Nocami
schodzi po smukłych drzewach do naszych dusz i chłepce gorące sny.
Gdy budzisz się rano pamiętasz tylko delikatne muśnięcia wąsów
i wilgotnego nosa. I tylko jego pazurki rozorały twoją duszę”

Tym korytarzem dojdziesz prosto
do zimnego wnętrza księżyca. Otoczony spękaną skorupą i nocą
jesteś sam na sam ze swoimi oczyma. Dotknij swej duszy, falującej
jak ogromna płachta na wietrze. Owiń księżyc całunem swej duszy.
On wie wszystko o nocnych cierpieniach uczłowieczonych robaków.
Objęci odlecicie do słodkich zakamarków nieskończoności.”

W namiocie z płomienia mieszka
brudny wąż o twarzy boga i rozwidlonym językiem zlizuje ciepło z
wilgotnych warg rozpustnych kobiet. Owinięty szalem z lubieżnie
rozłożonych nóg
wędruje od duszy do duszy. Spójrz na swoją
kobietę, wędrowiec stoi już u wrót.”


W mieście stalowych konstrukcji
mieszkają maski o kamiennych spojrzeniach i zmarzniętych duszach.
Ciepło słońca wypędzili baldachimem utkanym z cywilizacji. Wrót
miasta strzeże smutny diabeł i odpędza namolne komary
miłosierdzia. Jezus Chrystus umarł podczas zarazy i został
pochowany w zbiorowym grobie. Jego Ojciec w szorstkiej koszuli krąży
po drogach wokół miasta i prosi o litość i jałmużnę modlitwy,
kupców handlujących grzechem. Miasto tuli się wokół nas jak
kupiona kochanka. Zapłaciliśmy za nią duszą.”


Łeb mnie rozbolał od tego czytania.
Wyszedłem przed namiot. Koło mojej sosny stało nowiutki, otwarte,
ale całkiem pełne wino. Ha, otworzyć miałem siłę, wypić już
nie zdążyłem. Cóż było robić? Wziąłem głęboki łyk…


cdn.
Rymasz

Opłaca się mieć bloga. Dzięki temu, że mam bloga poznałem bliżej dwoje świetnych ludzi i dzięki nim miałem w ostatni weekend zapewnione fantastyczne zwiedzanie Wrocławia. Jednego z tych ludzi poznałem osobiście nawet.

Smakoszu, dzięki serdeczne za przesłaną mapę, wyznaczoną trasę i jej szczegółowy opis.

Alifo, stukrotne podziękowania za Twoje towarzystwo i przewodnictwo.

No właśnie, z mapą i opisem Smakosza, oprowadzany przez Alifę, zwiedzałem to piękne miasto. A i pogadaliśmy sobie z Alifą przy tym o życiu i w ogóle.

Oboje bezinteresownie poświęcili swój czas, energię i pieniądze, żeby mi ułatwić zwiedzanie miasta, w którym mieszkają.

Ja muszę o tym więcej napisać. O zwiedzaniu i tym pięknym mieście. Jak tylko z rejsu wrócę. No właśnie. Na jego dalszą część zapraszam we wtorek. Będzie odlotowy odcinek, obiecuję.

rymasz

Żeglarzem w naszej trójce był
Michał. Sam nawet w garażu ojca żaglówki całkiem udatne budował.
I jeszcze Genek był, mój kolega z grupy, z którym za następne 5
lat razem pracę magisterską napisaliśmy i obroniliśmy. Ale póki
co jesteśmy na roku pierwszym. Genek z Miśkiem zorganizowali w
długi majowy weekend krypę i popłynęli z całą bandą. Ja
zostałem, bo dziewczyna mnie odwiedzała w akademiku. Kilka godzin
sprzątałem nasz pokój, pucując na błysk wszystko po kolei, po to
tylko, by pierwszymi słowami, które usłyszałem po jej wejściu
było: „Ojej, tu zawsze tak brudno?”.


Chłopaki wrócili rozanieleni z
wyprawy, więc w następnym roku dałem się namówić bez trudu, tym
bardziej, że nie miałem już dziewczyny, która mogłaby mnie
odwiedzić. Janek już nie studiował z nami, Misiek się wyprowadził
z akademika, aleśmy się zebrali bez trudu.

To był rok 1993. Słowo komórka
kojarzyło się wszystkim tylko i wyłącznie z niewielkim
pomieszczeniem na węgiel. Umawianie się na żaglówkę wyglądało
tak mniej więcej, że zdzwanialiśmy na stacjonarne na koniec marca
i ustalaliśmy „Słuchajcie, zbiórka w Olsztynie w sobotę 30
kwietnia, na dworcu PKP przy kasie numer 1. Pociąg do Giżycka mamy
o 1:00”. To wystarczało. Wszyscy docierali na czas i bez
problemów. Dziś jak się z kimś umawiam na piwo, za godzinę w
barze, to jeszcze w ciągu tej godziny 12 telefonów musimy wykonać
i 4 smsy wysłać, żeby się szczęśliwie spotkać.


No to się spotkaliśmy w dziesięciu
chłopa. No to dojechaliśmy do Giżycka.


„I’m a passenger” mógłbym
zaśpiewać wtedy, bo pojęcia nie miałem o stronie organizacyjnej
przedsięwzięcia. Misiek z Genkiem wszystko pozałatwiali, dla mnie
nawet sztormiak wzięli, bo ja dalibóg nie miałem pojęcia co to
jest. Łajba czekała w porcie. Była to wielka jak Dar Młodzieży
dezeta o nazwie Orgazmuss. No naprawdę jej wielkość zrobiła na
mnie wrażenie. Chłopcy pobrali do niej żagle i wszystko co tam
potrzebne, żeby żaglówka pływała i zaczęli ją zbroić do
rejsu. Podobało mi się to. Lubię patrzeć na prawdziwych fachowców
profesjonalnie wykonujących swoją pracę. Zwłaszcza leżąc przy
tym na nabrzeżu i pijąc browara.

Trochę czasu im praca zajęła, ale
wreszcie mogliśmy wypłynąć.


Przez pierwsze kilometry wyprawy
robiliśmy za galerę albo łódź Wikingów podczas flauty. Żeby
wypłynąć z tego Giżycka na bezmiar wód Wielkich Jezior
Mazurskich, trzeba przepłynąć przez 675 kilometrów kanałów i
małych jeziorek, na których nie opłaca się stawiać żagli. Zatem
na zmianę albo wiosłowaliśmy, albo burłaczyliśmy. To było jedno
z kolejnych nowych słów, których się nauczyłem od początku
wyprawy. W języku żeglarzy zamiast „ciągnąć łódkę na
sznurku” mówi się „burłaczyć”. I nie na sznurku, ale na
cumie. Dosyć szybko pojąłem, że żeby zostać żeglarzem należy
się bardzo wielu trudnych słów nauczyć. Deprymujące było to, że
każda linka nazywa się inaczej. Były wanty, cumy, relingi, szoty,
fały… O matko łeb puchł. Generalnie poza masztem nie potrafiłem
poprawnie nazwać żadnej rzeczy, która znajdowała się na łódce.
Tak mnie to zdołowało, że postanowiłem się napić. Michał,
który był kapitanem odnosił się do tego z wielką dezaprobatą i
już na samym początku kazał mi założyć kapok. W zasadzie nie
zdjąłem go już do końca.


Okazało się też, że są wśród
złogi tak wielcy entuzjaści wiosłowania, że kwestionowali
potrzebę zakładania żagli. Jeden taki był na szczęście tylko.
To wiosłowanie było dosyć męczące jak dla mnie. Wiosła były
długie, ciężkie i oburęczne. Po cztery na każdej burcie, więc
można się było poobijać i wiosłować, ustawiając wiosło w
wodzie wzdłuż tym cienkim. I tak cała robotę wykonywał
entuzjasta wiosłowania, Piotrek. Dodatkowo cały czas mobilizował
nas do podkręcenia tempa. Tak machał tym wiosłem, że mu w końcu
pękło z trzaskiem. Mało się nie poryczał, więc szybko oddałem
mu swoje i miałem spokój.


W końcu wypłynęliśmy na jezioro, na
którym można było postawić żagle. Postawiliśmy je więc i tak
zaczęliśmy zapieprzać, że serce mi ze strachu do gardła
podeszło. Szybko musiałem się czegoś napić, żeby uspokoić
skołatane nerwy. Na dodatek Michał kazał nam bez przerwy wykonywać
różne czynności. Było to o tyle trudne, że raczej nie rozumiałem
tego co do mnie mówił. „Lewy foka szot luzuj” np. A skąd ja
niby miałem wiedzieć, że to znaczy, „Odwiąż tę linkę koło
twojego kolana”? Zresztą ona nie była zawiązana, tylko
zaknagowana. Kompletnie mi się wszystko zaczęło plątać, więc
pociągnąłem kilka łyków piwa dla rozjaśnienia umysłu. W końcu
za którymś razem, gdy zamiast odbezpieczyć przedni kabestan grota
z fału na maszcie, zacumowałem rumpel na takielunku w dziobowej
zęzie, chłopaki wkurwili się na tyle, że przestali wydawać mi
jakiekolwiek inne polecenia poza „Igor, zamknij w końcu mordę”.
Bo humor zaczął mi dopisywać niebywały, więc postanowiłem
umilić chłopcom rejs śpiewając im wszystkie znane mi szanty.
Szczerze mówiąc znałem wtedy tylko jedną. Brzmiała ona tak:

Jesienny wiatr spierdolił
majstra z dachu,

Po chuj tam wlazł narobił se
obiachu”

No w zasadzie to nie jestem teraz nawet
pewien, że to szanta, ale ten wiatr mnie zmylił.


Jezioro było puste jak murzyński
bęben, ale czasami mijaliśmy jakąś łódkę. Jeśli były na niej
jakieś kobiety krzyczałem do nich: „Ahoj przygodo! Cześć
dziewczyny, jestem znanym reżyserem i zapraszam was na casting.
Jeśli się zgodzicie, obiecuję was lansować. Całą noc albo i
dłużej. Hehehe…”. Hmmm, wydawało mi się to wtedy niezmiernie
dowcipne. Byłem osamotniony w tym osądzie. Po pewnym czasie inni
członkowie załogi zaczęli proponować innym łódkom oddanie mnie
wraz z niewielką dopłatą. Nawet jakąś zrzutę zrobili.


Tak sobie pływaliśmy to tu to tam,
czas mijał uroczo, aż w końcu zrobiliśmy się głodni. W celu
zaspokojenia głodu popłynęliśmy do Sztynortu…


cdn.
Rymasz

Kumple czytający tego bloga co i raz
zwracają mi uwagę, że strasznie sentymentalny się zrobiłem.
Wspomnienia i wspomnienia. No co ja poradzę? Od czasu urodzenia
mojej córki jestem rozmamłana cipą i nic z tym nie potrafię
zrobić. Jak wspominać zacząłem, to tak mi jakoś poszło
rozpędem. Sprawia mi to przyjemności i cały czas żyję nadzieją,
że komuś jeszcze poza Małgosią humor poprawiam.

W ramach tych wspominek mnie naszło na
wyprawę archeologiczną. Wziąłem aparat i pojechałem do
akademika. 10 minut samochodem.


O tyle zostało z tej chałupy, w
której z Kędziorem wodę czerpaliśmy. 

A tyle z samej studni. To ta dziura na samym dole.
  
A to w tle to nasz Bunkier.
 
 

Bunkier się nie zmienił, ale chałupy
już nie ma, a taką miałem ochotę zobaczyć jeszcze raz ten kran.
Nie ma go. Nie ma już też Mazur, po których pływaliśmy łódkami
na studiach…


Dopóki pierwszy raz nie popłynąłem
z chłopakami na żaglówkę wydawało mi się, że żeglowanie jest
trudne. Myliłem się. Okazało się równie banalne co wędkowanie:
otwierasz i pijesz.

Ja w czasie naszych trzech wypraw
upiłem się tylko trzy razy. Za pierwszym razem, za drugim razem i
za trzecim razem…


Rymasz

Mam 35 lat. To dość ważne dla tej dykteryjki. W tym roku skończę.
Czy to mało? No nie za bardzo. Jak dla mnie to kawał czasu.
Może więc dużo? E tam, bez żartów.
Jeśli jeszcze ze 20 uda mi się dożyć to będę całkiem zadowolony.
Jeśli kolejne 35, to ze szczęścia obiecuję w siedemdziesiąte urodziny wciągnąć nosem kreskę koki i skoczyć na bungee bez liny. Co by ZUS-u nie przeciążać.
Mój kumpel Hugo ma lat chyba coś koło 27. Kurwa, nawet nie pamiętam dokładnie ile!
Poznaliśmy się z 7 lat temu, co znaczy, że ja wtedy ważyłem dwa razy mniej niż dziś, byłem młodym kawalerem do wzięcia i miałem tyle lat ile teraz ma mój przyjaciel Hugo, stateczny ojciec dwóch pięknych córek, który z wielkim smakiem wcinał wtedy (w czasach, gdyśmy się poznawali) na śniadanie „Jarzynki z jagnięcinką” Gerbera i potrafił przy tym cały śliniak upaćkać.
Pozory mylą. Znamy się tyle lat, tyleśmy fajnych razem imprez przeszli, tyle razem powywijali. Od początku znakomicie się dogadujemy i tej różnicy wieku nijak nie widać.
No właśnie…

Spotkaliśmy się wczoraj. Żony nas umówiły w celu wymiany fantów jakichś. No cóż było robić, wielce szczęśliwi przystaliśmy na tę propozycję.
Siedzimy sobie w knajpie, pijemy Weizenbier, żremy całkiem przyjemnego tatara.
- A pamiętasz jak na Polach Mokotowskich się spotkaliśmy? W kosza grałeś, kostkę skręciłeś chyba wtedy – rzecze Hugo.
- E tam skręciłeś od razu. Torebka stawowa mi pękła, w dwa dni rozchodziłem i zapomniałem.
- No właśnie!!! – poucza mnie Hugo – Tak będziesz olewał i w wieku 35-ciu lat kuśtykał będziesz.
Wypowiadając ostatnie sylaby Hugo zaczął znad tatara podnosić zadziwiony niczym u deflorowanej dziewicy wzrok. Właśnie docierało do niego to co w tej chwili mówił.
- Bo wiesz, tak z 10 lat dodałem po prostu… – rzekł spoglądając na mnie przepraszająco.

No i ja nie wiem wcale. Obraził mnie, czy skomplementował?
W każdym razie dłuuuuuuuuugą chwilę rechotaliśmy niemożebnie.

rymasz

Gdyby podobna przygoda przytrafiła się
mi, z dzikim okrzykiem zerwałbym się z łóżka, wyjąc
przegalopowałbym po pokoju, a pewnie i po korytarzu, narobiłbym
hałasu, zamieszania i zaangażowałbym w przeżywanie mojego
cierpienia wszystkich dookoła. No nie da się ukryć, że
temperament i charakter mam inny niż Janek, który swój dramat
przeżył w ciszy i skupieniu. Michał na samym początku naszego
wspólnego mieszkania nazwał mnie oględnie szołmenem, a po
dłuższym poznaniu, w przypływie szczerości przyznał, że uważał
mnie po prostu za dupka w sweterku w kwiatki. I tu się nie zgodzę,
bo sweterek wcale nie był w kwiatki!!!

Ja dla odmiany i Janka, i Michała
uważałem za kudłatych dziwaków.

Dżony był jak na mój gust za cichy i
spokojny, Michał zbyt przemądrzały. A Kędzior za porządny i za
poukładany.

Bardzo szybko okazało się, że te
różnice między nami nas łączą, a nie dzielą.

Moje kretyńskie wygłupy i durne
teksty rozładowywały atmosferę, Janek wprowadzał spokój i
studził emocje, a Michał prowokował, żeby się niepozgadzać.
Uwielbiam się z kimś rzeczowo nie zgadzać. Zgadzanie się i
wzajemne potakiwanie jest nudne.

Kędzior w nasze wzajemne stosunki
wprowadzał rzeczywistość.


A taki tam odprysk pierwszy z brzegu
świadczący o spokoju i rzeczowości Jasia:

Ranek. Podekscytowany Kędzior wpada do
nas i od progu woła.

- Freddy Mercury nie żyje! Właśnie w
radio powiedzieli.

Janek przerywa wsypywanie cukru do
herbaty.

- Spokojnie. Toma Arayę, wokalistę
Slayera, to już ze trzy razy uśmiercali.


Albo dłuższa opowieść świadcząca
o tym, że Igor potrafił głupot narobić:


W akademiku zabrakło wody. Wbrew
pozorom nie była to taka, ot sobie, pewna niedogodność. To był
HARDKORRRR na maxa.

Nikt nie zapowiedział, że wody nie
będzie. Wobec czego nikt nie poczynił niezbędnych zapasów H2O.
To, że herbaty zaparzyć nie ma czym to szczegół. Zawsze można
pójść po piwo. Bez umycia siekaczy też da się przez jeden
wieczór obejść. Ale pewnych czynności fizjologicznych organizmu
nie da się obejść.

Na każdym piętrze były dwie toalety.
W każdej toalecie cztery kible. Na jeden kibel przypadało około
piętnastu chętnych.

Wystarczy naprawdę kilka bezwodnych
godzin, by przed wejściem do WC wymiękł najodważniejszy nawet
komandos…

Nie dało się tego dłużej ukryć.
Wodę trzeba było zdobyć.

Ruszyliśmy z Kędziorem w świat z
wiaderkami w dłoniach…

Tuż obok wyrastały urocze jak pleśń
na gównie, wieloklatkowe, wysokie na pięter 11 bloki. TAM MUSI BYĆ
WODA!

Nie było.

Awaria jest awaria. Jak rura rypnie, to
nie ma bata!

No ale w sklepie to przynajmniej
mineralną zakupić można.

Niby można, ale…

Przed jedynym w okolicy (początek
90-tych) otwartym wieczorem sklepem stało kilku chłopaków z
dzielnicy (fajna dzielnica – Koło). Gdy podeszliśmy, pielęgnowane
papierem ściernym od dziesięcioleci struny głosowe jednego z
chłopaków wyartykułowały:

Zrzutka po czterdzieści (w domyśle
tysięcy, tyle wtedy pół litra Żytniej kosztowało).

To było, przypominam, przed
denominacją. Czyli, że na dzisiejsze 4 zł. Ale nam się ten pomysł
i tak nie spodobał.

Eeee… Tego… Więc… – i
oddaliliśmy się defensywnie.

W tym samym czasie z jedynego otwartego
wieczorem sklepu na dzielnicy wychodził Klient. I tę samą
propozycję, co my wcześniej, usłyszał. I odrzekł:

NIE!!!

I kiedy banda kolegów zachrypniętego
ruszyła pokulać chama podeszwami po chodniku, nieoczekiwanie, za
plecami Klienta, pojawili się koledzy. Z psem rasy Szarik. I
wywiązała się walka.

Pies rasy Szarik okazał się
niezaprawionym w bojach Cywilem, bo oprócz szczekania gówno
zdziałał. Co nie zmienia faktu, że i tak poczuliśmy się z
Kędziorem jak na froncie w 1917 pod Ypres, bo koledzy Klienta użyli
gazu bojowego i spryskali nimi modre oczęta meneli. Oddaliliśmy się
znacznie szybciej niż przybyliśmy. Bez wody. Pełna porażka i
obciach po całości.

Już pod akademikiem, który
pieszczotliwie zwaliśmy Bunkrem, wpadliśmy na pomysł, by spróbować
szczęścia w jednej z prawie już o mało co ruder, stojących tuż
obok. To był przedwojenny budynek z czerwonej cegły, od wojny nie
remontowany, ledwie żywy, z całkowicie złuszczonym tynkiem i
wewnętrznym podwórzem, na które po cichutku i ostrożnie
weszliśmy. Nie nasz teren, lepiej tubylców nie drażnić…

Pośrodku podwórza wyzywająco
sterczał kran.

Nadzieja wstąpiła w nasze młode
serca. „Uratowani!!! Lamia ściągaj tę pilotkę!”.

Kran wystawał z obudowanego deskami
słupka, wysokości mniej więcej metra, o kwadratowej podstawie o
boku ok. 20 cm. Na górze słupka tkwiła konstrukcja ze stalowych
rurek w kształcie litery T.

Tak to z grubsza wyglądało.

 

Jako student pierwszego roku wydziału
Inżynierii Sanitarnej i Wodnej o specjalności Zaopatrzenie w Wodę,
natychmiast wpadłem na myśl, że konstrukcja na górze służy do
pompowania wody.

- Kędzior, ty trzymasz wiaderko, ja
pompuję i wracamy na tarczy w chwale po wsze czasy –zaordynowałem.

Kędzior przystał na ten podział ról.

Dziarsko zabrałem się zatem do
pompowania, które moim zdaniem polegało na energicznym pociąganiu
w górę i w dół rurkami zespawanymi w literę T, zwieńczającymi
cokolik, z którego wystawał kran. Chociaż stęknąłem, rurki ani
drgnęły.

- Ciężko chodzi, cholera. Czekaj,
inaczej spróbuję – usprawiedliwiłem się przed Kędziorem,
wlazłem na słupek i stanąłem w ten sposób, że domniemana
konstrukcja służąca do pompowania wody tkwiła między moimi
stopami. Chwyciłem obiema dłońmi górną poziomą rurkę,
wciągnąłem do płuc solidny zapas powietrza i jak się nie
zaprę!!!


Rurki ani drgnęły.


Zacisnąłem zęby, poczerwieniałem na
pysku niczym ciężarowiec bijący rekord świata w rwaniu, żyły
napęczniały na mych skroniach.


Zero efektu.


Przed wejściem do odrapanej kamienicy
zapaliła się goła żarówka. W drzwiach stanęła ubrana w podomkę
kobieta w średnim wieku. Zmrużyła oczy, przyłożoną do czoła
dłonią osłoniła je przed bijącym z góry, nie takim znowu
mocnym, światłem.


„No mówię ci Zośka, popierdoleni
ci studenci, z wiochy do miasta poprzyjeżdżali i cywilizację
zobaczyli. Niby toto wykształcone ma być, ale z chama inteligenta
nie zrobisz, jak on całe życie żurawiem albo kołowrotkiem wodę
do cerberka wlewał. Słyszę te hałasy, myślę Karol wrócił i w
drzwi wcelować nie może. Zapalam światło, wychodzę, a tam stoją
te dwie melepety. Jeden, nie uwierzysz, wlazł na górę tego naszego
kranu i próbuje rurki powyrywać, a drugi czeka z wiaderkiem przy
kranie, aż mu coś wyleci. Ręce załamałam. „A wam rozumu
zbrakło, ze wsi przyjechaliście, czy jak, matoły jedne?! Macie
szczęście, że mojego starego w domu nie ma, bo by wam nogi z dupy
powyciągał!”. Idę do nich. Ten głupszy zlazł na ziemię, głowę
spuścił, jakieś przepraszam pod nosem mruczy. No szkoda mi się
chłopaka zrobiło, ja rozumie, w sumie źle nie chciał, tylko z
techniką słabo obyty. „Daj to wiaderko”, do drugiego mówię.
PRZEKRĘCIŁAM kurek na górze i nalałam tym jołopom wody we
wiaderka. Tylko nie rozumiem dlaczego ten drugi ze śmiechu po ziemi
się aż kulgał…”


Jakoś tak nie bardzo potrafię sobie
przypomnieć, żebym kiedyś większego idiotę z siebie zrobił.

Rymasz

  • RSS