Kącik Rymasza

O życiu i w ogóle

Wpisy z okresu: 7.2007

Innych ludzi najbardziej lubię za to,
że mają na różne rzeczy kompletnie inne spojrzenie od mojego.
Wbrew pozorom, mimo tego, że jestem piekielnie bystry, błyskotliwy,
spostrzegawczy, inteligentny, umiem żonglować trzema piłeczkami i
zrobić pyszną pizzę, nie wiem wszystkiego. Dawno temu uświadomił
mi to pewien poznany przypadkowo koleś posługując się analogią z
butem. To była wielka mądrość i jestem przekonany, że ten koleś
był inkarnacją jakiegoś wielkiego buddyjskiego mistyka. Jego słowa
zmieniły całe moje życie i sposób patrzenia na świat, choć w
chwili gdy je wypowiadał, myślałem tylko i wyłącznie o tym, żeby
jak najszybciej wrócić z moją dziewczyną na pomost.

To były Mazury, domek letniskowy ze
sklejki. Moja dziewczyna była tam na jakimś obozie, a ja ją
odwiedzałem. Byliśmy nieletni, więc odwiedzałem ją nielegalnie.
Przemycili mnie do domku. Właśnie wróciliśmy z pomostu, z którego
chwilę wcześniej przegnał nas jakiś facet z latarką i tak sobie
gadaliśmy z kolegami z obozu.

- Spójrz na ten but – rzekł w
pewnej chwili mój mistyk, biorąc do ręki swój trampek – Gdy
patrzysz na niego to co widzisz? Podeszwę, prawda? A ja widzę nosek
i sznurówki. Rozumiesz już? Patrzymy przecież na ten sam but, a
widzimy zupełnie inne rzeczy…

Łaska oświecenia spłynęła na mnie
w tej chwili, czyniąc ze mnie na zawsze już innego człowieka, ale
zauważyłem to dużo później, bo gdy spływała, ja skupiony byłem
przede wszystkim na obserwacji podkoszulka mojej dziewczyny i
zastanawianiu się jak szybko uda nam się znowu znaleźć na
pomoście.

Taaaak…


Zatem innych ludzi najbardziej lubię
za to, że mają na różne rzeczy kompletnie inne spojrzenie od
mojego. Ale nie lubię wcale wszystkich, którzy mają inne niż ja
spojrzenie na to i owo. Ja lubię tych, których punkt widzenia jest
dla mnie sensowny, intrygujący i inspirujący poznawczo.

Mało jest takich, bowiem ludzie to w
porażającej większości idioci pozbawieni jakiejkolwiek głębszej
refleksji nad własnym jestestwem.


Nie to co my, wielcy myśliciele i
filozofowie samoucy.

Myślicie, że to tak łatwo zawsze
mądrym być i opanowanym? Nic z tego, kochani, nic z tego… To są
lata medytacji i umartwiania się.

Wśród naszej trójki największym
mistykiem był Janek.


Gdybyście Wy widzieli z jakim wielkim
spokojem co rano Jan zaparzał sobie herbatę.

Do gotowania wody używaliśmy takiej
ruskiej maszynki będącej odrobinę bardziej ucywilizowaną wersją
więziennego przyrządu o tym samym przeznaczeniu, skonstruowanego z
żyletki i kabelka. Można było wtedy takie ustrojstwo na każdym
bazarku kupić. Bazarki w Polsce pełne były na początku lat
90-tych XX wieku Rosjan sprzedających najróżniejsze wynalazki.

Do osiągnięcia stanu wrzenia woda
potrzebowała w tym owocu radzieckiej myśli technicznej dziesięciu
sekund. Taką wściekle bomblującą wodą Jan zalewał nasypaną
uprzednio do szklanki herbatę. I w głębokiej zadumie przyglądał
się jak woda przybiera bursztynowy kolor.

Potem brał taczkę z cukrem i wsypywał
do szklanki równo sześć łopat sacharozy.

No dobra, żartuję. Nie było taczki i
łopaty. Była torebka i łyżeczka.

Jan cukier do szklanki wsypywał cały
czas w tej samej głębokiej zadumie. Bez zbędnego pośpiechu i bez
zbędnych emocji. Powoli nabierał cukier do łyżeczki, poczym
ruchem płynnym i eleganckim przenosił ją nad szklankę i starannie
przechylał. Jako się rzekło czynność tę powtarzał
sześciokrotnie. Poczem mieszał. Wystudiowanym, starannym drgnieniem
nadgarstka, w nieustającej głębokiej zadumie, wpatrując się w
rozgrywający się na naszych oczach cud. Bo my z Michałem i bardzo
często z Kędziorem, który nas rankami odwiedzał, pełni zachwytu
i podziwu obserwowaliśmy Mistrza Jana. Cud polegał na tym, że
cukier się rozpuszczał, poczym herbata gęstniała na tyle, że
tkwiąca w niej łyżeczka pozostawała w pozycji pionowej…

I taką właśnie parującą herbatę o
konsystencji tężejącej galaretki owocowej, popijał, siorbiąc w
głębokiej zadumie, Jan każdego ranka.


O, tak…

Byście mogli w pełni docenić spokój
bijący z Jana, opiszę wam pewien wieczór.


Siedzimy sobie każdy na swoim łóżku
i gadamy o czymś tam. Michał i ja siedzimy zasadniczo bezczynnie,
Janek wykonuje proste ćwiczenie fizyczne polegające na rozciąganiu
ekspandora za głową. Robi to jak zwykle z… No z czym? Z wielką
zadumą oczywiście. Na początek zmagał się z trzema gumami. Po
chwili dodał jeszcze jedną, a po następnej kolejną. Coś jakby na
kształt wysiłku zaczęło marszczyć spokojne i opanowane oblicze
Janka.


A rozmowa rzecz jasna toczyła się
najlepsze. Być może gadaliśmy o dupach. Młode chłopaki gadają o
dupach równie często jak chłopaki już podrosłe.


Między słowami Janka dało się
usłyszeć coś jakby cichuteńki stęk, towarzyszący każdemu
kolejnemu rozciągnięciu przyrządu. Coś jakby pot zrosiło jego
pogrążoną w… No w czym? W zadumie oczywiście, skroń. Skroń i
dłoń…

Podczas kolejnego rozciągnięcia
uchwyt wyśliznął się z dłoni Janka, po czym rozpędzony przez
pięć napiętych jak naciąg kuszy Wilhelma Tella gum, z całą mocą
grzmotnął Jana w łeb.


Czyli jest tak:

Półmrok.

Bla, bla, no wiesz, o ona, bla, bla, a
wtedy, bla, bla…

JEBUTPIZDUTŁUBUDUTTTT!!!!


Głowa Janka odskakuje w bok, pół
mózgu wylatuje mu przez dziurkę od ucha, które zaczyna
błyskawicznie krwawić i zamienia się w siny kalafior.

Michał i ja zamieramy w ciszy.

Pogrążony w zadumie Janek powoli
unosi głowę ku górze. Otwiera oczy. Z wielką uwagą spogląda na
sufit. Otwiera usta i szepcze:

- Ał…

Cicho tak. Cichutko…


Macie już pełny obraz?
Jeśli macie to wam się tylko zdaje, bo wygląda na to, że ja się dopiero rozkręcam. Coraz bardziej mi się te wspominki zaczynają podobać, coraz więcej mi się chce opowiadać…
Jeśli Dżony z Miśkiem i Kędziorem dają mi zielone światło, to ja tak jeszcze mogę przez dłuższą chwilę.

Rymasz

W akademiku robiliśmy sobie z kolegami
przeróżne figle. „Paczkę” tworzyliśmy razem z Kędziorem,
który mieszkał w pokoju naprzeciwko. Myśmy z Kędziorem poznali
się w akademiku i okazało się, że nie dość, że pochodzimy z
tego samego miasta i że Kędzior mieszka na osiedlu mojej dziewczyny
i zna mnie z widzenia, to na dodatek jego Ojciec był świadkiem na
ślubie moich Rodziców i razem z moim Starym niezły imprezowy duet
tworzył. My z Kędziorem kontynuujemy tę rodzinną tradycję od
wielu już lat. Zatem był Kędzior oraz Kudłaty i Przemo z pokoju
obok. Też razem balowaliśmy.


Jedną z takich imprez w pokoju
Kudłatego i Przema pamiętam szczególnie, bo moi koledzy wymyślili
sobie, że będą ją nagrywać, co by potem się z Igora pośmiać.
Zatem piliśmy sobie w czterech młodzieńczo i nieudolnie, ale z
dużym entuzjazmem, wyprawiając przeróżne żarty, takie jak
odśpiewanie przez okno piosenki „Autobus czerwony”. Podczas tego
występu odkryłem schowany za zasłonką magnetofon. Chwilę potem
stoczyłem heroiczna walkę z kolegami. Zwyciężyłem, zdobyłem
kasetę i wyrzuciłem ją przez okno. Ale oni ją znaleźli. Wtedy w
ramach odreagowania zerwałem im zasłonki. Ot tak. Zerwałem po
prostu. No co, pijany byłem i mi się uwidziało. Strasznie tym
wkurwiłem Przema, który zapałał żądzą zemsty. Jasiu i Michał
uczyli się w spokoju za ścianą, bo jakieś ważne i trudne
kolokwium następnego dnia mieli. Słyszeli hałasy z pokoju obok,
ale nieszczególnie zwracali na nie uwagę. Skupiali się na nauce.
Wyobraźcie ich sobie, jak tak siedzą i się uczą. Nagle drzwi od
pokoju otwierają się z impetem. Do środka wpada Przemo z żądzą
zemsty w oczach. „Cześć” rzuca w przelocie. „Cześć”
odpowiadają moi cokolwiek zdziwieni współlokatorzy. Przemo
podchodzi do okna, dwoma zdecydowanymi i gwałtownymi ruchami zrywa
zasłonki, rzuca je na podłogę, po czym bez słowa wychodzi. Udała
mu się zemsta, nie?

Sto pociech mieliśmy potem ze
słuchania tej kasety, bo się okazało, że „spiskowcy” większe
głupoty wygadywali niż „ofiara”.


Inny figiel, który zapamiętałem
zdarzył się, gdy pewnej niedzieli przyjechałem z domu do Warszawy.
Pod akademikiem zakrzyknąłem donośnie do kolegów, że nadchodzę.
Nim doszedłem na drugie piętro, moi koledzy z pokoju + Kędzior,
zdążyli się rozebrać do rosołu i ułożyć pokotem na moim
łóżku. Po wejściu przywitał mnie zatem widok trzech owłosionych
dup i zbereźny rechot. Czemu oni to zrobili? Ano temu, że myśmy po
19 lat mieli i kupę idiotycznych pomysłów, które natychmiast
należało wcielać w życie. Jak z tym skakaniem przez żywopłot.
No wymyślasz i robisz. Proste, nie? Dla hecy. Dla zgrywy. Dlatego,
że można.


Pewnego razu na przykład wymyśliliśmy
sobie, że pojeździmy autobusami. Mamy bilety miesięczne, to co
mamy nie pojeździć! Reguły były takie: na przystanku gramy w
marynarza i w ten sposób ustalamy liczbę przystanków do
przejechania, po czym wsiadamy w pierwszy autobus, który przyjedzie.
Po wyjściu z autobusu gramy dalej. Myśmy z Jankiem Warszawy za
dobrze nie znali i Michał trochę psuł nam zabawę mówiąc gdzie
jesteśmy, ale i tak rewelacyjnie było. A najlepsze jest to, ze po
kilku godzinach podróży wylądowaliśmy w końcu pod budynkiem
naszego wydziału…


Całkiem oddzielą kategorię figli
stanowiły te spod prysznica, do którego chadzaliśmy często
większą grupą. Nie, nie jesteśmy pedały. Ot, w kupie zawsze
weselej.

Standardowy i często powtarzany numer
stanowiło podwędzanie ubrań. Każdy z nas to przeżył. Wyłazisz
spod prysznica i nie masz nawet ręcznika, żeby się wytrzeć i
owinąć. Ja kiedyś pożyczyłem ręcznik od jakiego kolesia i potem
wróciłem mu oddać. Michał z Jasiem, gdy im zrobiliśmy tę psotę,
zdjęli kotary ze swoich kabin i wrócili owinięci nimi, niczym
rzymscy senatorowie. Akurat jedna z koleżanek do nas wpadła z
wizytą, gdy nadeszli. Ależ dziewczyna buraka przypaliła!!!

Inny żart wyszedł spontanicznie.

Wraz z Kędziorem skończyliśmy
ablucje wcześniej niż Przemo i Kudłaty. Staliśmy i się
wycieraliśmy. A chłopaki miały jedno mydło na spółkę. Pojęcia
nie mam czemu, no tak im wyszło.

- Dawaj szybko! – zakrzyknął
Kudłacz.

- Masz i nie pierdol – powiedział
Przemo wystawiając z kabiny rękę z mydłem.

Cóż było robić? Wziąłem to mydło.
Przemo schował dłoń. Za chwilę rękę wystawił Kudłacz, i
zaczął nią machać w poszukiwaniu mydła.

- No dawaj w końcu – irytował się.

- Co mam ci dać?

- Mydło masz mi dać.

- Dałem przecież.

- Kiedy dałeś?

Mało się nie pobili. A myśmy z
Kędziorem chichotali skuleni w kabinie obok. W końcu jeden z nas
nie wytrzymał, parsknął i się wydało.


Innego rodzaju żarcik wymyśliłem
sobie, gdy w czasie jakiejś imprezki poszedłem pod prysznic się
odświeżyć. Wracałem spod prysznica i strasznie zaintrygowała
mnie wisząca na ścianie gaśnica pianowa.

Macie pojęcie jakie to gówno jest
głośne, gdy się je odpali? Oż w mordę. Spierdalałem na górę
po schodach z klapkami w ręku, żeby szybciej było.

Potem takie wyrzuty sumienia mnie
dręczyły, że wróciłem i całą tę pianę ręcznikiem zebrałem,
a pustą gaśnicę powiesiłem z powrotem na ścianie.

No to dopiero była głupota…

Ale to i tak nic w porównaniu do tego,
co zrobili inni nasi koledzy. Oni podczas pewnej imprezy odpalili
gaśnicę we własnym pokoju


Rymasz

W wtorek poszliśmy do kina na trzeciego Shreka i było tak jak być miało, czyli zabawnie. Ubawiliśmy się setnie, bo jak zwykle fajny film, fajny dubbing i fajne spolszczenia. Porcja kolejnych dowcipów, nowe zabawne postaci. I o to chodzi, tak ma być na sequelach. I wcale nie przeszkadza, że Shrek z koleżki, który na luziku rozwala szwadrony dupków w zbrojach, nagle w tajemniczy sposób zmienia się w marudę, która pęka na widok czterech halabard i pokornie daje się zakuć w łańcuchy, których nie potrafi rozerwać. Grunt, że się wyśmialiśmy po pachy. Tak właśnie miało być i tak było.

Bo tacy np. „Piraci z Karaibów 3” to już nieznośny gniot w którym za chuja nie wiadomo o co halo. Nie zdzierżyłem do końca.

To i tak nic, bo najgłupsze sequele jakie znałem do niedawna to były Matrixy 2 i 3. Do niedawna…
Wczoraj poszedłem na Die Hard 4”…

Pierwsza część była rewelacyjna, druga głupia, trzecia beznadziejna, a czwarta to już są zwyczajne jaja na pogrzebie.
Są pewne granice nieprawdopodobieństwa, niestrawne nawet w kinie akcji. Na wiele bzdur potrafię przymknąć oko, nad wieloma fantazjami przejść do porządku dziennego i potraktować je jako nieodzowny element fabuły, ale praw fizyki się nie zmienia, w mordę jeża!!! Nie i już!!!
Bo przy tym co się dzieje w „Die Hard 4”, „Armageddon” z promami kosmicznymi wywijającymi w próżni przestrzeni kosmicznej akrobacje w stylu samolotów na Red Bull Air Race oraz astronautami kicającymi po asteroidach z wiertarkami i dynamitem czy „Dzień Niepodległości” z komputerowym wirusem załatwiającym system informatyczny obcych, to filmy dokumentalne są.
Jeśli ktoś ma zamiar obejrzeć tę kichę to niech dalej nie czyta bo się będę wyżywał obficie zdradzając „fabułę” dzieła.

Zatem po pierwsze, informuję wszystkich, że do grona Supermenów, X-Menów oraz Kapitanów Ameryka dołączył kolejny obdarzony ponadnaturalnymi zdolnościami heros, ratujący świat przed psychopatycznymi skurwysynami. His name is McClaine. John McClaine.
Cudowne zdolności Johna polegają na tym między innymi, że jest niezniszczalny. Nieważne ilu zbójów i z czego strzela do Johna. Rozpierdolą w drobny mak wszystko dookoła, ale Johna nie drasną. A nawet jeśli drasną, to i tak luzik. Ranę postrzałową, po której zwykły śmiertelnik prozaicznie się wykrwawia, a jeżeli ma farta i przeżywa to po wielomiesięcznej rehabilitacji zostaje prawie samodzielnym kaleką, John kwituje słynnym wykrzywieniem ust. Rana zaś goi się samoistnie zaraz po owinięciu jej bandażem. John naprawdę nie ma powodów, by się przejmować ranami postrzałowymi. Ja wiem, tak ma każdy bohater kina akcji, ale jest pewna granica, po przekroczeniu której zaczynam protestować. W „DH 4” hordy bandytów walą w Johna ogniem ciągłym z karabinów maszynowych, z działek pokładowych F-35, z rakiet typu powietrze-ziemia, w jego pobliżu wybuchają bomby, śmigłowce, samochody, myśliwce odrzutowe, ma kilkanaście groźnie wyglądających wypadków, spada z wysokości kilkunastu metrów, wypada z pędzącego samochodu i co? I nic. Gdy strzelają do Johna on wtula głowę w ramiona i po tym zabiegu kule zaczynają go omijać. Gdy ma śmiertelnie wyglądając kraksę to wstaje, wyciera krew z kącika ust i prędko zaczyna szukać kolejnego powodu do zadymy. A nie ma łatwego życia, bo jego wrogowie to też istoty nie z tego świata. Jest Kobieta Guma, której po kolizji z rozpędzoną terenówką, która rozsmarowała ją na ścianie, nawet makijaż się nie rozmazał. Była tylko odrobinę bardziej wściekła i zaczęła mocniej kopać. Jest i Człowiek Pająk, tyle, że bez kostiumu. John ich oczywiście pozabijał.
Inna cudowna cecha Johna to znakomita orientacja w przestrzeni. Gdzie by się nie znalazł, wie od razu, gdzie schowali się źli ludzie i gdzie jest wyjście awaryjne.
Ma też cudowną umiejętność znajdowania pustych dróg w mieście sparaliżowanym wywołanymi przez terrorystów korkami. Całe miasto stoi, a John popierdala 150 km/h i pokonuje zakręty z zaciągniętym ręcznym.

Po drugie, to hackerzy za pomocą telefonu Nokia potrafią połączyć się z satelitami, nawet w sytuacji, gdy nie działa sieć telefonii komórkowej oraz satelity. Oni wtedy korzystają z łączy analogowych oraz satelitów nieużywanych. Dobre, nie? Komputerowi terroryści po przejęciu systemu potrafią sterować wszystkim w całym USA. Wyłączają światła w mieście, podnoszą szlabany do tunelów, zmieniają kierunek płynięcia gazu w gazociągach. Na dodatek umieją podglądać każdego człowieka posiadającego telefon komórkowy z dokładnością do 15 centymetrów, na pełnej szczegółów mapce. Ci komputerowi hackerzy to w ogóle wiedzą wszystko, znają wszystkich i ze swoich komputerów mają dostęp do wszystkich baz danych na całym świecie. Na rozpracowanie sytemu zarządzającego dystrybucją prądu w 1/3 Ameryki potrzebują 20 sekund. Na włamanie się do tajnej bazy danych FBI już tylko 10.

Po trzecie, jeśli do rury napuścić dużo gazu pod dużym ciśnieniem, to ten gaz zaczyna się samoistnie w rurze palić i zamiast gazociągu robi się ogniociąg. Katastrofa murowana, ale luzik, John i tak przecież przeżyje. Jakby ktoś nie wiedział, to palna jest jedynie mieszanka gazu ziemnego z powietrzem i to w ściśle określonych proporcjach. Jeśli gazu jest za dużo, to ognia i wybuchu nie będzie.

Ja mógłbym tak długo się wyżywać i zastanawiać, jak to jest, że do codziennej obsługi potężnej elektrowni wystarczy siedmiu strażników i dwóch gości w białych fartuchach, że pilot wojskowego myśliwca po otrzymaniu rozkazu od terrorystów bezmyślnie rozpierdala wartą 150 milionów baksów estakadę, nie trafiając przy tym w jadącą po niej ciężarówkę wielkości czteropiętrowego bloku mieszkalnego. Mógłbym się powyżywać i nad tym dlaczego wszyscy terroryści to biali ludzie mówiący z francuskim akcentem, a jedynym oprócz Johna człowiekiem, który broni niepodległości, jest śniady koleżka, który z niewiadomych przyczyn zapomniał dziś do pracy turban założyć.

Nic się w tym pieprzonym filmie kupy nie trzyma, nic nie ma sensu, nic nie jest prawdopodobne. Na dodatek operator był paralitykiem, ręce mu się trzęsły jak pijakowi nad ranem, a kamerę utrzymać potrafił przez 3 sekundy, bo tyle trwa najdłuższe ujęcie w całym filmie. Tak sobie chyba wymyślił pan reżyser, że jeśli będzie gnał jak oszalały przez ponad dwie godziny, to nikt nie zdąży załapać, że to wszystko to jeden wielki idiotyzm jest.

No nie ma bata. Albo ja się zestarzałem, albo te filmy naprawdę coraz głupsze kręcą…

rymasz

Zdejmować gips poszliśmy z Miśkiem
razem, uznając, że skoro we dwóch sprawę rozpoczęliśmy, to i we
dwóch ją skończymy. Łapiduchy ściągnęły ten gips, a skóra
pod spodem wyglądała jak łuski węża. Michał ręki nie mógł
unieść, a uścisk miał silny jak anemik. Parę miesięcy do siebie
dochodził. Ale nie to istotne..

Takich dwóch jak nas trzech to
naprawdę nie było ani jednego.

Całkiem różni byliśmy, ale taka
więź między nami tajemna się wytworzyła, że do dziś trwa. A
wtedy jako kompletne gołowąsy działaliśmy spontanicznie i na
czuja i było fajnie, i wesoło.


Nasz akademik był kiedyś hotelem
robotniczym. Dzielni budowniczowie socjalizmu pili w nim wódkę po
fajracie, dymali bohaterskie przodowniczki pracy, a w wolnych
chwilach spali.

Byt określa świadomość. Mówię
wam. Nie ma to tamto. Moi koledzy z pokoju dali się uwieść
klimatowi. Nie dziwię im się wcale.

Socrealistyczna fasada a’la późny
Gomułka. Zresztą cała warszawska Wola ma taki proletariacki
smaczek.

Duży holl z babcią recepcjonistką
legitymującą wszystkich na wejściu oraz starożytną budką
telefoniczną.

Świetlica ze stołem do ping ponga
oraz sala telewizyjna.

Prawie że koedukacyjne prysznice w
sutenerze.

Matowe lastrykowe schody o obłych,
wygładzonych tysiącami podeszw krawędziach.

Pociemniała klepka długich korytarzy.

Po dwa wielostanowiskowe kible na
piętro. I po dwie kuchnie.

Beżowe lamperie oraz białe drzwi do
pokoi, kryjące się pod kolejnymi warstwami łuszczącej się farby
olejnej.

Trzyosobowe pokoiki. Minikorytarzyk,
miniłazienka z umywalką z zimna wodą oraz pokój o wymiarach 3×4
metry. W nim lodówka, obok i nad nią szafka, trzy łóżka, trzy
umęczone regały na książki, trzy wiszące półki, stół, trzy
krzesła, dwa plastikowe żyrandole, trzy stalowe lampki,
wyświechtana wykładzina.

I trzech młodych ludzi, mających
głupie pomysły.


Rozumowanie Michała i Janka było
urzekająco proste: skoro jest jak w hotelu robotniczym, to zróbmy,
kurwa nasza robotnicza mać, tak, żeby było jeszcze bardziej.

I wiecie co zrobili? Oni…


Czekajcie. Tak mnie niespodziewanie te
wielostanowiskowe kible natchnęły do głębszej refleksji.

Człowiekowi przyzwyczajonemu od
maleńkości do zacisza i intymności własnej przytulnej
łazieneczki, ciężko jest przestawić się na półpubliczną w
zasadzie defekację w koedukacyjnym kiblu. No bo niby jak stłumić
co poniektóre efekty dźwiękowe, gdy poszczególne kabiny
oddzielone są jedynie ściankami z dykty, zawieszonymi kilka
centymetrów nad podłogą i kończącymi się pół metra pod
sufitem? Gdzież tu miejsce na spokój, zadumę i odrobinę refleksji
nad marnością tego łez padołu? Jaja sobie można robić, można
się oburzać, że na tak niesmaczny temat piszę, ale takie warunki
moim skromnym zdaniem urągają ludzkiej godności i czynią z ludzi
bezrozumne bydło. Ja wiem, że bieda była, że przejściowe kłopoty
z materiałami na odbudowę zniszczonej przez faszystowską
zawieruchę Ojczyzny, ale dzięki takim właśnie zabiegom w
socjalizmie odzierano ludzi z godności. Sraj publicznie, myj się
publicznie, obiad gotuj publicznie, publicznie się poddawaj
samokrytyce i niech kolektyw cię osądzi. Może się mylę, ale moim
zdaniem to było świadome działanie, budujące socjalistyczną
świadomość obywatelską.


A wracając do Michała i Jasia. Ich
pomysł, by nasz pokój uczynić bardziej hoteloworobotniczym polegał
na tym, że powiesili na ścianach zdjęcia z gołymi babami.
Dogadali się z B. oraz z Kociakiem, którzy kolekcjonowali
specjalistyczne periodyki, zdobyli tych pism pokaźną ilość i
poszli na całość.

Nie było mnie, gdy tworzyli swoje
dzieło, ale jestem sobie w stanie wyobrazić ten dziki, ekstatyczny
szał, który towarzyszył artystom przy pracy.

„Tu damy tę blondynę! Nie, nie,
tutaj pasuje tylko ta murzynka!!! Ależ co ty, w tym miejscu muszą
być duże piersi! Nie zgadzam się, wystarczy wypięta dupa!”

Zalepili całe ściany. Dosłownie.
Swoje dzieło nazwali „tapeta w sromy” i czekali co powie ich
czytający co wieczór Biblię kolega.

Zrobiłem im oczywiście awanturę, ale
mnie obśmiali. Wywalczyłem tyle, że zdjęli tę pornografię ze
ściany nad moim łóżkiem i już więcej nic tam nie przyklejali.
Raz tylko w ramach koleżeńskich figli przykleili jakąś
rozkraczoną damę na suficie, nad moim łóżkiem, dokładnie na
wysokości moich oczu. Ale mieli ubaw, gdy się położyłem
odpocząć!

W związku z tym, że moja ściana cała
była goła, zostałem uznany za największego świntucha.

A potem przywykłem i przestałem te
sromy zauważać.

Nad łóżkami powiesiliśmy sobie
również kartki.

„Starszy Spawacz Jan”

„Młodszy Monter Michał”

„Brygadier Iguś”


Acha, a koleżanki, nie wiedzieć
czemu, przestały nas odwiedzać. Za to zawsze jakiś kolega wpadł
na chwilę popatrzeć…

Skoro koleżanki przestały do nas
wpadać, to zaczęliśmy odwiedzać je my…


Moje ulubione koleżanki mieszkały w
składzie: Małgosia, z którą chodziłem 4 lata do liceum, Kinga,
która była bardzo porządna i Sylwia, która była bardzo cicha.
Bardzo lubiłem je odwiedzać, bo zawsze miały schludne i porządne
notatki z wykładów, na które nie udało mi się pójść i w ogóle
fajne były.


Jednym z moich największych problemów
jest niewyparzony jęzor


Jest zimowy wieczór. Jak siebie znam,
to czytałem wtedy pewnie jakąś książkę Waldemara Łysiaka. Na
pierwszym roku studiów odkryłem tego pisarza i w ciągu kilku
miesięcy przerobiłem całą jego dyskografię. Na dodatek doktor
Łysiak wykładał wtedy Historię Kultury i Cywilizacji na Wydziale
Architektury PW. Wykłady te odbywały się w czasie moich wykładów
z matematyki u profesora Stankiewicza. Jak myślicie, na które
chodziłem?

Zatem z pewnością czytałem sobie
jakąś książkę Łysiaka. W końcu zmęczyłem się lekturą i
postanowiłem się rozerwać. Poszedłem więc do moich ulubionych
koleżanek.

Lubię ostre wejścia.

- Hej dziewczyny w górę biusty, bo
nadciąga dzień rozpusty!!! – zakrzyknąłem donośnie i radośnie
tuż po wejściu, oczekując śmichów chichów.

Górne światło było zgaszone. Moje
koleżanki w ciszy uczyły się przy lampkach. Podniosły głowy i
spojrzały na mnie tak dziwnie jakoś. Z łóżka Kingi wstał łysy
pięćdziesięcioletni facet i spokojnym, zimnym jak stal głosem
zawodowego mordercy spytał:

- Ja też?

To był tata Kingi, który wpadł
zobaczyć jak jego ukochana córeczka daje sobie radę w nowym
mieście na studiach.

- Eeeeeeeee, yyyy, aaaa… No ten, no,
wiecie, znaczy to ja już pójdę może… – wymamrotałem i dałem
dyla.

Jedyny pożytek z tej wizyty był taki,
że niesamowicie poprawiłem humor kolegom z pokoju, którzy
uświadomili mi, że i tak mogę mówić o sporym szczęściu, bo
równie dobrze mogłem przecież zakrzyknąć „Hej dziewczyny w
górę kiece, bo z gorącym ch… lecę”.


Dacie wiarę, że to wcale nie był mój
najgorszy występ?


Zakończenie pierwszego roku
obchodziliśmy hucznie. No naprawdę zajebista impreza na cały
akademik była z tańcami w świetlicy włącznie. Wpadłem na
fantastyczny pomysł popijania wódki piwem, wobec czego dosyć
szybko pożegnałem się ze świadomością.

Obudził mnie straszliwy kac. Z trudem
podniosłem ważącą 14 ton głowę. Rozejrzałem się dookoła. O!
Byłem w pokoju moich ulubionych koleżanek. To ci dopiero
niespodzianka. Leżałem na skos na łóżku Sylwii w pełnym
opakowaniu, przykryty kocem. Siadłem.

Przy stoliku Małgosia piła herbatkę
wraz ze swoim tatą. Ja znałem oczywiście tatę Małgosi, toż to
moja koleżanka z liceum była, mieszkaliśmy blisko. Tata Małgosi
był bardzo ważnym politykiem w naszym mieście. Prezydentem
konkretnie.

- Cześć Igor! – przywitał mnie z
uśmiechem Pan Prezydent. Małgosia też się uśmiechała.

- Dzie bry – wyszeptałem,
spuszczając głowę.

- No, no, no… Poszaleliśmy co? Ech,
jak tak wspomnę studenckie czasy… – rozmarzył się Pan
Prezydent – Bo ja na elektrycznym studiowałem. Ech, działo się!
To co, ty też dzisiaj wracasz?

- Tak, pociąg mam…

- Nie żartuj. Przecież ja waśnie po
córkę przyjechałem. Pakuj się chłopie i wracasz z nami
samochodem.

Taki to był gość! Dacie wiarę?
Małgosia zdążyła mu wcześniej oczywiście opowiedzieć, jak to
pijany Igor wparował do niej w nocy, zaczął coś tam marudzić i w
końcu padł i usnął, a on wykazał pełne zrozumienie dla
krępującej sytuacji w jakiej się znalazłem. Na dodatek po drodze
zatrzymał się przy jakimś sklepie i postawił mi piwo, bo źle
jego zdaniem wyglądałem!


Rymasz

Moje ulubione sporty to skok w bok,
sztafeta 4×100 bez popitki oraz rzut mięsem. W pierwszym jestem
zaledwie teoretykiem co prawda, ale za to w ostatnim dla
początkujących jestem tym, kim był Obiwan Kenobi dla Luka
Skywalkera.

Jak łatwo zauważyć są to sporty dla
mężczyzn w średnim wieku. Zdaje się, że młody mężczyzna w
średnim wieku to całkiem dobre określenie charakteryzujące moje
ciało. Kiedyś miałem inne ciało i inne ulubione sporty. W kosza
trenowałem od 10 roku życia przez kilka następnych lat i miłość
mi do dziś pozostała. Mam cały czas piłkę i parę razy do roku
zdarza mi się pobiegać z nią po pobliskim boisku i powrzucać do
dziury. Co prawda już tak wysoko nie skaczę, ale czego raz się
ciało nauczy to już nie zapomina. Jest chyba coś takiego jak
pamięć ruchów. Wielokrotnie powtarzane zostają wdrukowane już na
stałe i działają automatycznie. Przekonałem się o tym, gdy na
pierwszym roku studiów ćwiczyłem w ramach zajęć WF dżudo (na
kosza się nie załapałem, bo losowali szczęśliwców z powodu
ilości chętnych). Nauka dżudo polegała przez pierwsze pół roku
na tym, że na każdych zajęciach uczyliśmy się obalać. Tydzień
w tydzień, przez półtorej godziny padaliśmy i wstawaliśmy do
zajebania dosłownie. Padanie w dżudo polega na tym, że upadek
amortyzuje się uderzając w podłoże ramieniem. O, tak to wygląda:

 
 

Człowiek upada i się nie poturbuje i
siniaków nie narobi.

Po kilku miesiącach nauki padania
zdarzyło mi się poślizgnąć na ulicy i wywinąć orła. Gdy się
podnosiłem dotarło do mnie, że jedyne co mnie boli to ramię, a
nie dupa. Miałem już wdrukowany odruch i bez udziału świadomości
upadłem po dżudocku. Pewnie do dziś mi zostało. Ale to nieważne
i zupełnie nie wiem, po co o tym piszę. Może mi ktoś wytłumaczyć?


Na tym pierwszym roku studiów energii
miałem tyle, że po powrocie z zajęć ganiałem z piłką po boisku
do kosza, a co i raz z kolegą z pokoju Michałem chodziliśmy
pobiegać. Szczerze mówiąc z całego naszego biegania zapamiętałem
jeden jedyny wieczór…


- Janek, idziesz pobiegać?

- Śpiący jestem, nie chce mi się,
zmęczony się czuję, głowa mnie boli, a zupa była za słona.
Przekimam się.

Poszliśmy z Michałem pobiegać we
dwóch. Przebraliśmy się w dresy i trampki szydząc przy tym z
lenistwa Jasia. Gdy wychodziliśmy z pokoju Janek wpełzał pod kocyk
z mętnym wzrokiem. No chyba naprawdę był zmordowany.

A my, młodzi sportowcy, truchcikiem
podążyliśmy do pobliskiego parku, niezobowiązująco przy tym
piernicząc o niczym. W parku na chwilę przyspieszyliśmy,
wyrównaliśmy bieg, wysprężyliśmy krok i wypięliśmy mężnie
torsy, bowiem z naprzeciwka biegły dwie fajne laski. Gdy je
minęliśmy to dalej biegliśmy już normalnie.

Stanęliśmy na trawniku i zaczęliśmy
się rozciągać; jakieś skłony, przysiady, podskoki. Ja sobie
oczywiście kilka razy upadłem. A co, przecież ledwo co się
nauczyłem i byłem z mojego padania niezmiernie dumny.
Pierniczyliśmy przy tym cały czas o niczym.

- A pamiętasz Igor, jak w młodości
się skakało tygryskiem? – zagaił Michał.

- No pewnie, że pamiętam! W młodości
to w ogóle się łaziło po drzewach, ganiało, skakało. No wiesz,
człowiek młody był, to różne fikołki fikał. – rzekłem tonem
zblazowanego mężczyzny. No było nie było mieliśmy już po 19
lat!

- Ale tym tygryskiem… – rozmarzył
się Michał – No wiesz, brał człowiek rozbieg i tak skakał nad
czymś, i się tak przez plecy przetaczał, i biegł dalej. No czad
był, nie…

Tak sobie myślę, że Michał miał
przebłysk geniuszu w tym momencie i gdyby nie nieszczęśliwy splot
wydarzeń osiągnąłby sławę jako wynalazca Le Parkour. No ale
złośliwy los zdecydował inaczej i kto inny Freerun wynalazł…

- O, patrz, przez takie żywopłoty jak
ten się skakało… – rozmarzał się dalej Misiek, skupiając
zamglony wzrok na pobliskich krzakach.

- Taki wysoki trochę, nie? –
zauważyłem nieśmiało. Ale Michał się już nakręcił.

- To co, skaczemy!? Ja pierwszy!!! –
i wyrwał przed siebie jak Ben Johnson po podwójnej dawce anaboli.

Cóż było robić? Odpowiedziałem to
samo co pewien ślepy dżokej, gdy spytali go czy wystartuje w
Wielkiej Pardubickiej. „Nie widzę przeszkód”.

To był ten etap w życiu młodego
człowieka, gdy najpierw się robiło, a potem zastanawiało co też
z tego wyniknie. Ruszyłem chyżo za Miśkiem.


Ha! Zajebiście jest, skaczemy
tygryskiem normalnie!!!


Wspomnienia maja różną prędkość.
Zauważyliście? Są wspomnienia, które odtwarzane są na
przyśpieszeniu. Kilka dni czy tygodni potrafisz sobie w całości
przypomnieć w ciągu pół sekundy na zasadzie kaskady rozpędzonych
obrazów, ale są i takie, gdy jedną chwilę potrafisz rozpamiętywać
przez 10 minut.

Jak do tej pory całość wspominam
płynnie i naturalnie. Ale skok Miśka zapamiętałem już w
zwolnionym tempie.


Wybił się pięknie. Z gracją, niczym
wierzchowiec we wspomnianej gonitwie. Wznosił się śmiało i
pewnie. Ikar naszych czasów. Superman. Michael Jordan. Zdawało się,
że zerwał okowy bezlitosnej grawitacji. Człowiek prawdziwie wolny,
wbrew prawom natury realizujący swe najśmielsze zamysły. I nic to,
że grawitacja jednak zwyciężyła i w połowie lotu zaczęła
młodego śmiałka nieuchronnie i stanowczo przyciągać do Ziemi. On
w dalszym ciągu leciał. Zaczął po prostu zwyczajnie podchodzić
do lądowania. Ja biegłem za nim i w duchu piszczałem aż z
uciechy, że za chwilę sam będę te akrobacje wyprawiał. Byłem
tuż przed żywopłotem. Michał kończył swój majestatyczny lot.
Za żywopłot wpadł jego tyłek i podeszwy. Ja rozpocząłem
procedurę startu.

- NIE SKACZ!!!!!!!!! – ryknął
Michał.


Tu kończą się wspomnienia w tempie
zwolnionym. Od tego momentu zaczynają przyśpieszać na złamanie
karku.


Zahamowałem z piskiem.

- Co jest?

- Boli kurwa o Jezu jak boli ja
pierdolę kurwa ale kurwa napierdala Jezus Maria kurwa nie wytrzymam.
– krzyczał niewidoczny Misiek z drugiej strony krzaków.

Musiałem obiec żywopłot. Misiek wił
się i jęczał, trzymając za ramię.

- Coś mi się stało chyba. –
zauważył błyskotliwie.

- Wstać możesz?

- Mogę chyba.

- To dawaj.

Troszkę mu przy tym wstawaniu
pomogłem. Zaczęliśmy tak trochę bez sensu i celu iść.

- Co ci jest Michał?

- Boli jak chuj.

- Daj sprawdzę. – położyłem dłoń
na barku Michała.

Zdrowy staw ramienny jest taki
przyjemnie zaokrąglony. Korpus płynnie i bez zakłóceń przechodzi
w rękę. A staw ramienny Michała wyglądał wtedy całkiem inaczej.
Wcale nie był ładnie zaokrąglony. Zaraz za barkiem zaczynała się
wielka dziura, a całe ramię wisiało bezwładnie na ścięgnach i
skórze.

Zbladłem w jednej chwili.

- Michał, przejebane jest. Musimy na
pogotowie. – zawyrokowałem blademu jeszcze bardziej niż ja od
kilku trwających wieczność chwil koledze.


Reszta wspomnień z tego wieczora
odgrywa się w moje głowie na zasadzie fleszowych przebłysków.
Kilkusekundowe migawki.


Wbiegam na środek ulicy, skaczę i
macham rękami. Michał stoi na chodniku i z opuszczoną głową
trzyma się za ramię. Zatrzymuje się taksówka.

- Nie mamy pieniędzy. Kolega zaraz
zemdleje z bólu. Pogotowie. Proszę.

Jedziemy do najbliższego szpitala.
Michał cicho jęczy.


Kartka. „Dyżur ortopedyczny w
szpitalu na ul. Lidleya”.


Jedziemy. Michał cicho jęczy.


- Panowie, życzę powodzenia, ale ja
muszę jechać zarabiać – żegna nas taksówkarz. Kochany chłop.


Długa kolejka poszkodowanych w
szpitalnym korytarzu. Połamane kończyny, potłuczone ciała,
rozbite nosy. Michał siada i cicho jęczy, ja pędzę go
rejestrować. Nie mamy żadnego dokumentu tożsamości. Jednak jakoś
mi się udaje.


Michał siedzi i jęczy.


Młoda stażystka chodzi wzdłuż
korytarza i przepytuje poturbowanych. Bada Michała.

- O zwichnięty bark! Będziemy
nastawiać, będziemy nastawiać… – podśpiewuje pod nosem
oddalając się w podskokach.

Michał siedzi i jęczy.


- Co, bark zwichnięty? – zapytuje
siedząca obok dziewczyna, która przywiozła chłopaka ze złamaną
nogą. – To przerąbane masz. Pół roku gipsu na pajacyka. Mówię
ci.

Michał jęczy jakby odrobinę
głośniej.


Gabinet.

- Co pana się stało? – pyta
sympatyczny, ciemnolicy doktor o urodzie typu arabskiego.

- Zwichnięcie stawu ramiennego.
Będziemy nastawiać. – entuzjastycznie podpowiada stojąca obok
stażystka.

Michał jęczy.

- Kolega wyszedłem, tak? – zwraca
się do mnie pan doktor.


Kolejny gabinet. Michał siedzi na
kozetce uśmiechnięty od ucha do ucha i nie jęczy. Uniesiony w górę
kciuk zdrowej ręki pokazuje, że jest OK. Chora, ale już nastawiona
ręka wisi na prowizorycznym temblaku z bandaża. Do Michała
podchodzi pielęgniarka z wiaderkiem gipsu. Michał spogląda
zaciekawiony. Zamykają się drzwi.


Odbieram michałowe zwolnienie
lekarskie z zajęć WF na 6 tygodni, napisane przez sympatycznego
lekarza z Afryki.

Powód zwolnienia: „Zwichnienie barka
lewe”.


Michał wychodzi z gabinetu. Nie jęczy,
ale też nie uśmiecha się. Od pasa po szyję odziany jest w
gustowny gipsowy pancerz. Prawą rękę ma wolną, z lewej widać
tylko dłoń wystającą ze skorupy na wysokości pępka.


Wracamy taksówką. Pod akademikiem
Michał zostaje w aucie, a ja pędzę na górę po kasę za kurs.
Zapalam światło w pokoju. Brutalnie obudzony Janek podnosi głowę
i patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem. Roztrzęsionymi rękoma
grzebię po półkach i oczywiście nie mogę znaleźć portfela.
Wreszcie jest! Wybiegam. Odprowadza mnie bezrefleksyjne spojrzenie
Janka.


Michał wchodzi do pokoju. Za nim ja.
Janek siedzi na łóżku i się wybudza. Spogląda na Michała.

- O, rękę sobie złamałeś? A
kupiliście chleb na kolację? Bo chyba Igor zjadł.

Rymasz

Wczoraj wieczorem wróciłem z pracy i zostałem dwie godziny sam na sam z kolkowym potworem. Lepsza Połowa wybyła załatwiać to i owo.
Rozmowa dziś rano.

Lepsza Połowa: A ćwiczyłeś z Lenką bioderka „na żabę”? (to takie ćwiczenie, którego nauczyła nas Pani Ortopeda, mające na celu pomoc w prawidłowym rozwoju panewek w stawach)
Rymasz: Ola, jedyne ćwiczenia jakie robiliśmy to „zaśnij w końcu do jasnej cholery”!

Bo kolkowego potwora zadusiłem używając niedozwolonego środka dopingującego w postaci smoczka. No trudno, cel uświęca środki, ojcowie to nie matki i gdzież im tam do ich anielskiej cierpliwości (Ola daje sobie świetnie radę bez smoczka). No w każdym razie ja tak mam. W ogóle to tak sobie myślę, że przez pierwsze miesiące życia małego człowieka ojcowie nie powinni się matkom za bardzo wtrącać i przeszkadzać. Przewinąć dziecko, podać coś, zrobić herbatkę koperkową, umyć butelkę, popracować laktatorem, zakupy zrobić, przytulić mamę, pomóc przy kąpieli. Jako pomocnik jedynie. No i czasami zdejmować jedną warstwę ubranek i zabierać kocyk. Ale pierwszym kontaktem bezwzględnie powinna być mama.

rymasz


  • RSS